Cywilizacja

„Podżegali do nienawiści”… modlitwą

Na Białorusi prawem są słowa Łukaszenki. Jak uzna, że trzeba ich wsadzić do więzienia, to tak się stanie. Najważniejsze, żeby się przestraszyli represji. Niech siedzą cicho, niech nie uczestniczą w opozycyjnych demonstracjach, niech nie kontaktują się z Polską, niech sobie dadzą spokój z jakimś tam Związkiem Polaków. Mają być posłusznymi „Polakami Łukaszenki”.

Skromna nauczycielka z Grodna, Andżelika Borys, wykreowana została przez władze w Mińsku na przywódczynię wywrotowej organizacji, pełniącej rolę polskiej „piątej kolumny”. Taka jest rzeczywistość: gdyby nie Aleksander Łukaszenko i jego ludzie, Związek Polaków na Białorusi i jego szefowa zajmowaliby się jedynie nauczaniem polskiego i organizowaniem polskich imprez kulturalnych.

Tak samo jest w przypadku innych działaczy związku. Aresztowani członkowie zarządu głównego Andrzej Poczobut oraz prezes oddziału ZPB w Lidzie Irena Biernacka i prezes oddziału ZPB w Wołkowysku Maria Tiszkowska nigdy nie byli aktywni w białoruskiej opozycji. Podobnie w przypadku dyrektorki szkoły harcerskiej w Brześciu Anny Paniszewej. Tak naprawdę zarzuty wobec nich można by uznać za śmieszne: pisanie krytycznych wobec władzy artykułów czy modlitwa za niewpuszczonego na Białoruś zwierzchnika tamtejszych katolików, arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza.

Można by z tego żartować, gdyby nie fakt, że grozi im więzienie – a umieszczono ich w osławionym, mińskim areszcie na ulicy Akreścina. Później Andżelika Borys i Andrzej Poczobut zostali przewiezieni do aresztu „Waładarka”, gdzie przetrzymywani są oskarżeni w sprawach karnych. I grozi im sprawa za sianie nienawiści i propagowanie nazizmu…
Według portalu „Znad Niemna” Andżelice Borys i Irenie Biernackiej formalne zarzuty prokuratorskie postawiono w Wielki Piątek. Dzień wcześniej usłyszeli je Maria Tiszkowska i Andrzej Poczobut.
Przewodnicząca Związku Polaków na Białorusi Andżelika Borys podczas konferencji inaugurującej kampanię społeczną #KtoTyJesteś, w Senacie RP w sierpniu 2019 roku. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Z Grzebieni przez Białystok do Grodna

Pani Borys urodziła się we wsi Grzebienie, a ukończyła szkołę w nieodległych Podlipkach, tuż przy granicy z Polską. Obie wioski, podległe radzie wiejskiej w Odelsku, nie miały szczęścia przy wytyczaniu powojennej granicy. Tak jak wiele innych, choć zamieszkane przez Polaków, znalazły się na wschód od niej. Droga z Grodna kończy się właśnie w Odelsku, potem, kilkaset metrów na zachód, stoją słupy graniczne. A po polskiej stronie znajduje się wieś Zubrzyca Wielka i droga do Sokółki. Kiedyś z Odelska do Zubrzycy była droga, jedynie trzy kilometry. Dziś trzeba pokonać ponad czterdzieści i odstać swoje na granicy. Tak podzielono ziemię i oddzielono od siebie rodziny i sąsiadów.

Gdy Andżelika się rodziła, w 1973 r., Związek Radziecki wydawał się wielki i potężny; w Białoruskiej SRR od 1948 r. nie było ani jednej polskiej szkoły, nie było ani jednej polskiej gazety czy organizacji. Ale po upadku ZSRR wszystko się zmieniło – i stał się możliwy wyjazd na studia do Polski. W przypadku pani Borys – do Zamościa, a potem Białegostoku. Potem wróciła na Białoruś, by pracować jako nauczycielka języka polskiego w Grodnie i Odelsku. Bo właśnie wówczas nastąpiło odrodzenie polskości w tym kraju. W 1988 r. powstało pierwsze polskie stowarzyszenie, a w 1990 r. Związek Polaków; powoli odradzało się nauczanie języka polskiego.

