Cywilizacja

Wczesna wiosna umożliwiła rolnikom zbiór spaghetti... Historia primaaprilisowych żartów

Rządzący Polską Ludową byli absolwentami przeróżnych kursów historii ruchu robotniczego, co na tyle ich oddalało od rzeczywistości i historii, że mogli wprowadzić kartki na mięso 1 kwietnia 1981 roku.

„Prima aprilis: nie czytaj, nie słuchaj, bo się pomylisz.” To powiedzonko według mojej pamięci było używane przez ludzi, którzy osiągnęli dojrzałość jeszcze przed wojną. Może jest starsze, niż II RP, ale to nie ma znaczenia. Oddaje o co pierwszego kwietnia chodzi – będą człowieka oszukiwać i do tego bezkarnie, a obronić się można własna bystrością i sceptycyzmem.

W życiu prywatnym tradycja dotyczy „wkręcania” w coś, czyli sprzedania w rozmowie czegoś nieprawdopodobnego komuś, najlepiej w obecności innych, aby tym bardziej podkreślić naiwność poddawanego wkręcaniu. Dobra tradycja każe też umieścić jakieś tropy, które rozgarniętej osobie dają szansę nie dania się oszukać. Czyli zarazem może to być test na inteligencję i wiedzę ogólną.

Inna forma żartowania sobie z ludzi w ten dzień, to posłanie ich tam, gdzie ich nie oczekują, możliwe z jakimś bezsensownym poleceniem, czy pytaniem. Trzecia i najpopularniejsza forma to to, co w angielskim nazywa się „practical joke”, czyli żart składający się z działań fizycznych ze skromnym udziałem intelektu. Na przykład przyklejenie koledze z pracy kubka do biurka (bardzo śmieszne) i tym podobne żarty biurowe i uliczne, jak przyklejenie monety do chodnika.

W internecie są całe zbiory żartów korporacyjnych z zasianiem podstępnie w klawiaturze komputera rzeżuchy i rzekomym wezwaniem kolegi przez szefa na czele. W ten szczególny dzień taki wezwany, który nie mógł się przed tym napić herbaty, nie może się obrazić, szef, że mu się zawraca głowę, też nie. Prima aprilis jest chwilowym zawieszeniem hierarchii i norm, taki jednodniowy karnawał.
Primaprilisowa ryba wieszana na plecach kolegi w 1963 roku we Francji. Fot. Keystone-France/Gamma-Keystone via Getty Images
Również w życiu publicznym fałszywe informacje puszczają w obieg media z zaznaczonym elementem absurdalnym, wskazującym delikatnie na nieprawdopodobieństwo, co inteligentniejszym odbiorcom daje szansę pozostać tym, kim są.

Dzień narodzin Judasza

Skąd się wziął prima aprilis? Tłumacząc z łaciny – pierwszy kwietnia, czyli tropy prowadzą do starożytnego Rzymu. Tam na początku wiosny świętowano Cereralia, kult bogini Cerery, która w poszukiwaniu porwanej córki została wywiedziona w pole. Łączono to z Veneraliami, kultem Wenus opiekunki dziewic, przypadającym 1 kwietnia. Rzymianie pili i tańczyli, przebierali się – mężczyźni za kobiety i odwrotnie i nic nie było na poważnie.

Jak to w Rzymie pierwowzór jest grecki. Hades, bóg podziemi, zakochał się w Korze, zwanej także Persefoną, córce Demeter, bogini wiosny i urodzaju i porwał ją. Matka krążąc po królestwie Hadesa nawoływała córkę, lecz zwodził ją bożek Echo. Wreszcie – po skargach Demeter – Zeus rozstrzygnął sprawę i nakazał Hadesowi wypuszczać Persefonę na wiosnę i lato z podziemi.

