Cywilizacja

Ludzie boją się mówić, co myślą. Wielkie zwycięstwo cancel culture

Ben Shapiro, gwiazda konserwatywnego internetu w USA zażartował kiedyś, że aby narazić się postępowym cenzorom wystarczy powiedzieć, że mężczyźni nie są kobietami. W Ameryce takie stwierdzenie rzeczywiście jest już kontrowersyjne i to tam cancel culture dławi wolność słowa już w niemal wszystkich dziedzinach życia.

Niepoprawny politycznie wpis na Twitterze, po którym następuje fala wściekłych komentarzy, a czasem także doxing wykorzystujący prywatne dane do ataku na autora. Z takiej internetowej nagonki mało kto wychodzi niepoobijany. A często trzeba się jeszcze zmierzyć z medialno-biznesowym ostracyzmem. Tak w praktyce działa cancel culture.

Cancel culture to w dosłownym tłumaczeniu kultura kasowania, wymazywania. Tam, gdzie się pojawia z debaty publicznej znikają głosy osób „niesłusznie” myślących. A „niesłusznie” oznacza dziś przede wszystkim niezgodnie z lewicowym sposobem myślenia, który zdominował główny nurt polityki, nauki i mediów.

Nękani są jednak nie tylko ludzie ze świecznika i nie tylko za przejawy transfobii, rasizmu czy białego suprematyzmu. Ofiarami ataków padają także przeciętni Amerykanie i to najczęściej za zdroworozsądkowe i nie ocierające się o wielką politykę komentarze albo za zwykłą, dopuszczalną w normalnej debacie krytykę.

Kara za szczerość

Przed zderzeniem z machiną cancel culture Sara Christensen mieszkała w Austin w Teksasie i prowadziła świetnie prosperującą firmę, świadczącą usługi dla małego biznesu.

Ponad rok temu umieściła na Instagramie „repost” publicznie dostępnego zdjęcia kobiety w bikini, która rozpowszechniała je przy okazji poszukiwania pracy. Christensen tak przycięła „repostowane” zdjęcie, aby nie było widać na nim ani twarzy, ani nazwiska sfotografowanej osoby i dodała komentarz, że kiedy szuka się zajęcia, puszczanie w obieg takich zdjęć jest nieprofesjonalne.

Niemal natychmiast znalazła się właścicielka fotografii i na Twitterze oskarżyła Christensen i jej firmę o „uprzedmiotowienie”, cokolwiek miałoby to znaczyć. Christensen usunęła wprawdzie wpis, ale było za późno. Posypały się oskarżenia o nienawiść do kobiet oraz seksizm.

– To było piekło. Nie miałam w pobliżu nikogo, kto wiedziałby, jak reagować na taki atak, dlatego kiedy się zaczął, nie dało się go już zatrzymać i trawił wszystko jak pożar – wspomina w rozmowie z nami Christensen.
Kiedy jakieś informacje znajdą się w sieci, są niemal nie do usunięcia. Fot. Rafael Henrique/SOPA Images/LightRocket via Getty Images
W mediach społecznościowych nazwano ją mizoginem i oszustką. Samozwańczy cenzorzy zaatakowali jej firmę. Nękanie w internecie i poza nim z każdą godziną nabierało tempa.

– Ci ludzie wyjątkowo dobrze znają się na pogrążaniu swojej ofiary. Zalewali internet paszkwilami na temat mojej firmy, umieścili na stronie internetowej wirusa, kontaktowali się z moimi klientami i szantażowali ich, żeby przestali robić ze mną interesy, grozili też bliskim – opowiada Christensen i dodaje, że nie uniknęła niestety doxingu.

Dawniej termin doxing (albo doxxing, od ang. słowa documents) oznaczał odkrywanie prawdziwej tożsamości hackerów, dziś to dzielenie się w sieci prywatnymi adresami, numerami telefonicznymi, a nawet dokumentacją medyczną tylko po to, aby kogoś skrzywdzić. Trudno się przed tym bronić, bo informacje w sieci rozchodzą się niezwykle szybko, a kiedy już się tam znajdą, są niemal nie do usunięcia.

Cancel culture. Twitterowe wyroki i medialna cenzura

Dziennikarze symetryści muszą odejść.

zobacz więcej
Część wykorzystywanych w doxingu danych jest publicznie dostępna, inne, choćby skany paszportów czy dowody osobiste można kupić, sięgając do dark webu, ukrytej sfery zasobów internetu.