Andżelika Borys została członkiem ZPB w 1995 r. Trzy lata później otrzymała tam pracę w charakterze szefowej wydziału edukacji zarządu głównego. Niewiele później, bo w 2000 r. prezesem ZPB wybrano doc. Tadeusza Kruczkowskiego. Wydawał się wielką nadzieją organizacji – naukowiec, historyk, człowiek, który dawał szansę na oparcie się związku o środowiska inteligenckie. Jednak Kruczkowski miał chyba nieco inne ambicje, bo najwyraźniej zaprzyjaźnił się z władzami – a te uznały go za odpowiedniego człowieka na właściwym stanowisku. W 2005 r. delegaci na kolejny zjazd ZPB byli nękani telefonami i rozmowami, że najlepszym i w ogóle jedynym kandydatem na prezesa może być właśnie on.
Tadeusz Kruczkowski, doktor historii - stopień uzyskał w Instytucie Słowianozawstwa i Bałkanistyki Rosyjskiej Akademii Nauk za pracę „Problematyka polska w rosyjskiej historiografii II połowy XIX wieku”. Fot. BelSHARP - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4306158
Być może władze obawiały się powrotu poprzedniego prezesa Tadeusza Gawina, który w kwestiach politycznych miał odmienne zdanie niż Kruczkowski. Pojawiła się jednak kandydatka kompromisowa: Andżelika Borys. Tyle, że dla białoruskich władz żaden kompromis nie był możliwy. Wygrana pani Borys i przegrana Kruczkowskiego była dla nich sygnałem alarmowym.

Grzywny i areszty

Nauczycielka, organizatorka polskiej oświaty, która nigdy nie angażowała się w żadną działalność polityczną, z dnia na dzień w oczach oficjalnego Mińska stała się przeciwnikiem, a potem wrogiem. Władze nie uznały rezultatów zjazdu – ale nowo wybrane kierownictwo ZPB nie chciało się tej decyzji podporządkować. Doszło do szturmu milicji na Dom Polski w Grodnie i utworzenia „łukaszenkowskiego” ZPB, który co prawda raczej pozorował działalność niż cokolwiek robił – ale też był w pełni lojalny, usiłując tworzyć wizerunek „Polaków Łukaszenki”. Bo tak wielokrotnie mówił Łukaszenko: na Białorusi są tylko „jego Polacy”. Inni mogli być jedynie wrogami.

I tak Andżelika Borys została uznana za „opozycjonistkę”. Żeby jeszcze tylko tyle! Łukaszenko toleruje opozycję, umiejętnie ją rozgrywając i marginalizując. Reagował ostro w przypadkach, gdy widział dla siebie realne niebezpieczeństwo, na przykład po wyborach 2010 r., kiedy to rozpędził opozycyjną demonstrację w Mińsku i wsadził do więzień głównych kontrkandydatów. Na co dzień opozycja wegetowała, odcięta od struktur państwowych i od mediów, bez szans na wejście nie tylko do parlamentu, ale i rad najniższych szczebli.

Ale szefowa ZPB zyskała poparcie Warszawy. Wszystkie liczące się siły polityczne w Polsce uznały ją i kierowany przez nią związek, odmawiając współpracy z „łukaszenkowcami”. Z punktu widzenia oficjalnego Mińska, Andżelika Borys stała się osobą niebezpieczną. Stąd ciągłe nękanie, przesłuchanie za przesłuchaniem, skazywanie na kary grzywny – w 2008 r. o równowartości ponad 1,5 tys, zł. za zorganizowanie w Grodnie koncertu Lombardu; w lutym 2010 r. na karę ok. 4 tys. zł. za „nielegalną działalność charytatywną”, a potem ponad tysiąc złotych „za udział w nielegalnym wiecu” przed Domem Polskim w Grodnie.

