Rozmowy

„Nikt nie jęczał i nie płakał”. O bosonogiej dziewczynce, która została gwiazdą

Danusia mi opowiadała, że bardzo ją bawiła scena umierania, kiedy musiała się położyć na leżance z różańcem w ręku. Wtedy dochodziła do niej refleksja, że to nie jest pora, by umierać i zrywała się z łóżka. I tą scenę nakręcali kilka razy, bo nie mogła się w nią wczuć – wspomina Barbara Paluchowa, malarka, poetka, redaktor naczelna miesięcznika „Znad Popradu” z Piwnicznej Zdroju. Jest autorką książki dla dzieci „O góralce Hanusi i panience Danusi”, opowiadającej o dzieciństwie wybitnej polskiej aktorki. Prywatnie przyjaźniła się z nią przez wiele lat.

Danuta Szaflarska urodziła się 6 lutego 1915 roku w Beskidzie Sądeckim we wsi Kosarzyska i tam spędziła dzieciństwo. 75 lat temu zagrała w pierwszym swoim i pierwszym powojennym polskim filmie – „Zakazane piosenki”. A 50 lat temu w pierwszym w jej karierze serialu telewizyjnym – „Samochodzik i templariusze” (żona Lucjusza, odcinki: 1-3). Występowała na scenie i ekranie prawie do końca życia. Zmarła 19 lutego 2017 roku w wieku 102 lat.


TYGODNIK TVP: Danuta Szaflarska była pani szczególnie bliska?

BARBARA PALUCHOWA:
Była moją bratnią duszą. Wydawało mi się, że znam ją od małego dziecka, że możemy sobie wszystko powiedzieć. Ceniłam w niej szczególnie szczerość i otwartość – to co miała na myśli, miała też na języku. Była taka prostolinijna, normalna i naturalna, mimo trudnego życia, jakie miała.

Jako mała dziewczynka podziwiałam ją w filmie „Zakazane piosenki”. Zachwycałam się jej rolą i urodą. Nigdy jednak nie przypuszczałam, że kiedyś poznam ją osobiście. Nasze drogi zeszły się niedługo po powstaniu gazety „Znad Popradu”, którą mam przyjemność do tej pory prowadzić. Danuta zamówiła sobie nawet prenumeratę, bo chciała być na bieżąco z tym, co dzieje się w jej rodzinnym regionie.

W 2000 roku zbliżała się 85. rocznica jej urodzin i postanowiłam z tej okazji zorganizować benefis Szaflarskiej w Piwnicznej, aby mieszkańcy bliżej poznali aktorkę. Danka przyjechała na uroczystość dorożką ustrojoną w polne kwiaty, do której zaprzężony był łaciaty koń pana Kluski. Zajechaliśmy pod pijalnię wody mineralnej „Piwniczanka” wraz z piwniczańską regionalistką Wandą Łomnicką-Dulak. Tłum ludzi uroczyście Szaflarską przywitał. Usiadła w pierwszym rzędzie, obok ówczesnych władz z Piwnicznej i powiatu. Zarzucono jej też na szyję wełnianą chustę tybetkę. Spotkanie było bardzo udane. Danuta została wspaniale uhonorowana i nie kryła łez wzruszenia. A po benefisie powiedziała do mnie: „Mówmy sobie po imieniu, jestem Danka”. To było dla mnie nieprawdopodobne zaskoczenie i ogromny zaszczyt, bo w ogóle się tego nie spodziewałam. Oczywiście chętnie na to przystałam.
I tak zaczęła się znajomość, która z czasem przerodziła się w przyjaźń. Jaka była Danuta Szaflarska na co dzień, o czym rozmawiałyście?

Nie miałyśmy częstych okazji do spotkań, bowiem Danuta większość roku była w Warszawie. Czasami rozmawiałyśmy przez telefon o tym i owym, a osobiście spotykałyśmy się, kiedy przyjeżdżała do Kosarzysk na letni wypoczynek. W rodzinnej miejscowości wybudowała sobie drewniany dom dwuizbowy ze spadzistym dachem i mieszkała w nim całe lato.

