Cywilizacja

„Twoje wyniki spadły przez ostatnią godzinę, proszę przyśpieszyć”. Darwinowski świat Amazona

Dwóch albo trzech Anglików z kierownictwa niezmiennie czekało na nasz powrót na stanowiska pracy, pokazując palcem na symboliczny zegarek na ręce i wrzeszcząc stanowczym tonem na każdego, kto wrócił choćby 30 sekund po czasie: – Wydłużyłeś sobie lunch, co? Nie płacimy ci tu za przesiadywanie i kłapanie dziobem.

Największy sprzedawca na świecie – a tak mówi o sobie internetowy magazyn handlowy Amazon – wkroczył do naszego kraju, rejestrując polską domenę. W tym właśnie magazynie, tyle że w Wielkiej Brytanii, pracował przez kilka miesięcy brytyjski reporter James Bloodworth, który w 2016 roku postanowił sprawdzić, jak wygląda sytuacja osób zatrudnionych na najniższych szczeblach gospodarki w jego kraju . Opisał to w książce „Zatyrani”, którą w przekładzie Piotra Maurycego Załuskiego przygotowało dla polskiego czytelnika wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Bloodworth zatrudnił się kolejno w Amazonie, w prywatnych firmach oferujących opiekę społeczną, w call-center i w uberze. Już w podtytule „Pół roku pod przykryciem na brytyjskim rynku niskopłatnej pracy” autor zdradza swój sposób działania, a w przedmowie wyjaśnia: „po prostu doszedłem do wniosku, że rola pod przykryciem będzie najbardziej efektywnym sposobem zdobycia wiedzy o niskopłatnej pracy w jednym z najbogatszych krajów świata”.

Dotarł do agencji, które nie płaciły pracownikom nawet minimalnej stawki umożliwiającej utrzymanie. Nie ukrywa, że to, co zobaczył, przekroczyło jego wyobrażenia, choć sam wychował się w trudnych warunkach: jako jedyny z czwórki dzieci samotnej matki wyrwał się z małego miasteczka i poszedł na uniwersytet.

Fragmenty książki „Zatyrani” drukujemy za zgoda wydawcy.
Książka wydana nakładem Prószyński i S-ka
Był kwadrans po szóstej wieczorem, odgłos syreny właśnie obwieścił porę lunchu; głośny dźwięk bijący z głośników dotarł do każdego zakątka zimnego, ponurego magazynu. (…) Kiedy stałem w kolejce z rękami w kieszeniach, czekając na wyjście, zwalisty ochroniarz przyskoczył do mnie i dał znak, żebym wyjął ręce. „Ruszaj się, kolego, nie będę tu sterczał do wieczora” – powiedział stanowczym tonem z silnym akcentem z West Midlands. Przesunąłem się, a strażnik pobieżnie mnie obszukał. Za mną stała falująca kolejka (…).

Gigantyczny system bramek

Byliśmy w zbyt dużym pośpiechu, żeby rozmawiać. Opróżnialiśmy kieszenie i ściągaliśmy różne części garderoby, które powodowały włączanie się kapryśnych wykrywaczy metalu – pasek od spodni, zegarek, a nawet słodkie dropsy na kaszel wciśnięte niedbale do kieszeni spodni.

Na początku kolejki doszło do zamieszania: nagle wybuchła kłótnia między pracownikiem ochrony a wymizerowanym młodym Rumunem, poszło o telefon komórkowy. Przypatrywaliśmy się temu jak zamroczeni, w zupełnej ciszy.

Giganci internetu kolonizują Europę

Fama o innowacyjności polskich informatyków to niestety mit – mówi Jan J. Zygmuntowski, autor książki „Kapitalizm sieci”.

zobacz więcej
– Wiesz, że nie wolno przynosić tutaj komórek. Miałeś to powiedziane od razu pierwszego dnia – warknął ochroniarz.
– Muszę poczekać ważnego telefonu. Mój landlord (właściciel wynajmowanego mieszkania – przyp.red.) ma ze mną mówić – bronił się Rumun.
– Dlaczego nie możesz załatwiać swoich prywatnych spraw w prywatnym czasie, jak wszyscy inni? Po raz enty powtarzam: tutaj… nie ma… żadnych… komórek! Zrozumiano? Muszę to zgłosić twojemu menedżerowi (…) .