Taktyka Łukaszenki: ostry atak i przerwa. Polska (prawie zawsze) zła

Można przewidzieć, a jakim tle stosunki między Warszawą a Mińskiem się zaognią i w jaki sposób będzie przebiegać konflikt.

zobacz więcej
Kierować związkiem, nielegalnym z punktu widzenia władz, było niesłychanie trudno. Jak czytamy w internetowym piśmie Znadniemna.pl, siedziba ZPB faktycznie przeniosła się na ulicę Szosa Jezierska, do mieszkania pani Borys. Częstokroć zbierało się tam kilkudziesięciu ludzi. Mieszkający w podgrodzieńskich Grzebieniach rodzice Andżeliki Borys, państwo Czesław (zmarły kilka lat temu) i Henryka, wzięli wówczas na siebie zaopatrywanie w żywność nie tylko swojej córki, lecz tych wszystkich działaczy organizacji, którzy przesiadywali u niej nieraz całymi dniami, a nawet tygodniami.

Później sytuacja nieco się znormalizowała – Mińsk tolerował nielegalny związek. Nie było już ciągłych wezwań na milicję, nie było nachodzenia w domu. ZPB założył nawet własną siedzibę w Grodnie, organizował zjazdy, zebrania i rozmaite imprezy. Ale zeszłoroczne, powyborcze przesilenie na Białorusi musiało mieć konsekwencje dla związku i jego szefowej. Bo zarówno Andżelika Borys, jak i inni czołowi działacze polskiej organizacji wyraźnie poparli powyborcze protesty.

Związek nie wydał żadnego oświadczenia, nie przyjął stanowiska, bo przecież nie angażuje się w sprawy polityczne – ale też członkowie ZPB są obywatelami Białorusi i mają prawo do posiadania własnych poglądów. Władze uznały, że trzeba zakończyć politykę przymykania oczu. Skoro wsadzani do więzień są wszyscy bez wyjątku, rzekomi lub prawdziwi oponenci Łukaszenki – nie jacyś tam opozycyjni politycy, a najzwyklejsi ludzie z ulicy – to i na Polaków przyszła kolej. Zwłaszcza, że Polska wprost uznana została za „wroga”, a liderzy ZPB za „agentów wpływu wrogiej Polski”.

Dwóch Andrzejów

Do aresztu trafił też Andrzej Poczobut, działacz ZPB i dziennikarz. W Grodnie znanych jest dwóch dziennikarzy, aktywnych w polskiej organizacji: Andrzej Pisalnik, w przeszłości korespondent „Rzeczpospolitej”, a także właśnie Andrzej Poczobut, dawniej korespondent „Gazety Wyborczej”. Obaj od lat mieli problemy z władzami.

Pisalnik trafiał do aresztu, czasem na kilka, czasem na kilkanaście dni. To typowe, nękające działania władz: milicjant twierdzi na przykład, że ktoś „szedł ulicą i przeklinał” – a sąd skazuje rzekomego chuligana na areszt. Oczywiście, jest świadek chuligańskiego zachowania: drugi milicjant. Zresztą, oficjalna przyczyna wyroku skazującego na areszt – miejsce pozbawione łóżek, gdzie śpi się na tzw. narach, czyli podwyższeniu z desek – może być dowolna.
Podobnie działo się i w przypadku Poczobuta. W 2011 r. potraktowano go jednak bardziej surowo. Został oskarżony o znieważenie Aleksandra Łukaszenki w „Gazecie Wyborczej”, na portalu „Biełorusskij Partizan” oraz w swoim prywatnym blogu. Wtedy skazano go na trzy lata więzienia w zawieszeniu na dwa lata. W 2012 r. ponownie oskarżono go o znieważenie prezydenta, tym razem także na portalu „Karta 97”. Ostatecznie sprawę umorzono – w znacznej mierze w efekcie nacisków z Polski i Unii Europejskiej.

Niestety, z punktu widzenia władz obaj są szczególnie niebezpieczni. Po pierwsze – są aktywnymi, polskimi działaczami. Po drugie – to dziennikarze. A niezależni dziennikarze są szczególnie źle widziani przez każdą dyktaturę. W tym przypadku chodzi o dziennikarzy, którzy przez lata pisali do polskich gazet, a więc wyjątkowo groźnych. Artykuły Andrzeja Poczobuta pojawiały się też w białoruskich mediach niezależnych. Być może właśnie dlatego to on stał się w ostatnich dniach celem ataku władzy.

