Cywilizacja

Ćwiczy oko, prostuje sylwetkę, dyscyplinuje ducha. Sezon na strzelanie

Na kursach strzeleckich i egzaminach często spotykają się ze sobą zupełnie niespodziewani dla siebie ludzie: architekt widzi znajomego architekta, profesor odnajduje nagle kolegę z rady wydziału, aktywista parafialny zasiada do testów obok swego wikarego, a ksiądz spotyka drugiego księdza.

Podczas gdy miłośnicy siłowni czy basenów ustawili się wreszcie w blokach startowych z nadzieją na działanie, amatorzy strzelania – czy może: strzelectwa – nie mają większych problemów z realizacją swojej pasji. Strzelnice w pandemii są dostępne, a już na pewno te z otwartą przestrzenią. Ale też na strzelnicy nie ma w zasadzie kontaktu człowieka z człowiekiem.

Strzelnic jest w Polsce coraz więcej – w całym kraju wyrastają jak grzyby po deszczu. Nawet w zimie, amatorów strzelania na mrozie – także w pozycji leżącej – nie brakuje. W roku 2019 roku pozwolenie na broń w celu sportowym otrzymały 4822 osoby, a w roku 2020 – już 5031 osób. I to pomimo lockdownu. Sama znam gościa, który na obowiązkową przed uzyskaniem pozwolenia rozmowę z wyznaczonym przez policję psychologiem umawiał się w „trybie covidowym” – przegroda z plexi, maseczki, rękawiczki.

Ale jeszcze chwila statystyki: w 2020 roku liczba osób, które miały pozwolenie na broń w celu sportowym wyniosła 39 205. W ich rękach były 102 588 sztuki broni. Strzelano na około 470 strzelnicach w co najmniej 250 klubach i stowarzyszeniach w całym kraju.

Hej, Gerwazy, daj gwintówkę

– Strzelanina? Zawsze! – woła z entuzjazmem pewna szacowna autorka wziętych programów telewizyjnych w odpowiedzi na pytanie przyjaciół, czy na kawę do jej podwarszawskiego domu mają przyjechać z „bronią”.

– Postrzelać zawsze warto, to ćwiczy oko, prostuje sylwetkę, dyscyplinuje ducha – tłumaczy jako matka trzech dorosłych synów, którym od dziecka wpajała zamiłowanie do sportowej rywalizacji i wysiłku fizycznego.

Towarzyskie strzelanie w jej wielkim ogrodzie odbywa się z broni pneumatycznej (dostępnej dla każdego, możliwej do kupienia nawet w supermarkecie; niemniej, broń pneumatyczna w myśl ustawy też jest bronią, tyle że nie wymagającą pozwoleń i licencji). Chodzi o rozrywkę na powietrzu i ćwiczenie celności, ręki, postawy, oddechu.

– To nie jest dobre podejście, bo broń pneumatyczna także może wyrządzić krzywdę jak każda nieodpowiedzialnie używana; powinna być stosowana tylko w miejscach do tego przeznaczonych – komentuje Krzysztof Szuster, wybitny znawca broni i koni, zaprzęgów, jeździectwa i strzelectwa, konsultant wielu przedsięwzięć z tej dziedziny. Sam strzela od osiemnastego roku życia. Jest synem rusznikarza, który pracował dla powstańców warszawskich i ojcem współczesnego eksperta strzeleckiego.

I mówi wprost, że każdy wypadek – choć jest ich wyjątkowo mało – ściąga natychmiast na środowisko strzeleckie odium niechęci i wszczyna kolejną fazę debaty o dostępie do broni. A zwykle dyskutują o tym ludzie, którzy nawet nie widzą, że broń dzieli się na „bojową, myśliwską, sportową, gazową, alarmową, sygnałową”. Nic ich to zresztą nie obchodzi.
Krakowska strzelnica Pasternik. Fot. Artur Widak/NurPhoto via Getty Images
– „Prawo jazdy na broń” jest o wiele trudniej zdobyć i utrzymać niż prawo jazdy – przypomina Paweł Łukasik, trener strzelectwa i członek zarządu Nadwiślańskiego Towarzystwa Strzeleckiego (NTS). – A przecież wypadków na drodze nikt nie traktuje jako argumentów przeciwko samochodom.

