Historia

Śledzono każdy jej krok, nagrywano każdą rozmowę, opisywano każdy list. Totalna inwigilacja

W 2000 roku, w osiem lat po śmierci Matki, robiłam w jej mieszkaniu na Marszałkowskiej ogromny remont. Rozmontowano starą szafę. Wyciągnęłam z dziurki w podłodze ok. 30 m kabla o niewiadomym przeznaczeniu. Dokądś prowadził. Dokąd? Był to zapewne tzw. PP – Podsłuch Pokojowy czy też Podsłuch w Pomieszczeniu. Pamiątka po PRL.

„Gdy przyszła Solidarność, okazało się, że można było robić to, co się chce naprawdę, że można stać się tym, kim się jest. I ten strasznie trudny, pełen nieustannego wysiłku, napięcia, obaw i lęków, a zarazem nadziei, pełen sprzeczności okres stał się okresem spełnionych marzeń” – napisała Teresa Bochwic w autobiograficznym opowiadaniu „O pokoleniu Solidarności”, które ukazało się w tomiku „Brylant. Opowiadania prawdziwe”, wydanym przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich i Instytut Literacki w serii Kolekcja Literacka.

Autorka zanotowała swoje odczucia z tamtego czasu: „mieliśmy pierwszą , prawdziwą, prawdziwie demokratycznie wybraną reprezentację. Mieliśmy swoje państwo w państwie, w którym co prawda przymusowi współlokatorzy przeszkadzali nam jak mogli, ale gdzie naprawę rządziliśmy się sami(…)Nigdy nie miałam poczucia, że działam w Solidarności, tylko że w niej uczestniczę”.

Rzeczywiście, Teresa Bochwic, dziś dostojna członkini Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zawsze uczestniczyła w życiu – miała czynny udział w sprawach publicznych, sprawach ważnych i wymagających zaangażowania: w Marcu’68, w opozycji lat 70. XX wieku, w zrywie solidarnościowym, w stanie wojennym, w odbudowie niepodległej Polski, w „Tygodniku Solidarność” i wśród doradców premiera czy prezydenta. Uczestniczyła i – jak widać nie tylko z tomu „Brylant” – obserwowała i opisywała, albo chociaż dokumentowała, co pokazuje inna jej książka, znakomita „III Rzeczpospolita w odcinkach. Kalendarium 1989-2004”.

W „Brylancie” opowiada także o swoim doświadczeniu dziecka dorastającego w domu zaangażowanym w opozycję – mama autorki, Anna Rudzińska, współpracownica Klubu Krzywego Koła i KOR była nieustannie inwigilowana, poddawana szykanom i aresztowaniom. Fragmenty książki drukujemy za zgodą wydawcy.
Teresa Bochwic „Brylant. Opowiadania prawdziwe”
Czy żyliśmy w Ubekistanie? Nasza rodzina na pewno. Latem 1963 roku właściwie nic się nie działo w polityce. Matka już dawno wyszła z więzienia, dokąd trafiła na 10 miesięcy za próbne tłumaczenia „na zlecenie Giedroycia” dostępnej w polskich bibliotekach uniwersyteckich politologicznej książki Feliksa Grossa. W latach 60., 70. i do końca 80. trochę półżartem, trochę z lękiem, mówiło się u nas w domu, że „ściany mają uszy”, wymownie przesuwając po nich wzrokiem, ściszało się głos, unikało wymieniania nazwisk, szczególnie „politycznych”.

Wysyłało się listy za granicę w dwóch kopertach – zewnętrzna, zgodnie z instrukcją Radia Wolna Europa, na nikomu nieznany, jak się zdawało, adres, a właściwy list był wewnątrz, zapakowany w drugą. Nie było w tym raczej prawdziwej konspiracji, choć dość gadatliwa Mama, zaangażowana w różne przedsięwzięcia opozycyjne, jak Klub Krzywego Koła, Klub Inteligencji Katolickiej, KOR czy kontakty z „Kulturą” paryską, potrafiła w wielu sprawach zachować tajemnicę aż po grób. Jej serdeczny przyjaciel, Wojtek Ziembiński, zaprzyjaźniony opozycjonista i wytrwały niepodległościowiec, odradzał nawet rozmawianie przez telefon: „zadzwoń, umów się i dosyć” – mawiał.