Mieszkająca w Lidzie Irena Biernacka też nie jest opozycjonistką. Była sądzona za… obecność na procesie działacza opozycji Witolda Aszurka, a wcześniej za udział w nowennie pompejańskiej, którą lidzcy katolicy odprawiali w intencji powrotu na Białoruś abpa Kondrusiewicza. Podobnie Maria Tiszkowska, nauczycielka kierująca polską szkołą społeczną w Wołkowysku.

Zadecyduje Łukaszenko

„Przedtem nie mieliśmy do czynienia ze sprawami karnymi wszczynanymi wobec działaczy ZPB. Wyjątkiem był Andrzej Poczobut, skazany na wielomiesięczny areszt za zniesławienie prezydenta Łukaszenki, jednak skazano go jako dziennikarza, nie działacza organizacji. Wcześniej stawiano nam zarzuty co najwyżej z kodeksu wykroczeń. Nękano nas krótkimi aresztami, karami pieniężnymi, zamykano firmy związane ze Związkiem. Teraz działaczom postawiono poważne zarzuty karne” – mówiła w wywiadzie dla Znadniemna.pl Anżelika Orechwo, w latach 2010-2012 prezes ZPB, w latach 2016-2021 prezes Rady Naczelnej ZPB.

Odpowiadając na pytanie, co się stanie z Andżeliką Borys, Andrzejem Poczobutem, Ireną Biernacką i Marią Tiszkowską, Orechowo odpowiedziała: „Nie wiadomo, bo na Białorusi wszystko się dzieje poza prawem”. Zapewne, wypowiadając się bardziej dosadnie, należałoby to ująć inaczej: na Białorusi prawem są słowa Łukaszenki. Jak uzna, że trzeba ich wsadzić do więzienia, to tak się stanie. A jeśli zechce okazać łaskawość, to po kilku miesiącach w areszcie dostaną jakieś wyroki w zawieszeniu. Najważniejsze, żeby się przestraszyli dalszych represji.

I żeby taki strach padł na innych Polaków. Niech siedzą cicho, niech nie uczestniczą w opozycyjnych demonstracjach, niech nie kontaktują się z Polską, niech sobie dadzą spokój z jakimś tam Związkiem Polaków. Mają być posłusznymi „Polakami Łukaszenki”. Takimi jak nowy prezes łukaszenkowskiego ZPB Aleksander Songin, znany ze zdjęć na tle portretu białoruskiego dyktatora – zresztą ukończył Akademię Zarządzania przy Prezydencie Republiki Białoruś i jest deputowanym do parlamentu. Ciekawe, czy mówi po polsku; jeden z jego poprzedników, Stanisław Siemaszko, rozmawiał wyłącznie po rosyjsku. Bo „łukaszenkowskiemu Polakowi” język rosyjski w zupełności wystarczy.

– Piotr Kościński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

27.03.2021
Zdjęcie główne: Niech siedzą cicho, niech nie uczestniczą w opozycyjnych demonstracjach, niech nie kontaktują się z Polską, niech sobie dadzą spokój z jakimś tam Związkiem Polaków. Mają być posłusznymi „Polakami Łukaszenki”. Na zdjęciu: Białorusini i Polacy na demonstracji solidarności w Białorusią w centrum Warszawy, 27 czerwca 2020 r. Fot. Piotr Łapiński / NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Bill Gates chciał zasłonić Słońce. Dziś spada jego gwiazda
Twórca Microsoftu miał obsesję na tle Nagrody Nobla. Na liście zaszczytów i tytułów brakowało mu tego trofeum.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Chodzą za nami agenci KGB
Wspomnienia korespondenta polskiej gazety z kraju Łukaszenki.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rewolucjoniści szaleją na najlepszych uniwersytetach
Władze Wielkiej Brytanii planują zacząć walczyć z ograniczaniem wolności słowa na uczelniach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja w stanie grzechu śmiertelnego
Apostazja stała się podstawową zasadą polityki.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
EURO – turniej rozgrywany w przerwie meczu o Superligę
Nie ma lepszego sposobu odwracania uwagi od mętnych i pokrętnych sprawek piłeczki kopanej, jak porządnie haratnąć w gałę.