Cywilizacja

Bezpośredni kontakt z niebem

Małgorzata Musierowicz i jej mama Zofia Barańczakowa (zmarła w pięknym wieku 97 lat) nie tylko doczekały beatyfikacji swego wujka i brata, ale też kaplicy 108 Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej w kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy w podpoznańskich Pobiedziskach.

– Nie ma w tym przecież żadnej mojej zasługi – dziwi się pan Jan Gromnicki, kiedy namawiam go na opowieść o życiu rodziny, w której świętość jest na wyciągnięcie ręki.

Kiedy Kościół katolicki ogłasza nazwiska nowych świętych i błogosławionych, w tle jest całe ich życie, z rodzicami i rodzeństwem, kuzynami, bratankami czy dziećmi i wnukami. To jest także ich dziedzictwo, choć zazwyczaj nie zwracamy na nie uwagi. Kiedy „zwyczajny” człowiek modli się i prosi o wsparcie tego czy tamtego świętego, to jego krewni dodają do tego własne wspomnienie o stryju, prababce, bracie czy synu.

Ogromna wiedza, głęboka kultura, urok osobisty i przedwojenna dystynkcja sprawiły, że znajomość z panem Janem Gromnickim była i jest zaszczytem. Wraz z meżem wymienialiśmy z nim opinie, podejmowaliśmy niekiedy wspólne działania w kręgu naszej parafii, dzieliliśmy się pomysłami, korzystaliśmy z jego ogromnej wiedzy w dziedzinie varsavianów i – niezależnie – dziedzictwa kawalerii, zwłaszcza Ułanów Jazłowieckich. Ojciec i dziadek pana Jana byli bowiem oficerami 14 pułku. Podziwialiśmy jego ogromne zaangażowanie na tym polu, podtrzymywanie więzi z potomkami żołnierzy tej formacji i przy tym stałe, bliskie – niemal rodzinne – kontakty ze Zgromadzeniem Sióstr Niepokalanek.

Przed wojną – kiedy pan Jan był małym chłopcem – zgromadzenie prowadziło dom w Jazłowcu, a ułani regularnie przybywali tam na spotkania i doroczny meldunek u Matki Boskiej, ale żeby z tego powodu, osiemdziesiąt lat później, utrzymywać bliskie kontakty z zakonnicami, które nigdy w Jazłowcu nie mieszkały?
Któregoś dnia pan Jan dowiedział się o wielkim zmartwieniu dotyczącym zagrożonego zdrowia dwóch osób i zadeklarował modlitwę w ich intencji – po czym z właściwym sobie delikatnym poczuciem humoru stwierdził, że ma przecież bezpośrednie kontakty w niebie. Bezpośrednie? Znak zapytania musiał krzyczeć w moich oczach, więc pan Jan spokojnie i z pewnym ociąganiem wyjaśnił, że jest praprawnukiem Marceliny Darowskiej.

Obraz w sepii

Oczywiście, wiedziałam, kim jest i co zrobiła Marcelina Darowska, z domu Kotowicz h.Korczak (1827-1911), panienka z podolskiego dworu w Szulakach k. Białej Cerkwi, ze znakomitymi koligacjami. Skończyła pensję dla dobrze urodzonych panien w Odessie i już wtedy otwarcie deklarowała zamiar wstąpienia do zakonu. W 1849 roku została jednak wydana za mąż. Urodziła dwoje dzieci, a kiedy doszła do siebie po przedwczesnej śmierci męża (1852) i synka (1853), postanowiła zrealizować swoje wielkie marzenie o życiu duchowym. W rezultacie została współzałożycielką zgromadzenia – tak powstały znane dziś ze znakomitej edukacji siostry niepokalanki.

Marcelina Darowska zapewniła córce środki utrzymania, po czym w 1861 roku złożyła w Rzymie śluby zakonne. Dwa lata później przeniosła klasztor do Jazłowca, gdzie wkrótce otworzyła „zakład wychowawczy” dla dziewcząt, nie tając, że przywiązuje dużą wagę do gruntownego wykształcenia, kształtowania przekonań i poczucia obowiązku – w duchu polskości. Miała szeroki rozmach i wiarę w słuszność obranej drogi, bo już w 1875 założyła kolejny dom w Jarosławiu, potem w Nowym Sączu, także ze szkołą, a w 1905 najpierw w Słonimie (dziś Białoruś) i w Szymanowie na Mazowszu, co okazało się działaniem wizjonerskim, bo domy i szkoły dla dziewcząt przetrwały do dzisiaj.