Po zakończeniu każdej zmiany oraz podczas każdorazowego wyjścia na przerwę czy nawet do toalety trzeba było przechodzić w tę i z powrotem przez gigantyczny system bramek bezpieczeństwa rodem z portów lotniczych. Przejście przez ogromne skanery wykrywające metal mogło zajmować nawet dziesięć czy piętnaście minut. Za czas spędzony na czekaniu na kontrolę kieszeni nikt nie otrzymywał żadnej zapłaty. Bluzy z kapturami były w magazynie zakazane, tak samo jak okulary przeciwsłoneczne (…).

Kursowaliśmy w pocie czoła, przez długie godziny przemierzając tam i z powrotem monstrualny magazyn o rozmiarach dziesięciu boisk do piłki nożnej, ukryty gdzieś na wiejskich obszarach hrabstwa Staffordshire. Każdego dnia ta chwila przerwy przynosiła krótkotrwałe wytchnienie. Lunch – bo ciągle nazywaliśmy to lunchem, mimo że posiłek był wydawany o szóstej wieczorem – wyznaczał półmetek dziesięcioipółgodzinnej zmiany. (…) . Dwóch albo trzech Anglików z kierownictwa niezmiennie czekało na nasz powrót na stanowiska pracy, pokazując palcem na symboliczny zegarek na ręce i wrzeszcząc stanowczym tonem na każdego, kto wrócił choćby 30 sekund po czasie: – Wydłużyłeś sobie lunch, co? Nie płacimy ci tu za przesiadywanie i kłapanie dziobem.

Czterdzieści totów dziennie

Tak wyglądało życie w Amazonie, u największego sprzedawcy na świecie. Byłem tam pickerem, czyli pracownikiem magazynu, kompletowałem zamówienia w jednym z jego centrów dystrybucji w niewielkim miasteczku Rugeley w hrabstwie Staffordshire. Magazyn zatrudniał około 1200 osób. Większość tych, z którymi pracowałem, pochodziła z Europy Wschodniej, a spośród nich największą część stanowili przybysze z Rumunii. Rumunów wprawiało w osłupienie, że jakikolwiek Anglik może chcieć się poniżyć aż do tego stopnia, by wykonywać tak podłą pracę.
Centrum dystrybucyjne Amazona w Peterborough. Fot. REUTERS/Darren Staples
– Przepraszam, może to zabrzmi niegrzecznie, ale czy jesteś Anglikiem? Urodzonym tutaj?
– Tak, jestem Anglikiem.
– To dlaczego pracujesz jako picker? Nie chciałabym cię urazić – zagadnęła mnie w drugim dniu mojej pracy młoda, pucołowata, rudowłosa dziewczyna.

(…) Ogromny magazyn Amazona postawiono na nieużytkach pomiędzy kanałem a elektrownią. (…) Cztery jego kondygnacje przywodziły na myśl podział siły roboczej Amazona na cztery główne grupy. Byli tam mianowicie ci, którzy sprawdzali i rozpakowywali przychodzące zamówienia, kolejni układali towary na półkach, następna grupa – do której sam należałem kompletowała zamówienia, a ostatnia pakowała towary do wysyłki.


Do obowiązków pickera należało przemierzanie tam i z powrotem wąskich alejek magazynowych i wybieranie produktów z wysokich na dwa metry regałów, a potem wkładanie ich do dużych kontenerów z żółtego plastiku, nazywanych totami. Toty były przewożone na niebieskich metalowych wózkach i na koniec trafiały na gigantyczne, zdające się nie mieć końca taśmociągi, które ciągnęły się przez całą długość budynku na podobieństwo strumienia torującego sobie drogę ku morzu. Średnio w ciągu dnia można było załadować na taśmociąg około czterdziestu takich kontenerów, z których każdy wypełniały po brzegi książki, filmy DVD i najróżniejsze inne produkty.
Jak więźniowie na przepustce

Nie mieliśmy menedżera w normalnym znaczeniu tego słowa, a w każdym razie menedżera z krwi i kości. Zamiast tego cały czas nosiliśmy przy sobie urządzenia mobilne śledzące każdy nasz ruch, jakbyśmy byli więźniami w areszcie domowym wypuszczonymi na przepustkę. Mniej więcej na każdych dziesięciu pracowników przypadał jeden bezpośredni przełożony, line manager, który gdzieś w magazynie, pochylony nad biurkiem, wklepywał polecenia do komputera.

