Kultura

Głód godności jest nie mniej dotkliwy niż głód chleba

Pogarda to znak rozpoznawczy sporej części inteligenckiego świata, tego samego, który we własnym przekonaniu jest niezwykle empatyczny.

Można tę książkę odczytywać na kilka sposobów. Jedną z interpretacji będzie odnalezienie w niej wglądu w to, jak liberalne elity tworzyły przyczyny i zarazem przegapiały skutki w postaci tego, co nazywane jest prawicowym populizmem. To opowieść o intelektualnej porażce na Węgrzech środowisk, których polskim odpowiednikiem było inteligencko-kulturalno-naukowe zaplecze Unii Wolności.

Od razu powiem dla jasności, że nie jest to książka polityczna. Nie jest również prawicowa. Ani publicystyczna. Jeśli ktoś szuka prostych recept i wizji, niech po nią nie sięga. Natomiast gdy próbuje znaleźć nieoczywiste i literackie świadectwo przemian zachodzących w ostatnich kilkunastu latach na Węgrzech, a także w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, to lektura „Magnetycznej góry” Réki Mán-Várhegyi powinna przypaść mu do gustu. Autorka, Węgierka urodzona w Rumunii, dziś mieszkanka Budapesztu, otrzymała za tę powieść z roku 2018 Nagrodę Literacką Unii Europejskiej. Czy za walory stricte literackie należał się taki laur – to kwestia mocno dyskusyjna. Pewne jest natomiast, że jeśli dobra literatura ma coś ważnego mówić o rzeczywistości, to jurorzy wiedzieli, co robią.
„Magnetyczna góra” (Mágneshegy), w przekładzie Elżbiety Sobolewskiej, ukazała się nakładem wydawnictwa Biuro Literackie
Rzecz dzieje się na przełomie tysiącleci w Budapeszcie. Głównie wśród tamtejszych socjologów – i tych renomowanych, i tych u progu kariery akademickiej, i wśród studentów tego kierunku. Gdy uwzględnimy także postaci drugoplanowe, możemy powiedzieć, iż zbiorowym bohaterem książki jest część węgierskiej inteligencji i świata nauk społecznych. Mamy tu wyraźny rys autobiograficzny – autorka, rocznik 1979, właśnie wtedy studiowała socjologię, a jedną z bohaterek i narratorek uczyniła studentkę tego kierunku o imieniu Réka.

„Cudowna zachodnia jakość”

Mamy od pewnego czasu do czynienia z idealizowaniem całkiem niedawnych dziejów, nostalgicznymi powrotami do nich, modami na ejtisy i najntisy itd. W „Magnetycznej górze” wręcz przeciwnie – tu koniec pierwszej dekady po komunizmie i początek nowego tysiąclecia zostały ukazane w konwencji śmieszno-strasznej. A zarazem celnej i rzetelnej. Kto pamięta ówczesne środowiska akademickie i intelektualne, mody i trendy, nadzieje inteligenckich elit i stan debaty publicznej, ten niejednokrotnie podczas lektury uśmiechnie się z przekąsem, bo Mán-Várhegyi świetnie zapamiętała i odmalowała tamte marne realia. Zupełne zapatrzenie w „Zachód” i w jego trendy intelektualne, środowiskową dumę i butę sprzężone z kompleksami i poczuciem zacofania, wtórność i banalność badań i wniosków, ucieczkę w tematy modne i wygodne, a unikanie kontrowersyjnych czy przynajmniej rzetelnie dokumentujących błyskawicznie zmieniający się świat. A także słabości ludzkie – pogoń za pieniędzmi i karierami kosztem jakości pracy naukowej, środowiskowy spryt i obrotność, materialne świetne ustawienie się bez oglądania na losy reszty społeczeństwa, a właściwie nawet bez świadomości, jak one wyglądają.

Jedną z głównych bohaterek i zarazem personalną soczewką trendów kąśliwie sportretowanych w książce jest Enikő Börönd. Młoda, ambitna, przebojowa socjolożka. Była już na stypendium doktoranckim w Nowym Jorku, co wystarczy, żeby zostać obiektem uwielbienia w naukowym światku środkowoeuropejskiej prowincji, choć pomaga w tym także i to, że głosi modne idee. Posiada także modne ciuchy, modny look, modne torebki, „już na pierwszy rzut oka widać cudowną zachodnią jakość”. W USA publikowała na temat „form antysemickiego dziennikarstwa czy styku performance’u z naukami społecznymi”. Jej ojciec wykłada filozofię w Berlinie, babcia była za komuny autorką poczytnych książek, a to wszystko przyda się, gdy po rozpadzie małżeństwa z Amerykaninem socjolożka powróci nagle na Węgry, gdzie szybko dostanie posadę na uczelni.