Na stronie internetowej szkoły niepokalanek w Nowym Sączu od razu rzuca się w oczy zestaw – wciąż aktualnych – zasad, którymi w podejściu do wychowanek kierowała się Matka Marcelina: nauczyć dzieci żyć Bogiem; nauczyć, żeby były dobrymi Polakami; żeby kochały obowiązek; nauczyć dzieci myśleć.

W 1996 roku Marcelina została błogosławioną Kościoła katolickiego.

– W życiu naszej rodziny zawsze była obecna – zapewnia jej praprawnuk. – A krewne, kuzynki i znajome mojej babci Heleny to były wychowanki szkoły jazłowieckiej, stąd cały czas był kontakt z żywą myślą Matki Marceliny, bo tak o niej mówiono.

Na ścianie nad stołem u państwa Elżbiety i Jana Gromnickich wisi bardzo stara – jeszcze w sepii – fotografia. Stara i i wymowna: na wózku inwalidzkim siedzi spowita w biały habit starsza już zakonnica i trzyma na kolanach wesołą dziewczynkę z rozwianymi włoskami, a ich poza wskazuje na wzajemną bliskość i zaufanie. Ta dziewczynka to Ewa Łoś, mama pana Jana. A zakonnica to Matka Marcelina, jej prababcia.
Matka Marcelina z małą Ewą Łoś. Fot. Archiwum Jana Gromnickiego
Czy to zdjęcie jest z Jałowca czy z Sącza? – Ponieważ ojciec mamy był starostą w Grybowie, stąd mama była wychowanką szkoły w Nowym Sączu, gdzie pamięć o Matce Marcelinie jest wciąż jeszcze zmaterializowana: są tam nawet cele, w których mieszkała, bo przyjeżdżała do tego klasztoru na dłuższy czas. Są także jej rękopisy. Kiedy mama jeździła tam w odwiedziny, miała te pamiątki w zasięgu reki. A i ja chodziłem dosłownie po śladach praprababki – opowiada pan Jan.

Tak naprawdę Matka Marcelina była spiritus movens spotkania, które zakończyło się małżeństwem jego rodziców. Otóż, ojciec Jana jako młody ułan 14 Pułku – po wojnie polsko-bolszewickiej, po słynnej szkole kawalerii w Grudziądzu i nawet po kilku latach służby w KOP-ie (Korpus Ochrony pogranicza – przyp. red.) – wrócił do Lwowa i tam, u dalekich krewnych, spotkawszy piękną pannę, zaczął opowiadać o przodkach: że jest spokrewniony z samą założycielką Jazłowca. – Jak to?! – zaprotestowała panna. – Ja przecież jestem jej prawnuczką!

Chodzi o świętego czy o „imprezę”? Dlaczego odłożono beatyfikację prymasa Wyszyńskiego?

Jako przywódca Kościoła katolickiego w latach PRL-u, dla wielu jest mężem stanu, dla pogrobowców komunizmu – zatwardziałym jego przeciwnikiem.

zobacz więcej
Bo rzeczywiście, oboje mieli odpowiednie koligacje, babka kawalera była z domu Kotowicz i była rodzoną siostrą Marceliny Darowskiej. Wkrótce para wyjaśniła sobie wszystko i dała na zapowiedzi. Jak w bajce, chociaż rzeczywistość bajkowa nie była.

– Po rewolucji 1917 roku na Podolu zrobiło się gorąco – opowiada pan Jan. – Dziadek Jan Paweł Gromnicki z dwoma synami, moim ojcem i stryjem, wyjechał do Winnicy, tam chłopcy (17 i 15 lat) poszli do szkoły, wstąpili do harcerstwa i wreszcie wszyscy trzej zaciągnęli się do 14 Pułku Ułanów, właśnie Jazłowieckich. Dziadek już w latach 1916–1918 był jednym z organizatorów Polskiej Organizacji Wojskowej w Odessie. I walczył między innymi w bitwie pod Jazłowcem, podczas której oswobodzony został klasztor sióstr niepokalanek.