Te instrukcje, głównie napomnienia, żeby zwiększyć tempo, w tej samej chwili docierały do naszych urządzeń: „Proszę natychmiast zameldować się w dziale kompletowania” albo „Twoje wyniki spadły przez ostatnią godzinę, proszę przyśpieszyć”.

Przydzielano nam lokaty od najwyższej do najniższej pod względem szybkości, z jaką zbieraliśmy produkty z półek i napełnialiśmy nimi nasze toty. Przykładowo, podczas pierwszego tygodnia pracy zostałem poinformowany, że plasuję się w ostatnich 10 procentach pod względem szybkości pickowania. „Będziesz musiał przyśpieszyć!” – usłyszałem od jednego z przedstawicieli agencji (…).

Tęsknimy za pracą

Slogany mające wywołać dobre samopoczucie były porozlepiane na ścianach w całym magazynie Amazona tuż obok fotografii rozpromienionych pracowników, których tryskające radością twarze świadczyły niezbicie, że każdy w tej pracy przeżywa cudowne chwile. Uwielbiamy przychodzić do pracy i tęsknimy za nią, gdy nas tu nie ma!, zapewniała wycięta z tektury naturalnej wielkości sylwetka kobiety imieniem Bez. W podobny sposób niemal wszystko określane tam było na zasadzie eufemizmu. Nawet nazywanie tego miejsca magazynem traktowano jako drobne wykroczenie.
Jeff Bezos z partnerką Lauren Sanchez, prezenterką telewizyjną śledzą finał Wimbledonu 2019. Roger Federer kontra Novak Djokovic. Fot. Adrian Dennis/Pool via REUTERS
Już pierwszego dnia pracownicy byli informowani, że od tej pory budynek ma być określany mianem „Centrum Realizacji” (Fulfilment Centre) lub w skrócie FC. Nikt nie był „wyrzucany” czy „wylewany” z pracy, lecz – w tamtejszej terminologii – „odprawiany”. Co znamienne, potencjalnie zantagonizowane kategorie pracowników, takie jak przełożeni i podwładni, także zostały zniwelowane. Wszyscy byli „współpracownikami” – zarówno ci na wyższych, jak i na podrzędnych stanowiskach.

W ciągu jednego przedpołudnia przeciętny picker mógł zarobić około 29 funtów, przetaczając toty tam i z powrotem słabo oświetlonymi korytarzami między regałami magazynu. W ciągu tego samego przedpołudnia Jeff Bezos, dyrektor generalny Amazona, którego majątek, kiedy pisałem tę książkę, wynosił 60,7 miliarda dolarów, spokojnie powiększył swoją fortunę o jakieś 1,4 miliarda funtów.

Ma zegar za miliony dolarów i chce kolonizować kosmos. Jeff Bezos, sknera czy wizjoner wszech czasów?

Amazon wszędzie, gdzie się pojawia, obniża ceny produktów i usług.

zobacz więcej
Nazywanie wszystkich „współpracownikami” było, jak się zdaje, trikiem mającym na celu zaszczepienie iluzji, że wszyscy jesteśmy jedną wielką szczęśliwą rodziną. (…) „Współpracownicy”, którzy o północy maszerowali do domu na ciężkich nogach i z ropiejącymi pęcherzami na stopach spuchniętych w ciągu dnia pracy o pół numeru, byli na każdym kroku traktowani raczej jak istoty ludzkie niższego rzędu, a nie jak jednostki, do których zaliczał się Jeff Bezos. Być może to jest właśnie prawdziwy powód, dla którego ludzie świetnie prosperujący kosztem innych wykreowali retoryczny świat tak odległy od realnego życia (…) .

