Historia

Mówili, że sprzedał Gestapo Hankę Ordonównę. Historia niezłomności i kolaboracji aktorów od czasów okupacji

Według życzeń Josepha Goebbelsa, krwiożerczych, szowinistycznych i prymitywnych Polaków w filmie „Heimkehr” („Powrót do domu”) musieli zagrać polscy aktorzy. Igo Sym dwoił się i troił, groził obozem koncentracyjnym, kusił pieniędzmi i dopiął swego – kilka osób dało się zastraszyć lub skusić.

7 marca 1941 roku o godzinie dziesięć po siódmej rano w jednym z mieszkań przy ulicy Mazowieckiej 10 w Warszawie padł pojedynczy strzał. Wystarczył jeden prosto w serce i Igo Sym – dyrektor Theater der Stadt Warschau, dzierżawca koncesji na Teatr Komedia i kina tylko dla Niemców, bywalec przyjęć u Gubernatora Dystryktu Warszawskiego Ludwiga Fishera osunął się martwy na podłogę. Wyrok Państwa Podziemnego wykonała specjalna jednostka „ZOM” (Zakład Oczyszczania Miasta). Trzyosobowy patrol egzekutorów zniknął nie niepokojony w porannym ruchu ulicznym okupowanej stolicy.

Reakcja niemiecka była natychmiastowa. Na miesiąc ogłoszono zakaz przedstawień i innych widowisk, wydłużono godzinę policyjną, a oficjalny pogrzeb odbył się z wielką pompą na cmentarzu powązkowskim. Następne tej rangi uroczystości żałobne okupant zorganizował w mieście po zastrzeleniu szefa SS i Policji Franza Kutchery, a żałobny nastrój był organizowany w takiej skali jeszcze po klęsce pod Stalingradem. Aresztowano 118 zakładników, z czego 21 rozstrzelano w Palmirach, a do Auschwitz zesłano kilka osób ze środowiska teatralnego, między innymi Leona Schillera i Stefana Jaracza.

Gwiazda kina ze swastyką na ramieniu

Igo Sym musiał mieć duże znaczenie dla okupantów. Urodził się jako Karol Antoni Jakub Sym z ojca Polaka i matki Austriaczki w Innsbrucku 3 lipca 1896 roku. W dzieciństwie rodzina przeniosła się do Polski i tutaj Sym dorastał.
Obwieszczenie SS-Gruppenführera Paula Modera o egzekucjach w odwecie za śmierć Igo Syma (z: Władysław Bartoszewski, Palmiry, 1969). Obok ulica Mazowiecka, gdzie zginął aktor (Andrzej Jeżewski, Warszawa na starej fotografii, 1960) oraz list gończy za aktorami Dobiesławem Damięckim i Janiną Ireną Górska, podejrzanymi o udział w zamachu (Polizeidienststelle des Distrikts Warschau – Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego). Fot. Domena publiczna, Wikimedia Commons
W I wojnie światowej dosłużył się stopnia porucznika w armii austro-węgierskiej. Po odzyskaniu niepodległości służył w wojsku polskim do 1921 roku.

W cywilu skończył prywatną szkołę dla aktorów filmowych i stał się popularny w kinie niemym – niemieckim i polskim. O karierze w Berlinie świadczyły plotki o romansie z Marleną Dietrich. Kino dźwiękowe ograniczyło w Polsce jego możliwości, podobno nie opanował wystarczająco polskiej wymowy, co rekompensował sobie występami estradowymi. Przystojny, uważany za jednego z wielkich amantów II RP męskiej urodzie i prezencji zawdzięczał to, co osiągnął, bo co do aktorskich umiejętności, to – jak mówiono – był raczej drewniany.

W latach trzydziestych Igo Sym często bywał w Niemczech, gdy wracał do Warszawy coraz bardziej narzekał na atmosferę w Rzeszy. Kontrwywiad polski zaczął go podejrzewać o pracę dla Abwehry już (dopiero) w 1939 roku. Po 1 września 1939 Sym kopał w Warszawie rowy przeciwczołgowe. Ten kawiarniany krytyk porządków nazistowskich tym większe wzbudził zdumienie, gdy po kapitulacji miasta pojawił się na ulicy z opaską ze swastyką na ramieniu. Początkowo służył okupantom jako tłumacz. Szybko został pierwszą osobą od organizacji życia artystycznego w okupowanej Warszawie.