Im szybciej skończy się kult inteligencji, tym lepiej

Wysunięcie kandydatury Lecha Wałęsy na prezydenta oraz włożenie ogromu środków w jego kampanię miało upokorzyć Polaków – twierdzi prof. Ewa Thompson.

zobacz więcej
W jej ramach propaguje postmodernizm i feminizm, analizuje „ukryty nacjonalizm” w przekazach medialnych, na konferencji wygłasza wykład „Drogi i bezdroża węgierskich badań nad antysemityzmem”. Bryluje w mediach, „była wychowawczynią na obozie dla ubogich romskich dzieci”, a wrażenia stamtąd szybko przekuła w cykl felietonów. Na uczelni powstaje grupa feministek zapatrzonych w nią jak w obrazek. Jak czytamy: „Pochodzi z półżydowskiej, inteligenckiej rodziny z Budy, w której wszyscy są kimś ważnym, więc ona też tak musi. A z takim zapleczem nietrudno się ustawić. Wiesz, to są tego rodzaju ludzie, którzy na okrągło świętują swoją genialność, co chwilę mdleją z wrażenia, jakie to mają genialne dzieci czy wnuki, zamiast na wycieczki chodzą na psychoanalizę, a kiedy tylko jakiś współczesny pisarz coś naskrobie, pierwsi się dowiadują i natychmiast rozmawiają o tym przy kolacji”. Nawiasem mówiąc, autorce książki nie można odmówić talentu do złośliwostek, skoro jednym z dwóch – obok Zygmunta Baumana – autorytetów naukowych Börönd czyni Pierre’a Bourdieu, tego samego, który wskazał, jak wielką rolę w tworzeniu i reprodukowaniu przywileju odgrywają nie tylko pieniądze, ale i pochodzenie, wykształcenie, znajomości itp., czyli kapitał kulturowy.

Co prawda w środowisku naukowym krąży opinia, że to humbug, że analizy autorstwa Enikő są zestawem banałów, ona sama zresztą też czuje, iż ambicje i zapowiedzi coraz bardziej rozjeżdżają się z faktycznymi dokonaniami. Gdy kolejny pobyt w USA owocuje szybkim powrotem do kraju z dzieckiem, będącym owocem związku z przygodnym partnerem, badaczka ma coraz częstsze napady frustracji i wypalenia. Ale w gronie uczelnianych znajomych panuje przekonanie, że choć „nie ma nawet w dorobku porządnie przeprowadzonych badań, tylko kilka seminariów z postmodernizmu i kawałek napisanej książki, […] mówi się, że już szykują dla niej fotel prezesa Węgierskiego Towarzystwa Socjologicznego”. Jakkolwiek dzieje Enikő wydają się początkowo materiałem na success story, a ona sama mimo płytkości tego, co i jak robi, budzi sympatię taką, jaką w dzisiejszej kulturze odruchowo budzą ludzie z udaną karierą, wszystko to zmienia się w ministudium rozpadu.
Węgry w latach 90. XX wieku. Mieszkańcy Budapesztu podziwiają przez szybę nową kolekcję butów w ekskluzywnym sklepie na deptaku Vaci utca w centrum Budapesztu. Fot. Richard Baker / In Pictures via Getty Images
Jej przeciwieństwem jest Tamás Bogdán. Facet pochodzący z prowincji, inteligent w pierwszym pokoleniu, naukowiec w średnim wieku. I zarazem postać nie budząca początkowo żadnej sympatii. Wręcz przeciwnie. Poznajemy go, gdy ma za sobą rozbite małżeństwo i krytykuje ex-żonę za to, iż ta z córką chce wrócić na prowincję (to bowiem ma jakoby zaszkodzić rozwojowi dziecka), skąd oboje przybyli przed laty do stolicy. Małżeństwo rozpadło się głównie z powodu tego, że wykładowca dostrzegł, iż nie musząc nic robić cieszy się zainteresowaniem studentek, którym imponuje jego pozycja społeczno-naukowa. Przez jego łóżko przewijają się kolejne dwudziestoparolatki, a on sam na konferencjach naukowych upija się i opowiada wulgarne dowcipy. Niby ma wiedzę i talent, ale głównie odcina kupony od dorobku z czasu zawodowych początków. Nieciekawy facet, obrastający w tłuszcz kilogramów i pozycji społecznej, dla którego wyzwaniem nie do przejścia jest nauczenie się korzystania z internetu.

