Kultura

Kolorowy zawrót ekranu. Pierwszy program, pierwszy telewizor….

16 marca 1971 roku Telewizja Polska nadała po raz pierwszy program w kolorze, którego… nikt nie zobaczył, bo wszystkie telewizory w kraju były wówczas czarno-białe.

No, może prawie wszystkie, gdyż Pierwszy Sekretarz Edward Gierek w partyjnym gabinecie zapewne mógł mieć stosowny odbiornik, aby zweryfikować postępowość w eterze. To bowiem w ślad za zarządzonym przez niego otwarciem na Zachód, w PRL zainteresowano się nowymi technologiami i telewizja publiczna, w szarej rzeczywistości śniąca o kolorze, zwróciła się o pomoc do specjalistów z francuskich zakładów Thomsona, którzy stworzyli pierwszy w Europie barwny system nadawczy – SECAM. Ten strategicznym wybór bynajmniej nie był nasz, lecz Związku Radzieckiego (i w ślad za tym pozostałych demoludów), bo reszta świata wybrała system PAL, wymyślony w zachodnioniemieckim ośrodku Telefunken, który wydawał się dokładniejszy w odzwierciedlaniu barw i wciąż jest wykorzystywany w prawie wszystkich krajach Europy; gdy SECAM pozostał jedynie w macierzystej Francji i większości – bez Ukrainy i krajów nadbałtyckich – krajów dawnego ZSRR.

***

Rozkwit koloru był nader dynamiczny. W 1926 roku członkowie brytyjskiego Royal Institution oraz reporter „The Times” podziwiali pierwszy w historii pokaz systemu telewizyjnego, który wymyślił inżynier John Logie Baird ze Szkocji: czarno-biała jeszcze transmisja – z płynnością 12,5 klatek na sekundę – przypominała raczej slajdy, lecz i tak zrobiła wrażenie na gościach w jego laboratorium. I już dwa lata później Baird wprowadził do magicznego pudełka coś więcej, niebawem odbyła się pierwsza publiczna demonstracja nowego wynalazku. Eksperymentalne transmisje nadawano w 1940 roku w USA. Pierwszym europejskim krajem, gdzie pokazywano barwny program, była RFN: w 1967 roku wystartował teleturniej „Złoty Strzał”. W Polsce, coraz skuteczniej goniącej Zachód i zwłaszcza jego pieniądze, nie trzeba było długo czekać na efekty. Start samej TVP datuje się na 1952 rok; w 1970 roku – jeszcze za Władysława Gomułki – uruchomiono drugi publiczny program; by odświeżona władza już 16 marca 1971 roku – równo 50 lat temu i również we wtorek – zdecydowała o wyemitowaniu pionierskiego programu w kolorze.

Na debiut wybrano adaptację monodramu Antona Czechowa „O szkodliwości palenia tytoniu” w reżyserii Jerzego Antczaka (w głównej roli – Tadeusz Fijewski, przekład – Jerzy Pomianowski). Cały spektakl zrealizowano – z udziałem zaśmiewającej się publiczności – za pomocą jednej kamery! Dzieło jest do obejrzenia w Internecie na oficjalnym YouTube’owym kanale reżysera: trwa 18 minut 50 sekund i doczekało się 38 tys. wyświetleń oraz 26 komentarzy. Wiesław Pawlak: „Wspaniałe aktorstwo, wspaniała reżyseria. Tylko pogratulować”. Jarosław Kozera: „Perełka!”. Agnieszka Szubert: „Niepowtarzalny kunszt sztuki aktorskiej Tadeusza Fijewskiego i ponadczasowa proza Czechowa to duet doskonały. Szkoda, że nie odnawia się cyfrowo takich właśnie arcydzieł”.



