Rozmowy

Samotni przez całe życie. Rośnie społeczeństwo jedynaków

Od lat mniej Polaków się rodzi niż odchodzi, a ci, którzy się rodzą, często nie będą już mieli rodzeństwa. To problem demograficzny, ale także psychologiczny i pedagogiczny, któremu warto się przyjrzeć – mówi profesor Jarosław Jagieła, pedagog, terapeuta i jedynak.

Wiosną na antenie TVP Dokument oraz TVP1 emitowana będzie seria filmów dokumentalnych poświęconych życiu czterech wielodzietnych rodzin. Mieszkają w bardzo różnych regionach – od stolicy, przez historyczny Lublin, po wsie z południa i północy kraju – ale łączy ich podejście do rodzicielstwa. Premiera serialu „Wielkie rodziny” w reżyserii Grzegorza Szczepaniaka odbędzie się w poniedziałek, 15 marca, o godz. 20.10 na antenie TVP Dokument. Powtórka: we wtorek, 16 marca, o godz. 21.00 w TVP1.

TYGODNIK TVP: Coraz częściej mówi się o katastrofie demograficznej świata, ale chciałem porozmawiać o konsekwencjach społecznych jedynactwa. W Europie i Polsce 2+1 staje się podstawowym modelem rodziny. Nie oceniając decyzji prokreacyjnych rodziców, warto zapytać, czy nie idziemy drogą Chin, tylko że dobrowolnie?

JAROSŁAW JAGIEŁA:
„Polityka jednego dziecka” była częścią strategii państwa chińskiego od roku 1978 i przede wszystkim miała swoje konsekwencje w postaci śmierci ponad 400 milionów nienarodzonych dzieci. Aborcji dokonywano – niejednokrotnie pod przymusem – nawet w dziewiątym miesiącu ciąży. Chiny były jedynym krajem na świecie, gdzie jedynactwo stało się nakazem państwowym. Na szczęście władze komunistyczne po pewnym czasie odeszły od surowych restrykcji w tej dziedzinie. Czy w odejściu od owej przemocy można dopatrywać się obecnego, dynamicznego rozwoju gospodarczego, technicznego i społecznego tego mocarstwa? Być może.
Jedynacy dorastają w kontakcie niemal wyłącznie z dorosłymi. To przynosi dobre i złe skutki. Mogą np. mieć trudności z usamodzielnieniem się życiowym oraz psychicznym „odpępowieniem” od rodziców. Fot. Dmitry Feoktistov\TASS via Getty Images
Zapewne bycie „rodzynkiem” ma swoje konsekwencje w życiu dorosłym. Od lat bada pan właśnie jedynaków.

Po czterdziestu latach pracy jako psychoterapeuta mogę powiedzieć z całym przekonaniem, że znaczącą część moich klientów stanowili jedynacy. Rzecz jasna nie byli to wyłącznie oni, ale duża część. Może to świadczyć, że mają specyficzne problemy życiowe i emocjonalne, które wymagają pomocy psychologicznej. Niektórzy radzą sobie względnie dobrze, gdy poradzili już sobie ze swoimi ograniczeniami i wykorzystali własne atuty, inni pozostają nadal uwikłani w swoje problemy, szczególnie wtedy, gdy nie umieli skorzystać z potencjału rozwojowego i zasobów, które jedynacy też mają. Czasem w stopniu większym niż inni posiadają dobre cechy, np. są wiernymi przyjaciółmi. W kierowanym przeze mnie zespole badawczym najlepiej współpracuje mi się z jedynakami. Są sumienni, zdyscyplinowani, punktualni, niejednokrotnie wręcz perfekcyjni w tym, co robią.

Jakie czynniki wpływają na ich wychowanie i czy duże znaczenie ma tu szkoła?

Najbardziej charakterystyczną ich cechą jest to, że kształtują zasadnicze zręby swojej osobowość w kontakcie niemal wyłącznie z osobami dorosłymi. To ma ważne konsekwencje, zarówno dobre, jak i złe. Dobre, gdyż wpływ rodziców na dziecko jest znacznie większy i może mieć dobre następstwa, np. kształtować pozytywne cechy charakteru. Natomiast źle, że może to skutkować znacznie niższymi od rówieśników kompetencjami społecznymi. Na przykład osoby nieposiadające rodzeństwa często nie mają umiejętności rywalizacji. Po prostu nie potrafią walczyć o swoje. Wszak zawsze mieli wszystko do swojej dyspozycji, nie doświadczyli przepychanek między rodzeństwem. Mogą też mieć trudności z oddzieleniem się w sensie dosłownym, czyli usamodzielnieniem się życiowym oraz psychicznym „odpępowieniem” od rodziców. Jak to się mówi w psychologii: silna więź symbiotyczna nie pozwala im na indywiduację, czyli separację.

