Kultura

Spektakle oglądane „przez szybkę”

Czy teatry tak jak inne instytucje będą skazane na hybrydowość? Ledwie odmrożono sceny, a mówi się o ich ponownym zamrożeniu. Więc chyba jesteśmy na to skazani. Na jak długo?

Premierą „Fatalisty” w Teatrze Dramatycznym pióra dyrektora Tadeusza Słobodzianka przed dwoma tygodniami zainaugurowałem powrót do normalnego teatru – po częściowym zniesieniu restrykcji. Było podpisywanie pandemicznych oświadczeń, maseczki, miejsca zajęte co drugie w rzędzie na małej scenie Dramatycznego w Pałacu Kultury.

O tej inscenizacji i samej sztuce wypadnie napisać osobno – zasługuje na to. Na razie odwrócę się w tył. Podczas pierwszego i drugiego lockdownu artyści nie mogąc się z nami spotkać twarzą w twarz, szukali kontaktu „w trybie on line”. Minister Piotr Gliński przeznaczył na „kulturę w sieci” stosowne pieniądze. Nie wszędzie odbywało się to bez rozterek, o czym za chwilę.

On line pojawił się jak kontrowersyjny gość, którego nie sposób się pozbyć. Niektóre teatry już zapowiadają „hybrydowy” tryb pracy, więc dzielenie energii między spektakle na żywo i te internetowe (Teatr Nowy w Warszawie). Może do tego skłaniać sytuacja.

Zawieszenie restrykcji wobec teatrów jest czasowe – na dwa tygodnie. Teatry sprzedają wprawdzie już bilety na marzec. Ale tak naprawdę jest poczucie tymczasowości. Zresztą nie tylko z powodu wizji powrotu szczelniejszego lockdownu.

Teatr Narodowy w Warszawie, jedna z najlepszych scen Polski, finansowana z budżetu ministerstwa, a nie samorządu, miał się otworzyć premierą „Garderobianego” Ronalda Harwooda. Ta produkcja Adama Sajnuka, grana od wielu lat, przyciągała obsadą – przede wszystkim występem dwóch gwiazd starszego pokolenia: Jana Englerta i Janusza Gajosa.
"Kordian" Juliusza Słowackiego w reżyserii Jana Englerta. Fot. Teatr Narodowy/ Tomasz Urbanek / East News
Na samym wstępie przedstawienie odwołano – „z powodu choroby aktora”. Takie sytuacje będą się powtarzać, powiedzmy to sobie szczerze, często. Serce krwawi na myśl o tym, jak dopiero co zainaugurowane spektakle umierają po kilku razach. „Fatalista” i „Kruk z Tower” z Dramatycznego, ile razy będą grane? A czy Jan Englert zdoła wreszcie wystawić i utrzymać na scenie Narodowego swoje wymarzone „Trzy siostry”? Nad tym tekstem Czechowa pracował całe lata.

Kordian pod wirtualną strzechą

To Narodowy już podczas pierwszej fali pandemii krzepił nas na swojej stronie wierszami czołowych poetów. To było podtrzymywanie – i artystycznej wrażliwości, i kontaktu widzów z tym zespołem. Ale zarazem, kiedy przepadały terminy kolejnych premier, dyrektor artystyczny Jan Englert nie zgodził się aby próbować ich inscenizowania do sieci.

Uważał, że to nie jest prawdziwy teatr, a „wyrób teatropodobny”. bo pozbawiony kontaktu żywych ludzi z żywymi ludźmi. Doszło na tym tle nawet do jego sporu z częścią zespołu. Aktorzy wskazywali inne teatry, które nie tylko wrzucały swoje produkty do netu, ale i na nich zarabiały.

Nie mam zdania, kto miał tu więcej racji. Englert, skądinąd nie lubiący w ogóle świata internetu, trafnie dowodził, że teatr przestaje mieć smak bez prawdziwego kontaktu z publiką. Ale można też było zrozumieć buntujących się aktorów. Chcieli zarobić, a i ćwiczyć się w swoim zawodzie. Szukali ratunku przed zawodową martwotą.

Dyrektor zgodził się tylko i jedynie na pokazanie technicznych zapisów dawnych przedstawień, robionych na scenę takich jak „Dziady” czy „Kordian”. Udostępniono je bezpłatnie. I tu stało się coś bardzo ciekawego.

Zwłaszcza „Kordian”, nagrany latem, kiedy na chwilę wrócił na scenę, pokazany w necie podczas drugiego lockdownu, wywołał, sądząc po wpisach, falę entuzjazmu w necie. Choć to niełatwa, wymagająca uwagi, inscenizacja, właściwie polemika z klasycznie romantyczną wykładnią dramatu Juliusza Słowackiego. Zarazem to inscenizacja monumentalna – efektowna, piękna, wykorzystująca piętrowość sceny i zatrudniająca około 70 aktorów aranżujących barwne sekwencje zbiorowe.