Historia klasztoru stanowiłby potężniejszy od tej rodzinnej opowieści rozdział, więc trzeba błyskawicznie przesunąć się o kilkadziesiąt lat polskich dziejów. Siostry niepokalanki zawsze były obecne w życiu rodziny: babcia Helena – ta dziewczynka z kolan Matki Marceliny – całą wojnę przemieszkała w Nowym Sączu, bo mama pana Jana cudem zdobyła dokumenty na wyjazd ze Lwowa do Generalnej Guberni; tata już nie żył – zginął w KL Auschwitz.

– Siostry niepokalanki już przed wojną dbały o budowanie środowiska – mówi Jan Gromnicki. – Powstało Koleżeńskie Zjednoczenie Jazłowieckie, które dawało wsparcie do wszelkich działań w czasie najtrudniejszym.

Niepokalanki prowadziły tajne nauczanie, dawały lokale konspiratorom, przechowywały dziewczęta z żydowskich rodzin, w klasztorze w Słonimie. Dwie siostry – Ewa Noiszewska i Kazimiera Wołowska – zapłaciły za to życiem i dzisiaj też są wśród błogosławionych Kościoła katolickiego. Przełożona domu przy ul. Kazimierzowskiej w Warszawie, s.Wanda Garczyńska zostala odznaczona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Może dzięki temu już po wojnie, nowa, komunistyczna władza nie odebrała zakonnicom szkół.
Mała Ewa Łoś, wychowanka niepokalanek z Nowego Sącza. Fot. Archiwum Zgromadzenia S. Niepoklanek
– W każdym domu naszej licznej rodziny wisiały fotografie Matki Marceliny, także naszych babek czy ciotek z nią samą oraz, oczywiście, obrazki Matki Bożej Jazłowieckiej, toteż czy w świecie, czy w Polsce do sióstr jedzie się jak do rodziny – podkreśla pan Jan. – Trzeba dojrzeć do tego, żeby docenić znaczenie tej wartości, jaką jest święta w rodzinie – dodaje. – Dojrzeć i do tego, że Matka Marcelina majątek przekazała na rzecz zgromadzenia. Zobaczyć, jakie to jest fascynujące, że ta kobieta, nasza praprababka w ekstremalnie trudnych warunkach działała w taki sposób, że to wszystko, co rozpoczęła: klasztory, szkoły, wydawnictwa – działa do dzisiaj.

Toteż Jan Gromnicki, rocznik 1932, nie zwalnia: prowadzi Stowarzyszenie Rodziny Jazłowieckiej, które – jak kiedyś w Jazłowcu – zjeżdża do Szymanowa na opłatek i meldunek ułański, bierze udział we uroczystościach sióstr niepokalanek, wspiera na różne sposoby ich działalność, opiekuje się grobami ułanów, prowadzi archiwum i udostępnia je badaczom. Jest nawet „zbiorowym dziadkiem” uczennic ze szkoły w Jarosławiu.

Beatyfikacja Marceliny Darowskiej nie była punktem zwrotnym, choć wiele aspektów jej życia – mówi praprawnuk – zostało dopiero przy tej okazji wyciągniętych i drobiazgowo opisanych. A 6 października 1996 roku duża grupa rodzinna była zaproszona do Rzymu na uroczystości i audiencję u papieża. – Ale w naszej rodzinie, od kiedy pamiętam, Matka Marcelina była uważana za świętą i w różnych sprawach prosiło się Ją o wstawiennictwo – mówi pan Jan. – I to jest dopiero zobowiązanie, takie pokrewieństwo.

Pogrzeby specjalnej troski. Księża interesujący dla SB za życia i po śmierci

Grób ks. Jerzego Popiełuszki był obserwowany do 1989 r., a jego okolica „operacyjnie zabezpieczana”.

zobacz więcej
Czarna sukienka z sutanny brata

Maryś swoją pierwszą placówkę objął jako wikariusz w Ostrzeszowie. Był tam 3 lata. Potem Kuria posłała go do Poznania, do kościoła Bożego Ciała, tu też był 3 lata. Potem był przy kościele św. Michała. Poprosił władze, by mógł studiować socjologię na uniwersytecie w Poznaniu. Ale władza mu zaproponowała, ze wyśle go do Belgii, do katolickiego uniwersytetu Lowanium, na swój koszt. Maryś jednak za to podziękował i powiedział, że bardzo się z tego cieszy, ale nie skorzysta, bo ma dwie siostry, które też studiują i gdyby on udał się do Belgii, siostry nie miałyby gdzie mieszkać, bo rodzice mieszkają na wsi.