– „To były piękne i bardzo łaskawe czasy dla sztuki i kultury. Za pieniądze na propagandę robiono spektakle i inne wydarzenia z propagandą nie mające nic wspólnego” – powtarzał Jerzy Antczak. Dzisiaj mamy przerost formy nad treścią. Za dużo techniki, za mało sztuki – mówi w rozmowie Lilianna Lewandowska, dyrektor Artystyczny Festiwalu Twórczości Jadwigi Barańskiej i Jerzego Antczaka. Dodaje z uznaniem, że Mistrz był nie tylko ojcem telewizji i jej teatru (w latach 1963-1975 jako naczelny reżyser), a także i koloru, więc tym bardziej miło, że o starszym panu – 91 lat – od dekad mieszkającym w USA, wciąż się w Polsce pamięta. I zauważa przytomnie, że dla TVP lepiej było na pierwszy ogień dać spektakl teatralny niż gadające głowy partyjnych dygnitarzy…

Ktoś z komentujących spektakl Antczaka zauważył jednak, że „pierwszym przedstawieniem TV w kolorze był zjazd PZPR z tow. Gierkiem w niebieskim garniturze i z bardzo kolorowym krawatem”. I prawie to prawda, bo rzeczywiście codzienną – trwającą tydzień – kolorową transmisję rozpoczęto 6 grudnia z obrad VI Zjazdu PZPR z hasłem przewodnim: „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, co stanowiło dobrą okazję do pochwalenia się nowymi technologiami. Zwłaszcza, że swoją obecnością zaszczycili nas bratni przywódcy (hmm, znamienne, że komputerowy słownik zaproponował mi zamiast słowa „przywódcy”, zwrot: „przy wódce”): Leonid Breżniew (ZSRR), Gustaw Husak (Czechosłowacja) i Erich Honecker (NRD). Barwna relacja z ich nasiadówki w Sali Kongresowej była możliwa dzięki czynowi zjazdowemu – Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego w Mielcu wykonała wóz transmisyjny, Warszawskie Zakłady Telewizyjne wyposażyły go w odpowiednią aparaturę.

W ambitnych planach PRL była produkcja co najmniej jednego takiego wozu rocznie. Jednocześnie w ZSRR przeszkolono grupę 40 pracowników do obsługi nowej telewizji. I od grudnia raz w tygodniu można było oglądać „Kolorowe spotkania” Bogdana Misia (odmówił rozmowy z Tygodnikiem TVP, swoją macierzystą telewizję uznał za mniej reżimową): w każdy czwartek o 18:00, czasem o 20:00. Stopniowo w kolorze prowadzono także relacje reporterskie i sportowe, pokazywano programy artystyczne i filmy. Pierwszy „Dziennik” nadano – a jakże! – 1 maja 1972 roku. Czas emisji kolorowych programów wynosił wówczas 10 godzin tygodniowo. W kolejnym roku zaczęły weń nadawać lokalne ośrodki, choć w porównaniu z centralą przy Woronicza były to liczby znikome: Warszawa w obu programach pokazała rocznie blisko 1500 godzin, najlepiej technicznie wyposażone Katowice niecałe 30 godzin; Wrocław, Łódź i Szczecin – 10 godzin; Poznań – 33 minuty.

***

Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie jak czop-czop, prawie dostępne...

„Teksasy”, „Paprykarz”, „Frania” czy „Brutal”? Kultowe wyroby PRL.