Przy takim rozbuchaniu, normalny techniczny zapis mało ruchliwą kamerą mógł być odbierany jako nie do końca czytelny. Nie wszystkie subtelności tłumnych kompozycji ludzkich można było wychwycić. Wręcz nie każdy szczegół tekstu usłyszeć. Ja oglądałem kolejny raz, niezmiennie zachwycony teatralną fakturą wizji Englerta. Ale nowy widz? Jak on sobie radził?

No więc jednak na końcu był sukces. Czy wszystko wychwycili, czy nie, podczas 53 godzin emisji odnotowano 18890 wyświetleń. W czasie pierwszych dwóch godzin, które odpowiadały czasowi spektaklu, oglądało go 1219 ludzi (lub raczej monitorów).

Puste trumny i barany. Teorie, którymi koronasceptycy tłumaczą sobie czas pandemii

„Zamykają granice, budują polowe szpitale koncentracyjne, szkolą wojsko, niszczą odporność populacji, gwałcą wszystkie prawa człowieka….”

zobacz więcej
To wynik niedostępny dla teatru „żywego”, na pewno nie w tak krótkim czasie. „Kordian” z oryginalnym przesłaniem Englerta, jakby nie wydał się zamazany, i nie do całkowitego ogarnięcia, zawędrował pod internetowe strzechy. Zresztą nie tylko polskie – sygnały płynęły od Niemiec, Wielkiej Brytanii i USA po Indie.

„Demony” – pełen zachwyt

Nieco inną drogę wybrał warszawski Teatr Dramatyczny. W zwykłych czasach co tydzień odbywały się tam czytania, najczęściej nowych polskich dramatów, chociaż nie tylko.

Nazywało się to Laboratorium Dramatu. Aktorzy siadali za stołem (lub stolikami) i czytali tekst, markując, ale przecież z zachowaniem dużej umowności, emocje bohaterów. Ubrani w zwykłe ubrania, bez próby odtwarzania scenicznego ruchu, z niewielką tylko gestykulacją, opowiadali nam historie.

Podczas pandemii poszerzono repertuar. Znani reżyserzy aranżowali w ten sposób teksty także klasyczne. Pokazywano to regularnie co tydzień – za darmo – na stronie facebookowej teatru, często opatrując dyskusją.

Sceptyczny wcześniej wobec takiej formuły, zachwyciłem się już „Intratną posadą” Aleksandra Ostrowskiego w reżyserii Andrieja Zagorodnikowa. Prawie nieruchomi, podający tekst od niechcenia aktorzy, okazywali się nagle rozbudzać naszą wyobraźnię tak, że niemal byliśmy w miejscu akcji, w XIX-wiecznym Petersburgu. Magia teatru!!!

Świetni okazali się młodzi: Karolina Charkiewicz czy Michał Klawiter, ale bił wszystkich weteran tej sceny Janusz R. Nowicki. Niemal czuło się zapaszek pitej przez niego wódki, choć on prawie nic nie robił. Tylko mówił. Nawet stan lekkiego rauszu jedynie imitował. Ale jak!!!

Kilka razy to się potem powtórzyło. Na przykład Artur Tyszkiewicz odtworzył w ten sam sposób ostatnio groteskowy dramat „Biedermann i podpalacze” szwajcarskiego, kiedyś modnego dramaturga Maxa von Frischa. Ta alegoria nieokreślonego społecznego zagrożenia terrorystami, którzy przyjdą do twego domu, zaprzyjaźnią się i podpalą, może nawet mocniej jeszcze brzmiała, kiedy zamiast saloniku mieliśmy jedynie recytacje didaskaliów odtwarzających tego saloniku wygląd. Także i tu aktorzy znaleźli właściwy ton.

Jednak czymś absolutnie niepowtarzalnym okazały się „Demony” Johna Whitinga w wersji Anny Wieczur-Bluszcz. To chyba najlepsza rzecz teatralna, jaka powstała on line od początku pandemii.

Tym razem dostaliśmy namiastki scenicznej akcji, ale jednak tylko namiastki. Aktorzy stali, więc „bardziej grali”, ale nie do końca. Ruszali się, ale tylko do pewnego stopnia, bez pełnego odtwarzania czynności i sytuacji. Gdy ksiądz Grandier był torturowany, leżał i krzyczał, ale nikt tortur nie próbował udawać.