Oddawało to dobrze ówczesne poczucie permanentnej opresji, którą się najczęściej raczej czuło niż dostrzegało. Choć czasem się dostrzegało to i owo. W autobusie ktoś widziany dziś znowu po raz piąty, wypytywanie przez dozorcę, akurat nagle zainteresowanego sprawami, które do tej pory obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg, uchylone drzwi od sąsiadów, nienormalnie intensywny „podkład” szumów w telefonie. W większości sprawy wytłumaczalne w sposób naturalny – ot, tyle się tym zajmowaliśmy, żeby nie zwariować i nie popaść w paranoję, ale i nie zamykać całkiem oczu na rzeczywistość.

„Ruda” z raportów SB

Jednakże to, co znalazłam na kilkunastu tysiącach stron, udostępnionych mi w IPN, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Były okresy, np. w okresie sprawy sądowej lub KOR-u, że śledzono każdy krok mojej Matki, nagrywano i spisywano każdą rozmowę w naszym mieszkaniu, opisywano każdy zakup i każdy wrzucony list. Nie list otrzymany, ale list wrzucony do skrzynki!

Tolek Banan w sidłach SB

Zmarł nagle, w dziwnych okolicznościach. Miał 25 lat, zagrał w kultowym serialu i mógł prowadzić życie wirażki. A był patriotą, opozycjonistą, skromnym i wrażliwym chłopakiem.

zobacz więcej
A3 „List przejęto” – piszą oficerowie SB na marginesach protokołów z obserwacji Mamy, a potem załączają fotokopie oryginału. A ileż to musiało kosztować, tylu ludzi, tyle przepisywania, fotografowania, nie było wtedy kserówek, tylko musieli robić prawdziwe fotografie na błonie celuloidowej!

W raportach Mamę nazywano „figurantką”, nadano jej kryptonimy „Liza” i „Ruda”, widocznie od nazwiska (Anna Rudzińska). Jako „Ruda” występuje również na podpisach na zdjęciach operacyjnych.

Figurantka zmieniła zamki

W 2000 roku, w osiem lat po śmierci Matki, robiłam w jej mieszkaniu na Marszałkowskiej ogromny remont. Rozmontowano starą szafę. Wyciągnęłam z dziurki w podłodze ok. 30 m kabla o niewiadomym przeznaczeniu. Dokądś prowadził. Dokąd? Był to zapewne tzw. PP – Podsłuch Pokojowy czy też Podsłuch w Pomieszczeniu. Pamiątka po PRL.

Oficerowie i obserwatorzy z SB prowadzili na ten temat obszerną korespondencję. PP założono prawdopodobnie tuż przed aresztowaniem Matki we wrześniu 1961 r., wtedy też dorobili sobie sześć kompletów kluczy do naszego mieszkania. Co pewien czas występowali na piśmie o jakieś poprawki, bo było źle słychać.

Nagle pojawia się notatka oficera z prośbą o demontaż podsłuchu z powodu... remontu, podjętego przez „figurantkę”; chodziło o to, żeby go przy okazji nie zdemaskowała. Po remoncie wniosek o powtórne zamontowanie, z prośbą o wydanie „kluczy zapasowych” do naszego mieszkania.

I pilny szyfrogram: klucze nie pasują, „figurantka” zmieniła zamki! Wniosek z 22.03.1963 o PP i PDF (nie wiem, co to mogło być, wtedy jeszcze nie było plików komputerowych) podpisał wicedyrektor dep. III płk T. Pełech. A częste zmiany zamków były czymś w rodzaju manii u mojej Mamy. Teraz wiem, że robiła to nie bez przyczyny. Była pewna, że ktoś wchodzi i bobruje w mieszkaniu, pewnie znajdowała dowody na to.

Poczułam się odarta kompletnie z intymności sprzed lat 40 czy 30.

Nagrał, odsłuchał, przepisał

Podsłuch Pokojowy i Telefoniczny znowu pojawia się w drugiej połowie lat 70., znowu zaczynają się obserwacje i ściślejsza kontrola korespondencji.