Nie ma lalek i bajek, a zamiast zabawy jest praca

Znane nazwiska są magnesem. Jackie Kennedy, Beyonce, Jeffa Bezosa czy założyciele Google’a to absolwenci szkół Montessori.

zobacz więcej
Czy są jakieś stereotypy w postrzeganiu jedynaków?

Nadmierny egoizm. To w moim przekonaniu mit beż żadnych podstaw. Osoby z rodzin wielodzietnych bywają czasem większymi egoistami. Natomiast byłbym skłonny się zgodzić, że egocentryzm nie jest obcy jedynakom. Lubią być też w centrum uwagi.

Pana badaniami będziemy interesować się coraz bardziej, gdyż jedynacy w kolejnych pokoleniach nie będą już mniejszością społeczeństwa.

Już piętnaście lat temu w jednej ze swoich książek pisałem o niepokojącym zjawisku, iż wskaźnik dzietności systematyczne spada i dynamika ta będzie się nasilać. Potwierdzają to dane Głównego Urzędu Statystycznego z roku 2020, gdy uwaga: odnotowano w Polsce 355 tysięcy żywych urodzeń, a zarejestrowano aż 470 tys. zgonów! Ubyło w naszym kraju 115 tys. obywateli w ciągu jednego roku, co jest zatrważającą depopulacją. Mniej Polaków się rodzi niż odchodzi, a ci, którzy się rodzą, często będą jedynakami. To już zjawisko występujące i udowodnione statystycznie. I faktycznie, jest to problem nie tylko demograficzny, ale także psychologiczny i pedagogiczny, któremu warto się przyjrzeć.

Czy uzasadniona jest opinia, że posiadanie rodzeństwa, ale znacznie starszego lub młodszego od siebie, też oznacza, iż faktycznie jesteśmy jedynakiem?

Zauważył pan ważną rzecz. Osoby, które urodziły się wiele lat przed swoim rodzeństwem, mogą wykazywać cechy jedynaków. Jeżeli bowiem dziecko było wychowywane np. przez 15 lat jako jedyne w rodzinie, to w oczywisty sposób nabyło cech charakterystycznych dla jedynaków.

Na szczęście skończyła się – powszechna w czasach mojego dzieciństwa – stygmatyzacja jedynaków, jako tych, którzy wszystko mają. To było dość bolesne…

Gdy umawiał się pan ze mną na wywiad to wyczułem, że pan też do nich należy. Jestem starszy o całe pokolenie, ale jest pan też moim bratem w doli i niedoli bycia jedynakiem. Ja nie doświadczyłem specjalnie stygmatyzacji, ale też w szkole podstawowej przyjaźniłem się wyłącznie z jedynakiem. Jedynacy stają się sobie jakoś bliscy i szukają podobnych do siebie.
Kiedyś osoby 40-letnie były rodzicami ludzi osiągających pełnoletniość, dziś często 40-latkowie mają małe dzieci, które będą wchodziły w dorosłość, gdy rodzicie będą już w podeszłym wieku. Fot. Andrea Piacquadio z Pexels
Proszę sprawdzić, czy w swoim otoczeniu rozpoznaje pan też jedynaków? Na zajęciach zakładam się ze studentami, że wytypuję ich w grupie. Bardzo często mi się to udaje, choć rzecz jasna nie zawsze. Nie każdy jedynak jest w stu procentach podobny do drugiego, tak jak jeden człowiek do innego. Studenci pytają: „Jak pan profesor to poznał?”. Robię wtedy tajemniczą minę i zaczynam uchodzić za maga. Kiedyś usłyszałem przypadkowo takie słowa: „Uważajcie na tego Jagiełę, bo ma w oczach rentgen” (śmiech).

No to czas, żeby pan nam zdradził swoje techniki? Choć jeden znak rozpoznawczy?

Nie będę zdradzał „magicznych” tajemnic, powiem tylko tyle, że jest to połączenie: doświadczenia, intuicji i pewnej wiedzy o ludziach, ich zachowaniach, motywacjach, czy reakcjach. W pana przypadku nabrałem podejrzeń, że mam do czynienia z jedynakiem na przykład po tym, że podjął pan ten temat oraz że bardzo odpowiedzialnie podszedł pan do tej naszej rozmowy.