Czasem aktorzy mówili bardziej do siebie nawzajem, a czasem do widza. I choć pozostali w swoich prywatnych ubraniach, przenieśli nas w świat wymyślony przez Whitinga. Rzadko kiedy tak mocno czuje się potęgę teatralnej umowności.
Premierowe czytanie sztuki "Demony" Johna Whitinga, reż. Anna Wieczur-Bluszcz. Fot. printscreen/ youtube/ Laboratorium Dramatu
Co do tematu: były ostatnio w Warszawie trzy kolejne, teatralne wersje „Matki Joanny od Aniołów” Jarosława Iwaszkiewicza. To wielka pokusa w prawie postchrześcijańskiej rzeczywistości sięgnąć po motyw egzorcyzmów. Teraz dostaliśmy dramat Johna Whitinga, który zajął się autentyczną XVII-wieczną historią histerii zakonnic z francuskiego Loudon, zakończoną spaleniem księdza Grandiera. Iwaszkiewicz dopisał jakby jej dalszy ciąg, przenosząc w polskie realia.

Whiting nie był pierwszym, który podjął ten temat (zaczęło się od Aleksandra Dumasa). Potem były kolejne wersje, łącznie z operą Krzysztofa Pendereckiego, i sławnym filmem Kena Russella. Dramat napisał Whiting współcześniejszym językiem od epoki, w której się to naprawdę działo.

Łatwo odczytywać go w duchu schematycznie antykościelnym, a tak naprawdę antyreligijnym – zwłaszcza, gdy podejmuje się jego zagrania Teatr Dramatyczny obwieszający się proaborcyjnymi błyskawicami. Ale deklaruję: to tak naprawdę tekst piekielnie wieloznaczny, jak i ten Iwaszkiewicza. Choć tradycyjnemu katolikowi zadający trudne, kłopotliwe pytania. I tak też go nam podano.

Anna Wieczur-Bluszcz świetnie zbudowała nastrój grozy oszczędnymi aktorskimi kreacjami oraz muzyką Tomasza Stawieckiego. Można się zastanawiać, jaka forma artystyczna w ogóle powstała. Nie wymienia się nazwiska operatora kamery, a przecież to jest filmowane nie tak nieruchomo i przypadkowo jak przy okazji zapisów technicznych. Pokazując nam czasem tylko kawałki twarzy postaci, operator wychwytuje markowane, ale nieustannie obecne emocje, niekiedy nawet wielkie. To on dokonuje wyboru – prawie jak w Teatrze Telewizji. Trudno w te emocje wątpić obserwując kreację Modesta Rucińskiego jako Grandiera – tak wspaniałą, tak pulsującą ludzkimi uczuciami, pomimo ich stłumienia przez konwencję czytania. A poza tym m.in. Robert Majewski, Krzysztof Szczepaniak, Mariusz Drężek, Mariusz Wojciechowski, Maciej Wyczański, Marcin Stępniak, gościnnie Grzegorz Małecki – oni i wszyscy inni w świetnej formie i na ogół bez fałszywego tonu. Także znakomita Karolina Charkiewicz i zasługująca na oklaski na stojąco Marta Król jako Matka Joanna – postać najbardziej tajemnicza, nie do uchwycenia i pełnego rozszyfrowania.

Darowałem sobie końcową debatę z byłymi księżmi nagraną wraz z przedstawieniem – mnie wystarczy teatr, publicystykę o historii i religii jestem sobie w stanie znaleźć sam. Wobec obecnego ideowego przesłania Dramatycznego pozostaję często na antypodach. A przecież łączy nas, w każdym razie w tym przypadku mocno połączyła, literatura. Pośrednikiem był zaś jednak – internet.

Co dalej z on linem?

Niektóre teatry zaoferowały w tym samym czasie zwykłe spektakle, czasem za pieniądze, czasem za darmo. Wyróżnię dwa. Ateneum miał mieć w listopadzie premierę „Ławy przysięgłych”, sztuki czeskiego pisarza Ivana Klimy. Przeniesiono ją do internetu – przez dwa świąteczne dni można było oglądać spektakl po wykupieniu wirtualnych biletów.

Czy pandemia się skończy do jesieni 2021? Czy wróci w 2022 roku? I czy może być zbawienna?

Covidowe wróżenie z fusów na nowy rok, czyli jak wirus nam uporządkuje życie.

zobacz więcej
Trzeba przyznać, że jakość tej realizacji różniła się od z reguły mało czytelnych zapisów „technicznych”. Oglądaliśmy przeważnie szeroki plan imitowanej sali sądowej. Wszystko było nieźle widać, choć czasem operator wybierał za nas, na kogo zwracać uwagę. Na koniec aktorzy wyszli nawet się ukłonić. Wyreżyserował to inny Czech Jakub Krofta. To dziwna sztuka – o ułomności wymiaru sprawiedliwości. Sama nie ustrzegła się pustych miejsc i niekonsekwencji. Z pewnością to jednak sztuka o czymś, prowokująca do rozmowy.

