Kultura

Męczennicy z banderolą „16+”

No tak, barok. Czyli oczywiście dużo (za dużo) włóczni, falujących draperii oraz ich przedłużenia w postaci chmur i płomieni, tudzież muskułów, koni i liści akantu. Tylko co robić z wiórem światła, wbitym pod paznokcie apostoła?

W dawnych, pruderyjnych czasach muzealnicy mieli niemało kłopotu z nagością na wystawie i chwiejnością norm: dlaczego szanującej się damie nie wolno pokazać stopy, nawet przy wysiadaniu z powozu (nie mówiąc już o łydce!), a w muzeum można do woli podziwiać Wenus Kallipyge? Wiele powstało na ten temat anegdot i wiele gałązek jabłoni wiło się na obrazach w sposób stosowny raczej dla bluszczu lub powoju, by tylko osłonić jakoś wdzięki pramatki Ewy.

Z nagością, jak widać w muzeach i na reklamach, wszystko się z czasem, nomen omen, ułożyło. Znacznie mniej uwagi poświęcali dawni i nowi stróże moralności innemu wątkowi: okrucieństwu. A przecież świeża czerwień zrywanej wielkimi płatami skóry może porazić oczy niedoświadczonego widza mocniej i trwalej niż olśniewająca biel biustu.

Gotowanie, pieczenie, darcie skóry

Myślałem o tym na wystawie wielkich płócien Michaela Willmanna, otwartej w dawnej galerii Porczyńskich. Z jednej strony – całe szczęście, że publicystki „Wysokich Obcasów” nie są zbyt zainteresowane XVII-wiecznym malarstwem religijnym i nie trafią pod corazziańską rotundę na placu Bankowym w Warszawie, bo niezły podniosłyby pewnie raban.

Te obrazy mocno przypominają starą prawdę o Kościele, stojącym na krwi swoich męczenników. Ale przy niektórych z nich pojawia się myśl o „parental guidance”, wymaganej jeszcze czasem, nominalnie, na okładkach krwawych gier komputerowych. Uwiązany głową w dół święty Szymon, któremu wielkie zęby piły rozcięły krocze i sięgnęły już podbrzusza, święty Bartłomiej, któremu na wygiętej w tył ręce trzepoce skóra, jakby koszulę w pośpiechu przebierał – to są obrazy, które mogłyby zasłużyć na banderolę „16+”. A przecież przez stulecia śląscy pielgrzymi mogli dzięki nim obdarować świętego Szymona współczuciem – i zawierzyć mu w modlitwie.
Autoportret artysty z wystawy „Willmann. Opus magnum” we Wrocławiu. Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Legenda, jaka otacza te obrazy, jest potrójna: jedna dotyczy wyobrażeń męczeństwa, druga – malarza, trzecia – losów samych płócien. Nie wszystkie męczeństwa (na wystawie pokazano ich tuzin, towarzyszy im „Podniesienie krzyża” oraz „Oczekiwanie na Marię”) są poświadczone przez Ewangelię, niektóre są wręcz z nią sprzeczne – św. Jan Ewangelista najpewniej nie był żywcem gotowany w oleju, choć cudowne ocalenie z tych tortur wymieniano wśród związanych z jego osobą cudów.

Te obrazy męczeństwa – miażdżony pałkami św. Juda Tadeusz, św. Filip jako pierwszy ukrzyżowany głową w dół, św. Wawrzyniec pieczony żywcem na żeliwnym ruszcie – pochodzą z wczesnochrześcijańskich martyrologiów i z nich trafiły do katolickiego imaginarium. Nie są te obrazy argumentem w dociekaniach historyków: są głosem w sprawie o zadawanie i znoszenie cierpienia.

Rubens, Rembrandt albo nawet obydwaj

Legenda otacza postać historycznego jak najbardziej malarza – Michaela Willmanna, co się zowie środkowoeuropejskiego, nie dającego się do końca przypisać do żadnej konkretnej nacji.

Urodził się w Królewcu w roku 1630, jako poddany – no cóż, formalnie jeszcze Zygmunta III Wazy, króla Rzeczpospolitej, choć faktycznie bardziej chyba elektora Brandenburgii: był to już czas odpadania Prus od Korony. Kalwin, syn malarza Christiana (bardziej jednak rzemieślnika niż artysty), z dziewięciorgiem rodzeństwa jako dwudziestolatek ruszy od Amsterdamu. Nie ma dość środków, by formalnie zapisać się na naukę do któregoś z niderlandzkich mistrzów. Przez dziesięć blisko lat, zawadzając po drodze o Pragę, Wrocław, najpewniej Berlin będzie robił co innego: patrzał. Patrzał, szkicował, podglądał: w jukach (stać go było chyba konia?) wieźć będzie zasmarowane piórkiem i ołowiem szkicowniki.