Taśmy gdzieś leżą albo są zniszczone; zachowały się stenogramy. Ze stenogramów SB sporządzała streszczenia rozmów. Jest tego paręset stron. W stylu: „Pani Hania dzwoni do pani Niny i pyta, czy może wpaść. Pani Nina pyta, czy tekst już jest przepisany. Pani Hania mówi, że tekst prawie gotowy i po południu zawiezie go do Stefana. Pani Nina pyta, czy angielskie fragmenty nie sprawiły jej trudności. Pani Hania mówi... Dalej rozmowa dotyczy spraw towarzyskich i kuchennych”, itd. itp.
Instytut Pamięci Narodowej - archiwum, w którym są przechowywane teczki tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Fot. Bartek Sadowski/Forum
Prawdopodobnie Matka przepisywała książkę swego promotora i przyjaciela, Stefana Nowaka, późniejszego szefa Zakładu Metodologii na Wydziale Socjologii UW. No cóż, w ustroju, który potrafił uwięzić za zamiar przetłumaczenia książki, nic nie dziwi. Również nie dziwi, że w PRL nie było bezrobocia, tylko system zawalił się ekonomicznie.

Z 1965 roku zachował się zabawny stenogram – urządzam wieczorem prywatkę i sąsiedzi z dołu dzwonią co pewien czas, prosząc o przyciszenie muzyki, o trzeciej rano błagają, żeby nie tupać tak strasznie w podłogę. Wszystko czarno na białym, ktoś odsłuchał, ktoś przepisał na maszynie, ktoś potem streścił, ktoś podsumował.

Listy – akcja „W”

Kontrola korespondencji. W czasach, gdy nikomu nie śniło się o komputerach, a na pewno o poczcie elektronicznej, listy i kartki pocztowe były powszechnym sposobem porozumiewania się, nawet w jednym mieście, bo przecież telefony prywatne także były rzadkością, czekało się na ich założenie po 10 lat.

Moja babcia i ciotki niemal codziennie pisywały do siebie liściki w stylu: „jak będziesz jechała, kup mi jeszcze kilo jabłek”. Kontrolowano więc dokładnie nadchodzące do na nasz adres listy. Co więcej, kontroli podlegały w niektórych okresach również listy wysyłane, zapewne nie wszystkie, przejmowano je jednak stale w okresach inwigilacji bezpośredniej Matki. Wychodziła z domu i wrzucała list do czerwonej skrzynki obok, a oni go wyjmowali.

W dniu aresztowania wychodząc z domu, zauważyła na półpiętrze dwóch charakterystycznych smutnych panów. Czuła, co się święci. Zeszła do kiosku, kupiła kopertę i znaczki, włożyła kalendarzyk z adresami, łakomy kąsek dla służb, i wysłała do Cioci Zosi pod Warszawą.

Dziś wiem z dokumentów, że planując aresztowanie, lekkomyślnie dzień wcześniej „zdjęli” obserwację Mamy. Kalendarzyk przechował się u ciotki i nie wpadł w ręce SB.

Nic też dziwnego, że w PRL listy chodziły po 2-3 tygodnie. Przeszłość staje w oczach. Moje karteczki gryzmolone do Mamy z wakacji, kolorowe pocztówki od Ojca, listy przyjaciół. Dowody przestępstwa Matki: „Wysłała na adres „Kultury” paryskiej notatkę biograficzną o Bruecknerze” (…)

Pogrzeby specjalnej troski. Księża interesujący dla SB za życia i po śmierci

Grób ks. Jerzego Popiełuszki był obserwowany do 1989 r., a jego okolica „operacyjnie zabezpieczana”.

zobacz więcej
Wszyscy pod kontrolą

Sąsiedzi to osobny temat. Nasi sąsiedzi warszawscy rozpracowani przez SB szczegółowo we wszystkich chyba okresach PRL. Wiem już, kto donosił, mało kto zresztą, choć pod koniec lat 50. poza dwiema osobami wszyscy z sąsiednich pięter byli zapisani jako „kontakty MSW”, cokolwiek to znaczyło.