Kiedy ją odwiedzałam, przynosiłam jej jabłka Oliwki Kronselskiej z mojego ogrodu. Cieszyła się z nich jak dziecko. Kronselka to wspaniałe francuska odmiana, która się u mnie ostała do tej pory. Zakładam, że umrze ze starości, a nie po wycięciu.

W Danucie urzekło mnie, że zawsze była sobą, w życiu prywatnym nie grała. Była wspaniałą aktorką i niczego jej nie brakowało, a nie była napuszona, nie wywyższała się. Kiedyś zażartowała, że grając w spektaklu „Królowa Chmur” w Teatrze Telewizji to tak naprawdę zagrała mnie. To było przedstawienie o emerytowanej malarce, którą syn chce oddać do Domu Starców i ona z tego powodu bardzo cierpi.

Często ją odwiedzałam również z koleżankami z redakcji: Marią Lebdowiczową i Wandą Łomnicką-Dulak. Klimat naszych spotkań był niepowtarzalny. Przytoczę jedne z takich odwiedzin. To był ciepły, piękny, bezwietrzny dzień letni. Słońce myszkowało wśród drzew, a do domu Danuty szłyśmy stromą ścieżką, po drodze wdychając zapach przekwitających ziół. Danusia czekała na nas, stojąc na górce przed swoim domem. Przywitała nas z otwartymi rękami, a Marysia wyciągnęła z wielkiej torby ciasto z jagodami i położyła na stoliku przed domem. Danuta uwielbiała ciasto kruche lub półkruche z borówkami – tak u nas nazywa się te leśne owoce. Po góralsku to są jafry.

Optymistka z uśmiechem dziecka. Taka była Danuta Szaflarska

„Dobiegnięcie do setki traktuję jak wyścig. Jak mi się uda dobiec, to będzie zabawnie”.

zobacz więcej
Danusia pobiegła do domu robić kawę, słychać było tylko tup, tup po tych wąskich schodach. Pomyślałam sobie: „O mój Boże, ona ma przecież 93 lata” (śmiech). Pobiegłam za Danusią i powiedziałam: „Będę ci robić zdjęcia, od dzisiaj do końca świata”. A ona na to: „ A rób co chcesz, pstrykaj do woli”. Zaczęłam więc od robienia zdjęć jak się krząta po kuchni. To było skromne wnętrze: ściany z drewnianych bali utykanych warkoczami ze słomy, ceglany piec, malutki stolik pod oknem i tapczan z siennikiem, na którym spała.

Wróciła do nas z kawą i zaczęła się ciepła, bezpretensjonalna rozmowa. Wypytywała nas o Kosarzyska, o ludzi tutaj żyjących. Najbardziej lubiła opowiadać o swoim dzieciństwie spędzonym w Kosarzyskach, chętnie wracała do tego tematu. Wątek luźnej i zwyczajnej pogawędki wplatał się w ciepłą osnowę tego letniego dnia, tego spokoju i pachnącej ciszy. To była pięknie spędzona chwila.

Danuta Szaflarska zawsze podkreślała swój sądecki rodowód. Jak mówiła, lubiła wracać do Kosarzysk, bo tu najlepiej ładowała swoje akumulatory. Co ją tak szczególnie pociągało w tym miejscu?

Chyba wspomnienia z dzieciństwa właśnie. Tu spędziła pierwszych dziewięć lat życia, kiedy rodzice pracowali w wiejskiej szkole w Kosarzyskach. Biegała więc na bosaka po leśnych ścieżkach i skakała w potoku, który poniżej płynie. Gdy ojciec zmarł nagle, jej matka podjęła decyzję o przeprowadzce do kamienicy w Nowym Sączu, gdzie Danuta uczęszczała do prywatnego gimnazjum matematyczno-przyrodniczego dla dziewcząt.

Myślę jednak, że te lata spędzone w Kosarzyskach były dla niej najpiękniejsze. Zapamiętała je do końca życia. Były pełne wolności, braku ograniczeń, bezpośredniego kontaktu z naturą, przyrodą, która do dziś jest piękna, mimo że jest tak przez nas uparcie niszczona. Ciągnęło ją po prostu do tych dziewiczych miejsc, które dały jej ogromną radość.
Królowa chmur
Dla ówczesnych ludzi dzieciństwo nie było chyba takie beztroskie. Niektóre dzieci musiały pracować od najmłodszych lat, jak choćby góralka Hanusia, która od dziewiątego roku życia opiekowała się małą Danusią.