Stąd te tropy, stąd to wrażenie widza, że mamy do czynienia z obrazami „super-barokowymi”, jakąś syntezą konceptów, tricków i wrażliwości. „Nie był typem eklektyka. Miał talent wydobywania cennych kruszców z różnych źródeł i przetapiania ich w tyglu twórczej wyobraźni w jeden organiczny stop” – pisze o nim bp prof. Michał Janocha, jeden z krytyków, którzy naprawdę znają się na tym malarstwie.

„Ojciec chrzestny religijnego banału” konał dwa tygodnie, trawiony gorączką. Przyczyn lekarze nie potrafili ustalić

Koniec nastąpił w Wielki Piątek, co dało pretekst do porównywania nieboszczyka z Jezusem. 2020 miał być rokiem Rafaela. Koronawirus zniweczył te plany.

zobacz więcej
W popularnych opracowaniach pisze się o WIllmannie do znudzenia, że „widać u niego wpływy i Rubensa, i Rembrandta”. Bawi trochę ta fraza, nawet tych, którzy nie pamiętają powieści o Lejzorku Rojtszwańcu i kupca Borysa Samojłowicza Hejfeca, w niespokojnych czasach NEP-u zachwalającego zdobyte pokątnie płótno słowami „To jest albo Repin, albo Rafael, albo nawet obydwaj”. Tyle, że Willmann rzeczywiście jest rembrandtowski i rubensowski. Gdybym był historykiem sztuki, dorzuciłbym mu jeszcze hojnie Poussina, z takim rozmachem szeleszczą aż gdzieś na samej górze, pod górną krawędzią ramy, liście wzburzonych drzew.

Z Rubensa ma to, co trochę się opatrzyło: patos wielopostaciowych kompozycji, zamarłych w nienaturalnej odrobinę, kulminacyjnej stopklatce. Z Rembrandta – to, co w malarstwie wydaje się wieczne: światło, gry światła, nieskończone odbicia, gasnące gradacje między błyskawicą, aureolą, stosem, coraz słabsze, z miliona lumenów schodzące do tysiąca w odblasku na zbroi, stu – w plamie światła na poplamionej i tak tunice Marii Magdaleny, tuzina – w rozjaśnieniu psiej sierści.

To światło ścieka i rozprasza się – a zarazem to ono porządkuje cały obraz, przeładowany poza tym trochę niewiastami, zwierzętami, cumulonimbusami oraz hełmami. Po tych hełmach widać, że studiował w Niderlandach: czy ginie św. Mateusz (I wiek), czy św. Wawrzyniec (III wiek), czy św. Tomasz Apostoł – nadzorujący kaźń żołdak nieodmiennie ma na głowie morion, czyli charakterystyczny łódkowaty hełm, wynaleziony u progu epoki nowożytnej przez Hiszpanów i dobrze zapamiętany nad Morzem Północnym po rajdach ks. Alby.

Hektary dachów, hektolitry farby

Wpisuje się też Willmann w pamięć o wojnie, która niemal ominęła Rzeczpospolitą – o wojnie trzydziestoletniej. Bo przecież gdyby nie ten kataklizm, który wyludniał ziemie niemieckie, gdyby nie potrzeba odbudowy klasztorów i świata – niespełna trzydziestoletni debiutant bez dorobku i tytułów nie zostałby zatrudniony przez Arnolda Freiberga – opata klasztoru w Lubiążu.
Lubiąż! Konkurent Eskurialu, największe w świecie opactwo cysterskie (i drugi co do wielkości obiekt sakralny, o czym nie zawsze pamiętają fani Angkor Wat). Hektary dachów, hektolitry farby. Trzydziestoletni Michael zatrudniony zostaje jako nadworny niemal malarz: przez kolejnych 40 lat z okładem, niemal do śmierci w 1706, choć będzie miał zamówienia i z Wrocławia, i z Krzeszowa, i z Kłodzka, choć nieraz spierać się będzie z kolejnymi opatami, spełniać się będzie w Lubiążu.