Z ziemi jałowej

Obie te postaci są czymś więcej niż jednostkami, symbolizują dwie różne postawy. Tamás o Enikő, która na krótko stanie się jedną z jego partnerek, myśli w pewnym momencie: „Ucieleśnienie klasowej pychy, po czubek głowy umocowanej w rodzinnym zapleczu, żywy przykład frustracji i próżności inteligenckich elit Budy […]. Z takim rodzinnym zapleczem bardzo trudno jest stać się naprawdę wrażliwym socjologiem, i zazwyczaj takim osobom to się nie udaje”. I na tym właśnie rozpoznaniu zasadza się najważniejszy wątek książki. Nosi on nazwę Békásmegyer.

W rzeczywistości jest to wielkie budapeszteńskie blokowisko, zamieszkiwane przez ludzi w najlepszym razie przeciętnych, a częstokroć przegranych, słabszych, mających gorszą pozycję startową lub sponiewieranych przez realia przeobrażeń ustrojowych. W książce odmalowane w jeszcze czarniejszych barwach, kraina zupełnej zapaści, bardziej odległa od centrum stolicy niż w rzeczywistości, w dodatku odizolowana, z której mało kto się wydostaje do lepszego świata, a przy tym na taki wyjazd potrzebne jest specjalne pozwolenie. Ten ostatni pomysł, dość groteskowy, skoro mowa o realiach przełomu wieków, nie wydaje się najszczęśliwszym zabiegiem autorki. Mniejsza jednak o to. Z tej ziemi jałowej pochodzi narratorka sporej części książki, wspomniana studentka o imieniu Réka. „Nigdy nie opowiadam o Békásmegyer, żeby nie widzieć zdziwienia w oczach przestraszonych kolegów”. Jej samej udaje się rozpocząć studia, podczas których przeżywa fascynację Enikő oraz zostaje chwilową kochanką Tamása. Ta ostatnia rola służy autorce „Magnetycznej góry” do ukazania wsobności i hipokryzji liberalnych elit.

Elita straciła kontakt z rzeczywistością. Gardzi Januszami i Grażynami z prowincji

Media tak bardzo zagapiły się na stolicę i rynki finansowe, że nie mogły uwierzyć w wygraną prawicy. Do końca śpiewały, że zwycięża establishment.

zobacz więcej
Dziewczyna jest bowiem przez wykładowcę wprowadzana w świat postępowej stołecznej inteligencji. Zwykle „odwiecznej”, rodowej, z dobrymi mieszkaniami i posadami, przytakującej sobie wzajemnie. I nie dość, że opowiadającej w ramach życia towarzysko-intelektualnego straszne banały, nic nie wiedzącej i nie chcącej się dowiedzieć o realiach, to w dodatku z dużą łatwością porzucającej górnolotne ogólne deklaracje, gdy przeszkadzają w osobistym postępowaniu. Chyba najbardziej wymowna jest scena, gdy na przyjęciu w gronie inteligentów z Budy serwowane są bażanty, uczestnicy uważają się za zwykłych ludzi, o mieszkańcach Békásmegyer rozmawiają jak o dobrych i szlachetnych dzikusach rodem z najbardziej marnych ludomańskich wyobrażeń, a zarazem szok wywołuje informacja, iż Réka, początkowo wzięta za Żydówkę z budańskiej socjety, okazuje się pochodzić ze wspomnianej bardzo złej dzielnicy.

Rozmowy o Békásmegyer nie są przypadkowe. Otóż Tamás po latach intelektualno-naukowej stagnacji zaczyna tam prowadzić badania. Przypomina sobie, że mieszkają tam jego dalecy krewni, a syn rówieśnika okazuje się młodocianym członkiem ekipy lokalnych skinów-nacjonalistów. Choć początkowo naukowiec jest pełen naiwnych założeń, paternalistycznych z jednej i ludomańskich z drugiej strony, to jednak brak elitarnego nadęcia sprawia, że zdobywa zaufanie miejscowych, a „groźni faszyści” odsłaniają przed nim sporo tajemnic. „Najgorsze chłopaki z klasy, ci wszyscy ogoleni na łyso, są z nim na »ty«”.