Proces rekrutacji do Amazona odbywał się wyłącznie poprzez dwie agencje – PMP Recruitment i Transline Group. Ja do pracy w tej firmie dostałem się poprzez Transline. (…) Każda umowa o pracę, którą jako pickerzy mieliśmy podpisaną z agencją Transline, była tymczasowa i bez gwarancji stałej liczby godzin (zero hours contract). Nigdy nie otrzymałem kopii mojej bieżącej umowy o pracę, mimo że prosiłem o nią kilkakrotnie, aż w końcu przedstawiciel Transline powiedział mi, że w moim przypadku umowa w ogóle nie istnieje, ponieważ jestem zatrudniony bez gwarancji godzin.

Dokumenty, które widziałem w dniu, kiedy przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną, zostały błyskawicznie uprzątnięte po wypełnieniu przeze mnie wymaganych formularzy. Po dziewięciu miesiącach Amazon albo przejmował pracownika na umowę stałą, albo pozbywał się go bez większych skrupułów, jakby był workiem zgniłych kartofli.

W praktyce dociągnięcie do dziewięciu miesięcy należało uznać za niebywały uśmiech losu. Już pierwszego dnia pracy poinformowano nas, że jeżeli nasze wyniki będą „wybitne”, wówczas firma rozważy pozostawienie nas na stałe, ale mówiono nam także, że nie należy mieć „żadnych złudzeń, bo to praca tymczasowa”. Wbijano nam to do głowy aż do znudzenia przez cały pierwszy dzień pracy. (…) Zostać zatrzymanym przez Amazona na stałej umowie o pracę to było jak wejść w posiadanie upragnionego „niebieskiego identyfikatora”.

Nie dla Anglików

Rugeley to nieduze miasteczko w hrabstwie Staffordshire, liczące 24 tysiące mieszkańców i wciśnięte pomiędzy Stafford i Cannock Chase. (…) Zadałem kobietom pytanie o pracę w miasteczku, na co młoda dama z wózkiem zdecydowanie – i zgodnie z prawdą – stwierdziła, że pracujący w Amazonie to „głównie ludzie z Europy Wschodniej”. [Od niej] dowiedziałem się, że kiedy Amazon pojawił się w Rugeley w 2011 roku, to była „wielka rzecz dla całej społeczności”.
Czy praca w magazynie w Peterborough różni się od tej w innych miejscach?. Fot. REUTERS/Darren Staples
– Miało być mnóstwo stanowisk pracy, ale nikt tu się w końcu nie załapał, niestety. Wszyscy są tu teraz przez to piekielnie rozzłoszczeni. Słyszałam, że to przez te przerwy, czy coś. Mówią, że właśnie przez to nikt nie ma ochoty tam pracować… Ludzie muszą zakładać na rękę takie liczniki, żeby było wiadomo, ile kroków zrobili. – Oni po prostu nie zatrudniają miejscowych – powiedziała z wyrzutem, kiedy już miałem wychodzić.

(…) Jeśli chodzi o Amazona, to z tego, co słyszałem od moich rozmówców w miasteczku, wynika, że tutejsi mieszkańcy początkowo dostawali tam pracę. Zresztą łatwość, z jaką ja sam się tam dostałem, dobitnie świadczy o tym, że nie ma żadnego spisku mającego na celu niedopuszczanie do tej pracy Anglików ani też, ściśle mówiąc, oferta miejsc pracy nie jest ograniczona. Poza tym szybkość, z jaką ludzie wkrótce po starcie wypadają z tej pracy, jest powodem stałego dostępu świeżych stanowisk, ale spośród moich rozmówców tylko nieliczni Anglicy zgodziliby się znosić na dłuższą metę proponowane tam warunki.

Im bardziej się w to wgłębiałem, tym wyraźniej ten problem zdawał się wyrastać ponad specyfikę Rugeley. Zgodnie z najnowszym badaniem opinii pracowników Amazona, przeprowadzonym przez związek zawodowy GMB:

• 91% nie poleciłoby pracy w Amazonie znajomym;
• 70% personelu miało poczucie, że otrzymywało punkty karne niezasłużenie;
• 89% miało poczucie bycia wyzyskiwanym;
• 78% uważało, że przerwy w pracy są zbyt krótkie;
• 71% twierdziło, że musiało pokonywać w pracy dystans ponad 15 kilometrów dziennie.