W przypadku doxingu Christensen posłużono się wszystkimi dostępnymi narzędziami. Internetowa tłuszcza – właśnie takiego określenia Christensen używa w naszej rozmowie – bez trudu zdobyła jej prywatny numer telefonu, adres domowy i maile. Próbowano zhakować jej konto bankowe i ukraść pieniądze. Najgorsze było jednak to, że grożono jej śmiercią.

Otrzymała 8-stronnicowy list pełen opisów tego, jak zginie. Na jej poczcie telefonicznej ktoś nagrał scenariusz egzekucji jej psa. Dostawała też mnóstwo maili, w których próbowano od niej wyłudzić pieniądze.

– Wyglądało to tak jak gdyby atakujący byli wytrenowanymi zabójcami. To było niezwykle wiarygodne, w naszą sprawę zaangażowało się nawet FBI. Ostatecznie musieliśmy sprzedać dom i przez 6 miesięcy ukrywaliśmy się – wspomina Christensen.

Nagonka okazała się skuteczna. Dotychczasowe życie Christensen i jej rodziny zostało dosłownie wykasowane. Także zawodowe. Jak przyznaje, jej kariera i reputacja legły w gruzach. Wycofała się większość klientów, musiała więc zwolnić pracowników i w końcu zamknęła firmę.

Christensen jest przekonana, że powrót do dawnego życia jest już niemożliwy. O jej perypetiach usłyszała cała Ameryka i zawsze będzie się kojarzyć ludziom z tą historią. Dla potencjalnych pracodawców stała się „toksyczna”.

– Ci ludzie będą nękać każdego, kto jest z tobą jakoś związany. Będą cię terroryzować i nie pozostawią złudzeń, że twoje życie jest w niebezpieczeństwie – tłumaczy.


Nie poddała się jednak i choć minął cały rok zanim udało się jej wrócić do fizycznej i psychicznej formy sprzed ataku, znów pracuje. Prowadzi dziś firmę konsultingową pomagającą przygotować się na ataki spod znaku cancel culture.

– Cancel culture zabija wolność słowa. Nie cenimy i nie szanujemy różnicy opinii, dlatego szczerość stała się zbyt ryzykowna. Kara za urażenie drugiej osoby jest dziś za wysoka – podsumowuje Christensen.

Fala donosów na uczelniach

Ben Shapiro, gwiazda konserwatywnego internetu w USA zażartował kiedyś, że aby narazić się postępowym cenzorom wystarczy powiedzieć, że mężczyźni nie są kobietami.
Frontowe wejścied o campusu Uniwersytetu Princeton. Studenci tej uczelni żądają skuteczniejszego zwalczania rasizmu. Fot. Yana Paskova/For The Washington Post via Getty Images
W Ameryce takie stwierdzenie rzeczywiście jest już kontrowersyjne i to tam cancel culture dławi wolność słowa w niemal wszystkich dziedzinach życia.

Przed atakami zwolenników cancel culture nie potrafią się także bronić amerykańskie uczelnie. W następstwie śmierci czarnoskórego George’a Loyda, o którą oskarżono policję z Minneapolis, przez amerykańskie uniwersytety przeszła fala donosów na wykładowców i kar za myślozbrodnie, które mieli popełnić. Walka z rasizmem stała się w wielu miejscach najważniejszym niemal zadaniem akademickiej edukacji.

Rektor Uniwersytetu Princeton otrzymał nawet list podpisany przez 250 pracowników naukowych i studentów, domagających się przejrzenia wszystkich dotychczasowych publikacji i badań pod kątem skuteczności zwalczania rasizmu. Czasem tropienie rasowych przesądów bywa wręcz anegdotyczne.

Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast

Korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy marksistowskie hasła zagościły na amerykańskich uczelniach – twierdzi prof. Tomasz Żyro.

zobacz więcej
Prof. Greg Patton z Uniwersytetu Południowej Kalifornii (USC) tłumaczył studentom na wykładzie z komunikacji biznesowej, jak, w zależności od specyfiki danego języka, używa się w ustnej wypowiedzi pauzy. Użył przy tym przykładu zaczerpniętego z chińskiego, w którym za przerywnik służy słowo „ten” - 那个 -wymawiane nàgè. Niestety brzmi ono podobnie do obraźliwego, angielskiego słowa „nigger”, czyli czarnuch, którego w USA nikt już nawet w całości nie wymawia. I ktoś na to właśnie zwrócił uwagę.

W donosie grupy studentów na profesora, znalazł się zarzut, że wielokrotnie użył na wykładzie słowa na „n”.

