Historia

Czarna karta z biografii Piłsudskiego. Jak Witos i Korfanty po powrocie z emigracji trafili za kraty

Niemcy szukali kontaktu z liderem ludowców. Chcieli podobno mu zaproponować pomoc w dokonaniu w Polsce zamachu stanu.

30 marca 1939 roku, Warszawa, Zamek Królewski. W obliczu ostatecznej rozprawy Hitlera z Czechosłowacją delegacja polskich profesorów odwiedza prezydenta Ignacego Mościckiego. Przynoszą ze sobą szereg postulatów, prosząc m.in. o amnestię dla emigrantów politycznych, w tym Wincentego Witosa i Wojciecha Korfantego. Mościcki odpowiada, że „Witos w niepodległej Polsce nie zrobił niczego dobrego ani dla Polski, ani dla chłopów”, a Korfantemu zarzuca, że „nigdy Polski nie kochał”. Mimo to, i przywódca ludowców, i dyktator III powstania śląskiego wracają do kraju. Czeka ich więzienie, w którym jeden spędzi kilka, drugi 82 dni.

Ni to demokracja, ni to dyktatura

Skąd tak małostkowa, żeby nie rzec podła, postawa sanacji, i to w sytuacji rosnącego zagrożenia wojną z Niemcami? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się do 1922 roku i wyboru na prezydenta Gabriela Narutowicza. Spotkał się on z gwałtownym sprzeciwem endecji, która rozpętała kampanię wiecową i prasową przeciw elektowi, nazywając go m. in. „zawadą” i „wybrańcem Żydów”. Celem było zmuszenie Narutowicza do rezygnacji z urzędu, ale działania prawicy dały tragiczny posiew – prezydent zginął w Zachęcie od kul zamachowca.

To wydarzenie to kluczowy moment w ewolucji psychicznej Józefa Piłsudskiego – Marszałek uznał endeków za polityków z krwią na rękach, będących już nie przeciwnikami, a wrogami politycznymi. W tym kontekście nie dziwi, że utworzenie przez prawicę i ludowców wspólnego rządu (na czele z Wincentym Witosem) w maju 1926 roku podziałało na Piłsudskiego niczym płachta na byka. W ramach spontanicznej reakcji Marszałek zdecydował się na demonstrację wojskową, która miała przekonać następcę Narutowicza – Stanisława Wojciechowskiego – do zdymisjonowania nowego gabinetu.

Prezydent nie uległ jednak żądaniom wieloletniego przyjaciela (przez lata działali razem w PPS) i demonstracja przerodziła się w zamach stanu. Przewrót zakończył się powodzeniem – rząd podał się do dymisji, z prezydentury zrezygnował też Wojciechowski, a władzę objął obóz piłsudczykowski. Aby skomplikować nieco obraz, dodajmy, że w maju Witos i Piłsudski stanęli po dwóch stronach barykady, ale wcześniej zdarzało im się nieraz współpracować.

W krytycznym momencie wojny polsko-bolszewickiej Naczelny Wódz działał ramię w ramię z premierem-ludowcem, składając mu później „szczere uznanie i podziękowanie”. Witos rewanżował się bronieniem Piłsudskiego przed nagonką prawicy, a w 1922 roku Komendant miał opowiedzieć się za kandydaturą lidera PSL „Piast” na prezydenta. Dopiero zacieśnienie przez Witosa relacji z prawicą w 1923 roku wpłynęło na rosnącą doń niechęć Marszałka. Piłsudski rozumował prosto – kto wchodzi w kontakty z endecją, mającą na sumieniu zabójstwo prezydenta, jest tym mordem obciążony.
Naczelnik Państwa Józef Piłsudski podczas rozmowy z nowo wybranym prezydentem Gabrielem Narutowiczem w Belwederze w grudniu 1922 roku. Fot. NAC/ Instytut Józefa Piłsudskiego
Z tej perspektywy demonstracja zbrojna w maju 1926 nie może zaskakiwać, a kolejne 4 lata to parlamentarne przeciąganie liny między Piłsudskim, a opozycją. – Choć Piłsudski wierzył, że demokracja nie służy Polsce, w maju nie dążył do dyktatury, a jedynie do obalenia rządu Witosa. Zdobył za to pełnię władzy, i to na drodze rozlewu krwi. Nie wiedział, co z tym fantem zrobić. Efektem stan ni to demokracji, ni to dyktatury, trwający do 1930 roku – komentuje dr Krzysztof Kloc z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.