Rekiny były niezadowolone. Jak wielkie korporacje zniszczyły Donalda Trumpa

Stacje telewizyjne pokazywały listy z nazwiskami Republikanów, którzy ociągali się z powinszowaniami dla Bidena, aby wywrzeć na nich presję i zmusić do uznania porażki prezydenta.

zobacz więcej
– Wszyscy, z którymi zaczynałam, już odeszli. Tylko ja zostałam z całej ósemki – powiedziała Claire, pucołowata dziewiętnastolatka z czerwonymi pasemkami we włosach, która godziła stanowisko pakowacza w Amazonie z pracą w tutejszym pubie (…). Claire opowiadała, jak to wielu z jej znajomych zaczynało pracę w Amazonie, pokładając w niej wielkie nadzieje, ale te szybko zostały zniweczone, kiedy rzeczywistość tej pracy zdzieliła ich prosto w twarz. – Kilka osób odeszło, bo znalazły lepsze posady, ale reszta po prostu tego nienawidziła.

Claire (…) usłyszała o rekrutacji do Amazona, zgłosiła się więc na stanowisko pakowacza przez agencję pośrednictwa pracy Transline. W gazecie regularnie ukazywały się zachęcające artykuły o tym, jak Amazon tworzy setki nowych miejsc pracy w Rugeley, a dla dziewiętnastolatki takie pieniądze – siedem funtów za godzinę – nie wyglądały szczególnie źle. Poszła do biura agencji w Cannock, wypełniła cały stos formularzy i przeszła obowiązkowe testy na obecność we krwi narkotyków i alkoholu. I tak rozpoczęła pracę w Amazonie (…) Robiła wszystko, czego od niej wymagano – zrezygnowała nawet z zarejestrowania się na bezrobociu i zasiłku, ale podobnie jak w przypadku wielu innych osób, z którymi rozmawiałem, jej nadzieje dość szybko okazały się płonne (…) – Już parę razy musiałam brać przez nich pieniądze od mamy, żeby mieć na czynsz.

Wylatujesz za 6 punktów

Ograniczone prawa pracownicze, jakie agencje przyznają sile roboczej Amazona, to jedna sprawa (nawet ta symboliczna ochrona nie jest przestrzegana), druga kwestia to nonsensownie impulsywne zachowanie kadry kierowniczej, zwłaszcza jeśli chodzi o system dyscyplinowania oparty na negatywnej punktacji.
89% pracowników Amazona miało poczucie bycia wyzyskiwanym. Fot. REUTERS/Darren Staples
Pracownikom są na przykład przyznawane punkty karne za takie „przewinienia”, jak nieobecność z powodu choroby, niewyrabianie norm podczas kompletowania towarów czy spóźnienia. – Można mieć sześć punktów, zanim dadzą ci odprawę i wyrzucą cię z pracy. Jedna z moich koleżanek miała cztery i dostała punkt za to, że za wcześnie odbiła kartę zegarową przy wyjściu, chociaż to nie była prawda. Potem wlepili jej kolejny punkt, bo autobus Amazona się zepsuł i spóźniła się do pracy, a potem jeszcze jeden, bo miała dziecko w szpitalu, więc w końcu musiała pożegnać się z pracą. Jak tylko zaczęłam, miałam wypadek samochodowy… Udało mi się dotrzeć do pracy, ale odesłali mnie do domu i wlepili mi za to punkt. To ja im na to mówię: „Właśnie miałam wypadek samochodowy, przecież sami odesłaliście mnie do domu, więc dlaczego dajecie mi za to punkt?” (…).