Donosił na całego TW „Jan”, częsty pseudonim, ten już regularny współpracownik, sąsiad na piętrze, z pięknego ogromnego mieszkania (nam przydzielono 31 m kw. na 4 osoby). Miał za zadanie zapisywać, kiedy Matka wychodzi i wraca do domu; musiał się zdrowo namęczyć, czatując przy wizjerze.

Jedni mieli kłopoty z bezpieką, innych prześladowano za drobny handel, „kontakty z wywiadem”, jeden miał nie taką rodzinę, kto inny kiedyś siedział. Przeważnie dawno już nie żyją. Rozrysowane piętra, mieszkania na piętrach, plany domu, plan naszej kawalerki. Około 200 stron maszynopisu obejmuje kilkaset osób.

Nie tylko sąsiedzi z klatki, również z czterech klatek w podwórzu, obsługa kina, sąsiedni dom, dozorca, sklepowe. Ich małżonkowie, rodzeństwo, dzieci, rodzice, małżonkowie rodzeństwa, ich rodzice, co robią dzieci, ich małżonkowie, rodzice małżonków. Jeszcze ze dwa obroty i zarejestrowano by pół Polski.

Zapytania oficerów prowadzących sprawę do Biura „C”, czyli archiwum MSW: czy są jakieś materiały, za co dałoby się pocisnąć, pociągnąć za język?...

Wstrząsająca wiadomość z Biura „C” – jedna z sąsiadek „miała kontakty zagranicą”, co w PRL kompromitowało bezpowrotnie, ostatecznie w ZSRR niejeden siedział latami w łagrze za pocztówkę od znajomego z Belgii czy USA. Była trzy razy za granicą – raz przed wojną w jakimś Paryżu czy innym kurorcie, raz w 1958 roku w Bułgarii na urlopie i – uwaga! „w latach 1941-43 przebywała w Ravensbrueck”. Oto ci zagranica, oto ci wywczasy, kontakty przestępcze, co ona w tym Ravensbrueck robiła, z kim się niepotrzebnie dla władzy ludowej zadawała!

Maszynopisy

Setki wniosków o analizy pisma maszynowego w szczególności w okresie działania KOR (1976-1980), czy to aby nie Matka przepisywała te „wywrotowe” pisemka i teksty?

Moim zdaniem przeważnie ona, choć przecież w latach 70. było wiele ofiarnych osób, przeważnie kobiet, nocami przepisujących przez 10 kalek różne teksty „samizdatowe”. Maszynę Mamy stwierdzono nie więcej niż dwa-trzy razy.
Wystawa katowiego IPN „Oczy i Uszy Bezpieki” w dawnym areszcie śledczym Milicji Obywatelskiej. Fot. Maciej Jarzębiński /Forum
Przeważnie specjaliści z Biura „T” narzekają na jakość kopii, trudność w określeniu marki maszyny, „skoku wózka”, cech charakterystycznych czcionek. Co pewien czas podsumowanie dokonań Biura „T”, gen. brygady Władysław Pożoga przekazuje zbiorczą analizę do gen. brygady Adama Krzysztoporskiego. Mieli co robić generałowie, mieli zasługi... A w Biurze „T” może kogoś należałoby dziś odznaczyć za sabotowanie esbeckiego szaleństwa?

Troje przyjaciół

Doniesienie. Przekazuje TW „Jan” (ale to inny „Jan”), spisane w lokalu operacyjnym „Balaton” 11 stycznia 1965: „Dnia 2 stycznia 1965 r. miała miejsce kolacja proszona u Hanny [wł. Anny – przyp. TB] Rudzińskiej z tym, że goście przynosili alkohol a gospodyni przygotowała jedynie jedzenie. Na kolację proszeni byli poza mną: J. Olszewski, A. Podgórecki, A. Steinsbergowa, J.J. Lipski, Maruta Lipska, Marta Miklaszewska, Zygmunt Skórzyński, żona Skórzyńskiego [Zofia – przyp. TB], Paweł Jasienica, J. Szpotański. [Aniela] Steinsbergowa opowiadała o szopce politycznej w telewizji „Szopka Wielokropka”, zauważyła, że zakończenie „Szopki” zostało puszczone jedynie przez nieuwagę cenzury, gdyż scena: Gomułka wśród ministrów i słowa: „Już dosyć szopki tej” może mieć podwójne i metaforyczne znaczenie”.