Tak, to prawda. Panowała niewyobrażalna bieda, o której my nie mamy pojęcia. W wielu wiejskich domach były zazwyczaj dwie izby: w jednej mieszkali ludzie, w drugiej (bywało, że w zimie) owce lub na przykład krowa. I tak się nawzajem ogrzewano. Zwierzęta stały lub leżały na ściółce i wydzielały ciepło.

Nie w każdym gospodarstwie była krowa. Jej właściciele zazwyczaj masło i śmietanę sprzedawali, aby mieć za co kupić naftę, zapałki czy inne podstawowe rzeczy. Natomiast jadło się zazwyczaj ziemniaki i kapustę, które można było posadzić na pobliskim spłachetku ziemi, wydartej piwniczańskim skałom. Coś tam rodziła, ale nie tak obficie. Jadło się też placki owsiane pomieszane z otrębami owsianymi. Na przednówku, czyli wczesną wiosną, kończyły się zimowe zapasy, nie było zatem co jeść. Był głód i szerzyła się gruźlica lub inne choroby. Poznawałam wiele takich historii, przygotowując album „Dar pamięci”. Wiele godzin rozmawiałam ze starszymi ludźmi, którzy te czasy dobrze pamiętali.

Rodzice Hanusi mieli 11 dzieci i aby móc wyżywić całą rodzinę, niektóre z nich musiały pracować. Państwo Szaflarscy potrzebowali opiekunki dla małej Danusi, przygarnęli więc do siebie małą góralkę. Była odpowiedzialna za przynoszenie wody, drewna, pilnowanie ognia w piecu i zajmowanie się dzieckiem, które zapewne wrzeszczało w tej kolebce ile wlezie, jak znam charakter Danki (śmiech). Hanusia – a właściwie Anusia – opiekowała się nią do czasu jej przeprowadzki do Nowego Sącza. Później awansowała na gosposię. To był taki wyższy poziom w służbie. Widocznie Szaflarscy byli zadowoleni z jej pracy. Była skromna i taka została do końca swoich dni.

Zadziorność Kulig, temperament Szaflarskiej, kapsuła czasu i sądeckie Oskary

Mają związki z niderlandzką rodziną królewską, własne wino spod Tokaju, drzwi na świat, ale i zapach naftaliny. Ludzie, którzy „z gór widzą lepiej”.

zobacz więcej
O czym można również przeczytać w pani książeczce dla dzieci „O góralce Hanusi i panience Danusi”, która opowiada o niezwykłej przyjaźni dwóch dziewczynek z odmiennych światów. Co panią zainspirowało do jej napisania?

Na początku książka miała mieć tytuł „O panience Danusi”. Danuta się obruszyła: „Jak to tylko będzie o mnie, przecież tam była również Hanka”. Danusia była bardzo skromną osobą. Nie lubiła, jak się dużo o niej mówi. Robiła swoje i tyle.

Przyjaźń to jest naprawdę coś wielkiego i posiadać prawdziwego przyjaciela jest ogromnym szczęściem dla człowieka. Danuta była przywiązana przez całe życie do Hanusi. Kiedy przyjeżdżała na lato do Kosarzysk, to pierwsze kroki kierowała właśnie do swojej byłej piastunki, która tu żyła do końca swoich dni.

Danusia nie miała góralskiego rodowodu, bo jej rodzice pochodzili z miasta, ale Hanka wprowadziła ją w ten inny świat. Jak ją bawiła, przewijała czy karmiła, to zwracała się do niej w miejscowej gwarze, więc Danusia, gdy podrosła, posługiwała się nią całkiem nieźle. Bawiła się też z miejscowymi dziećmi, więc niezauważenie i z wielką przyjemnością przyswoiła sobie ten język.