Otrzymanie upragnionego niebieskiego identyfikatora Amazona było piekielnie trudne. Nawet najdrobniejsze uchybienia zdawały się wykluczać z tego przywileju. – Nie możesz mieć ani chwili nieobecności – tłumaczyła Claire. – I cały czas musisz mieć idealne wskaźniki… Dosłownie sto procent przez cały czas we wszystkim.
Pewien jej znajomy był na najlepszej drodze, by dostać niebieski identyfikator, ponieważ zbliżał się koniec jego dziewięciomiesięcznego okresu nienagannej pracy. Claire mówiła, że zupełnie się wyeksploatował, ściągając z półek dla klientów Amazona produkty, które trzeba by już liczyć w setkach tysięcy sztuk, od książek po sprzęty gospodarstwa domowego. Wyrabiał wszystkie najwyższe normy wydajności, zawsze był w pracy o czasie, a także, co miało zasadnicze znaczenie, w jakiś sposób udało mu się nie naruszyć żadnej z niezliczonych drobiazgowych zasad, które regulowały niemal każdy aspekt tej pracy.

A jednak nowa wspaniała ekonomia – darwinowski świat, w którym choroba jest niewybaczalnym grzechem – wypluła go jak przeżuty tytoń. Jego zbrodnia polegała na tym, że miał czelność się rozchorować.

15 kilometrów dziennie

Zgodnie ze wskazaniami krokomierza, który nosiłem na ręce, w ciągu dnia przechodziłem ponad piętnaście kilometrów. Najdłuższy dystans, jaki pokonałem, wynosił dwadzieścia dwa kilometry, a najkrótszy siedem. (…) Ta monstrualna liczba przemierzanych kilometrów najbardziej dotkliwie wpływa na stopy, które w moim przypadku zaczęły przypominać dwie nieforemne bryły wosku przeciągnięte tarką do sera (…).

Wszelka witalność, jaką dysponują nowo zatrudnieni pracownicy, spada z nich jak stary płaszcz w ciągu kilku dni. Kiedy zaczynają, są serdeczni, o żywym spojrzeniu. Młodzi Rumuni i Rumunki tak są początkowo pochłonięci bieganiem po magazynie, że nie znajdują chwili na otarcie potu z czoła, ale już po kilku dniach zwisają zgięci nad wózkiem, próbując ukradkiem wyrwać choćby chwilę snu poza zasięgiem wzroku krążących wokół nadzorców. (…)

„Wasze zegary wykazują zbyt długi czas bezczynności”. Zamiast skarżyć się na zuchwałość ludzi, którzy muszą korzystać z toalety, Amazon ze swoją obsesją na punkcie wydajności mógłby zainstalować więcej toalet. Dla osób pracujących na górnym poziomie tego monstrualnego budynku najbliższe toalety znajdowały się cztery półpiętra niżej. Było to na tyle daleko, że któregoś razu natknąłem się na butelkę z płynem w słomkowym kolorze wetkniętą niefortunnie w regał z dekoracjami na Boże Narodzenie. – Któregoś dnia dali mnie na pickowanie, a potem pytali, czemu miałam piętnaście minut bezczynności – żaliła mi się Claire w pubie. – A ja przecież potrzebowałam pójść do toalety. Musiałam zejść po schodach cztery piętra niżej. No więc co oni sobie myśleli?!

– James Bloodworth

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł i śródtytuły od redakcji
Zdjęcie główne: Magazyn Amazona w Rugeley. Ruch przed Bożym Narodzeniem 2013. Fot. Simon Dawson/Bloomberg via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sport przy pustych trybunach
Premier ogłosił grzywny: za chodzenie bez maseczki – 540 zł, za przemieszczanie się bez zezwolenia – 4500 zł, za publiczne zgromadzenie powyżej 5 osób – 13 500 zł.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Zaszczuci przez skarbówkę. Jak urzędnicy niszczyli homeschooling
W obronie tej sprawy ramię w ramię głosowali posłowie PiS, KO, PSL, Kukiz'15, a nawet Konfederacji i Polski 2050.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Vacunas o muerte! Cud kubańskiej szczepionki przeciw COVID-19
Nazywa się „Soberana 02”. Czyli „Suwerenność 02”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Ostatni taki książę
Większość Brytyjczyków nie zna świata bez Elżbiety II, z Filipem u boku.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy inteligencji można się „nauczyć”? I czy mierzą ją testy IQ?
Tracimy średnio ok. 7 punktów IQ na pokolenie.