zobacz więcej
Czerwień uczestników zjazdu PZPR biła po oczach, ale przesyt tego koloru wcale nie był głównym problemem telewizji, która kolorowa stawała się tylko z nazwy, bo z tym – jak i całą komunistyczną materią – bywały kłopoty. Etykieta „kolor” brzmiała o tyle na wyrost, że obraz był raczej wyblakły. To dlatego, że transmisja powinna być nadawana przez obrazy monochromatyczne w każdej z trzech barw: oprócz czerwonej, także zielonej i niebieskiej, które mieszają się i tworzą barwną całość. I technicznym wyzwaniem nieudolnej machiny stawała się chęć obniżenia wymaganej wysokiej przepustowości, trzy razy większej od czarno-białej normy, z zachowaniem jakości, z czym – powtarzam do znudzenia dla szanownej młodzieży – działo się różnie. Co prawda natężenie barw regulowało się samodzielnie poprzez ustawianie trzech gałek na telewizorze, ale z pustego i Gierek nie naleje… Spryciarze zakładali nawet tęczowe szybki na ekrany czarno-białych egzemplarzy, by niebo nabierało błękitu, trawa zieleni, a partyjny sztandar – czerwieni. Zresztą po włączeniu najpierw pojawiał się głos, po minucie różowawy obraz, po kolejnej – ostrość i pełnia (?) kolorów, które do tego „nie nadążały” za widokiem na ekranie, co szczególnie uciążliwe stało się w trakcie piłkarskich MŚ w 1974 roku…

Istniał jeszcze jeden techniczny problem nie do przeskoczenia, który uniemożliwiał właściwy odbiór programów. Otóż telewizja w nowej odsłonie miała wyższe wymagania związane z nadawaniem, tymczasem wciąż działała analogowo i jakość sygnału, rozsiewanego przez nadajniki i odbieranego przez domowe anteny, nie była zbyt wysoka. Myśl o formacie kablowym lub cyfrowym mogła stanowić temat jedynie dla opowiadań science-fiction Stanisława Lema (w 1971 roku wydał „Doskonałą próżnię”, dwa lata później „Wielkość urojoną”; mimo partyjnych podchodów, ekipy Gierka nie poparł). Sukcesem stało się więc uruchomienie, dopiero w 1975 roku, pierwszej naziemnej stacji łączności satelitarnej. Rok potem emitowano już łącznie 7900 godzin programu rocznie, w tym 3000 godzin w kolorze. Przed każdą emisją spiker informował wówczas widzów o tej innowacji, co brzmiało o tyle groteskowo, iż takich odbiorników nie było wiele na komunistycznym rynku pełnym paradoksów. Poza protegowanymi dygnitarzami, spośród zwykłych śmiertelników znających „chleba smak i lek¬kość wódki”, wciąż mało kto mógł skosztować barwnej telewizji.
Pierwszym programem wyemitowanym w kolorze był co prawda teatr telewizji, ale za pierwsze „przedstawienie” można uznać zjazd PZPR z grudnia 1971 roku, kiedy to wybrańcy posiadający kolorowe odbiorniki mogli zobaczyć Edwarda Gierka w niebieskim garniturze i barwnym krawacie. Na zdjęciu I sekretarz Komitetu Centralnego w nieco późniejszej wersji: z premierem Piotrem Jaroszewiczem podczas I Krajowej Konferencji PZPR w 1973 r. Fot. PAP/Jan Morek
Gdy pojawiły się pierwsze odbiorniki – rzecz jasna radzieckie Rubiny – były reglamentowane wśród gawiedzi i sprzedawano je wyłącznie po uprzednim zamówieniu. Do tego kosztowały krocie, tyle co sześć miesięcznych pensji! Były przy tym ogromne i ciężkie jak gdańskie szafy: ważyły 60-70 kilogramów. Prądu zużywały tyle, że w mieszkaniach o słabszej instalacji elektrycznej przy ich włączaniu przygasało światło. Nagrzewały się przy tym niemiłosiernie: w pokojach można było zakręcić kaloryfer; zaradne gospodynie suszyły na kineskopach sznurki z grzybami. Mimo to długo stanowiły sensację. O ich pojawieniu się w sprzedaży donosiły lokalne dzienniki. Gdy w październiku 1971 roku do Wrocławia dotarła flagowa sowiecka Raduga (po polsku Tęcza), u szczęśliwego pana Kazimierza z ul. Zielińskiego pojawili się dziennikarze „Słowa Polskiego” i relacjonowali epokowe wydarzenie. „Jaki jest odbiór?” – pytali.