Byliśmy uważani za politycznych idiotów przez całe tamto towarzystwo

Zofia Romaszewska: Polityka kocha oszustów, więc w każdym była taka skłonność, żeby oszukać inną grupę.

zobacz więcej
„Jana” IPN nie zidentyfikował, zbyt wielu TW o tym pseudonimie działało w tym czasie. Ale dla mnie jego postać jest oczywista. Wielki – zdawało się – przyjaciel mojej Matki, człowiek, który w latach 60. obdarzał ją na co dzień wielką uczynnością i serdecznością; z akt wyłania się obraz osoby bardzo interesownej.

Zawoził mojego brata na wakacje pod Koluszki, woził lekarstwa do Babci i ciasto od Babci. W tym samym czasie w donosach uświadamiał SB o naszych intymnych sprawach rodzinnych, unosił się nad niesłychaną ponoć brzydotą mojej Matki i snuł freudowskie rozważania na temat jej działalności, ujawniał plany kontaktów z przyjaciółmi i rodziną z zagranicy, bredził o „rasowych” przyczynach ucieczki mojego Ojca z Matką z Wilna w 1942 roku.

Jako jedna z nielicznych osób z otoczenia „Jan” dostawał paszport zagraniczny. Wszystkie prośby mojej Matki – o zaproszenie do Francji dla mnie, o przesłanie wiadomości do Feliksa Grossa, za którego książkę siedziała, a który w przeciwieństwie do Giedroycia interesował się jej losem po procesie – natychmiast przekazywał do SB.

Pamięć „Jana” była wprost zadziwiająca, wziąwszy pod uwagę, że nie dysponował magnetofonem (nie było jeszcze małych kasetowców). Czasem jednak nie dawał rady.

„Nie podaję w tym miejscu kto mówił, bo rozmowa miała taki charakter, że brali w niej udział wszyscy – poza [Adamem] Podgóreckim (który w ogóle nie odezwał się przez cały wieczór) i poza [Martą] Miklaszewską, [poza] żoną [Zygmunta] Skórzyńskiego i Rudzińską. (...) Po kolacji [Janusz] Szpotański śpiewał swoje arie. Były wśród nich nowe arie o silniejszych akcentach politycznych. Jest rzeczą niemożliwą zapamiętanie i powtórzenie wszystkich ponieważ odśpiewanie ich wszystkich zajmuje więcej niż 1 i ½ godziny. Załączam arię o „amorku” (Hannie Rudzińskiej).”

„Jan” także urządzał kolacje. „Dnia 6 stycznia 1965 r. miała miejsce kolacja u mnie. Udział wzięli: J. Munkowa, adw. J. Turski, T. Kozanecki, Sylwester Zawadzki, W. Stankiewicz, E. Hołoń, J. Strzelecki – z UW. (...) Przyjęcie kosztowało 1200 zł, stronę gospodarczą przyjęcia urządziła (...) Munkowa.”

I tym razem „Jan” szczegółowo doniósł, co kto z jego gości mówił, co kto sądzi, co prorokuje, z czego się śmieje (cytat ze słów jednego z gości: „Będzie robota dla MSW”).

Z doniesienia opracowanego przez oficera wynikały zadania dla TW: „Zadanie. W toku spotkania omówiłem z „Janem” prowadzenie dalszej obserwacji rozwoju sytuacji w środowisku b. czł. KKK [Klubu Krzywego Koła], lansowanych poglądów politycznych i ewent. przedsięwzięć w odniesieniu do kształtowanej polityki partii i rządu. Zaleciłem „Janowi” zwrócenie wnikliwszej uwagi na podejmowane kroki i postępowanie J.J. Lipskiego. St. Oficer Oper, Wydz. III /-/ ppor. Krzysztof Majchrowski.”

Majchrowski, wieloletni dyrektor w MSW, dochrapał się w wolnej Polsce szarży gen. brygady; w 2000 roku popełnił samobójstwo.
Karta TW (Tajnego Współpracownika). Reprodukcja: Forum
Halinkę, którą pamiętam z dzieciństwa jako prześliczną kobietę o cudownie długich, polakierowanych na czerwono paznokciach, przedwcześnie zmarłą w 1959 roku, Mama latami wspominała z tęsknotą. Halinka, o której Mama wiedziała, że jest oficerem bezpieki, ale ufała, że po 1956 roku ma już to za sobą, przekonywana przez nią, że w latach stalinowskich nic nie wiedziała o zbrodniach, Halinka więc z każdego spotkania w naszym domu pisała raport.