Maryś to bł. ks. Marian Konopiński (1907-1943), jedną z jego sióstr była mama Małgorzaty Musierowicz, autorki rozchwytywanej od ponad czterdziestu lat „Jeżycjady”, czyli cyklu powieści o perypetiach młodzieży z poznańskich rodzin. A zacytowane wyżej wspomnienie pochodzi z jej książki, zgoła niepowieściowej, wydanej pod znamiennym tytułem „Tym razem serio”. Wspomnienie zostawiła babcia pisarki Weronika Konopińska, mama zamordowanego w KL Dachau księdza Mariana Konopińskiego, jednego ze 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej, beatyfikowanego 13 czerwca 1999 roku w Warszawie.

Marian Konopiński, przypomnijmy, był kapelanem XV Pułku Ułanów Poznańskich, we wrześniu 1939 roku brał udział w walkach nad Bzurą, bronił Warszawy, po jej upadku poszedł do oflagu Nunburg, skąd zabrano go do więzienia w Hamburgu i dalej do KL Dachau, gdzie Niemcy osadzili ponad tysiąc polskich księży. Ks. Marian Konopiński, numer obozowy 26065, został poddany psudoeksperymentom medycznym – ofiarom wstrzykiwano ropowicę – i nieleczony umarł w 1943 roku.
Ks. Marian Konopiński. Fot. Autorstwa Nieznany - family archives, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=51238733
Ze skromnej książki „Tym razem serio” wyłania się obraz dobrego, pogodnego, ciężkiego, ale i radosnego życia rodzinnego pełnego życzliwości i zaufania. Zachęcona przez córkę – mamę pisarki – „babcia Konopińska” spisała pięknym językiem wspomnienia, także o swym najstarszym synu Marianie, choć przecież nie wiedziała (zmarła w 1968 roku), że zostanie ogłoszony błogosławionym Kościoła. W oficjalnym języku nazywa się to patetycznie „wyniesieniem na ołtarze”. Ale takiego języka ani Weronika Konopińska, ani jej wnuczka Małgorzata Musierowicz nie używają.

Jeszcze widzę oczami mej duszy, jak był dzieckiem, jak chodził do szkoły. Jak będąc chłopczykiem, może 7-8 lat, budował z 12 krzeseł kolej i zabierał braci i siostry w podróż w świat. Sam był jakby maszynista, bo gwizdał na piszczałce naśladując jechanie pociągiem. Nie przypuszczał w swem beztroskiem życiu, że kiedyś pojedzie koleją na śmierć aż do Dachau, do Bawarii. Smutne wspomnienie. Gdyby żył, miałby obecnie 57 lat. Marzył o pracy naukowej, tj rano odprawiałby Mszę św., a potem wykładałby socjologię na uniwersytecie. Byłby poważnem księdzem. A jak by się cieszył siostrzenicami i bratankiem Marysiem, i siostrzeńcem Stasiem (poeta Stanisław Barańczak – przyp.red.). I jak by się cieszył, że wszyscy tak dobrze się uczą. Przez pamięć na Marysia proszę, by nadal robili dobre postępy w nauce, by wszyscy moi wnukowie wyrośli na dobrych obywateli Polski.

Marian był pierwszym z pięciorga dzieci Weroniki i Walentego Konopińskich, mama pisarki, Zofia była najmłodsza, druga dziewczynka po trzech braciach. Cała piątka była kształcona, chociaż w rodzinie się nie przelewało – tata był wiejskim kowalem. Toteż pomoc brata księdza, u którego siostry zamieszkały na czas studiów, była wprost nieoceniona.
„Mama chodziła przez trzy lata na studia w tej samej, czarnej sukience uszytej ze starej sutanny Mariana, odmieniała tylko dodatki: kołnierzyki, broszki, apaszki i koraliki” – opowiada Małgorzata Musierowicz w „Tym razem serio”. – „Mama i Ciocia Lucia opowiadają cuda o tym, jaki był z niego [Mariana] żartowniś, jaki był dowcipny, jakie figle płatał rodzeństwu, jak lubił się śmiać. Zachowały tez na pamiątkę kartkę pocztową z jakichś jego wakacji na Huculszczyźnie, podczas których one siedziały w Poznaniu. Marian dbał o siostry na odległość i raczył je oschłymi komunikatami typu: »zamykajcie okna i drzwi«, lub »quidquid agis, prudenter agas et respice finem«” .