Podzielona opozycja długo nie stanowiła dla Piłsudskiego większego wyzwania. Sytuacja zmieniła się w 1929 roku, gdy PPS zawiązała sojusz z partiami centowymi, w tym PSL „Piast” – powstał tzw. Centrolew. Zorganizowany rok później, w czerwcu, krakowski kongres tworzących go stronnictw i wiec zwolenników Centrolewu (z udziałem ok. 25 000 ludzi) pokazały, że przeciwnicy sanacji złapali wiatr w żagle.

21 sierpnia 1930 partie Centrolewu zdecydowały się więc na kolejny krok – na 14 września zaplanowały „wiece w obronie prawa i wolności ludu” w 22 polskich miastach, w tym w Warszawie. Dla Marszałka był to o jeden krok za daleko – postanowił za wszelką cenę sparaliżować ogólnopolskie manifestacje. W tym celu polecił następcy Wojciechowskiego, Ignacemu Mościckiemu, rozwiązać parlament, a ministrowi spraw wewnętrznych, Sławojowi Składkowskiemu, uwięzić czołowych polityków opozycji.

Nie ty będziesz rządził w Polsce, tylko Piłsudski!

– W kręgach białej emigracji rosyjskiej, w środowisku Dmitrija Fiłosofowa, mówiono że za Piłsudskim po maju 1926 „chodziły trupy”. Zamach majowy pociągnął za sobą kilkaset ofiar śmiertelnych i ten krwawy bilans Marszałek miał z tylu głowy, gdy decydował się na aresztowania posłów w 1930 roku. Wybrał mniejsze zło, bo wrześniowe wiece – pamiętajmy, że narastał Wielki Kryzys – mogły łatwo przerodzić się w walki z wojskiem i przynieść tysiące ofiar. Uwięzienie liderów opozycji minimalizowało ten scenariusz – mówi dr Kloc.

Rozprawa z opozycją rozpoczęła się w nocy 9/10 września, gdy policja i żandarmeria aresztowały 19 byłych posłów, wśród nich Witosa. Piłsudski osobiście wskazał, kogo posłać za kratki – jak pisał Składkowski, „na przedstawionej przeze mnie liście posłów […] pan Marszałek własnoręcznie zielonym ołówkiem zaznaczył, kto ma być aresztowany i zamknięty w Brześciu”. Owa dziewiętnastka trafiła do wojskowego więzienia w Brześciu nad Bugiem, a pod koniec września dołączył do nich Wojciech Korfanty.

Czym dyktator III powstania śląskiego naraził się Marszałkowi? Po raz pierwszy spotkali się w Warszawie w 1918 roku, gdy Korfanty znalazł się w delegacji zaboru pruskiego, negocjującej z Piłsudskim skład ogólnopolskiego rządu. Wobec Komendanta miał zachować się arogancko, mówiąc wówczas, że „jest bohaterem tylko dzieci i histerycznych kobiet”, a jego władza potrwa „najdalej kilka tygodni”. Piłsudski to zapamiętał i gdy w 1922 roku Sejm wybrał Korfantego kandydatem na premiera, zrobił wiele, aby utrącić tę kandydaturę.

Grzechy piłsudczyków nie mogą obciążać Piłsudskiego

Podstawową wadą systemu sanacyjnego było jego „sklerotycznienie”, czyli brak sprawnych mechanizmów odmładzania elit państwa – mówi politolog Przemysław Żurawski vel Grajewski.

zobacz więcej
Kolejne lata tylko pogłębiły konflikt – lider chadecji uznał zamach majowy za zbrodnię i, choć sam nie wszedł do Centrolewu, należał do najostrzejszych krytyków sanacji. O tym, jak bardzo rządzący byli zdeterminowani, aby aresztować Korfantego, niech świadczy jeden fakt. We wrześniu 1930 niedoszły premier był posłem Sejmu Śląskiego i chronił go immunitet – aby to zmienić, Mościcki rozwiązał lokalny parlament, wybrany raptem cztery miesiące wcześniej.