Rektor USC od razu oświadczył, że używanie na wykładzie słów „marginalizujących, raniących albo szkodliwych dla psychicznego bezpieczeństwa studentów” jest nie do zaakceptowania, a prof. Patton sam ustąpił ze stanowiska wykładowcy.

Jak się później okazało, w jego obronie wystąpiło kilka tysięcy osób i pewnie dlatego ocalił ostatecznie stanowisko, ale stało się to dopiero miesiąc po całym zdarzeniu. Czy można wygrać z cancel culture zanim atak zniszczy czyjeś życie i reputację?

Charles Moore, świeżo upieczony członek Izby Lordów i były naczelny dziennika „Daily Telegraph” uważa, że tak. Jego zdaniem skuteczność cenzorów cancel culture wynika z szybkości, z jaką działają. Jak tłumaczył na łamach tygodnika „Spectator”, w 99 proc. rektorzy, dyrektorzy czy wydawcy są zaskakiwani przez strażników poprawności i dlatego natychmiast się poddają. Tymczasem, powinni jego zdaniem grać na czas i nie godzić się na żadne żądania.

Każdy się ugina

Szukałam przykładów zastosowania tej brytyjskiej taktyki w praktyce i nie znalazłam. W każdej niemal dziedzinie, nawet pozornie odległej od bieżących społecznych sporów, ofiary nagonki przyznawały się do niepopełnionych błędów i składały upokarzającą samokrytykę.
Studenci czołowych uniwersytetów są w awangardzie postępu i cenzury. Fot. Dina Rudick/The Boston Globe via Getty Images
Tak było też z Keithem Christiansenem, długoletnim kuratorem malarstwa europejskiego w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Latem ubiegłego roku, kiedy demonstranci Black Lives Matter palili ulice amerykańskich miast i burzyli pomniki amerykańskiej przeszłości, Christiansen umieścił na prywatnym profilu na Instagramie historyczną rycinę przedstawiającą Alexandre’a Lenoira, broniącego opactwa Saint-Denis. Lenoir był założycielem muzeum zabytków, do którego w czasie rewolucji francuskiej zwożono z całego kraju to, co udało się uratować przed wandalizmem.

Christiansen dołączył do ilustracji komentarz, w którym napisał, że Lenoir „walczył z rewolucyjnymi zelotami niszczącymi królewskie grobowce”. I dodał, że „wiele wspaniałych dzieł sztuki zginęło z powodu pragnienia pozbycia się przeszłości, której nie akceptujemy”.

Post kuratora jako pierwsza skrytykowała na Twitterze grupa pilnująca „przejrzystości w sztuce”. Wyraziła oburzenie, że Christiansen przyrównał aktywistów ruchu BLM do rewolucyjnych zelotów z XVIII wieku i orzekła „że to nie jest OK”.

Rekiny były niezadowolone. Jak wielkie korporacje zniszczyły Donalda Trumpa

Stacje telewizyjne pokazywały listy z nazwiskami Republikanów, którzy ociągali się z powinszowaniami dla Bidena, aby wywrzeć na nich presję i zmusić do uznania porażki prezydenta.

zobacz więcej
Christiansen bronił się, tłumacząc, że zależy mu na ochronie zabytków. Pod postem pojawiła się jednak lawina nieprzychylnych mu komentarzy, a do ataku przystąpili także pracownicy muzeum zarzucający dyrekcji, że wspiera „kulturę systemowego rasizmu”. Jak wynika z doniesień dziennika „New York Times” Christiansen usunął post, a dyrektor muzeum obiecał wprowadzenie jeszcze większej różnorodności w duchu walki z „białą supremacją”.

Christiansen zaś przyznał w mailu do współpracowników, że „pomniki gloryfikujące rasistowskie ideologie i systemy nie powinny stać w miejscach, w których mogą wyrządzić dalsze szkody”.

Krajobraz po bitwie

Trudno się więc dziwić, że według sondażu think tanku Cato Institute, z lipca 2020 roku, 62 proc. Amerykanów boi się ujawniać swoje poglądy. Badanie wskazuje, że szczerości obawia się 77 proc. zwolenników Republikanów i 52 proc. Demokratów. Odsetek osób, które nie mówią, co myślą rośnie, bo w 2017 roku, według podobnego sondażu, do autocenzury przyznawało się 58 proc. Amerykanów. Czy może być jeszcze gorzej?