„Widział ich serca, nie trapery”

Świetnie przy tej okazji zostaje odmalowana różnica między „inteligentem z awansu” a elitarną dziedziczką przywileju. Gdy Bogdán zabiera Börönd na kolejny etap badań w „złej dzielnicy”, najpierw cieszy się, że przynajmniej nie wzięła swojej kupionej w Wiedniu drogiej torebki, później kobieta okazuje się nie budzić u miejscowych żadnego zaufania, a jeszcze później, gdy naukowiec zaczyna rozumieć społeczne przyczyny postaw mieszkańców tego miejsca przeklętego przez Boga i ludzi, ona widzi w tym tylko tyle, że uległ on wpływom „faszystów”…
Klasa w liceum im. Ferenca Kölcseya w Budapeszcie w lattach 90. XX wieku. Fot. Michel BARET / Gamma-Rapho via Getty Images
Takich momentów jest w książce więcej i nie chodzi w nich tylko o Enikő. Jej postawa symbolizuje zachowania i refleksje niemal całej postępowej inteligencji. Widzimy więc kobietę, która roiła sobie, że będzie analizować losy rozmaitych pariasów, ale za każdym razem, gdy rozpoczynała badania terenowe gdzieś w węgierskim „interiorze”, przeganiano ją, chciano pieniędzy lub oszukiwano, gdyż nie budziła żadnego zaufania. Nawet gdy po swoich kolejnych powrotach na tarczy z USA i przypadkowej ciąży zaczyna nieco mniej zadzierać nosa, to w rozmowie z przyjaciółką nie potrafi zrozumieć niczego. Ani tego, że tamta, utalentowana socjolożka dla zapewnienia sobie środków do życia prowadzi badania marketingowe zamiast nieosiągalnej dla niej kariery naukowej, ani tego, że rozmówczyni relacjonuje, iż bzdurne badania konsumenckie na temat szynki i czekoladek okazują się wglądem w świat powszechnej biedy, braku perspektyw i beznadziei. „[…] Z powodu najczystszego w swojej formie elityzmu ją interesuje tylko porządna nędza, piękna wiejska nędza, ideologiczna nędza, egzotyczna nędza, a śródmiejska biedota, ezoterycy [jednym z mikrowątków książki jest rozkwit w Budapeszcie grupek parareligijnych, w których pariasi szukają ostatniej nadziei], proletariusze z osiedli, biedacy z metra i kolejki podmiejskiej budzą w niej pogardę”. Ta pogarda to znak rozpoznawczy sporej części inteligenckiego świata, tego samego, który we własnym przekonaniu jest niezwykle empatyczny.

Tymczasem facet, na którego początkowo nie postawilibyśmy ani grosza jako na człowieka oraz naukowca, w zetknięciu ze światem realnej zapaści okazuje się mieć i zwykłą empatię, i warsztat socjologiczny, i nosa do tendencji społecznych. „[…] Tamás natychmiast do nich poszedł, spędził z nimi wiele czasu, nagrywał jeden wywiad za drugim, […] czasami jeden wywiad trwał kilka dni […], tak, Tamás rozumiał ich poglądy, ich znaczenie, […] widział ich serca, nie trapery”. Podczas jednej z konferencji naukowych w kuluarowych rozmowach Bogdán oznajmia – i jest to jak głośny bąk na wytwornym przyjęciu – że „wokół Békásmegyer […] panuje zmowa milczenia. Na przykład nigdy nie pojawia się w wiadomościach. Zwróćcie na to uwagę”. Gdy jeden z uczestników dyskusji próbuje wyśmiać i ukazać taką narrację w kategoriach teorii spiskowych, naukowiec twardo odpowiada: „Rzeczywiście to leży w interesie władz”.