Aresztowań czołowych opozycjonistów dokonano bez nakazu sądu, jedynie na polecenie ministra spraw wewnętrznych. O tym, na ile były zgodne z prawem, świadczy jednak lepiej scena z Korfantym: „podczas pierwszego przesłuchania w Brześciu […] prokurator Michałowski machnął w końcu ręką: wszystko jedno, nie uda się ta sprawa [chodziło o powód zatrzymania – przyp. red.], wytoczę panu tysiąc innych. Korfanty odparł: – Rozumiem, że jest pan w stanie to uczynić, tylko może mi pan powie, co to ma wspólnego z wymiarem sprawiedliwości?”.

To jedna strona medalu, drugą było pastwienie się nad powstańczym dyktatorem. Korfantego kilkukrotnie pobito, w czym prym wiedli major Włodzimierz Zieliński i kapitan Kazimierz Kaciukiewicz. Ten ostatni „wywołał pewnego razu Korfantego z celi, pchnął go na ścianę zbiorowej toalety i bijąc pięściami po twarzy wykrzykiwał: – Nie ty będziesz rządził w Polsce, tylko Piłsudski!”. Na tym się nie skończyło – pobitego polityka Kaciukiewicz wrzucił do nieogrzewanej celi i tam trzymał przez całą dobę.

Wskutek tego pobicia Korfanty doznał ataku nerwowego, który potem wielokrotnie się powtarzał. Jak wspominał jeden z jego towarzyszy z celi (a zarazem działacz PPS), Herman Lieberman, ucieczkę od więziennej rzeczywistości znalazł w modlitwie: „Gdy to pierwszy raz miał uczynić [pomodlić się], prosił mnie o przebaczenie, że […] będzie musiał uczynić coś, co wyda mi się dziwnym, a może nie bardzo pożądanym”. Korfanty modlił się na głos trzy razy dziennie, czas upływał mu też na grze w szachy z Liebermanem.

Katownia zwana Brześciem nad Bugiem

W porównaniu do Ślązaka, Witos miał więcej szczęścia – ani razu go nie pobito, nie trafił też nigdy do ciemnicy. Niemniej trzykrotnego premiera i tak upokorzono, nakazując mu np. opróżniać celę z wiadra z nieczystościami. „Obecny wciąż oficer kazał mi wynieść kubeł z odchodami, który tam stał, nie wiadomo już, jak dawno […]. Nareszcie go wziąłem. Na miejsce ustępowe prowadził mnie oficer w randze kapitana, klucznik i żandarm. […] Gdy na jakąś obelżywą uwagę pod moim adresem jednego z oficerów zareagowałem, pokazali mi pięści, grożąc rozbiciem «mordy»”.
Wincenty Witos podczas procesu brzeskiego w 1931 roku w Sądzie Okręgowym mieszczącym się w pałacu Paca przy ulicy Miodowej 15 w Warszawie. Fot. NAC/Leon Jarumski/ IKC
Nie ma przesady w twierdzeniu, że brzeska twierdza stała się dla uwięzionych polityków katownią. Katalog stosowanych wobec nich tortur obejmował m.in. pozorowane egzekucje, pobyty w ciemnicy, spacery wokół postawionej na spacerniaku szubienicy, wreszcie pobicia („rozbierano ich do naga i przez mokre prześcieradło wymierzano im do trzydziestu uderzeń pasami lub prętami żelaznymi”). Liebermana żołnierze oraz policjanci pobili, i to do nieprzytomności, jeszcze w trakcie transportu do Brześcia.

Witosowi zarządzający więzieniem Wacław Kostek-Biernacki oświadczył wprost: „jak on [Piłsudski] każe głodzić, będziemy głodzić, każe bić, będziemy bić, każe powiesić, powiesimy, każe zastrzelić, zastrzelimy”. Dziś mamy pewność, że Marszałek wiedział, jak są traktowani więźniowie – Kostek słał mu regularnie raporty. Wiedział, i, niestety, aprobował – potraktowanie przeciwników politycznych, w większości zasłużonych dla Polski, gorzej niż kryminalistów to czarna karta, jedna z najczarniejszych w biografii Piłsudskiego.