Na nurtujące zagadnienie odpowiadał inżynier Józef Chara, który na co dzień zajmował się naprawą telewizorów: „W zasadzie program jest dobry technicznie, chociaż trzeba stwierdzić, że wymogi dla dobrego odbioru programu kolorowego są znacznie wyższe niż dla czarno-białego” – stwierdzał uczenie. I ze znawstwem zapowiadał, że telewizja kolorowa będzie się rozwijać, więc on szykował się do obsługi klientów. „Rzecz oczywista, im bardziej skomplikowany jest mechanizm, tym łatwiej o jakieś uszkodzenia” – dodawał. Rzeczywiście: kolorowych odbiorników przybywało, podobnie jak problemów z nimi. Lecz wszelkie naprawy, dokonywane przez samozwańczych mechaników, były obarczone ryzykiem urazu z powodu wysokiego napięcia. A przewieźć kolorowy telewizor do specjalisty też nie było łatwo, bo ważył swoje – do domów przyjeżdżali mechanicy i na miejscu dokonywali prac.

***

„W ślad za pojawiającymi się rubinami z każdego województwa delegowano do Warszawy najlepszych pracowników zakładów RTV na kursy organizowane przez radziecką ambasadę, gdzie wykładowca wprowadzał w tajniki budowy kolorowego pudełka” – opowiadał Ireneusz Baj, właściciel jednego z najstarszych zakładów naprawczych w Opolu. „Gdy wreszcie kupiłem kolorowego rubina, to przywitaliśmy nowego domownika »po polsku«. Było pół litra i smaczna zakąska. Sprosiłem znajomych…” – mówił. „Nowa Trybuna Opolska” cytowała także opowieść Katarzyny Młyńskiej, że po zakupie jednego z pierwszych rubinów w mieście, jej dom stał się miejscem spotkań sąsiadów z całej klatki schodowej: „Każdy przynosił jakiś dar, niczym bilet wstępu do kina. Zdarzała się szyneczka w puszce i kabanoski. Towarzystwo siadało przed rubinem i biesiadowało. Za telewizor wzniesiono niejeden toast”.

Prawda czasu i prawda ekranu. Stanisław Bareja, kronikarz życia w socjalizmie

Naprawdę zbytnio nie odrealniał. Daję słowo honoru. W okrągłą, czterdziestą rocznicę wejścia „Misia” do kin.

zobacz więcej
W 1977 roku na rynku pojawił się polski telewizor kolorowy Jowisz – nazwa prototypu brzmiała PAW, skrót od Pierwszy Aparat Wielobarwny, jednak niosła niezbyt przyjemne konotacje i uległa zmianie – skręcany w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych przy Matuszewskiej 14. Podobnie jak inne polskie modele – Neptun i Saturn – kosztował mniej niż radzieckie, nie był tak ogromny i ciężki jak bratnie. Wszystkie były w cenie! Przywilej dla młodych małżeństw stanowił łatwy dostęp do odbiornika, co pomagało kwitnącej miłości. Wystawano po nocach w kolejkach, koniecznie z listą społeczną, albo załatwiano sprawę po znajomości. Niektórzy pragnęli koloru tak bardzo, że jechali do ZSRR – w pociągach powrotnych nie można było usiąść, wszędzie odbiorniki!

„Pierwszy kolorowy telewizor wystawiliśmy na wystawie w naszym sklepie przy ulicy Ozimskiej. Ależ to była sensacja, na chodnikach i na ulicach zatrzymał się ruch, aż Milicja Obywatelska musiała interweniować…” – wspomina inżynier Baj z Opola. Lokalne media zapraszały także na pokazy możliwości nowej telewizji. „O perspektywach rozwoju ich produkcji, sprzedaży i w ogóle odbioru kolorowej telewizji mówić będziemy na spotkaniu w najbliższy czwartek” – zachęcała „Gazeta Robotnicza”. A w połowie lat 70. Rubiny wykorzystano na festiwalu piosenki w Opolu, stawiając rządami wokół sceny; znaczna ich część została później przekazana do klubokawiarni Ruchu na terenie województwa. Po czasie zaczęły powszednieć, ale to nie koniec ich historii.