Co do aktorskich występów w instytucjach zarządzanych przez Niemców to sytuacja była jasna. Powiązany z ZWZ, a nastęnie z AK podziemny Związek Artystów Scen Polskich i później Tajna Rada Teatralna wyraźnie tego zakazywały. Można było występować publicznie w prywatnych kawiarniach prowadzonych przez Polaków. Służenie swoim talentem, umiejętnościami i – przede wszystkim – popularnością Niemcom było uważane za zdradę.

Słodki smak kolaboracji

We francuskim teatrze niemiecką okupację zapamiętano jako złoty wiek – mówi amerykański pisarz i dziennikarz Alan Riding.

zobacz więcej
W zamiarach Państwa Podziemnego społeczeństwo nie mogło mieć wrażenia, że jest jak przed wojną, co by jakoś oswajało okupantów w odczuciach okupowanych. Zwłaszcza, że Niemcy dążyli do wynarodowienia Polaków i niemożliwy był nie tylko repertuar romantyczny, czy w ogóle coś mającego wartość artystyczną, ale nawet elementy ludowe w przedstawieniach. Przedstawienia i rewie oraz operetki nie były antypolskie i nachalnie pronazistowskie, czy proniemieckie. Nakazano błahe komedyjki, najlepiej rozerotyzowane, coś na najmniej wymagający gust, bo podludzie i tak wyższych potrzeb nie mają, farsy, rewie – czyli wszystko, co przed wojną inteligencja nazywała szmirą. W II RP szmira i tandeta rozwielmożniła się na wielu scenach prywatnych z powodów ekonomicznych, teraz była nakazana.

Groził kolegom obozem koncentracyjnym

„Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze, to w teatrze” – takie napisy pojawiały się na warszawskich murach. Niestety, 80% miejsc w teatrach podczas okupacji było zajętych. Postulowany i pilnowany przez okupanta zaniżony poziom przedstawień znalazł szybko nową widownię. Chodzili królowie Kercelaka, szmuglerzy żywności ze wsi, handlarze walutą i zlotem, szmalcownicy. Nowobogaccy czasów okupacji ofertę przyjęli, bojkot się nie udał. Przedwojenni widzowie mogli oglądać swoich ulubieńców w kameralnych występach estradowych na przykład w kawiarni „U Aktorek”, gdzie przedwojenne sławy były kelnerkami.

Tajna Rada Teatralna ostrzegała kolegów przed zdradą, za co groziły hańbiące kary. Znane są wspomnienia jej członka, Bohdana Korzeniewskiego, jak to w jednym teatrzyku podczas przedstawienia chłopcy z konspiracji, terroryzując bronią, strzygli i chłostali kolaborantów, na oczach publiczności. Rada również nie znosiła tandety jako takiej na scenie, krytycznie odnosząc się do poziomu przedwojennego życia teatralnego i projektując idealistycznie jego kształt na czasy po wojnie.
„Heimkehr” – niemiecki nazistowski film propagandowy z 1941 o rzekomych losach niemieckiej mniejszości w Polsce przed wojną. Polacy brutalnie gnębią tu Niemców – szlachetne ofiary – i aresztują wszystkich, nawet dzieci. Niemcy, stłoczeni w celach, muszą spać na stojąco. Są rozstrzeliwani. Intonują ojczystą pieśń, marząc, że Adolf Hitler zaprowadzi ich do domu. Fot. NAC/Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-11247
Ktoś taki, jak dyrektor Sym, musiał liczyć się z reakcją Państwa Podziemnego, ale naprawdę zgubiła go organizacja produkcji i angażowanie aktorów do filmu „Heimkehr” („Powrót do domu”), który opowiadał o bestialskim traktowaniu mniejszości niemieckiej w Polsce przed wojną. Według życzeń kierującego propagandą III Rzeszy Josepha Goebbelsa, krwiożerczych, szowinistycznych i prymitywnych Polaków musieli zagrać polscy aktorzy. Zdjęcia planowano także w Polsce. Igo Sym dwoił się i troił, groził obozem koncentracyjnym, kusił pieniędzmi i dopiął swego – kilka osób dało się zastraszyć lub skusić.

Miarka się przebrała. Przygotowania do „Heimkehr” zaważyły więcej, niż te same praktyki Syma wobec kolegów wcześniej, gdy kompletował obsady i zespoły w swoich teatrach. Mówiono w Warszawie, że to przez Syma wpadła w ręce Gestapo Hanka Ordonówna i może nie tylko ona. Igo Sym czuł zagęszczającą się wokół niego atmosferę i na 8 marca planował wyjazd do Wiednia, na stałe. Nie zdążył. Sam nie miał zwyczaju otwierać drzwi osobom nieumówionym, ale tym razem drzwi otworzyła bratowa, która wraz z mężem akurat u Syma gościła.