W Brześciu Witos spędził 2,5 miesiąca – 23 listopada przetransportowano go do zakładu karnego w Grójcu, gdzie po 4 dniach doczekał się zwolnienia za kaucją. Choć uniknął fizycznej przemocy, areszt nie pozostał bez wpływu na jego zdrowie. „Zmizerowany, chory na żółtaczkę, oczy ma zapadnięte i mętne. W ciągu 3 miesięcy silnie posiwiał”. Nic dziwnego, że pierwsze tygodnie na wolności poświęcił na rekonwalescencję w Zakopanem.

A Korfanty? Gdy Witosa przenoszono do Grójca, on trafił do więzienia na Mokotowie – w celi spędził jeszcze 4 tygodnie. Przyczyny należy upatrywać w stanie zdrowotnym aresztanta – po Brześciu Korfanty był tak osłabiony, że musiano go poddać specjalnej diecie mlecznej. Mokotowskie mury opuścił tuż przed Świętami, 20 grudnia, a czekająca przed więzieniem rodzina ledwo go poznała – za kratkami miał stracić 25 kg wagi.

Jak smakuje czechosłowacki chleb

Tymczasem wróćmy do Witosa – po powrocie z Zakopanego nosił się z zamiarem rezygnacji z aktywności politycznej. Przeważyła jednak idea zjednoczenia ruchu ludowego, której „chłopski Machiavelli” oddał się całym sobą – prowadził rozmowy z działaczami konkurencyjnych wobec PSL „Piast” ugrupowań: PSL „Wyzwolenia” i Stronnictwa Chłopskiego. Zwalczył też opory wobec integracji we własnych szeregach, dzięki czemu 15 marca 1931 roku powstało Stronnictwo Ludowe.

Nie zaniedbał przy tym kontaktów z chłopami, odbywając cykl spotkań po Polsce. „Wszędzie orszak, który mu towarzyszył, witany był chlebem i solą, kwiatami, przy akompaniamencie wiwatów, śpiewów i dźwięków kapel ludowych”. 25-lecie swojej działalności parlamentarnej świętował z 50 000 włościan – ten sielankowy obraz mógł tylko zburzyć, i zburzył, proces sądowy. Witosa wraz z innymi więźniami brzeskimi oskarżono o przygotowywanie zamachu stanu – został skazany na 1,5 roku więzienia.

Winne dożynki w Zaleszczykach

W czasach II RP na Kresach kwitło polskie winiarstwo.

zobacz więcej
Tego niechlubnego wyroku mógł uniknąć tylko w jeden sposób – udając się w 1933 roku na emigrację. Jak na dobrego gospodarza przystało, przed wyjazdem odwiedził rodzinne Wierzchosławice i dokończył prace polowe. „Dokonałem orki i zasiewów, zebrałem resztę siana i koniczyny, dałem żonie dyspozycje co do płodozmianów na rok następny” – wspominał. Jeszcze rankiem 28 września pracował na polu, a już wieczorem był w Czechosłowacji – granicę przekroczył z teczką wypełnioną 2 koszulami i 2 parami skarpet.

Dwa lata później do wójta z Wierzchosławic dołączył Korfanty, którego sanacja ostatecznie nie postawiła na ławie oskarżonych w procesie brzeskim. Zeznawał w nim jako świadek obrony, a w ramach działalności politycznej skupił się na konsolidacji swojej partii. Ta sztuka udała się średnio – z jednej strony chadecję rozbijały odejścia prosanacyjnych grup, z drugiej dyktatorskie zapędy samego Korfantego. Tymczasem upomniała się o niego sanacyjna prasa – „Polska Zachodnia” stwierdziła, że „Brześć nie był wystarczającym lekarstwem na warcholstwo tego szkodnika” i że powinien „zaznajomić się również z Berezą Kartuską”.