Wprawdzie Małgorzata Musierowicz nie wprowadziła postaci wujka księdza do swoich książek, nie przypomina go żaden z jej bohaterów – ale atmosfera domu stworzonego przez rodziców i rodzeństwo kapłana przenika całą jej twórczość. Zapewne można zaryzykować tezę, że w takich domach wyrastają święci.

W swojej opowieści „Tym razem serio” pisarka opowiada: „Na przekór wszystkiemu – biedzie, tragizmowi, dzikości ludzkiej egzystencji – budować, organizować, ozdabiać, upiększać. I nigdy nikogo nie skrzywdzić. I zawsze pomóc temu, kto pomocy potrzebuje – czy to ptak, czy koń, czy człowiek. Rozweselić smutnego, ulitować się nad skrzywdzonym, podeprzeć tego, który pada – oto jak wychowała swoje dzieci Babcia Weronika.”

Poproszona przez Tygodnik TVP o rozmowę na ten temat Małgorzata Musierowicz wyjaśniła: „O ks. Marianie Konopińskim napisałam już wszystko, co zdawało mi się potrzebne, właściwe, i co mieściło się w moim pojęciu skromności, powściągliwości oraz dyskrecji. Nie chciałabym przekraczać tej granicy, podobnie jak nigdy nie przekraczała jej moja Babcia czy Mama.”

Małgorzata Musierowicz i jej mama Zofia Barańczakowa (zmarła w pięknym wieku 97 lat i do końca, często z córką, brała udział w spotkaniach i nabożeństwach dotyczących brata; w Katolickiej Agencji Informacyjnej zachowała się jej wypowiedź po Mszy Świętej w rocznicę beatyfikacji , w 2013 roku) nie tylko doczekały beatyfikacji swego wujka i brata, ale też kaplicy 108 Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej w podpoznańskich Pobiedziskach, w kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
Rok 1999. Papież Jan Paweł II beatyfikował podczas mszy św. na placu Piłsudskiego w Warszawie Reginę Protmann, Edmunda Bojanowskiego oraz 108 męczenników II wojny światowej. Na zdjęciu: siostry zakonne z portretem jednego z beatyfikowanych bł. Józefa Kowalskiego. Fot. PAP/RZEMEK WIERZHCOWSKI.
W ołtarzu kaplicy znajduje się obraz księdza Mariana Konopińskiego autorstwa Małgorzaty Musierowicz (pisarka jest absolwentką ASP i sama ilustruje swoje książki – przyp.red.). Rodzina przekazała pamiątki: m.in. obrazek prymicyjny i list pisany w KL Dachau do najbliższych w 10. rocznicę święceń kapłańskich – 12 czerwca 1942 roku. Przy kaplicy została utworzona Izba Pamięci związana z ostatnią wojną światową. Projekt wnętrza kościoła i kaplicy jest autorstwa artysty plastyka Bolesława Musierowicza, męża Małgorzaty. Pisarka o tym nie opowiada, ale w sieci można znaleźć „Pieśń do 108 męczenników” jej autorstwa:

Prowadziłeś ich, Boże, tą drogą,
Słudzy Twoi tak posłusznie nią szli.
Prowadziłeś ich w mękę i trwogę,
Wypełniłeś im grozą wszystkie dni.

Prowadziłeś przez straszne więzienia,
Przez cierpienia, przez obozy i front.
Prowadziłeś na próbę sumienia,
Sprawdzian wiary, męczeństwo i na zgon.

W imię Twoje szli tam, gdzieś prowadził:
Do Twych wrogów – z posłaniem świętości.
Ty połączysz wszystkie dusze w Prawdzie,
Wszystkie serca połączysz w miłości.


A posłanie świętości, które zostawił swojej siostrzenicy błogosławiony wujek Maryś, można znaleźć w jej książkach, ukryte w zwyczajnym życiu bohaterów.