Pion wykonujący wyroki w imieniu Państwa Podziemnego początkowo chciał po cichu usunąć szkodliwego zdrajcę poprzez otrucie. Na to miał się nie zgodzić generał Stefan Rowecki „Grot”, który żądał nie budzącej wątpliwości egzekucji z broni wojskowej, dla przykładu oraz ostrzeżenia Niemców i bardziej chwiejnych swoich, że Polska istnieje i działa. Koszty demonstracji, jak wcześniej i wielokrotnie później w takich wypadkach, zapłacono w postaci rozstrzelanych i uwięzionych, nie mających związku ze sprawą i podziemiem.

Kolaboranci. Dla zysku, z głupoty i… za zgodą AK

Kolaboracja aktorska z Niemcami miała różne oblicza i natężenie. Igo Sym to przypadek skrajny i na zapadnięcie wyroku na niego miała wpływ także postawa wysługiwania się Niemcom poza scenami, którymi kierował. Występującym w oficjalnych teatrach i teatrzykach nie groziła na co dzień śmierć. Ogolenie głowy, chłosta, ostracyzm towarzyski wśród bojkotujących okupanta kolegów.

Orła zamienili na sierp i młot. Zdradę nazwali przyjaźnią. Polscy literaci, artyści po 17 września 1939

Kolaboranci, wyznawcy i towarzysze drogi na terenach zajętych przez ZSRS.

zobacz więcej
Nic szczególnie złego nie spotkało sławnych i lubianych: Adolfa Dymszę, Marię Malicką, Józefa Węgrzyna, Jerzego Leszczyńskiego i wielu innych. Kolaborujący tłumaczyli się po wojnie przed sądem Związku Artystów Scen Polskich, że potrzebowali pieniędzy, bo rodzina, chora żona, mąż. Niektórych było stać na wyznania, że nie mogli żyć nie występując, to było ich powołanie i sens istnienia.

Sąd ZASP po wojnie wykluczał z zawodu na kilka lat lub tylko z prawa występowania w Warszawie. Adolf Dymsza mógł wrócić do stolicy w 1951 roku po banicji w Łodzi. Podczas lat łódzkich, na afiszach przy postaciach granych przez aktora nie było jego nazwiska tylko gwiazdki. Maria Malicka nie wróciła do Warszawy nigdy. Ona nie tylko występowała, ale skandalicznie afiszowała się z Niemcami towarzysko i surowa reakcja sądu ZASP po wojnie nie dziwi. O Malickiej mówiono, że nie wiedziała co robi, bo przy dużym talencie i urodzie zachowała umysłowość dziecka.

Andrzej Szalawski wiedział, co robi i wszystko wskazuje na to, że Armia Krajowa zgadzała się na to, co on robi. Czytał kroniki filmowe „Wohenschau” i komunikaty przez uliczne głośniki, występował także na oficjalnej scenie. Armii Krajowej dostarczał dokumenty i fotografie niemieckie. Po wojnie tłumaczenia, że współpraca z Niemcami była w porozumieniu z władzami podziemnymi i potwierdzające to świadectwa na niewiele się zdały. Szalawski był też na łódzkiej banicji z wyroku ZASP i siedział w więzieniu za zdradę ojczyzny, obciążony zeznaniami na UB jednego z członków Tajnej Rady Teatralnej. Za pamiętnym Jurandem ze Spychowa i Bucholcem z „Ziemi obiecanej” ciągnęło się odium kolaboracji właściwie do zgonu aktora i wiele wskazuje na to, że niesłusznie.
Aktorzy Maria Malicka, Roman Niewiarowicz i Adolf Dymsza grający we wrześniu 1942 roku w Teatrze Komedia w przedstawieniu „Kochanek to ja”. Fot. NAC/Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-10452a
Kłopoty po wojnie miał także Roman Niewiarowicz, oficer kontrwywiadu AK, kierujący „Komedią” Igo Syma. To on rozpracował Syma, jego zwyczaje i rozkład dnia, co umożliwiło wykonanie wyroku. Niewiarowicz jako dyrektor „Komedii” bardzo dużo u Syma zarabiał, co zapamiętali koledzy i nie przeszedł weryfikacji ZASP za nadużywanie stanowiska – wystawiał najchętniej swoje sztuki. Poza takimi wątpliwymi przypadkami, powojenny ostracyzm i napiętnowanie kolaborantów wskazywało wyraźnie, co było moralnie słuszne, a co nie w przypadku okupacji niemieckiej.