Przeszkody czy wymagania

Żeby uzyskać pozwolenie na broń, naprawdę trzeba spełnić sporo precyzyjnie określonych warunków. – Z bronią nie da się iść na skróty – podkreśla Szuster. Ale, jak przekonuje Łukasik, ten proces nie jest wcale taki uciążliwy. – Inaczej twierdzą tylko ci, którzy nawet pół kroku nie zrobili w tym kierunku lub wiedzą, że i tak by pozwolenia nie dostali – mówi.

Bo pozwolenie może dostać tylko osoba z czystą kartoteką w rejestrze skazanych. Człowiek skazany prawomocnym wyrokiem pozwolenia na broń nie otrzyma.

Szczegółowe warunki określa ustawa o broni i amunicji z 21 maja 1999 r., która reguluje zasady wydawania pozwoleń na broń, procedur obrotu bronią i amunicją oraz zasady działania strzelnic. I zgodnie z tą ustawą – a jej przepisy musi znać każdy chętny do posiadania broni, bo są sprawdzane na egzaminie – tenże chętny musi przede wszystkim zapisać się do klubu bądź stowarzyszenia strzeleckiego. Nie ma dyskusji, nawet jak się nie lubi członkostwa i przynależności. Umiejętności, wiedza, test psychologiczny, dobra opinia u dzielnicowego, egzamin i szafa pancerna na broń nie wystarczą.

Siłownie i kluby fitness. Dlaczego w dobie COVID-19 epidemiolodzy tak bardzo ich się boją ?

Bez nich społeczeństwo jakoś sobie poradzi – mówią eksperci.

zobacz więcej
W klubie trzeba odbyć trzy miesiące stażu i przygotowanie do egzaminu na patent strzelecki, który pozwala uzyskać licencję Polskiego Związku Strzelectwa Sportowego.

Egzamin składa się z części praktycznej i teoretycznej – trzeba odpowiedzieć na dziesięć pytań (możliwe są dwa błędy) dotyczących ustawy o broni i amunicji, ustawy o sporcie, kodeksu postępowania administracyjnego, kodeksu karnego i cywilnego, sprawdzana jest też wiedza z zakresu pierwszej pomocy.

Egzamin praktyczny to nie tylko strzelanie z trzech rodzajów broni – trzeba też znać prawidłowe nazewnictwo, działanie poszczególnych rodzajów broni, umieć tę broń rozłożyć i złożyć.

– Jedni powiedzą: „ile tych przeszkód!”, inni powiedzą: „trzeba spełnić wymagania” – komentuje Paweł Łukasik.

Posły, pany i plebany

Na kursach strzeleckich i egzaminach często spotykają się ze sobą zupełnie niespodziewani dla siebie ludzie: architekt widzi znajomego architekta, profesor odnajduje nagle kolegę z rady wydziału, urzędnik państwowy spotyka kolegę z sąsiedniego ministerstwa, aktywista parafialny zasiada do testów obok swego wikarego, a ksiądz spotyka drugiego księdza, o którym nigdy by nie pomyślał, że też strzela. Ta pasja idzie ponad podziałami, na strzelnicę jadą pospołu „posły, pany i plebany”.

– Na moim egzaminie spotkała się grupa reprezentująca pełen przekrój społeczny – komentuje emerytowany profesor Politechniki Warszawskiej, który wśród swoich „towarzyszy broni” ze zdumieniem odkrył dawnych i obecnych znajomych. Ciekawe tylko, że wcześniej nikt się nie ujawniał ze swoją pasją do strzelania.

– Sądziłem, że większość ludzi raczej umie posługiwać się bronią, ale bardzo się myliłem – dzieli się refleksją wykładowca.

– Kiedy pytam o doświadczenie z bronią, wszyscy podnoszą rękę, ale „w praniu” wychodzi, że nie mają o niej pojęcia. Na pierwszym spotkaniu uważają, że wszystko potrafią, ale strzelnica szybko sprowadza ich na ziemię – potwierdza z uśmiechem Paweł Łukasik. Nie ukrywa też, że kobiety potrafią strzelać dużo lepiej niż mężczyźni. – Może dlatego – snuje przypuszczenia – że słuchają tego, co się do nich mówi i rzeczywiście stosują się do zaleceń.