To było dzieciństwo bosonogie. Dzieci z powodu biedy nie miały odpowiednich ubrań czy butów. Buty przechodziły z pokolenia na pokolenie. Zakładano je tylko podczas specjalnych uroczystości, jak choćby podczas nabożeństwa w kościele. Danuta pokazała mi stare zdjęcia, na których wszystkie dzieciaki były bose. Opowiadała, jak biegali bez butów na lekcje religii, na przykład na przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. Zapytałam ją: „Jak nie pokaleczyłyście sobie nóg na tych kamieniach?”. A ona odpowiedziała: „E tam, każde miejsce znaliśmy i nie było z tym problemu. Czasami ktoś tam upadł i otarł sobie kolana czy tam łokcie i na tym się kończyło. W potoku się zimną wodą ranę opłukało. Nikt nie jęczał i nie płakał”.
Inny świat
Opowiadała mi też o różnych zabawach. Wystawiano na przykład teatrzyki. Koc się zaciągało na drzwi i przedstawiało na przykład jak ksiądz udziela ślubu, chrzcin czy pogrzebu. Widać było, że od małego ją ciągnęło do aktorstwa. Bawiono się również w sklep. Kamyki czy ziarenka trawy były do sprzedania, udając warzywa czy kaszę.

Słuchając opowieści o jej dzieciństwie pomyślałam zatem, że warto by było taką książkę napisać. Na początku Danusia była sceptyczna wobec tego pomysłu, ale ją przekonywałam, że warto, aby ludzie wiedzieli jak wyglądało życie najmłodszych przed stu laty. Dzisiejsze dzieci nie mają świadomości, że kiedyś nie było tylu wygód, choćby prądu, radia, telewizji, o smartfonach nie wspominając. Mój wnuk był przerażony, że kiedyś tak było, nie chciał mi uwierzyć w opowieści o dawnych czasach, był przekonany, że żartuję.

W moim dzieciństwie też nie było mediów i jakoś się nie nudziliśmy. Po odrobionych lekcjach pół dnia spędzaliśmy na zewnątrz, całymi gromadami biegaliśmy po łąkach i wtedy nawiązywały się prawdziwe przyjaźnie, długie znajomości. Rodzice wołali nas, kiedy zapadał zmrok. To dzieciństwo było takie proste i niewinne i nacechowane dużą dawką swobody. Tę swobodę Danuta ceniła sobie ponad wszystko.

Dzieciństwo w górach ukształtowało Danutę Szaflarską na całe życie. Była twardą i wytrwałą kobietą, mimo różnych trudnych chwil i przeciwności losu nie poddawała się, tylko uparcie szła do przodu.

Góry są cudowne, ale mogą być też bardzo nieprzyjazne. Po 15 minutach wędrówki na szlaku potrafi pojawić się czarna chmura na niebie, zrywa się potworna wichura i ulewa z piorunami. Trzeba się więc szybko schować wśród traw i siedzieć pokornie z głową między kolanami, dopóki żywioł nie przejdzie. A potem nagle rozsuwa się zasłona, jest ponownie błękitne niebo i srebrzysta polana od deszczu, który spadł tu przed chwilą. I promienie słoneczne ponownie radośnie skaczą. To są nieprawdopodobne przeżycia, nie do opowiedzenia. Dlatego się nie dziwię, że tak wiele ludzi kocha góry mimo tylu niebezpieczeństw.

Czarne, z biskupką na głowie, agresywne i chowają się po krzakach. A rządzą góralami

Mają się coraz lepiej, tak jak wciąż popularne wierzenia magiczne, choćby rzucanie uroków czy trzymanie sznura wisielca.

zobacz więcej
U nas w regionie góry są twarde, to jest lita skała. Uczą pokory, zaprawiają ludzi do późniejszej walki z trudnościami. Dlatego wszyscy ludzie, którzy się wychowali w takim miejscu mają wrodzoną odporność na przeciwności losu. Danka zapewne też taką zaprawę dostała, co jej pomogło, kiedy wybuchła II wojna światowa. Wychowywała dzieci w tak strasznych warunkach, szczególnie panią Marię, która urodziła się w czasie wojny. Nigdy nie zawahała się zaryzykować. Podczas Powstania Warszawskiego przenosiła konspiracyjne papiery, niosąc małą córką Marysię w plecaku. To chyba świadczy o jej ogromnej odwadze. Ta determinacja pomogła jej w realizacji swoich marzeń o aktorstwie. Dopięła swego i pokazała, że warto walczyć o marzenia.