Ta część opowieści wygląda niemal na idyllę: Michael ustatkuje się, kupi tu dom z ogrodem, w którym wzniesie prawdziwe atelier, a w roku 1662 ożeni się z młodą wdową, Heleną Lišką. Nie zachował się niestety jej portret, ale czytając relacje o jej urodzie i widząc kształt nazwiska, słyszę niemal w tyle głowy frazę z ballady Jaromira Nohavicy o młodej żonie gdzieś ze Śląska: „Mluvila by polsky, a trochu česky, pár slov německy, a smála by se hezky…”. I nawet, jeśli Helena raczej mluvila česky, a trochu polsky, poza tym wszystko się zgadza: z pewnością miała zachwycający uśmiech, doczekali się pięciorga dzieci (syn, Michael Młodszy, przejął po ojcu pracownię), a sam malarz rychło po ślubie, w 1663 przeszedł na katolicyzm – raczej nie z oportunizmu, skoro opatowi przez trzy lata nie przeszkadzało obstalowywać płótna u kalwina…

Dziewica spod Pleszewa

Jej babka od romansów nie stroniła. Poczęła siedmioro dzieci, a każde z innym ojcem. Wnuczka nie interesowała się mężczyznami, w końcu wyszła za mąż, ale małżeństwo nigdy nie zostało skonsumowane.

zobacz więcej
I tak żyli, bogobojnie, w świecie językowo polsko-czesko-niemieckim, a wyznaniowo – kalwińsko-katolickim, w złotym wieku Śląska, a już na pewno Lubiąża, rozkwitającego właśnie wtedy Eskurialową fasadą. Tylko kiedy Willmann zdążył zobaczyć i naszkicować te twarze?

Płótna życia

Bo to właśnie ma przede wszystkim z Rembrandta, oprócz światła: to, co autorzy prospektów i broszurek nazywają „psychologizmem”, a co sprawia, że zatrzymujemy się na długo przed każdym z tych obrazów. To nie są, jak chce jeden z autorów świetnego zresztą katalogu towarzyszącego warszawskiej wystawie, „twarze uduchowione”. Przynajmniej nie wszystkie: świętego Wawrzyńcowi, skręconemu łańcuchem na ruszcie (od nóg podnosi się biały dym z pękającej skóry) błyskają białka oczu, które uciekły pod powieki, jak staruszce, która zemdlała na przydługiej mszy. Święty Maciej położył na rzeźnickim pniaku głowę, którą mu zaraz zetną, nie tyle „w pokorze”, co w stanie skrajnego znużenia, takiego, które rodzi absolutną obojętność. Z tego ciała zeszło już powietrze, w przyklęknięciu jest złożone na troje, jakby szykowano je już do umieszczenia w przenośnym relikwiarzu, twarz osunęła się cała w jednym oczekiwaniu: na wyzwolenie. Nunc dimittis, Domine! – choć Maciej powiedziałby to pewnie po hebrajsku.

Cykl „Męczeństwa Apostołów” powstawał przez blisko czterdzieści lat, od 1661 do końca wieku. Ponad dwadzieścia wielkich, kilkumetrowych płócien (nie wszystkie pokazane są na wystawie) wytycza bieg życia Willmanna: zaczynał malować męczenników jako trzydziestolatek, który zdobył właśnie posadę życia – kończył u progu starości, udręczony chorobą, wydawszy za mąż córki i syt wieści ze świata: a to o wiktorii wiedeńskiej, a to o blasku króla-Słońce, a to o wojnie północnej, której straszne ofensywy ominą Lubiąż. Nie ominęły go wojny śląskie – a protestanccy Prusacy bibliotekę ukradli, zakon skasowali, a w klasztorze urządzili przytułek.

Ratunek przed Sowietami

Stokroć straszniejsza była dlań kolejna ofensywa. W lutym 1945 weszli do Lubiąża Sowieci, którzy pokazali, co potrafi Armia Radziecka. Rozwalili kolbami trumny Piastów śląskich, złote berły i jabłka poupychali do plecaków jak papierośnice, a zmumifikowane zwłoki rozrzucili po posadzce lub poćwiartowali: wot, grafy kakije! Co się dało, spalili, co się nie spaliło – przerobili najpierw na magazyn, a potem na szpital psychiatryczny dla stacjonujących na Dolnym Śląsku jednostek.

I wtedy nastąpiło nie tyle rozejście się, co rozdzielenie apostołów. W ramach gry o ocalenie dóbr „Ziem Odzyskanych” przed Sowietami władze polskie zdołały ewakuować z Lubiąża niemal cały „cykl apostolski” i przewieźć go do Warszawy, a następnie przekazać do dyspozycji warszawskiej Kurii Metropolitalnej.
Chciałbym kiedyś zostać wpuszczony do archiwum Archidiecezji: jak mógł wyglądać protokół przekazania jesienią 1950 roku (FSO wypuszcza pierwsze licencyjne Pobiedy, rusza plan sześcioletni, KBW przeczesuje Lasy Janowskie) „Ukrzyżowania św. Piotra” parafii św. Stanisława Kostki, a „Męczeństwa św. Bartłomieja” – kościołowi Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim?

Cykl (nie cały) odtworzono po 70 latach: najpierw, w grudniu 2019 roku, na wystawie „Willmann. Opus magnum” w Muzeum Narodowym we Wrocławiu – a następnie w oddziale Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego w Warszawie.