To miłe, ale diagnoza w pana pracach badawczych już nie jest taka sympatyczna.

Niestety. Uczniowie-jedynacy częściej mają kłopoty w nawiązywaniu relacji z rówieśnikami, mają też trudności w dostosowaniu się do nowego środowiska i w integracji ze swoją klasą. Nie są również w stanie określić, czy są akceptowani przez klasę, czy też nie. Mają często poczucie osamotnienia w klasie i przekonanie o nadmiernej ingerencji rodziców w ich życie. Jedynacy bywają szczególnie samotni przez całe swoje życie. Kiedyś gdzieś przeczytałem: „Jedynka jest zawsze samotna” – i tak jest. Dlatego myślę też czasem o sytuacji jedynaków w dobie zdalnego nauczania, które tak oddzieliło uczniów od siebie. Może radzą sobie nie najgorzej z samym nauczaniem, gdyż na przykład mają laptop wyłącznie do swojej dyspozycji i nie muszą go dzielić z rodzeństwem, a też bliska pomoc rodziców w nauce nie jest tu bez znaczenia, ale niesie to z sobą inne negatywne skutki. Ich i tak znaczne deficyty w społecznym funkcjonowaniu mogą się pogłębiać.

Ogłupia, wywołuje smutek, agresję i bezsenność. Smartfon jak narkotyk

Nie każdy nastolatek w depresji korzysta nadmiernie z mediów, natomiast u tych korzystających odsetek depresji jest wyższy.

zobacz więcej
Tylko, że samotność staje się prozą życia współczesnych dzieci i to niezależnie od tego, czy mają czy nie mają rodzeństwa. Mecze podwórkowe to jakieś mgliste wspomnienie, podobnie jak chmary dzieci czy już nastolatków przesiadujące na trzepaku. Nawet jeżeli dzieci uprawiają jakiś sport, to są zawożone na zajęcia przez rodziców, choćby były prawie pełnoletnie, a później ślęczą nad lekcjami, nauką zdalną i grami komputerowymi. Nie będzie żadnych konsekwencji tej kolejnej zmiany społecznej?

Nieustanne wlepianie nosów w smartfony to właśnie poszukiwanie relacji z rówieśnikami, bo przecież nie ciągłe przeszukiwanie zasobów internetu. Oni kontaktują się tak nieustannie z innymi, ale czy w ten sposób są w stanie wypełnić swoją samotność? „Samotność nie jest zaletą ani wadą. Jest miejscem, w którym patrzy się na świat” – pisał kiedyś świetny poeta Adam Zagajewski. To też jedna z prawd.

Dzieci mają także coraz starszych rodziców, to tworzy jakąś barierę.

To ważne spostrzeżenie i nie dotyczy ono tylko rodzin w modelu 2+1, ale kompletnego przesuwania się granicy wieku w zakresie prokreacji. Młodzi ludzie obecnie mają zgoła inne priorytety: nauka, studia, pierwsza praca, a później, w dalszej kolejności macierzyństwo lub ojcostwo. To ma znaczący wpływ na procesy demograficzne: kiedyś osoby 40-letnie były rodzicami ludzi osiągających pełnoletniość, dziś często 40-latkowie mają małe dzieci, które będą wchodziły w dorosłość, gdy rodzicie będą już w podeszłym wieku.

I dlatego chciałbym wiedzieć, jak duże to może mieć znaczenie.

To nie jest nieistotne. Wyższy wiek rodziców, przykładowo o 10 lat niż wcześniej, to duża odmienność, która może mieć wpływ na relacje z dzieckiem. Odwołałbym się tu do bliskiej mi edukacyjnej analizy transakcyjnej: im starsi rodzice, tym trudniej o transakcje z poziomu Ja-Dziecko samego dziecka i wewnętrznego Ja-Dziecko rodziców.
Dzieci uwielbiają, gdy w dorosłym odnajdują również drugie dziecko. Fot. Andrea Piacquadio z Pexels
Myślę, że to jednak zbyt abstrakcyjne dla czytelników.