W średniowieczu uważano pierwszy kwietnia za dzień narodzin Judasza, czyli dzień kłamstwa, obłudy i zdrady. To jednak było jakby zagospodarowaniem prima aprilis do budzenia wstrętu w wiernych wobec Judasza, taką pomocą katechetyczną. A odwołano się do tradycji wesołych żartów, kpin i zabaw noworocznych.

Do 1582 roku, kiedy papież Grzegorz XIII wprowadził kalendarz, nazwany później gregoriańskim i ustanowił nowy rok na 1 stycznia, nowy rok obchodzono najczęściej 1 kwietnia, zależało to od ruchomych świąt Wielkanocy. Po reformie kpiono z tych, do których reforma kalendarza nie dotarła i nadal obchodzili nowy rok 1 kwietnia, których nazywano „kwietniowymi głupcami”(April fools). W krajach anglojęzycznych 1 kwietnia do dziś się nazywa April Fools Day lub All Fools Day.

Do Polski prima aprilis przyszedł najprawdopodobniej z Niemiec w XVI wieku i zakorzenił się bardzo szybko. Już w XVII wieku Wacław Potocki pisał:

Prima Aprilis, albo najpierwszy dzień kwietnia,
 Do rozmaitych żartów moda staroletnia.


Cytryny i coca-cola w sprzedaży

Z czasem do żartowania ludzi z siebie nawzajem dołączyła prasa, czego jeśli chodzi o II RP mamy przykład w książce Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima „W oparach absurdu”, wydanej już po wojnie, w latach pięćdziesiątych. Tylko że to był czysty absurd i nonsens o poziomie zapewne niedostępnym dla innych autorów.

Tuwim i Słonimski pisali te pierwszokwietniowe żarty w codziennych gazetach przez 18 lat naśladując normalne ogłoszenia jak na przykład; „Bieliznę damską starannie wykończoną mam na sobie. Masażystka L. B. Polna 200”, notatki podróżnicze, informacje, porady kalendarzowe i drobną publicystykę.

To był rodzaj zabawy literackiej, która nie mogła nikogo zwieść, bo nikt nie potraktuje poważnie rady golenia szprot i wędzonych śledzi łowionych w starannie zalutowanych puszkach.

Dlaczego w Ptaszkowej jeżdżą autobusy szersze niż dłuższe?

Beskidzka wieś, gdzie ludzie dowcipkują na własny temat.

zobacz więcej
Oszukaniu czytelnika służyły inne primaaprilisowe żarty przed i po wojnie. Na przykład w latach czterdziestych, kiedy jeszcze nie dokręcono wszędzie śruby „Dziennik Bałtycki” celował w informacjach o statkach z cytrynami, które mają postój techniczny w Gdyni i aby się owoce nie zepsuły, marynarze muszą je sprzedać w porcie. Ludzie przychodzili, redakcja się bawiła. Albo o statkach z bokserami lub innymi sportowcami, którzy przymusowo będąc w Trójmieście rozegrają jakieś zawody z miejscowymi. Ludzie też przychodzili.

Żartów było po kilka w numerze. W 1947 roku zdarzył się żart wcale nie tak błahy. Poinformowano o powstaniu Zakładów Państwowych Niszczenia Kurzu Na Meblach Poniemieckich, a w tych zakładach: „precyzyjne maszyny czyszczą meble poniemieckie z kurzu, przywracając tym cennym zabytkom pierwotne «prasłowiańskie oblicze»”.

Taki żart nie byłby możliwy już dwa lata później, a w latach 1951-1956 nie był możliwy żaden. Tradycja została przerwana na czas stalinizmu. W 1958 roku „Dziennik Bałtycki” zagrał ostro. Poinformowano, że od pierwszego kwietnia na Dworcu Głównym w Gdańsku rozpocznie się sprzedaż coca-coli. Zainteresowanie i rozczarowanie było duże. Prasa dojrzałego i późnego PRL żartowała niewinnie, często że jakiś pożądany lub egzotyczny towar będzie gdzieś rzucony na rynek.