Na co srał Kazimierz Dejmek

Całkiem inaczej było z okupacją sowiecką i nie mogło być inaczej. Związek Radziecki po wojnie stał się starszym bratem i przewodnikiem organizującym życie polityczne, społeczne, naukowe i artystyczne kraju na swoją modłę. To, co w Warszawie było kolaboracją, we Lwowie, Wilnie i Białymstoku było godnym szacunku początkiem lub kontynuowaniem kariery w oczach władz politycznych i ZASP po wojnie. Jeżeli w oficjalnej historii najnowszej lansowanej w PRL nie było okupacji połowy Polski przez Związek Sowiecki, to nie mogło być także kolaboracji. Proste, zwłaszcza, że nie było też już polskich Lwowa i Wilna.

Tradycja bojkotu odnowiła się w PRL po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego. Dotknęła TVP jako tubę propagandową Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Artyści, którzy już w styczniu 1982 roku postanowili nie występować w telewizji, pewnie mieli w pamięci czasy Generalnego Gubernatorstwa. „Kolaborantem jest ten, kto użycza swego nazwiska, twarzy, głosu lub talentu dla celów propagandowych i usprawiedliwiania przemocy. W naszym środowisku kolaborantem jest ten, kto realizuje lub występuje w spektaklach i filmach TV, słuchowiskach radiowych i audycjach” – informował komunikat Solidarności artystów sceny i filmu.

Granie i reżyserowanie w teatrach nie było objęte zakazem podziemnej Solidarności. Powstały też formy teatru domowego, w prywatnych mieszkaniach, wiele występowano w przykościelnych salach katechetycznych. Bojkot telewizji i radia trwał oficjalnie do września 1983 roku, kiedy to Teatr Telewizji nadał pierwszy po wprowadzeniu stanu wojennego spektakl „Pożądanie w cieniu wiązów” Eugene’a O’Neilla z Krystyną Jandą, Jerzym Bińczyckim i Bogusławem Lindą.

Umiarkowani buntownicy w granicach prawa

O perwersji III RP opowiada Bronisław Wildstein.

zobacz więcej
Tak, jak za okupacji, nie wszyscy ze znanych, cenionych i szanowanych przyłączyli się do bojkotu. Kiedy do gmachu KC PZPR wezwano dyrektorów teatrów na naradę, co robić z aktorskim bojkotowaniem telewizji, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie Kazimierz Dejmek, reżyser z niekwestionowanym dorobkiem i pozycją w środowisku, miał powiedzieć – wedle relacji Stanisława Radwana, dyrektora Teatru Starego w Krakowie: „Dupa jest od srania, a aktor od grania”. Mistrz Dejmek słynął z barwnego języka na próbach i nie tylko, a to powiedzenie o „s...” i „graniu” zrobiło oszałamiającą karierę i było używane w różnych sytuacjach artystycznych i okołoartystycznych w III RP.

„Znaj proporcją, mocium panie”. Fredro, Marks i farsa

Podobnie jak Dejmek uważali jednak nieliczni, a Teatr Telewizji radził sobie, rejestrując i nadając spektakle z teatrów prowincjonalnych, co potwierdziło przy okazji hierarchię teatrów, aktorów i reżyserów sprzed stanu wojennego. To, co dostali w tym trybie widzowie telewizyjni, znacznie odbiegało od jakości, do której byli przyzwyczajeni. Bojkotujący nie przyjmowali także ról w każdym filmie i u każdego reżysera. Środowisko się podzieliło, ale nie na pół. Większość bojkotowała, a tak zwani kolaboranci nie byli karani jak za okupacji, choć dotkliwie, szczególnie jeżeli oprócz występów w radiu i telewizji zrobili coś więcej.

Janusz Kłosiński wystąpił w Dzienniku Telewizyjnym właściwie z podziękowaniem dla generała Wojciecha Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego. Na scenie Teatru Polskiego nie mógł, obsadzony w „Weselu”, wygłosić ani jednej kwestii. Co otworzył usta, zrywały się ogłuszające brawa wyklaskujące aktora. Podobnie potraktowano na tej scenie Stanisława Mikulskiego. Kłosiński załamany, zrezygnował z występów w teatrze, a mógł przecież wziąć sobie do serca powiedzenie swojego dyrektora, że „aktor jest od grania”.
Lato 1989. Reżyser Kazimierz Dejmek z żoną Anną. W 1988 r. objął funkcję prezesa kontrolowanego przez władze Związku Artystów Scen Polskich, podczas gdy działał także nielegalny ZASP skupiający artystów związanych z opozycją. Na początku 1989 przyczynił się do porozumienia obu organizacji i przekazał funkcję w październiku 1989 Andrzejowi Łapickiemu, wówczas już posłowi Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Fot. PAP/CAF - Andrzej Rybczyński
Odwrotność wyklaskiwania przeżyła Halina Mikołajska, znana z działalności opozycyjnej współzałożycielka Komitetu Obrony Robotników. Ona z kolei nie mogła się długo odezwać po pojawieniu się na scenie. Publiczność witała ją szczerymi brawami poparcia dla jej postawy obywatelskiej. Co i jak miała do powiedzenia w roli ta wybitna aktorka, zdawało się mieć mniejsze znaczenie i mogło zaistnieć dopiero po wybrzmieniu owacji.