Za chwilę św. Jan Ewangelista wróci na Targówek (kościół Chrystusa Króla), a św. Andrzej – do kościoła na Grzybowie. Stanąwszy na środku rotundy dawnego Banku Polskiego można na nich patrzeć jak w panoptykonie – obracając się w koło, aż zakręci się w głowie od spłowiałej czerwieni. Można też jednak podejść bliżej, ku zaniepokojeniu strażnika dotknąć niemal płótna (jedyna okazja: u Stanisława Kostki i na Grzybowie te obrazy wiszą wysoko, w półmroku) i przyjrzeć się wierzchowi dłoni św. Jana, żeby zrozumieć trochę, jak robi się malarstwo. Na jasnym tle położona jest smużka bieli ołowiowej, nie dłuższa niż pasta wyciskana na szczotkę do zębów. Smużka, i jeszcze nieregularny trójkąt obok, z przekoszonym, nierównym bokiem. Ta smużka, jeśli cofnąć się o pięć kroków, spojrzeć, zmrużyć oczy, znowu się cofnąć (warto zdążyć, zanim strażnik podejdzie bliżej) zamienia się w odblask światła na jednym z kajdanów apostoła. Tak po prostu.

Nie wiem, w jakich dokładnie okolicznościach wywożono z Lubiąża obrazy Willmanna w roku 1950, więc to, co tu napiszę, ma wartość jedynie spekulacji. Lubię jednak wyobrażać sobie któregoś z pacjentów działającego tam szpitala, który – zarośnięty, chudy, rozdygotany, po tygodniu w pasach (medycyna sowiecka nie znała w tamtym czasie neuroleptyków) kuśtyka w stronę ściany, na której wiszą jeszcze ostatnie płótna.

Święty Filip wygląda z daleka jak wielka, woskowa, przybrudzona świeca: długie nogi związane ciasno, rozchełstane, szare szaty. Nie sięgające ziemi, rozcapierzone dłonie są jak strużki wosku, wielkie paluchy stóp przypominają zgaszony knot. Trzeba podejść naprawdę blisko, żeby zobaczyć już stygnącą, ale jeszcze niezakrzepłą krew na postrzępionych, siwych wąsach. Trzeba podejść jeszcze bliżej, żeby zobaczyć, że zapuchnięte, oliwkowe oczy nadal czegoś wyglądają.

Święty Mateusz odprawia mszę twarzą do ołtarza. Trochę teatralnie nie słyszy nadbiegających już z włóczniami żołnierzy, chociaż wierni wokół mają usta otwarte w krzyku. Willmannowi odrobinę uciekła perspektywa i figura Chrystusa z jasnego drewna wisząca nad ołtarzem wygląda trochę jak dym, podnoszący się z rozłożonych dłoni apostoła.

Lubię myśleć, że widok któregoś z tych obrazów mógł Iwana czy Griszę – napatrzonych przecież do syta okropieństw wojny, które popchnęły ich w szaleństwo – uleczyć, nie przerazić.

– Wojciech Stanisławski

Tekst dedykuję Tomaszowi Morawskiemu, dzielnie walczącemu z chorobą

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wystawę „Willmann encore. Męczeństwa apostołów” można oglądać w Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, Oddział im. Kolekcji Jana Pawła II, Warszawa, plac Bankowy 1. Wystawa dostępna od wtorku do niedzieli w godz. 12.00 -18.00 (ostatnie wejście godz. 17.30).
Zdjęcie główne: Fragment obrazu "Męczeństwo św. Wawrzyńca" pędzla Michaela Willmanna. Fot. Mt 5,14
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Po co żyjemy i dlaczego cierpimy? Kłębowisko emocji w Narodowym
Tak, łzy mi pociekły w finale „Trzech sióstr”.
Kultura Najnowsze wydanie
W tym roku mija 40 lat od karnawału Solidarności w Jugosławii.
Zachód był dla nich otwarty. Brytyjscy dziennikarze z uznaniem pisali o ich scenie rockowej.
Kultura Poprzednie wydanie
Spektakle oglądane „przez szybkę”
Czy teatry tak jak inne instytucje będą skazane na hybrydowość? Ledwie odmrożono sceny, a mówi się o ich ponownym zamrożeniu.
Kultura Poprzednie wydanie
W PRL nie istniał James Bond ani „Łowca jeleni”
Filmy, o których wszyscy słyszeli, a nie mogli zobaczyć przed 1989 rokiem.
Kultura wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Zaniechała obserwacji bliźnich. Może to efekt podróży do Japonii?
Zwróciła się ku przedmiotom. Im starsze i zużyte, tym bardziej „uczłowieczone”.