Nie mamy takich możliwości

Rządzący Polską Ludową byli absolwentami przeróżnych kursów historii ruchu robotniczego, co na tyle ich oddalało od rzeczywistości i historii, że mogli wprowadzić kartki na mięso 1 kwietnia 1981 roku. Kiedy 1 kwietnia 1683 roku Polska i Austria zawiązały sojusz antyturecki, dokument postanowiono antydatować na 31 marca, aby poważnie wyglądał.

Moment ogłoszenia kartek na mięso nie wyglądał poważnie, ale miał poważne skutki – mięsa jak nie było, tak nie było i aparat partyjny dwoił się i troił, aby wyjaśniać sytuację. To już było nie 1 kwietnia, ale z podwyżki primaaprilisowej, która okazała się prawdziwa, trzeba było się tłumaczyć i nie sposób tego nie zacytować:

„Aktyw partyjny, który rozumiał wszystko, zadał jednak na spotkaniu Zbigniewowi Michałkowi, sekretarzowi KC PZPR, pytanie: »Jak to się działo, że w czasie okupacji wprowadzony przez Niemców system kartkowy działał i było pokrycie w towarach?« Sekretarz Michałek odparł, że już w tej sprawie wypytywał gauleitera Kocha, siedzącego w polskim więzieniu. »Wiecie towarzysze, w czasie okupacji za nieodstawienie świniaka chłop jechał do obozu koncentracyjnego. My takich możliwości dziś nie mamy.«”, jak pisał Jerzy Morawski w „Rzeczpospolitej” (2013 r.)w artykule „Socjalizm na kartki”.

W PRL 1 kwietnia trwał cały rok i dla odbiorców mediów wiara w absurdy i nonsensy nie świadczyła o naiwności, a o zdolności funkcjonowania w systemie.
Kartki na mięso wprowadzone 1 kwietnia 1981 w Polsce okazały się dowcipem żałosnym: mięso i wędliny w sklepach nadal były trudnym do zdobycia rarytasem. Ostatecznie władze PRL wycofały się systemu kartkowego dopiero po wyborach kontraktowych w 1989 roku. Fot. PAP/CTK Martin Sterba
Nitki makaronu na gałęziach

Media na Zachodzie też nie próżnowały 1 kwietnia. W Dublinie w 1844 roku informacja o darmowym przejeździe koleją do miejscowości nadmorskiej, gdy się okazało, że nic z tego wywołała kilkudniowe zamieszki. Kolej była nowością i po latach taki sam żart przeszedł by pewnie spokojniej.

Wyspy Brytyjskie mają długa tradycję medialnych żartów na 1 kwietnia. Niektóre przygotowywane były starannie i weszły do grupy najsławniejszych żartów primaaprilisowych.

W 1947 roku BBC nadająca na jednym kanale (drugim dostępnym był kanał ITV) przygotowała reportaż o tym, że wczesna wiosna w Szwajcarii umożliwiła już rolnikom zbiór spaghetti. Zobaczyć można było drzewa oliwne na granicy szwajcarsko-włoskiej nad jeziorem Lugano, z których zwisały nitki ugotowanego spaghetti. Rolnicy zbierali je do koszy i układali na obrusie do wyschnięcia, po czym był posiłek.

Centrala BBC została przeciążona telefonami widzów pytających o radę, jak wyhodować to samo w swoim ogródku. Stacja odpowiadała w niepowtarzalnym stylu: „Umieść gałązkę spaghetti w puszce z sosem pomidorowym i miej nadzieję na najlepsze”. Materiał powstał w tajemnicy i wiedzieli o nim tylko ci, którzy musieli. Dyrektor generalny BBC przyznał się, iż reportaż zrobił na nim takie wrażenie, że sięgnął do „Encyclopedia Britannica”, aby sprawdzić jak to z tym spaghetti jest.