Nastroje w środowisku teatralnym świadczyły o tym, że stan wojenny postrzegano przez pryzmat doświadczeń okupacyjnych, co podtrzymywała solidarnościowa, nielegalna prasa. Analogia, jak większość analogii, była kulawa, ale w trudnej sytuacji trzeba było się na czymś oprzeć. Było wojsko na ulicach, godzina policyjna, ofiary śmiertelne i obozy – nie koncentracyjne, ale jednak. Wszystko było inne: sytuacja, ludzie, stosunki, zakres represji, inaczej wyrażający się patriotyzm, innej wagi zdrada.


Skoro o środowisku teatralnym mowa, to chciałoby się powiedzieć za Aleksandrem Fredrą: „Znaj proporcją, mocium panie”, ale tylko niektórym, bardziej egzaltowanym artystom. Większość bojkotująca dała władzy znać, że nie w każdych warunkach chce być kwiatkiem do wartowniczego kożucha.

Obecnie niby nie ma ogłoszonego bojkotu TVP, ale wielu artystów oświadcza, że w niej nie wystąpi. Ci, którym to się zdarzyło muszą, opowiadając o roli, zacząć od rytualnego odcięcia się od nadawcy w jednej z gazet. Ostatnio zdarzyło się to aktorce grającej młodą Agnieszkę Osiecką w serialu „Osiecka” i scenarzyście tego serialu. Obydwoje musieli rozczarować dociekliwą redakcję i zaprzeczyć jakimkolwiek naciskom czy ingerencjom telewizji w ich pracę. W tej samej gazecie długoletnia przyjaciółka Osieckiej wyznała, że obejrzy serial dopiero wtedy, gdy w telewizji, czyli także w Polsce, zmieni się władza. Widać, że nastroje w środowisku jak w kawiarni „U aktorek” za Niemca. To już nie jest wprawdzie pryzmat okupacji niemieckiej, ale pryzmat stanu wojennego, przez który artyści obecnie widzą rzeczywistość. W tym wypadku stosowniejszy od Fredry byłby Karol Marks, według którego historia się powtarza, ale często jest to powtórzenie, gdzie tragedia przechodzi w farsę.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wina Ikara
Zdjęcie główne: Aktorzy Jadwiga Smosarska i Igo Sym, 1930 rok. Był gwiazdą kina niemego, dźwiękowe ograniczyło w Polsce jego możliwości, podobno nie opanował wystarczająco polskiej wymowy. Przystojny, uważany za jednego z wielkich amantów II RP męskiej urodzie i prezencji zawdzięczał to, co osiągnął, bo co do aktorskich umiejętności, to – jak mówiono – był raczej drewniany. Fot. NAC/IKC, sygn. 1-K-9052
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Jak „zagranica” zmuszała Polskę do pokory
„Nie pozostawimy Polski w potrzebie i nie pozwolimy jej skrzywdzić” – zapowiedzieli sojusznicy.
Historia Najnowsze wydanie
Największa winiarnia Starego Świata. Odkryto ją w Izraelu
Tutejsze wino było zapewne codziennym napojem św. Hieronima, który stworzył Wulgatę.
Historia Najnowsze wydanie
Ściśle tajne. Jedyna prawdziwa gazeta w PRL
Kto miał w PRL władzę, ten miał BS. Lub jak kto woli, kto miał BS, ten był kimś.
Historia Najnowsze wydanie
Superszpieg z „Liceum”
Miała 24 lata i kierowała siatką wywiadowczą.
Historia Poprzednie wydanie
„Księża patrioci” PRL-u, czyli siodłanie hipopotama
Dziękują za dzwony i talony na sutannę, dzwonią przyznawanymi im Krzyżami Komandorskimi Orderu Odrodzenia Polski.