Mówiąc w uproszczeniu: każde dziecko ma w sobie naturalną dziecięcość, co przejawia się w jego reakcjach, chęci do zabawy, poczuciu swobody, „bajkowym” myśleniu itd. Wiemy o co chodzi. Z wiekiem człowiek zatraca te właściwości, choć w każdym, choćby tylko w minimalnym stopniu, pozostaje ten stan wewnętrznego psychicznego dziecka. No i dzieci uwielbiają, gdy w dorosłym odnajdują również drugie dziecko. Moja wnuczka, jak to często widzę, bardzo lubi, gdy się z nią przekomarzam, bawię lub się wygłupiam. Śmieje się wówczas najbardziej radośnie.

I będąc starszymi rodzicami o taką relację jest coraz trudniej? Czy będzie to powszechna tendencja?

Tak, gdyż takie są wybory, czy często – konieczność życiowa młodego pokolenia Polaków. Coraz większe skupienie się bardziej na osiągnięciach indywidualnych niż na rodzinie, to widać już wśród osób wchodzących w dorosłość, idących na studia. Choć moim zdaniem okres nauki czy studiów jest i tak w dużym stopniu marnotrawiony na rzeczy i treści niepotrzebne. Ja studiowałem tylko cztery lata i nie widzę potrzeby, aby nauka w moich specjalnościach trwała rok dłużej, choć musi formalnie być zgodna z tzw. europejskim projektem bolońskim.

Ludzie inwestują w swoją przyszłość, także w przyszłość dzieci – wyszukują najlepsze szkoły i zajęcia pozalekcyjne, co niekiedy staje się obsesją…

Inwestycja w dzieci? Jakoś mi to nie pasuje. Inwestować można bowiem albo w siebie, albo w swoją firmę. To trochę tak, jakby dziecko chcieć potraktować w sposób czysto instrumentalny, jako jakąś rzecz, a nie jedyny w sobie, cudowny i niepowtarzalny byt.

Do czego służy ojciec, czyli patriarcha pilnie poszukiwany

Wszystko wskazuje na to, że dzieciom nie przeszkadza, czy dorastają pod władzą tyrana, czy też czułego opiekuna.

zobacz więcej
Ale trudno zaprzeczyć, iż coś jest na rzeczy. Odwołam się do pewnej rozmowy przy kawiarnianym stoliku z jedną z samotnych pań profesorek, planującą w najbliższym czasie przejść na emeryturę. Gdy dzieliłem się z nią radością bycia ojcem, a obecnie dziadkiem wspaniałej, trzyletniej wnuczki Jadzi, powiedziała: „Ja tam nigdy nie chciałam mieć dzieci i nawet nie wiem, jak to jest”. Zapadła chwila ciszy, po czym usłyszałem taką refleksję: „… No ale teraz to na stare lata nikt mi chyba szklanki wody nie poda?”. No cóż, dość późny namysł pani profesor pedagogiki.

Odwołam się również do dwóch przykładów zaczerpniętych ze świata zwierząt: czy nie daje do myślenia fakt, że w ogrodach zoologicznych rodzi się znacznie mniej zwierząt? Wydawać by się mogło, że powinno być odwrotnie, zwierzęta mają tam przecież dobre warunki życia, lepsze jedzenie i ciągłą pomoc weterynaryjną. W sumie bezpieczne i dostatnie życie. A jednak nie chcą mieć potomstwa.

I jaka jest pana diagnoza?

Posłużę się przykładem. Kalifornijski ptak kondor znajduje się w stanie skrajnego zagrożenia wyginięciem. Powodów jest pewnie wiele, ale jednym z nich może być fakt, że samica nie buduje gniazd i składa tylko jedno jajo w istniejących już i opuszczonych dziuplach sekwoi lub w jakiejś zimnej grocie. Czytając niedawno wydane dwie świetne książki Wojciecha Roszkowskiego¬ – „Roztrzaskane lustro. Upadek cywilizacji zachodniej” oraz „Bunt barbarzyńców. 105 pytań o przyszłość naszej cywilizacji” – warto i o tym pomyśleć. Jakie zatem będzie nasze jutro? Jaka będzie nasza przyszłość, skoro nie chcemy mieć dzieci? Czy czasem nie straciliśmy instynktu samozachowawczego?
„Wielkie rodziny” – zwiastun
A co w takim razie z rodzinami wielodzietnymi? W PRL-u stały się wręcz symbolem patologii społecznej. Dziś to inna grupa, często rodziny katolickie i z tzw. klasy średniej, choć bywa i tak kojarzona, a często wytykana palcami jako beneficjenci świadczeń społecznych.