Również w czasach telewizji czarno-białej w Europie telewizja szwedzka nadała poradnik oglądania jej w kolorze, czyli instrukcję zakładania nylonowej pończochy na odbiornik. Zakładających było sporo, niektórzy nawet widzieli kolory. W sklepach pytano o największe rozmiary pończoch.

Jednak co BBC, to BBC. W 1976 roku w publicznym radiu dziennikarz Patrick Moore ogłosił, że o godzinie 9:47, oczywiście 1 kwietnia, nastąpi koniunkcja Jowisza i Plutona, która ograniczy grawitację ziemską. W licznych telefonach do stacji słuchacze dzielili się swoimi wrażeniami, a jedna pani twierdziła, że ona i jej jedenastu znajomych uniosło się z krzeseł i zaczęło krążyć po pokoju. Komentarzem do czegoś takiego może być milczenie, albo gruba psychologiczna książka. Z braku kompetencji pozostaję przy pierwszej możliwości.

Urlop na San Serifie

Pozostając w obszarze języka angielskiego, poza rutynowo lądującymi Marsjanami, wspomnieć wypada amerykańską firmę Burger King, która obwieściła wprowadzenie na rynek whoopera dla leworęcznych. Choć ta kanapka z trzema hamburgerami, pomidorami i czymś zielonym przy jedzeniu wymaga obu rąk sklepy Burger Kinga musiały odmawiać licznym zamówieniom od osób leworęcznych. Nie bardzo wiadomo, dlaczego odmawiano. Zamawia leworęczny, mówi mu się, że dostaje tę dla leworęcznych, i spokój.

Kiedy w porcie w Sydney w 1978 roku pojawiła się góra lodowa prosto z Antarktyki można było uwierzyć, że to jeden z australijskich milionerów dotrzymał słowa i sprowadził górę, co zapowiadał. Niestety zaczął padać deszcz i góra wykonana z piany gaśniczej i kremu do golenia szybko rozpłynęła się w morzu.

Prowokacja w ubikacji i inne anegdoty z literackich salonów

W Polsce Ludowej chlali wszyscy: od pracownika fizycznego do profesora. W tej sprawie komunistom udało się doprowadzić do równości.

zobacz więcej
W 1977 roku „The Guardian” wydał specjalny dodatek o rajskim archipelagu na Oceanie Indyjskim o nazwie San Serriffe. Archipelag miał kształt średnika, a wszystkie nazwy związane z tą nieznaną dotąd republiką pochodziły z terminologii drukarskiej. To, i data publikacji dodatku 1 kwietnia, powinny czytelnikom dać do myślenia, ale biura podróży zaczęły być pytane o możliwość spędzenia tam urlopu. W końcu mało kto drukował i nie każdy pisał na maszynie, jednak to nie to samo, co lewitacja słuchaczki BBC i jej jedenastu przyjaciół.

Przykładów naiwności i podatności na sugestię jest wiele. Zdaje się przodować ta część ludzkości, która mówi po angielsku, ale oni pewnie aktywniej żartują oraz staranniej dokumentują, więc uogólnienia byłyby ryzykowne. Na koniec przeglądu najsławniejszych anglosaskich żartów primaaprilisowych trzeba by wspomnieć o latającym miliarderze, Richardzie Bransonie, tylko nie wiadomo, czy wyczyn można mu zaliczyć.

W 1989 roku na przedmieściach Londynu wylądowało świecące UFO. Przejeżdżający nieopodal kierowcy zawiadomili policję. Policja przyjechała i najodważniejszy funkcjonariusz zbliżył się do pojazdu. Ze spodka wysiadła postać w srebrzystym garniturze, policjant uciekł. Statek kosmiczny był balonem na ogrzane powietrze uformowanym według wzorów z filmów SF, a panem w garniturze Richard Branson. Niestety warunki pogodowe pokrzyżowały jego plany i lądowanie odbyło się 31 marca na przedmieściach Londynu, a nie 1 kwietnia w Hyde Parku.