Oczywiście przymusowi emigranci nie przestali politykować, tym bardziej że 12 maja 1935 zmarł Piłsudski – sanacja straciła nie tyle przywódcę, co główne spoiwo obozu. W związku z tym, obydwaj zaangażowali się w rozmowy, mające doprowadzić do jednolitego frontu opozycji. W ten sposób powstał Front Morges – emigracyjne porozumienie znanych nazwisk (prócz Witosa i Korfantego m.in. Paderewski, Sikorski i Haller), którym udało się wypracować zalążki wspólnego programu.

Dodajmy, w przeciwieństwie do krajowych stronnictw, z których niemal każde poszło swoją drogą. Jedynym politycznym konkretem było zjednoczenie chadecji – w 1937 roku z połączenia Polskiego Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji (dotychczasowa partia Korfantego) i Narodowej Partii Robotniczej powstało Stronnictwo Pracy. Na czele SP symbolicznie stanął Korfanty, w praktyce partią kierował Karol Popiel. Witos tymczasem zachęcał chłopów do stawienia czynnego oporu rządzącym – w sierpniu 1937 z zagranicy przewodził Wielkiemu Strajkowi Chłopskiemu, krwawo stłumionemu przez sanatorów.

Jako, że nie samą polityką żyje człowiek, warto poświęcić kilka słów życiu prywatnemu bohaterów tekstu. Witos i Korfanty się wzajemnie odwiedzali (pierwszy zamieszkał w przygranicznym Rožnovie, drugi w Pradze), a wierzchosławicki wójt często gościł przy świątecznym stole Korfantów (rodzina Wojciecha na Święta przyjeżdżała nad Wełtawę). Korfanty wykorzystywał też nadmiar wolnego czasu na przesiadywanie w praskich bibliotekach, gdzie oddawał się lekturze prasy i książek katolickich. Wreszcie, dla podreperowania zdrowia, obydwu widzimy w sanatoriach – najczęściej w Karlovych Varach.
Świadek obrony Wojciech Korfanty podczas procesu brzeskiego w 1931 roku w Warszawie. Fot. NAC/Edward Dulewicz / IKC
Witos mobilizuje, Witos rezygnuje

W ten sposób doszliśmy do marca 1939 roku i rozczłonkowania przez Hitlera Czechosłowacji. Witos już jesienią 1938, po konferencji monachijskiej, przewidywał, że „pójdą [Niemcy] na wschód i przejdą nam po głowie”. Najpierw jednak skierowali kroki na południowy wschód – w połowie marca Wehrmacht zajął Czechy i Morawy, a na życzenie Führera Słowacja ogłosiła niepodległość. W tych dramatycznych okolicznościach Witos nie widział innego wyjścia niż powrót do kraju, mimo ciążącego na nim wyroku.

Najpierw jednak udał się do Pragi, gdzie przez kilka dni gościła go ambasada francuska. Co ciekawe, politycznego wygnańca usilnie poszukiwali Niemcy, ale wcale nie po to, by go aresztować. W końcu skontaktowali się z Witosem przez pośrednika i mieli mu zaproponować... pomoc w dokonaniu w Polsce zamachu stanu. Dzięki temu przywódca ruchu ludowego miał dojść do władzy w zamian za przyjęcie „wspaniałomyślnej oferty” Hitlera. Brzmi to jak political fiction, ale...

W październiku 1939 Niemcy prowadzili rozmowy z Witosem w sprawie potencjalnego premierostwa w marionetkowym państwie polskim (kategorycznie odmówił). Ten fakt wskazuje, że pod koniec marca mogli szukać z nim kontaktu, tylko czy na potrzeby antysanacyjnego puczu? Tak czy siak, Witos nie podjął nawet na sekundę dialogu z przedstawicielami Rzeszy i 29 marca, przez zieloną granicę, wrócił do Polski. Dzień później prezydent Mościcki na spotkaniu z profesurą wypowiedział zacytowane na wstępie słowa o tym, że chłopski przywódca nie ma żadnych zasług ani dla Polski, ani dla włościan.