„Zastosować kombinację operacyjną w celu kompromitacji i skłócenia i izolowania figurantki w środowiskach opozycyjnych. M.in. przesłać do kilku kontaktów figurantki anonimy powiadamiające je o rzekomej współpracy Rudzińskiej z SB.”

Plan napisze i wykona ppor. B. Niedziński, zadecydowano 20 lutego 1976. Podobny tekst powtarza się w ciągu lat kilkakrotnie. M.in. w styczniu 1976, gdy Matka podpisała z trzema osobami petycję do sejmu przeciwko zmianom w konstytucji PRL (kierownicza rola PZPR i przyjaźń z ZSRR).

Zacytowany tekst powstał konkretnie w październiku 1976 roku, zaraz po powołaniu KOR-u; znowu wnioskowano o założenie u nas Podsłuchu Pokojowego (PP).


Czy TW „R” pojawił się już wówczas w naszym domu? Nie, raczej nieco później, gdy wiosną 1977 powstał Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO).

Więc trzeci przyjaciel, TW „R”, również serdeczny i uczynny, pojawił się w późnych latach 70. IPN nie umiał znaleźć rozwiązania tego kryptonimu. Żeby nie było wątpliwości – nie był to nikt z otaczających Matkę polityków, opozycjonistów, pisarzy, socjologów, dziennikarzy, artystów. Współpracował ponad 10 lat.

To nie byle TW, oficerowie słuchali uważnie jego rad, a on wskazywał im strategię postępowania i „neutralizowania” Matki. Jednocześnie wielokrotnie ofiarnie jej pomógł w ważnych życiowych sprawach, przed śmiercią naprawdę się nią zajmował; Matka i Stefan Nowak wprost go kochali jako przyjaciela i mieli podstawy sądzić, że wzajemnie. Można powiedzieć, że im bardziej „neutralizował”, tym ofiarniej pomagał.

Paręset stron raportów, często „tajnych specjalnego znaczenia” opisuje, jak planował i doradzał, jak „neutralizować” Matkę w związku z jej działalnością w środowiskach narodowych i niepodległościowych, z tzw. „Hazardzistami” (ROPCiO). Jej współpraca z KOR czy lewicowym Lipskim mu nie przeszkadzała.

Co go skłoniło do współpracy? Wrażliwość lewicowa? Zalęknienie widmem „polskiego nacjonalizmu”? Sama nie mogę w to uwierzyć.

A moja Matka? No cóż, sama sobie winna. Zachciało się jej wolnej Polski.

– Teresa Bochwic

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Tytuł i śródtytuły od redakcji. Zdjęcie autorki Rafał Guz/PAP.
Zdjęcie główne: Wystawa katowiego IPN „Oczy i Uszy Bezpieki” w dawnym areszcie śledczym Milicji Obywatelskiej. Fot. Maciej Jarzębiński /Forum
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Walczyli w getcie, żeby nie zginąć w komorach gazowych Treblinki
Żydowski Związek Wojskowy – pomiędzy niebytem i kłamliwymi świadectwami.
Historia Najnowsze wydanie
Wstydzić się przeszłości nie potrzebujemy
Jedna zniszczona przez Niemców, druga przez Sowietów. Polskie katedry.
Historia Poprzednie wydanie
Nocą przechodzili przez front i brali jeńców. Po wojnie budowali...
1,5 tysiąca polskich weteranów po wojnie dzięki australijskim towarzyszom broni znalazło schronienie na Antypodach.
Historia Poprzednie wydanie
Rok 1966 – wojna tysiąclecia z milenium
Władze PRL wszędzie starały się konkurować z Kościołem.
Historia Poprzednie wydanie
Podwójne życie księżnej Anny Czartoryskiej
Uważa, że nic tak nie szkodzi wizerunkowi Polski we Francji jak bezdomni, głodni i często pijani Polacy.