A te dotyczą nie tylko postawy czy układania ręki, ale też oddechu i skupienia.
Uczestniczka obozu sportowego w Garczynie w sierpniu 2019 roku. Fot. REUTERS/Kamil Jasinski
– Zdarza się, przychodzi para na strzelnicę, żeby on się sprawdził. Ale partnerka też próbuje i okazuje się, że idzie jej dużo lepiej. I mężczyzna wychodzi struty, bo chciał zaimponować, a tu nic z tego – opowiada Łukasik.

Pogoda dla bogaczy?

– Jeszcze tylko tego colta sobie kupię – deklaruje miłośnik i kolekcjoner. Colt kosztuje, bagatela, 4500 złotych.

Moda narasta, pasje się rozwijają, klubów przybywa – ale wszystko przecież kosztuje! A ten sport generuje spore koszty: członkostwo w klubie, kurs strzelecki – około 200 - 400 złotych, egzamin ok. 400 - 600, specjalistyczne badania lekarskie i psychologiczne, patent i licencja, pozwolenie na broń – 240 zł, każdorazowe wejście na strzelnicę co najmniej 50 złotych, udział w obowiązkowych zawodach, i tak dalej, i jeszcze więcej. Jak w każdym sporcie pojawiają się też stroje, gadżety, torby, słuchawki, okulary.

A przecież nie doszliśmy jeszcze do sedna, czyli do broni i amunicji! I do szafy pancernej, której posiadanie jest warunkiem sine qua non posiadania broni (i to takim, że w każdej chwili posiadacza ma prawo odwiedzić policjant i sprawdzić, jak broń jest przechowywana!). To dopiero są wydatki!

Wypieki dobrze robią na stres. Zajęcia czasów kwarantanny

Drożdże są dziś jednym z najbardziej poszukiwanych produktów. I to w wielu krajach Europy.

zobacz więcej
Wystarczy wejść na stronę internetową dobrego, licencjonowanego salonu broni i popatrzeć: są niezłe egzemplarze za dwa-trzy tysiące i są cacka za kilkanaście i kilkadziesiąt tysięcy złotych. – W produkcji broni, także sportowej, najważniejsza jest tradycja i za to się płaci – wyjaśnia Krzysztof Szuster. – Na rynku królują Niemcy, Austriacy i Amerykanie. Choć, oczywiście, także w tej dziedzinie spotkamy chińską produkcję, której nie polecam – dodaje.

– A jaki sport nie kosztuje? – pyta retorycznie Paweł Łukasik, kiedy dopytuję, czy to pasja tylko dla bogatych. – Przecież narty też ludzie kupują coraz lepsze, skomplikowane rowery są coraz droższe, że o żaglówkach nie wspomnę. Ale nawet student, jak się zdecyduje i umie oszczędzać, to z własnych zarobków jest w stanie udźwignąć koszt pierwszej broni – zapewnia.

– Własna broń to nie tylko sprawa posiadania, to także poważna oszczędność, jeśli naprawdę chce się uprawiać ten sport – mówi wspomniany już profesor Politechniki Warszawskiej, który swoim zapałem do strzelania zachęcił liczne grono przyjaciół i przyjaciół własnych synów.

Licencję trzeba corocznie przedłużać, a to oznacza konieczność udziału w tak zwanych zawodach. Zawody polegają na tym, że się przychodzi i strzela – odbywały się więc nawet podczas pandemii, bo ludzie się tam ze sobą nie stykają. Na zawodach nie ma podium i medali, ale jest tarcza i obowiązek zademonstrowania umiejętności; wynik wprawdzie nie ma znaczenia, ale odpowiednią ilość nabojów trzeba wystrzelić. – Jeśli masz własną broń i aktualne pozwolenie, kupujesz amunicję w sklepie i nie przepłacasz na strzelnicy, która potrafi liczyć 2,50 za sztukę – tłumaczy profesor.


– Własna broń to także inwestycja, bo taki na przykład colt python, którego produkcja została przerwana dwadzieścia lat temu, kiedyś kosztował około 2000 dolarów, a dziś kosztuje co najmniej 15 tysięcy, a i tak jest niemal nieosiągalny – dowodzi Krzysztof Szuster. – A przecież nie mówimy o broni kolekcjonerskiej i pamiątkowej, które mają konkretną wartość jako dzieło sztuki użytkowej czy obiekt historyczny. Mówimy tylko o broni sportowej.