Dwa dni po wyborach prezydenckich w USA, na łamach amerykańskiego „Newsweeka” ukazał się artykuł opisujący nastroje wśród konserwatystów. Tekst zaczyna się od obrazka z kampanii, w którym mieszkańcy uchodzącej za bastion lewicowości Kalifornii przyznają, że obawiają się wystawić przed dom banery wspierające Donalda Trumpa. Reakcji nieznajomych i pytań sąsiadów o to, dlaczego wspiera mizogina i nienawistnika boi się także instruktorka jogi z New Jersey. Dawniej zwolenniczka Demokratów, a teraz Trumpa.

Także zapytani przez „Newsweek” o powyborcze prognozy komentatorzy nie kryją obaw. Dennis Prager, konserwatywny dziennikarz radiowy i publicysta ostrzega, że wygrana Joe Bidena będzie oznaczała „wielkie zwycięstwo cancel culture”.
Megyn Kelly, dawna gwiazda telewizji Fox News uważa, że w USA panuje atmosfera strachu i milczenia. Fot. Nathan Congleton/NBCU Photo Bank/NBCUniversal via Getty Images via Getty Images
Ponad miesiąc później, już po zamieszkach na Kapitolu, według Megyn Kelly, dawnej gwiazdy telewizji Fox News, ta prognoza zaczyna się sprawdzać. Kelly nie ma złudzeń, że w Stanach panuje atmosfera strachu i milczenia. „Lewica przejęła już kontrolę nad tyloma instytucjami i korporacjami, że ludzie obawiają się utraty pracy i nie chcą mówić, co naprawdę myślą” – mówiła niedawno w swoim programie na Spotify Kelly. Podała też kilka przykładów tego, jak będzie działać teraz cancel culture.

Magazyn „Forbes” ostrzegł niedawno firmy, które zdecydują się zatrudnić byłych pracowników administracji Trumpa, że trafią na czarną listę.

Grupa studentów z Harvardu wezwała do odebrania dyplomów senatorowi Tedowi Cruzowi, byłej rzeczniczce Trumpa Kayleigh McEnany i kongresmenowi Danowi Crenshaw za to, że „podważali zaufanie do wyniku wyborów, co doprowadziło do zamieszek na Kapitolu.”

Wydawnictwo Simon&Schuster, które miało opublikować książkę senatora Josha Hawleya, pt. „Tyrania Big Tech” wycofało się z umowy, bo Hawley jako pierwszy zapowiedział podważenie w Senacie wyboru elektorów.

Demony Stephena Kinga mają się coraz lepiej

Nawet jeśli Donald Trump zejdzie na polityczny plan dalszy, amerykański radykalizm nie zniknie.

zobacz więcej
Mimo to lewicowe media bagatelizują zjawisko kasowania z przestrzeni publicznej niewygodnych adwersarzy, argumentując, że np. artyści, których dotknęła cenzura, nadal mają się świetnie. Najczęściej pada w tym kontekście przykład amerykańskiego, czarnoskórego komika Dave’a Chappelle’a. Jego żarty na temat transpłciowości kosztowały go wprawdzie kilka występów, ale według brytyjskiego „Guardiana” nie przeszkodziło mu to w zdobyciu nagrody Grammy.

Przykładów zawodowego ostracyzmu można znaleźć jednak tak wiele, że przypadek Chappelle’a jest raczej wyjątkiem niż regułą.

Gościem Tuckera Carlsona, w jego programie na antenie Fox News, był kilka dni temu muzyk i kompozytor Ariel Pink. Za to, że wsparł Trumpa i poszedł na jego więc, Pink stracił kontrakt z wytwórnią i został bez środków do życia. Przyznał się Carlsonowi, że nie może ani nagrywać, ani koncertować. Na pytanie, czy nie obawia się więc występu u konserwatywnego dziennikarza, Pink odparł, że nie ma innego wyjścia, bo gdzie indziej mógłby w obecnej sytuacji przedstawić swoje racje.

– Anna Gwozdowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Grupa studentów z Harvardu wezwała do odebrania dyplomu byłej rzeczniczce Donalda Trumpa Kayleigh McEnany. Fot. Alex Wong/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksperci – największa plaga Ameryki
Fachowcy od urządzania innym życia wedle naukowych metod.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dlaczego cukrzycy są bardziej narażeni na ciężki COVID-19?
Czwarta fala może być niewesoła, jeśli wziąć pod uwagę, że w otyłości dobiliśmy do statystyk USA!
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eurokraci zgrzytają zębami. Francuz gorszy niż Polacy
Kandydat na prezydenta Francji zaatakował podstawy Unii Europejskiej, której przez dekady wiernie służył.