Przyznanie słynnego już 500+ było bardzo dobrym posunięciem, choćby tylko z jednego powodu: ludzie mogli poczuć, że władza jest skłonna im też coś dać, a nie tylko wiecznie zabierać. Niestety, nie spowodowało to w dłuższym okresie wzrostu dzietności. Szkoda. Natomiast na temat zawiści można by powiedzieć niejedno. Warto w tym miejscu zacytować celne słowa Melchiora Wańkowicza, iż typowo polska zawiść polega na tym, że gospodyni na plebanii zazdrości proboszczowi zostania prałatem. Cóż można na to poradzić?

Podobno wychowanie w rodzinie wielodzietnej też wcale nie jest sielanką. Trafiłem ostatnio na badania pedagogów z Lublina, którzy wykazali, że te dzieci mają niską samoocenę i znacznie większą niż inne skłonność do martwienia się.

Mimo wszystko jako jedynak patrzę z dużą sympatią na rodziny wielodzietne. Obserwuję jedną z nich: to ojciec chrzestny mojej córki, lekarz psychiatra, który ma dziewięcioro swoich dzieci. Z pewną dozą zazdrości widzę, jak na przykład przygotowują się do świątecznej Wigilii i razem zasiadają do stołu. Nie ma co jednak idealizować. Te rodziny zmagają się też ze swoimi problemami. Opieka nad tak liczną gromadką dzieci nie jest przecież łatwa. Przytoczone przez pana badania potwierdzałyby pewną uniwersalną regułę, która mówi, że jesteśmy tacy, w jakich warunkach wychowywaliśmy się w swoich rodzinach. Powiem panu coś: przez tyle lat pracy jako terapeuta nie spotkałem się ani razu z sytuacją, aby pacjent powiedział mi, że wychowywał się w bardzo dobrej i szczęśliwej rodzinie. Warto się nad tym zastanowić.


To naturalne, że do terapeutów nie pukają ludzie, którzy są szczęśliwi, choć z naszej rozmowy wynika, że zapotrzebowanie na taką pomoc będzie coraz większe.

To prawda, do gabinetów psychoterapeutów nie przychodzą ludzie szczęśliwi, bo po cóż by mieli tracić na to czas i pieniądze. I prawda, że coraz więcej osób pomocy potrzebuje. Przychodzą też z coraz poważniejszymi problemami. Zamiast dotychczasowych banalnych nerwic coraz częściej pojawiają się klienci z poważnymi zaburzeniami osobowości.

Będziemy kończyć naszą rozmowę, gdyż muszę wracać do zdalnego nauczania innych. Czy pan wie, iż szacuje się, że zasób przekazanej wiedzy w wyniku zdalnego nauczania będzie mniejszy o 70 %? To następny alarmistyczny sygnał, ale już na inną rozmowę.

– rozmawiał Cezary Korycki

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Prof. Jarosław Jagieła, pedagog społeczny i psychoterapeuta, prekursor analizy transakcyjnej w Polsce, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie Humanistyczno-Przyrodniczym im. Jana Długosza w Częstochowie i Akademii Ignatianum w Krakowie.
Zdjęcie główne: Uczniowie-jedynacy częściej mają kłopoty w nawiązywaniu relacji z rówieśnikami, mają też trudności w dostosowaniu się do nowego środowiska i w integracji ze swoją klasą. Nie są również w stanie określić, czy są akceptowani przez klasę, czy też nie. Mają często poczucie osamotnienia w klasie i przekonanie o nadmiernej ingerencji rodziców w ich życie. Fot. Andrea Piacquadio z Pexels
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Odnawialne źródła energii nie rozwiążą problemów z klimatem
We wrześniu 2021 nie będzie pokrywy lodowej na Oceanie Arktycznym, pierwszy raz w dziejach ludzkości.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dobre piwo rzemieślnicze można zrobić nawet ze śledzia
Polacy nie gęsi i swój złocisty trunek mają.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Witkacy był rozżalony, że mniej od niego zarabia. Rywalizował z...
Danuta Szaflarska pozowała Barbackiemu do aktu mając zaledwie 17 lat.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Najbardziej wyrafinowane narzędzia manipulacji w dziejach świata
Hiperpluralizm treści eliminuje myślenie.
Rozmowy wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Człowiek w śpiączce ma szanse tylko wtedy, gdy jest otoczony...
Na początku jest radość, że bliska osoba została przeżyła. Potem niecierpliwe czekanie, a jeśli się nie poprawia pojawia się frustracja.