Z kolei impresaryjny teatr Scena Współczesna pokazał przed sylwestrem widowisko „I ty zostaniesz Chińczykiem”. W Ateneum był normalny tekst literacki, tu zbiór skeczy autorstwa dyrektora Włodzimierza Kaczkowskiego. To się już sprawdziło we wcześniejszym podobnym spektaklu „Krótka historia świata”.

Trzej aktorzy: znakomici Łukasz Matecki, Jarosław Domin i Adam Fidusiewicz podrzucają kolejne kwestie związane z chińską dominacją nad światem. Chwilami to pretekst, choćby do rozmowy o współczesnej Polsce. Nie tak doraźnej, jak w upolitycznionych kabaretach. To widowisko interaktywne, artyści zagadują publikę, inicjują wspólne śpiewanie – do świetnej muzyki Macieja Makowskiego. Pełnej interaktywności najbardziej brakowało w wersji on line, choć próbowano ją markować mówiąc do niewidocznych widzów. Padały nawet – zza kadru – odpowiedzi.

Co ciekawe, Scena Współczesna nie brała za obejrzenie pieniędzy od widzów. Wystarczyło wsparcie od warszawskiego samorządu. Trzeba było tylko wejść określonego dnia. Ateneum ma pokazać swoją premierę na żywo. „I ty zostaniesz Chińczykiem” już wystartowało w Garnizonie Sztuki. Dodano parę scen, które w wersji online nie miały sensu, bo polegały na dialogu z widzami. Kolejne spektakle zapowiedziano na marzec. Ale czy się odbędą?

Wiele innych teatrów: Polski, Współczesny i Powszechny w Warszawie, Nowy w Poznaniu, Słowackiego w Krakowie, sprzedawało dostęp do swoich spektakli. A zarazem trudno nie ulec wrażeniu, że tu i ówdzie zaspokajano prywatne marzenia o kameralnym, osobnym teatrze, który warto zrobić, albo przynajmniej do niego wrócić, skoro są jakieś fundusze. Nawet przy małej liczbie widzów.

I tak na przykład aktor Sebastian Cybulski powtórzył swój monodram „Pewniak”. Napisał to Marek Pituch, wyreżyserował Jakub Wons. Premierę miało to nieco ponad godzinne widowisko w Teatrze Old Timers Garage w Katowicach – przed siedmiu laty. Aktor wrócił do niego, bo Wawerskie Centrum Kultury dysponowało odpowiednimi środkami. – To ja się uparłem, ale dziękuję Centrum za życzliwość i wsparcie – mówi.

Dostaliśmy opowiastkę o jednym dniu hazardzisty i kombinatora, który – szykując się do własnego ślubu – próbuje spłacać długi. W coraz rozpaczliwszym rytmie kolejnych telefonów. Niby nic fundamentalnego, ale dzięki aktorowi to nieco ponad godzina solidnego trzymającego w napięciu teatru.
Fot. http://scenawspolczesna.pl
Co się dalej stanie z takimi przedsięwzięciami? Czy teatry tak jak inne instytucje będą skazane na hybrydowość? Gdy się widzi lęk gromadzącej się w nich publiki, że zaraz odwołają sezon, i wszystko się skończy – można tak przypuszczać. A może to droga do utrwalenia takich eksperymentów formą jak „Demony” z Dramatycznego? To trochę inny teatr niż ten sceniczny, ale jednak teatr.

Tyle, że jeśli teatr zostanie zamknięty na dłużej, nasilą się pokusy, aby w internecie pokazywać normalne spektakle. Nie wierzę aby to miała być przyszłość na zawsze, bo wierzę w teatr, zresztą w każdą sztukę, jako wspólnotę. Ale może to recepta na przetrwanie?

Czy w marcu Wawrzyniec Kostrzewski zdoła pokazać na scenie swoją długo wyczekiwaną wersję Szekspirowskiego „Króla Leara”. Z Haliną Łabonarską w roli tytułowej. Reżyser nie chciał przenosić spektaklu do internetu. Ale czy jego upór okaże się skuteczny?

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: „Ława przysięgłych” Ivana Klimy w reżyserii Jakuba Krofta. Fot. Teatr Ateneum/ Bartek Warzecha
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Pisanie sowieckiej ikony
Gułag opisywany jest jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”
Kultura Poprzednie wydanie
Polański kazał mu ufarbować włosy i znęcał się nad nim na planie
Reżyser posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
Kultura Poprzednie wydanie
Był uważany za obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym...
Grzegorz Brzozowicz wspomina Krzysztofa Krawczyka.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Burza nad szkołami aktorskimi. Przemoc czy metoda edukacyjna?
Oburzają się na Dejmka i Holoubka, że przeklinali w pracy, a nie mają nic przeciw dzisiejszym przekleństwom lewicowych aktywistów.