Przy okazji dodał, że „niech Witos wraca do Polski, by odsiedzieć karę więzienia […] to człowiek interesu, który wciąż gonił za pieniędzmi”. I niebawem lider ludowców smakował już więzienny chleb – po przyjeździe do Krakowa udał się do prokuratury, skąd wywieziono go do więzienia w Siedlcach. Na szczęście po upływie 4 dni znów cieszył się wolnością – 7 kwietnia prokurator warszawskiego Sądu Okręgowego zwolnił go na półroczny urlop. Jeszcze tylko kilka dni odpoczynku w Rabce i prezes Stronnictwa Ludowego rzucił się w wir pracy politycznej.

Puścił w niepamięć krzywdy ze strony sanacji i zaczął mobilizować chłopów do walki w obronie zagrożonej przez Rzeszę niepodległości. Jeździł po Polsce, odwiedzając miasta i wsie Małopolski, Podlasia, Ziemi Świętokrzyskiej czy Mazowsza, przekonując ludność: „macie służyć państwu bez względu na to, jaki jest rząd!”. Wśród włościan cieszył się niekwestionowanym autorytetem – jak zapisał uczestnik spotkania w Białostockiem, „gdy wyszedł z auta, chłopi zdjęli czapki. […] cisza, jak makiem zasiał. Witos wzruszony, z lekkim uśmiechem, mijał stojących […], wpatrzonych w niego, jak w obraz”.

Przyjaźń zakończona na moście Poniatowskiego

12 maja 1926 roku spotkali się nie tyle były naczelnik państwa z urzędującym prezydentem, ile wieloletni przyjaciele.

zobacz więcej
Na tę działalność w terenie krzywym okiem patrzyli rządzący, podobno premier Składkowski rozważał nawet ponowne przymknięcie Witosa, od czego odwiódł go wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski. Od czego jest jednak prasa – 31 maja w prosanacyjnym „Kurierze Porannym” ukazał się list „obywatela z Przeworska”, głoszący, że „Witos powrócił do Polski w porozumieniu z niemieckim gestapo i przygotowuje oddanie Polski Niemcom”. Naciski wywarły skuteczny wpływ – polityk zawiesił aktywność, wyjeżdżając do Truskawca.

Paryżowi powiedział „nie”, Polsce „tak”

Droga Korfantego do Polski była dłuższa, bardziej kręta i zakończona o wiele tragiczniej niż powrót Witosa. Nim o niej, nie sposób pominąć jednego, ale jakże smutnego epizodu, związanego z życiem rodzinnym chadeka. We wrześniu 1938 zmarł na białaczkę jego młodszy syn, Witold – ojcu nie udało się go uratować, mimo konsultacji z lekarskimi sławami Wiednia, Berlina i Pragi. Jakiś czas przed śmiercią juniora Korfanty wystąpił do polskich władz o zgodę na kilkudniowy przyjazd do kraju, aby się z nim pożegnać.

Sanacja pozostała głucha na te starania nawet gdy Witold odszedł i ojciec chciał go jedynie pochować. Przedstawiciel Korfantego usłyszał od urzędników, że „pan premier […] nie uczyni ani kroku, by zapobiec aresztowaniu p. Korfantego, kiedy się zjawi w Polsce na pogrzebie syna”. Ostatnie godziny przed pochówkiem polityk spędził przy granicy polsko-czechosłowackiej, z nadzieją na otrzymanie listu żelaznego. Nadaremnie – Witos zanotuje później, że „Korfanty […] żali się na zwierzęcość tych ludzi. My to wiemy”. Cóż dodać?

Osobista tragedia Ślązaka rozgrywała się, jak wiemy, w cieniu konferencji monachijskiej – pół roku później Niemcy wkroczyli do Pragi. W przeciwieństwie do Witosa, Korfanty nie mógł liczyć z ich strony na żadną taryfę ulgową. Przeciwnie – jako człowiek, który walnie przyczynił się do przyłączenia części Górnego Śląska do Rzeczpospolitej, był na celowniku Gestapo. Przed hitlerowskimi siepaczami schronił się w ambasadzie francuskiej, zostając sąsiadem Witosa. Po paru dniach wyruszył w podróż – przez Rzeszę (!) – do Francji.