Rubiny miały bowiem tendencje wybuchowe i zaczynały się palić: ludzie pożądali ich i zarazem się obawiali, nazywając je „zemstą Stalina”. Samozapłon zdarzał się szczególnie tym produkowanym na licencji w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych, bo wykonywano je z gorszych produktów; wykorzystywano m.in. papierowe laminaty, mało odporne na wysoką temperaturę. Ponadto użytkownicy nie do końca potrafili je używać, wciskając w meblościanki bez wentylacji, przykrywając koronkową serwetką, stawiając paprotkę lub ślubne zdjęcie, żeby było ładniej – przez to stawały się jeszcze cieplejsze. Oto „Express Bydgoski” donosił, że 6 lutego 1985 roku w mieście wybuchły aż dwa pożary: ok. 18.30 zapalił się Rubin w mieszkaniu przy ul. Zamojskiego – od ognia zajęły się firany i zasłony, wyposażenie pokoju spłonęło całkowicie; godzinę później palił się dom innego posiadacza Rubina przy Al. Powstańców Wielkopolskich, który wyszedł na chwilę do sąsiadów, a kiedy wrócił do mieszkania – poczuł gryzący dym i spostrzegł płomienie; ostatecznie pożar strawił wyposażenie pokoju, przedpokoju i balkonu. Bezpośrednio po tym Komenda Wojewódzka Straży Pożarnej zaapelowała do mieszkańców, aby posiadacze feralnych egzemplarzy oglądali je zawsze „pod kontrolą”, czyli przebywając w pokoju, najlepiej z małą pianową gaśnicą pod ręką. I od tego dnia ani jedna informacja o płonących Rubinach nie ukazała się w prasie, bo cenzura robiła swoje…
Rubiny nagrzewały się niemiłosiernie i miały tendencje do samozapłonu, a bezieczeństwa użytkowników nie zwiększało przykrywanie ich serwetkami, wazonami, kwiatkami, czy wciskanie w meblościanki - przez zmniejszoną wentylację stawały się jeszcze cieplejsze. Fot. Krzysztof Barański / Forum
***

W 1985 roku w Polsce było zarejestrowanych prawie 9 milionów telewizorów. Przeważały jeszcze czarno-białe, ale kolorowe wypierały je szybko, po latach szarzyzny ludzie coraz mocniej pragnęli „koloru”. Najpopularniejsze były wciąż telewizory radzieckie i ewentualnie ich polskie erzace, tymczasem w sklepach Peweksu można było za dolary lub bony kupić również japońskie maszyny, marzenie wielu, które powszechnie dostępne stały się dopiero po 1989 roku. Na ścianach domów pojawiały się wtedy masowo anteny satelitarne. Zaczęła zmieniać się rzeczywistość i polska telewizja, która przeszła na nadawanie w systemie PAL. Produkowano nawet specjalne moduły dekoderów PAL, które po zamontowaniu w rubinach pozwalały na odbiór kolorowej telewizji w tym systemie. W większości zachowanych egzemplarzy znajduje się taka płytka, bez niej telewizję PAL można oglądać jedynie jako czarno-białą. Dziś rubiny są eksponatami w muzeach; ale zabytkowe pudła – plus instrukcje serwisowe ze schematem użytkowania – można kupić na internetowych aukcjach: ceny wahają się od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. O dziwo, wciąż działają!