Kiedyś nie zamykano mieszkań, bo ufano sąsiadom. Blokersi tworzyli hip-hop. Dziś to pustkowia, ziemia staruszków

W PRL i latach 90. blokowiska były kulturotwórcze. To już przeszłość.

zobacz więcej
Inni z kolei próbują tchórzliwy brak naukowego zainteresowania tym miejscem przedstawić w kategoriach niezajmowania się zbyt często mniejszościami etnicznymi, choć wcześniejsze partie książki ukazywały nam środowisko naukowe zajmujące się właśnie nimi chętnie i często. Badacz i sekundujący mu młody doktorant ukazują fałsz takiej narracji: „Na Békásmegyer jest potworna bieda, a nie mniejszości”, i wyjaśniają, że Romów jest tam nie więcej, lecz mniej niż gdzie indziej, i że choć wśród pariasów są także oni, to lokalna frustracja i wkurzenie przekraczają granice podziałów etnicznych. A konkluzja, wyrażona ironicznie, brzmi: „Że tak powiem: prawicowe opakowanie kryje lokalno-patriotyczną zawartość […]. Teraz mają swój szlagier, że Békásmegyer jest najprawdziwszym sercem Ziemi i że w całym basenie Karpat tam jest najlepsze powietrze”.

Za tą ironią i przerysowaniem kryje się, jak sądzę, poważna diagnoza i trafny wgląd w rzeczywistość. Skoro potransformacyjnych pariasów niemal wszyscy mieli w nosie, w tym także, ci którzy na sztandary wzięli wrażliwość i tolerancję, to upomniała się o nich prawica, a „wyklęty lud ziemi” zaufał właśnie jej, zamiast deklaratywnym postępowcom. Nie wynikało to wcale z jakichś wrodzonych czy naturalnych predyspozycji, z nieusuwalnego skażenia „ciemnogrodzkim” charakterem tych grup i społeczeństw, jak lubi to sobie tłumaczyć postępowo-liberalna elita. Wystarczyło tych ludzi dostrzec, wysłuchać ich, upomnieć się o ich interesy. W tym o ich godność, bo jej głód jest tu ukazany jako nie mniej dotkliwy niż głód chleba.

Książka pozostawia wiele do życzenia pod względem literackim. Część postaci jest naszkicowana dość topornie, wątki fantastyczne nie wnoszą niczego poza chaosem, wiele tematów i cała narracja nie są w zasadzie domknięte, a wspomniany zabieg sportretowania dzielnicy nędzy jako rezerwatu, który trudno opuścić bez zezwolenia, służy nie wiadomo czemu. Ale cóż z tego, skoro ta sama książka daje nam lepszy wgląd w rzeczywistość i ważne zjawiska społeczne niż czyni to wiele, literacko znacznie dojrzalszych opowieści, traktujących zupełnie o niczym.

– Remigiusz Okraska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Réka Mán-Várhegyi (ur. 1979) jest węgierską pisarką urodzoną w Rumunii. Dorastała w Târgu Mureș w Rumunii. Obywatelką Węgier została w 1992 roku i mieszka w Budapeszcie.

Jej pierwszy zbiór opowiadań „Nieszczęście na osiedlu Aurora” (Boldogtalanság az Auróra-telepen) ukazał się w 2014 roku. Pisze również książki dla dzieci i dla młodzieży. Jest laureatką wielu węgierskich nagród literackich.

Obecna powieść Réki Mán-Várhegyi „Magnetyczna góra” (Mágneshegy) otrzymała Nagrodę Literacką Unii Europejskiej w 2019 r. Książka, w przekładzie Elżbiety Sobolewskiej, ukazała się nakładem wydawnictwa Biuro Literackie w 2020 roku.

Zdjęcie główne: Békásmegyer, wielkie budapeszteńskie blokowisko zamieszkiwane przez ludzi częstokroć przegranych, słabszych, mających gorszą pozycję startową lub sponiewieranych przez realia przeobrażeń ustrojowych. Osiedle zbudowano pod koniec lat 70. XX wieku, w czasach, gdy Węgry były częścią tzw. bloku wschodniego, czyli socjalaistycznej częśći Europy oddanej pod wpływy ZSRR. Fot. Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Pisanie sowieckiej ikony
Gułag opisywany jest jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”
Kultura Poprzednie wydanie
Polański kazał mu ufarbować włosy i znęcał się nad nim na planie
Reżyser posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
Kultura Poprzednie wydanie
Był uważany za obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym...
Grzegorz Brzozowicz wspomina Krzysztofa Krawczyka.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Burza nad szkołami aktorskimi. Przemoc czy metoda edukacyjna?
Oburzają się na Dejmka i Holoubka, że przeklinali w pracy, a nie mają nic przeciw dzisiejszym przekleństwom lewicowych aktywistów.