Jakim cudem dotarł nad Sekwanę? To historia rodem z filmu sensacyjnego – Francuzi wystawili mu fałszywy paszport na nazwisko Albert Martin, a następnie zorganizowali ucieczkę samochodem. Jako towarzysz francuskiego dyplomaty, Korfanty-Martin przejechał tysiące kilometrów, od Pragi, przez resztę Czech i Niemcy, do Paryża. W stolicy Francji nie zamierzał jednak zagrzać długo miejsca – redaktor Tadeusz Kiełpiński relacjonował, że „mijał obojętnie wspaniałe wystawy, auta, olbrzymie bukiety kwiatów na skrzyżowaniach ulic. […] Myśl jego wracała ustawicznie do Polski. Rwał się do powrotu do kraju”.
Wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski (z lewej) wiosną 1939 roku bronił Wincentego Witosa przed aresztowaniem. Minister sprawiedliwości i były oskarżyciel w procesie brzeskim Witold Grabowski (z prawej) w tym samym czasie doprowadził do zamknięcia w celi Wojciecha Korfantego. Zdjęcie zrobione podczas Balu "Rodziny Urzędniczej" w gmachu Rady Miejskiej w Warszawie w 1937 roku. Fot. NAC/ IKC
Od tego pomysłu odwodził Korfantego wspomniany już Lieberman, który podczas spotkania w Paryżu zapytał: „uwiężą pana i Bóg wie, jak długo przetrzymają, tak pana nienawidzą. Czy naprawdę Ojczyźnie potrzebny jest pański pobyt w więzieniu?”. Śląski dyktator jakby się zawahał, ale w końcu odrzekł, że „wobec niebezpieczeństwa, które Polsce grozi, ja muszę być w kraju ze wszystkimi”. Szkoda, że nie słyszał słów Mościckiego, który oświadczył profesorom: „dla Korfantego palcem nie ruszę, żeby zmniejszyć należną mu karę, bo on nigdy Polski nie kochał”.

Trzy więzienne miesiące

Do Paryża przybył też syn Zbigniew, drugi syn polityka, ale i on nie zdołał wyperswadować ojcu myśli o powrocie. Korfanty otrzymał bowiem informację od jednego z polskich biskupów, że sanacja go nie aresztuje, pamiętał też zapewne o losach Witosa, którego koniec końców zwolniono z więzienia. W związku z tym, 23 kwietnia wyleciał z Paryża samolotem do Kopenhagi, a stamtąd wsiadł na statek do Polski – cały czas pod nazwiskiem Martin. 27 kwietnia wysiadł w Gdyni – odebrali go mecenas Stefan Glaser i Zbigniew.

Przez Poznań (gdzie spotkali się z prymasem Augustem Hlondem) wszyscy dotarli do Katowic. Już 29 kwietnia Korfanty udał się do tamtejszej prokuratury, aby – podobnie jak Witos – powiadomić władze o swoim pobycie w kraju. Prokurator Tadeusz Bartoszewicz przyjął gościa życzliwie i po krótkiej rozmowie polityk wrócił do domu. Niemniej, Bartoszewicz musiał o wizycie Korfantego powiadomić przełożonych i z Warszawy (od samego ministra sprawiedliwości) otrzymał krótki komunikat: „aresztować”.


Jeszcze tego samego dnia pod domem Korfantych pojawili się więc policjanci, którzy zabrali Wojciecha do auta i wywieźli do warszawskiego więzienia na Pawiaku. Przez dłuższy czas stołeczni śledczy nie potrafili nawet wyjaśnić, dlaczego Korfanty trafił do celi – wreszcie za pretekst posłużyło rzekome oszukanie Banku Śląskiego w latach 20. Sprawa była na tyle dyskusyjna, że w maju minister sprawiedliwości, Witold Grabowski, zwołał naradę kilku prokuratorów, aby orzec, czy nie doszło do jej przedawnienia.