Polska stała się jednym z największych dostawców odbiorników tv na rynek europejski. Nie rodzimych, lecz produkowanych dla zagranicznych potentatów: Samsunga, LG, Sharpa. Pojawił się także pierwszy od lat wyrób polskiej firmy – Manta Multimedia z siedzibą przy Matuszewskiej 14, w miejscu dawnych zakładów WZT, gdzie stworzono pierwsze rodzime telewizory kolorowe. Manta podbiła rynek odtwarzaczy DVD (ponad 5,5 mln sprzedanych urządzeń) oraz dekoderów, w kolejnych latach wprowadziła do produkcji telefony komórkowe i elektryczne hulajnogi. „Jesteśmy w zasadzie jedynym polskim przedsiębiorstwem produkującym sprzęt elektroniki użytkowej, który – uwzględniając skalę obrotów – skutecznie konkuruje na rynku polskim z wielkimi, światowymi koncernami” – chwalono się. Manta reklamowała się dzięki futbolowi, wspierając rozgrywki ligowe i reprezentacyjne, trudno o większą przebojowość, ale konkurencja okazała się silniejsza…


Dzisiaj telewizja trafia na ekran przez antenę, kabel, satelitę albo internet. Wybór jest oszałamiający: bez zakłóceń docierają do nas tysiące programów o dowolnej tematyce we wszystkich językach świata – do tego w większości prywatne, w miejsce dwóch publicznych z PRL. Standardem są telewizory HDTV wyświetlające pięć razy więcej punktów niż poprzedni standard PAL. Stereo to nic, nowo¬czesne telewizory mają dźwięk kina domowego (Dolby Digital). Odbiorniki są diablo inteligentne, sterowane już nie tylko zdalnym pilotem, ale głosem lub gestem, dzięki ogromnym ekranom OLED – jeszcze lepszym od plazmy i LCD – mają ledwie 4-5 mm grubości przy wielkości przekątnej liczącej kilkadziesiąt cali. A producentom wciąż mało! Trwa popularyzacja technologii 3D, 4K i innych połączeń liter z cyframi, za czym trudno nadążyć.

Dlatego wizyta w sklepie ze sprzętem rtv może przyprawić o kolorowy zawrót głowy: egzemplarze kolejnych generacji, coraz większe i doskonalsze, ze specjalną warstwą antyrefleksyjną zapobiegającą odbiciom światła, z perfekcyjnym odwzorowaniem kolorów i dźwięku, płaskie jak opłatek lub – to novum – z wygiętym ekranem, pozwalają poczuć się jak w środku filmu przygodowego lub nie tylko na trybunach stadionu podczas meczu piłkarskiego, ale wręcz na murawie. Sterować tym wszystkim można ustawiając o wiele więcej parametrów niż tylko trzy kolory za pomocą archaicznych pokręteł. Daje to ogromne możliwości, tylko – parafrazując klasyka – na tych setkach kanałów nie ma czego oglądać, bo takich spektakli jak „O szkodliwości palenia tytoniu” brak.

Cała nadzieja w TVP Kultura, co przyznaje nawet redaktor Bogdan Miś.

– Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Pierwszy „Dziennik” nadano – a jakże! – 1 maja 1972 roku. Na zdjęciu rolnik we wsi Jeleniewo na Suwalszczyznie, oglądający „Dziennik” na kolorowym telewizorze Rubin w maju 1986. Fot. Jan Morek/Forum
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Pisanie sowieckiej ikony
Gułag opisywany jest jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”
Kultura Poprzednie wydanie
Polański kazał mu ufarbować włosy i znęcał się nad nim na planie
Reżyser posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
Kultura Poprzednie wydanie
Był uważany za obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym...
Grzegorz Brzozowicz wspomina Krzysztofa Krawczyka.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Burza nad szkołami aktorskimi. Przemoc czy metoda edukacyjna?
Oburzają się na Dejmka i Holoubka, że przeklinali w pracy, a nie mają nic przeciw dzisiejszym przekleństwom lewicowych aktywistów.