Po prostu wśród nas

Niedawno, bo raptem trzy miesiące temu, pisałam na tych łamach o życiu i dorobku życiowym Izabeli Dzieduszyckiej, z domu Bojanowskiej (1928-2020), założycielki Przymierza Rodzin. Ona z kolei była spokrewniona z błogosławionym Edmundem Bojanowskim, cichym a wybitnym działaczem katolickim z XIX wieku, podejmującym inicjatywy społeczne z pobudek głęboko duchowych, z miłości do Jezusa Chrystusa.

W połowie XIX wieku Edmund Bojanowski założył zgromadzenie zakonne sióstr służebniczek. Był wielkim orędownikiem tego, co dziś nazwalibyśmy „wyrównywaniem szans” – zakładał dla wiejskich, biednych dzieci ochronki i wprowadzał je w podstawy edukacji: pacierz, alfabet, czytanie i pisanie.

Izabela Dzieduszycka nie ukrywała, że ów nieznany jej stryjeczny pradziadek był dla niej kimś niezwykle bliskim, inspirował, zachęcał i wspierał. W 1995 roku pani Iza ciężko chorowała na nowotwór płuc. Zanurzyła się wtedy w „Dziennik” Edmunda Bojanowskiego. – Bardzo pomógł mi przeżyć ten czas – wspominała potem. Promowała więc jego postać gdzie i jak mogła, inicjując w jego imię kolejne akcje na rzecz słabszych, bezradnych, potrzebujących.

Zapewne najbardziej dziś znanym polskim męczennikiem – i błogosławionym – jest ksiądz Jerzy Popiełuszko, zamordowany przez tajne służby peerelowskiego reżimu w 1984 roku. Jego mama, pani Marianna Popiełuszko oddała po śmierci syna całe swoje życie tym, którzy go kochali, podziwiali, tęsknili za nim i za jego słowem, potrzebowali go, opisywali, stawiali za wzór innym.
Sama jej obecność była świadectwem męczeństwa jej syna. Matka ks. Jerzego Marianna Popiełuszko. Fot. Archiwum autorki
Marianna Popiełuszko (1920-2013), dopóki wiek jej na to pozwalał – a pozwalał niemal do końca – przyjeżdżała na grób syna w rocznicę jego strasznej śmierci i po prostu była wśród nas. Tak jak jej syn była wśród ludzi. Nigdy dużo nie mówiła – choć potrafiła błysnąć niespodziewaną repliką (kiedyś na jakieś pytanie dziennikarzy o lata jej młodości odparła: „Było się perło, ale się zderło”) – ale sama jej obecność była świadectwem męczeństwa jej syna. I przebaczenia matki – i to była jej nauka, jaką nam przekazywała.

Właśnie tak jak inni bohaterowie tego reportażu: w skromności, powściągliwości oraz dyskrecji. W jej przypadku nawet w tłumie, skoro inaczej się nie dało.

Świętych obcowanie – w co wiarę wyznają chrześcijanie i co uroczyście teraz powtórzą z okazji świąt Zmartwychwstania Pańskiego – naprawdę nie jest pustym hasłem.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rok 2009. Marianna Popiełuszko z synem Józefem i córką Teresą oglądają zdjęcia podczas otwarcia wystawy „Pomnażanie dobra. 25. rocznica męczeńskiej śmierci Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki" zorganizowanej m. in. przez IPN i parafię św. Stanisława Kostki w Warszawie. Fot. Paweł Kula/PAP
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sport przy pustych trybunach
Premier ogłosił grzywny: za chodzenie bez maseczki – 540 zł, za przemieszczanie się bez zezwolenia – 4500 zł, za publiczne zgromadzenie powyżej 5 osób – 13 500 zł.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Zaszczuci przez skarbówkę. Jak urzędnicy niszczyli homeschooling
W obronie tej sprawy ramię w ramię głosowali posłowie PiS, KO, PSL, Kukiz'15, a nawet Konfederacji i Polski 2050.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Vacunas o muerte! Cud kubańskiej szczepionki przeciw COVID-19
Nazywa się „Soberana 02”. Czyli „Suwerenność 02”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Ostatni taki książę
Większość Brytyjczyków nie zna świata bez Elżbiety II, z Filipem u boku.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy inteligencji można się „nauczyć”? I czy mierzą ją testy IQ?
Tracimy średnio ok. 7 punktów IQ na pokolenie.