Danuta Szaflarska to ikona polskiego aktorstwa. Zagrała w 80 filmach i stu spektaklach. Jak twierdziła, odmówiła zagrania mniej więcej tylu ról, ilu się podjęła, bo nie chciała iść na kompromisy i nie tolerowała grafomanii. Czy ma pani jakąś jej ulubioną rolę?

Film, który jest dla mnie znakomity i każdy powinien go obejrzeć, to „Pora umierać”. Reżyserka Dorota Kędzierzawska mówiła mi, że ta rola została napisana specjalnie dla Danuty, pod jej konstrukcję psychofizyczną, spojrzenie na świat, jej empatię wobec ludzi. Danusia zagrała tę rolę w wieku 91 lat.

Bohaterka filmu, sędziwa pani Aniela, mieszka z ukochaną suczką Filą w przedwojennej, drewnianej willi w Warszawie. Po latach dzielenia obszernego lokum z licznymi, dokwaterowywanymi lokatorami, wreszcie pozbywa się ostatniego z nich. Ale jej syn nie zamierza spełniać matczynych marzeń o zamieszkaniu z nią na powrót w rodzinnym domu. Nie mają na to również ochoty jego żona ani wnuczka. Na domiar złego, nowobogacki sąsiad pani Anieli chce odkupić działkę z willą, aby ją potem rozebrać, bowiem zasłania mu widok. Syn kobiety potajemnie próbuje się dogadać z sąsiadem, Aniela jednak nie wyobraża sobie sprzedaży domu, który ma dla niej wartość sentymentalną. Oburzona zdradą syna, Aniela miała odegrać scenę, że umiera. Szybko jednak zmienia zdanie. Postanawia działać i walczyć o swoje miejsce.
Danusia mi opowiadała, że bardzo ją bawiła scena umierania, kiedy musiała się położyć na leżance z różańcem w ręku. Wtedy dochodziła do niej refleksja, że to nie jest pora, by umierać i zrywała się z łóżka. I tą scenę nakręcali kilka razy, bowiem nie mogła się w nią wczuć.

Uważam, że ten film jest niezwykły, wzruszający i pozostaje w pamięci. Opowiada o czystym człowieczeństwie. Główna bohaterka myśli o swoich dzieciach, kocha je z całego serca, a one ją niestety zawodzą, traktując matkę bardzo instrumentalnie.

W tym filmie można posłuchać charakterystycznego tupania Danusi, które kojarzę z naszych spotkań w Kosarzyskach. Kiedyś się jej zapytałam: „Czy to ty tupałaś w filmie, czy ktoś to robił za ciebie?”. Odpowiedziała: „A po co ktoś ma to robić za mnie, sama sobie tupię, a czy ja nie umiem chodzić?”. Tę sprawność fizyczną, żywotność wyniosła z dzieciństwa. Było ono żwawe, pełne ruchu i wyzwań dla drobnego ciała.

Wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem jej wigoru i energii na scenie. Ba, nie rozstała się z aktorstwem niemalże do końca swoich dni.

Danuta była osobą o drobnej konstrukcji, więc zapewne jej to pomagało. Do końca była szczupłą, zgrabną, piękną i delikatną kobietą, tylko nieco dotkniętą czasem.

Zdarzył się jednak wypadek, który miał wpływ na przerwanie jej kariery aktorskiej. Było to podczas próby na deskach Teatru Żydowskiego. Danuta miała zamarkować podskok. Jednak na tyle ufała swojemu ciału, że podskoczyła naprawdę. To się niestety skończyło niefortunnym upadkiem i złamaniem biodra. Potrzebna była natychmiastowa operacja. O jej powodzenie modliliśmy się w Piwnicznej podczas mszy świętej. Dwa dni żyliśmy w niepewności. Na szczęście Danuta sobie poradziła. Operacja się udała. Potem już była w domu, gdzie powoli wracała do pełni sił. Kiedy z nią rozmawiałam przez telefon mówiła, że wróci na scenę, tylko musi się pozbierać.