Ale trzeba postawić kropkę nad „i”: rozwój tej sportowej pasji to jeszcze jeden dowód na to, ze społeczeństwo się bogaci. W przeciwnym razie byłaby to tylko fanaberia.

Powrót do normalności

Wśród znawców i miłośników tej dyscypliny sportu nikt nie ma wątpliwości, że jest ona społecznie niebywale potrzebna. Przeciwników o zdanie nie pytam.
Próba strzelania na pikniku wojskowym w Bydgoszczy w 2019 roku. Fot. Jaap Arriens/NurPhoto via Getty Images
– Strzelectwo uczy odpowiedzialności, szacunku do życia, kształtuje postawy patriotyczne – wylicza Paweł Łukasik. – Zarazem trzeba zapanować nad emocjami, nad oddechem, nad postawą.

– Rozwoju tej dyscypliny w społeczeństwie nie nazywajmy modą – protestuje Krzysztof Szuster i dodaje: – To raczej powrót do tradycji, która w wolnym świecie zawsze była obecna. Trzeba było dopiero odpowiednich zapisów prawnych, usunięcia barier reglamentujących dostęp do tej dyscypliny i powoli zaczęło się wszystko kształtować. Reglamentacja nigdy nie sprzyja rozwojowi.

Dużo dobrego zrobiła wniesiona do ustawy w 2001 roku poprawka, która teraz mówi, że komendant policji „wydaje” pozwolenie, wcześniejszy zapis głosił, że „może wydać”. A taka uznaniowość – może albo nie może – nigdy nie jest dobra.

Wszyscy chętnie mówią o zyskach. A straty? – Jakie straty ? – dziwi się Krzysztof Szuster. – Straty to były przez te wszystkie minione lata, kiedy po 1989 roku uważano, że całą obronność załatwi za nas wojsko, policja i NATO.

– O jakim patriotycznym wychowaniu można mówić, skoro nawet w harcerstwie młodzież nie miała żadnego kontaktu z bronią – dorzuca profesor. – Za komuny moje pokolenie, które chodziło do szkoły w latach 60. i 70. XX wieku, gdzie jednak na – wyśmiewanym z reguły – przysposobieniu wojskowym było minimum wiedzy o strzelaniu i karabinie, nie było jak realizować pasji, nawet jeśli ktoś ją miał. Dostęp do broni był ściśle reglamentowany i nie tobie, szaraku, było myśleć o strzelaniu. No, chyba że tatuś był w kole łowieckim, ale i to chyba nie było takie proste – wspomina.

Ale nawet to szkolne minimum kontaktu ze strzelaniem sprawiło, że tamto pokolenie – dzisiejszych sześćdziesięciolatków i więcej – ma do broni normalny stosunek. – Cieszę się, kiedy właśnie oni przychodzą na strzelnicę – mówi Paweł Łukasik. – Broń traktują jak normalne narzędzie, jak piłkarz piłkę i oszczepnik swój oszczep, to nie jest dla nich przedmiot kultu. Z młodszymi jest znacznie trudniej.

Być może to jest odpowiedz na pytanie, dlaczego ta dyscplina wciąż się rozwija. Bo wciąż przecież uczymy się normalności.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Strzelcy sportowi podczas treningu ze strzelby gładkolufowej w konkurencji skeet i trap na strzelnicy Pasternik w Krakowie. Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Bill Gates chciał zasłonić Słońce. Dziś spada jego gwiazda
Twórca Microsoftu miał obsesję na tle Nagrody Nobla. Na liście zaszczytów i tytułów brakowało mu tego trofeum.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Chodzą za nami agenci KGB
Wspomnienia korespondenta polskiej gazety z kraju Łukaszenki.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rewolucjoniści szaleją na najlepszych uniwersytetach
Władze Wielkiej Brytanii planują zacząć walczyć z ograniczaniem wolności słowa na uczelniach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja w stanie grzechu śmiertelnego
Apostazja stała się podstawową zasadą polityki.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
EURO – turniej rozgrywany w przerwie meczu o Superligę
Nie ma lepszego sposobu odwracania uwagi od mętnych i pokrętnych sprawek piłeczki kopanej, jak porządnie haratnąć w gałę.