Najwięcej informacji o lądowaniu obcych pod Roswell, tym co się dzieje w owianej spiskową sławą Strefie 51 na pustyni Nevada i potworze z Loch Ness produkowały światowe media bez związku z prima aprilis. Nawet nasz rolnik z Emilcina spotkał w 1978 roku na polanie obcych i ich pojazd w maju, o czym szeroko rozpisywały się nawet poważne tygodniki w PRL. Czyli prima aprilis nie ogranicza fantazji. A już na pewno nie w czasie mediów społecznościowych.

Dziś prawdziwych kotwic już nie ma

Żniwa spaghetti chwyciły, bo informacje podał w BBC w 1957 roku Richard Dimbleby, a w to, co mówił Dimbleby ludzie wierzyli bez zastrzeżeń. Był kimś, kogo nazywano „news anchor”. News – wiadomo, a anchor to kotwica, czyli na kimś takim trzyma się wiarygodność stacji. Nie było takich kotwic wiele, ale były, w Ameryce przez lata takie zaufanie miał Walter Cronkite. Z czasem określenie się spospolitowało i znaczy po prostu prezentera wiadomości. Taki ktoś może – czy z dawnym, czy współczesnym kredytem zaufania – skutecznie i niegroźnie oszukać, ale tylko raz w roku.
Elżbieta Królowa Matka z telewizyjnym prezenterem BBC Richardem Dimblebym w 1961 roku. Fot. Central Press/Getty Images
Teraz każdy może, kiedy mu wygodnie i kiedy potrzebuje, a prima aprilis jest codziennie na całym świecie, ale z innych przyczyn, niż kiedyś w PRL i bloku państw socjalistycznych. O ile dawni żartownisie primaaprilisowi zakładali małą społeczną szkodliwość czynu, to obecnie wielu twórców fałszywych wiadomości zakłada ją jak największą, przede wszystkim w mediach społecznościowych. Dziennikarzy, „niebezpiecznych” raz do roku, na których, jak na kotwicy trzyma się zaufanie do środka przekazu już nie ma i być nie może w czasach, kiedy każdy może łatwo nadawać to, co mu dyktuje grupowy lub indywidualny interes, brak odpowiedzialności lub i jedno i drugie.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wykorzystałem artykuł Kamila Wrotkowskiego „Żarty z okazji prima aprilis jako źródło historyczne...” w „Argumenta Historica”,(rocznik 5 pdf)
Zdjęcie główne: Primaaprilisowy żart z kopenchaskiego metra w 2001 roku. Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Igrzyska bez sushi. Wszystkim chodzi tylko o pieniądze
Działacze olimpijscy w Tokio zaryzykują tylko, jeśli pójdą w miasto. Wtedy mogą coś złapać. Chociaż niekoniecznie koronawirusa.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tradycyjna medycyna chińska oparta na faktach
Zastosowano ją w szpitalach w Wuhan i połowa chorych po ok. 10 dniach opuszczała je jako wyleczona. Czy 4000 lat tradycji może się mylić i musi się legitymizować „badaniami klinicznymi”?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Cichy białoruski bohater – arcybiskup Artemiusz
Jedyny hierarcha prawosławny, który skrytykował przemoc władzy wobec protestujących. Wysyłał kandydatów na księży do polskich szkół teologicznych, by „oddychali głęboko powietrzem wolności” i „zobaczyli, jak może w przyszłości wyglądać Białoruś”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Irina przytnie grzywkę, Andrij trawnik. Ukraińcy w Polsce AD 2021
Ukraińcy zwykle lubią Polaków i Polskę bardziej i odczuwają wobec nich większą bliskość niż na odwrót.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Bronił Polski przed atakami władz Izraela. Jair, syn Benjamina
Polacy, wiedzcie, proszę, że obecny rząd jest nielegalny i nie reprezentuje narodu izraelskiego! – napisał.