Czuwają nad nami zbiegi okoliczności

– Łukasz urodził się tego samego dnia, co moja mama. Mama już odeszła, a on jest. Ta zbieżność jest symboliczna – mówi Jolanta Fraszyńska, jedna z bohaterek książki Łukasza Maciejewskiego pt. „Aktorki. Portrety”.

zobacz więcej
Danusia była już bardzo zmęczona. Podczas naszej rozmowy telefonicznej powiedziałam jej, że my tu wszyscy o niej pamiętamy, uważamy ją za klejnot w koronie Piwnicznej, za polską Perłę. Na koniec dodałam, że ją ściskam mocno, z całego serca. A ona zaczęła się wtedy śmiać i powiedziała: „Ty mnie lepiej tak za bardzo nie ściskaj, bo takie stare perły jak ja, to się potrafią rozsypać”. I to był nasz ostatni kontakt. Kilka tygodni później zmarła. Myślę, że odeszła spełniona i szczęśliwa.

Śmierć Danuty Szaflarskiej musiała wywołać smutek w Piwnicznej, czy wciąż pani jej brakuje?

Tak. Bardzo. Piszę obecnie książkę wspomnieniową i chcę Danusi poświęcić cały rozdział. Brakuje mi jej poczucia humoru i optymizmu. Nie użalała się nad sobą, wręcz przeciwnie. Mawiała: „Jak coś cię boli, to trzeba wierzyć, że zaraz to minie. Wystarczy kilka przysiadów i można iść do przodu” (śmiech). Przytaczała różne sytuacje, z których można było się pośmiać. Opowiadała, jak kiedyś kręcili film na bagnach i jedną ze scen powtarzano kilkanaście razy, a tam tak niemiłosiernie gryzły komary, że nie dało się wytrzymać.

Brakuje mi też jej autentyczności i szczerości, bo dziś jest mało takich ludzi. Jest inny świat, inny czas i inaczej trzeba do tego wszystkiego podchodzić.

Była obdarzona przez Boga różnymi talentami i umiejętnością przejścia przez życie z godnością i uśmiechem. Do końca trzymała fason. Miała zapewne wady, jak każdy, ale ja ich nie widziałam, oprócz jednej.

Jakiej?

Jak każda kobieta miała w sobie trochę próżności (śmiech). Mimo, że pod koniec życia miała problemy ze wzrokiem, nigdy nie chciała założyć okularów.
Role Danuty Szaflarskiej
Kiedy w Piwnicznej była premiera filmu „Inny świat”, weszłam do niej na zaplecze i mówię: „Dzień dobry”. Ona zaczęła mrużyć oczy i podniosła głowę mówiąc: „A to Basia, poznałam cię po głosie”. Bardzo źle widziała. Na spotkanie z mieszkańcami wzięliśmy ją pod rękę – z jednej strony ja, z drugiej operator kamery – i zeszliśmy ze schodów, a na dole Danka odtrąciła nas i dziarskim krokiem – tup, tup – weszła sama na salę. Myśmy zdrętwieli w obawie, żeby się nie potknęła. Ale poradziła sobie dobrze. Za żadną cenę nie chciała się przyznać publicznie, że ma słaby wzrok i powinna coś z tym zrobić. „Po co mi okulary? Jak list jakiś przyjdzie, to czytam przez lupę” – mówiła.

Jaką ją pani zapamiętała?

Jako cudownego człowieka, wspaniały skarb. Jestem wdzięczna, że obdarzyła mnie takim zaufaniem. Na zawsze zostanie moją największą przyjaciółką w życiu. Czasem sobie o niej myślę i o wszystkich innych koleżankach i kolegach, którzy byli już w takim wieku, że ich wezwano do lepszego świata. Mam nadzieję, że tam są teraz, wolni i dobrze się bawią.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Danuta Szaflarska – a właściwie Zofia Danuta Szaflarska, pseudonim w Armii Krajowej „Młynarzówna” – urodziła się 6 lutego 1915 roku w Kosarzyskach (obecnie to osiedle sądeckiego miasteczka-uzdrowiska Piwniczna Zdrój).

Karierę aktorską zaczynała na deskach teatralnych: we wrześniu 1939 roku debiutowała w Wilnie w Teatrze na Pohulance, grając Pernette w spektaklu „Szczęśliwe dni Pugeta” (w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego). Aktywność w swym zawodzie zakończyła również w teatrze, w listopadzie 2016 roku, w wieku 101 lat (rok po ostatnim filmie). Grała wówczas w sztuce „Sklep przy głównej ulicy (jako Rozálie Lautmanová) – spektakl nie został jednak zrealizowany. W tym samym roku miała też ostatnią rolę – matki Izaaka – w Teatrze Polskiego Radia w „Tam, gdzie rosną poziomki”.