Negatywne prokuratorskie opinie miały go rozsierdzić do tego stopnia, że „w pewnej chwili uderzył pięścią w stół: „Co to jest takiego, że wszyscy bronią Korfantego”. Reakcję zebranych nietrudno przewidzieć – prokuratorzy stwierdzili, że przedawnienia brak i Korfantego można oskarżać. Tymczasem jego uwięzienie odbiło się w Polsce szerokim echem i wzbudziło liczne protesty – były marszałek Sejmu i Senatu, Wojciech Trąmpczyński, zaapelował do premiera Składkowskiego o uwolnienie Ślązaka, a biskup polowy Wojska Polskiego, Józef Gawlina, interweniował u marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego.

Ostatnia kanikuła przed burzą. Wakacje 1939

Kiepura śpiewa Rotę, Rydz-Śmigły odbiera defiladę, na ulicach pojawiają się „straszliwe zielonkawe ryje”, a społeczeństwo wpada w stan erotycznej fascynacji.

zobacz więcej
Apele nic nie dały, a Korfantemu kolejne tygodnie mijały za więziennym murem. Z człowieka w pełni sił zmieniał się stopniowo we wrak – mimo donoszonych przez córki obiadów z restauracji. Kolega, który odwiedził go w czerwcu, pozostawił następujący opis: „głębokie bruzdy przeorały mu czoło. Cera żółta. Ruchy nerwowe. Stara się opanować drżenie rąk”. Organizm pustoszyły choroby, od zapalenia woreczka żółciowego, przez zapalenie opłucnej i anemię, po raka wątroby. Później narodziła się legenda, że celę Korfantego wymalowano farbą z arszenikiem, aby otruć więźnia, ale można ją włożyć między bajki.

W połowie lipca stan aresztowanego pogorszył się na tyle, że przed sanacją stanęła groźba śmierci Korfantego w więzieniu, a tym samym krajowego i międzynarodowego skandalu. 20 lipca wypuszczono go z aresztu, ale był to początek końca – trafił do warszawskiego Szpitala Św. Józefa, gdzie zmarł 17 sierpnia. Na łożu śmierci miał powiedzieć spowiednikowi: „na tamten świat zabieram dwa największe wspomnienia, jedno dobre – to Śląsk, drugie złe – to Brześć”. Pogrzeb Korfantego w Katowicach, który odbył się 20 sierpnia, zgromadził kilkadziesiąt tysięcy osób, będąc ostatnią tak wielką antysanacyjną manifestacją w II RP.

– Tomasz Czapla

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wykorzystane w tekście cytaty pochodzą z publikacji: „Piękne lata trzydzieste” Andrzeja Garlickiego, „Wojciech Korfanty” Jana F. Lewandowskiego, „Wojciech Korfanty. Biografia polityczna” Mariana Orzechowskiego, „1939. Ostatni rok pokoju, pierwszy rok wojny” Janusza Osicy, Andrzeja Sowy i Pawła Wieczorkiewicza oraz „Wincenty Witos. Chłopski polityk i mąż stanu” Andrzeja Zakrzewskiego.
Zdjęcie główne: Wincenty Witos i Wojciech Korfanty na znaczkach pocztowych wydanych w 2018 roku z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Fot. PAP/Paweł Supernak
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Walczyli w getcie, żeby nie zginąć w komorach gazowych Treblinki
Żydowski Związek Wojskowy – pomiędzy niebytem i kłamliwymi świadectwami.
Historia Najnowsze wydanie
Wstydzić się przeszłości nie potrzebujemy
Jedna zniszczona przez Niemców, druga przez Sowietów. Polskie katedry.
Historia Poprzednie wydanie
Nocą przechodzili przez front i brali jeńców. Po wojnie budowali...
1,5 tysiąca polskich weteranów po wojnie dzięki australijskim towarzyszom broni znalazło schronienie na Antypodach.
Historia Poprzednie wydanie
Rok 1966 – wojna tysiąclecia z milenium
Władze PRL wszędzie starały się konkurować z Kościołem.
Historia Poprzednie wydanie
Podwójne życie księżnej Anny Czartoryskiej
Uważa, że nic tak nie szkodzi wizerunkowi Polski we Francji jak bezdomni, głodni i często pijani Polacy.