Była najdłużej pracującą i żyjącą polską aktorką. Zagrała w filmach takich, jak „Zakazane piosenki” (Leonard Buczkowski, 1946), „Skarb” (Buczkowski, 1948), „Ludzie z pociągu” (Kazimierz Kutz, 1961), „Sadze” (Filip Bajon, 1973), „Dolina Issy” (Tadeusz Konwicki, 1982), „Korczak” (Andrzej Wajda, 1990), „Pożegnanie z Marią” (Filip Zylber, 1991), „Diabły, diabły” (Dorota Kędzierzawska, 1991), „Pajęczarki” (Barbara Sass-Zdort, 1993), „Faustyna” (Jerzy Łukaszewicz, 1994) „Tydzień z życia mężczyzny” (Jerzy Stuhr, 1999), „Przedwiośnie” (Filip Bajon, 2000), „Żółty szalik” (Janusz Morgenstern, 2000), „Pora umierać” (Kędzierzawska, 2007), „Ile waży koń trojański?” (Juliusz Machulski, 2008), „Janosik. Prawdziwa historia” (Agnieszka Holland, Kasia Adamik, 2009); „Pokłosie” (Władysław Pasikowski, 2012), „Inny świat” (Kędzierzawska, 2013), „Między nami dobrze jest” (Grzegorz Jarzyna, 2014).
„Zakazane piosenki” były pierwszym pełnometrażowym filmem polskim po wojnie, upamiętniającym aktywność warszawiaków w czasie okupacji. Szaflarska zagrała pierwszoplanową rolę kobiecą – Halinę Tokarską działającą w organizacji podziemnej. Jeszcze przed ukończeniem zdjęć aktorka pojawiła się na okładce pierwszego numeru czasopisma „Film”, w którym wydrukowano wywiad z nią, a także na okładce noworocznego numeru tego pisma w 1947 r., w towarzystwie jej filmowego brata Romana, granego przez Jerzego Duszyńskiego. Film miał premierę 8 stycznia 1947 roku i cieszył się ogromną popularnością.

Za rolę w „Pora umierać”, w której jako starsza kobieta walczy o swą własność i godność, otrzymała wyróżnienie dla najlepszej aktorki podczas 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Wcześniej dwukrotnie zdobyła na tym festiwalu wyróżnienie dla najlepszej aktorki drugoplanowej: za „Diabły, diabły” i „Pożegnanie z Marią”. W 2012 r. Kędzierzawska nakręciła dokument „Inny świat”, w którym 97-letnia wtedy aktorka opowiada o swoim życiu.

Zmarła 19 lutego 2017 roku w Warszawie, mając 102 lata.

W 2018 roku ukazała się pierwsza biografia aktorki „Danuta Szaflarska. Jej czas”, napisana przez Gabriela Michalika. Kolejną, „Szaflarska. Grać, aby żyć” Katarzyny Kubisiowskiej, wydano w 2019 roku.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Półkopek był srebrny, tymf mało warty, a złotym płacimy od 1924
Bank Polski powstał jako instytucja prywatna, niezależna od administracji państwowej. Historia pieniądza i bankowości.
Rozmowy Najnowsze wydanie
U nas inwencja reżysera sprowadza się do wywołania skandalu
Antoni Libera: Wielka literatura nie polega na choćby najcelniejszej myśli czy prognozie. Polega na pięknie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Alergie wypełniły niszę zwolnioną przez choroby zakaźne
To cena płacona za „westernizację” modelu życia. Nie mamy gdzie nauczyć się, „kto swój, a kto wróg”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Czym cap odstraszał zarazę?
Wszystko leczyło laudanum, czyli opium zmieszane z winem w wersji dla kobiet, lub z wódką – dla panów.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Modlą się ze mną łąki. W góralskiej gwarze
Co jest najlepsze na uroki? I czym jest pijowecka, madziar, albo śtajerek?