Kultura

Prawda czasu i prawda ekranu. Stanisław Bareja, kronikarz życia w socjalizmie

Naprawdę zbytnio nie odrealniał. W „Misiu” jest scena, w której wydaje się, że reżyser i scenarzysta ostro przesadzili: w barze mlecznym sztućce i talerze są na łańcuchach i śrubach. Cóż, w Warszawie były uliczne automaty do wody sodowej z jedną dla wszystkich szklanką na łańcuchu. Daję na to uroczyste słowo honoru. W okrągłą, czterdziestą rocznicę wejścia „Misia” do kin.

Jest w „Polowaniu na muchy” Andrzeja Wajdy scena, gdzie jakiś średniej klasy samochód zachodniej produkcji jest wyprzedzany przez Syrenę. Syrena to było polskie auto z dwusuwowym silnikiem od strażackiej motopompy, który gdy stał na włączonym silniku, wyglądał jakby miał delirium tremens, w czasie jazdy nieco mniejsze. Scena filmowa miała miejsce na drodze z Warszawy do Nieporętu i na miejscu okazało się, że karoseria Syreny kryje silnik od Volvo. Właścicielem pojazdu był prywaciarz, czyli element klasowo obcy, który ukrywał też swoje możliwości finansowe, aby nie drażnić władzy ludowej. Uważałem tę scenę za metaforyczną do czasu, aż nie poznałem kogoś, kto jeździł Wołgą z silnikiem Mercedesa.

Filmy Wajdy nie są o absurdach życia w PRL, choć ta scena akurat jest i dzieje się w ostatnich latach epoki Władysława Gomułki, kiedy obowiązywało ogólne dziadostwo. Za jego następcy już można było pożyć, albo tak się wszystkim do czasu wydawało. Oficjalny portret epoki Edwarda Gierka dostawali wszyscy codziennie w „Dzienniku Telewizyjnym” i przed seansami kinowymi w „Polskiej Kronice Filmowej”. Jak to wyglądało, przypomniał niedawny odcinek „Osieckiej” (emitowany w TVP 24 stycznia, do obejrzenia na vod.tvp.pl). Jak przed każdym odcinkiem, oglądamy propagandowy obraz czasów, w których dzieje się akcja serialu. I tym razem pokazano przykład tak zwanej prawdy ekranu. Duszące, wszechogarniające i do tego pompatyczne kłamstwo. Widz – oprócz tego, że bohaterka ma nowego narzeczonego – mógł zobaczyć, jak się wtedy prało mózgi. Proszę uwierzyć, że to z początku odcinka lało się z telewizora codziennie.
– Mój mąż jest z zawodu dyrektorem – mówi z wyższością pani dyrektorowa (grana przez Barbarę Rylską, w środku) w filmie „Poszukiwany, poszukiwana”. W ten spsoob prezentuje nowego pracodawcę (Jerzy Dobrowolski) nowej służącej – Marysi (Wojciech Pokora). Fot. TVP
Rozróżnienie prawdy na „prawdę czasu” i „prawdę ekranu” pochodzi z „Misia” Stanisława Barei, którego premiera miała miejsce równo 40 lat temu. Paradoksalnie, bo „prawda ekranu” była kpiną z eufemistycznych określeń kłamstwa, świat przedstawiony w filmach tego reżysera niesie „prawdę czasu”, choć podaną z ekranu. Filmy Barei z lat siedemdziesiątych można traktować, jak kroniki tych lat albo reportaże, pomimo ciężkiej pracy cenzury nad każdym z nich. Zwłaszcza, że to, co kręcono z intencją niby kronikarską i niby reporterską wygląda tak, jak wspomniany początek odcinka „Osieckiej”. Stanisław Bareja tylko nieco przejaskrawiał, używał trochę grubszej kreski i koniecznych syntez dla śmiechu. Jeżeli Jan Długosz może być źródłem historycznym, to czemu nie Bareja?

Tego, co tworzyła władza ludowa, nie wymyślił żaden autor fars

W pochodzącym z 1972 roku filmie „Poszukiwany, poszukiwana” występuje Profesor, który bada zawartość cukru w cukrze. Cukier – tak naprawdę Profesor pędzi bimber – każe kupować służącej Marysi. W czasach Gierka wzrosło domowe bimbrownictwo, gdzie surowcem był właśnie cukier. W 1976 roku władza wprowadziła kartki, aby z tym walczyć. Marysia – a właściwie młody historyk sztuki chowający się w damskim przebraniu (w tej roli znakomity Wojciech Pokora) – często zmienia pracodawców. Jeden z nich jest z zawodu dyrektorem, co może jest u nas ponadczasowe, ale nie w takiej skali, jak w ustroju socjalistycznym.

Jest, jak inni „panowie” partyjnym nominatem, których poziom życia symbolizuje willa nad Wisłą zwana przez warszawiaków „ochabówką”, gdzie mieszka inny „pan” Marysi. Reżyser trochę przesadził, bo Edward Ochab ani inny prominent nigdy tej willi nie zajął, za bardzo na widoku, więc ulokowała się tam jakaś instytucja państwowa. Za to w to, że pomoc domowa u takich „ państwa” zarabiała więcej, niż ktoś po studiach pracujący zgodnie ze swoim wykształceniem, jest w pełni wiarygodne. Jak i to, że takie domy zajmowali prominenci, ale nie przy trasach spacerowych ludu pracującego i inteligencji, też pracującej.

A jak absurd, Z jak zawodowiec. Alfabet Stanisława Barei

Reżyser kultowego „Misia” zmarł 30 lat temu.

zobacz więcej
W „Nie ma róży bez ognia” (1974) przedstawione są perypetie dziś na tyle niezrozumiałe, że projekcje powinny być poprzedzane wstępem, ale mają one potwierdzenie w ówczesnym prawie. Warszawa już za Gomułki, za Gierka także, była miastem zamkniętym. Nie można było się zameldować nie mając stałej pracy w mieście, a pracy się nie dostało nie mając meldunku. Stąd były mąż żony głównego bohatera zawodowo żeni się i rozwodzi z paniami z prowincji, chcącymi zamieszkać w stolicy. Lokator mógł też zameldować rodzinę lub podając kogoś za rodzinę w zamian za jakieś przysługi i w mieszkaniu głównych bohaterów w pewnym momencie piętrzą się lokatorzy pod sufit. Raz zameldowanego trudno się było pozbyć, stąd były mąż żony głównego bohatera towarzyszy tej parze na każdym etapie życia. Tego, co wymyśliła władza ludowa nie wymyślił żaden znany z historii teatru autor fars, ani twórcy komedii filmowych żyjący w kapitalizmie, czyli ustroju skazanym przez historię na zagładę. Oprócz Barei, który po prostu dokonał dokumentacji rzeczywistości.

„Brunet wieczorową porą” (1976) jest zabawą konwencją thrillera, ale nie to nas interesuje. Tutaj, jak w każdym filmie Barei z tego okresu, jest odzwierciedlenie rzeczywistości ideologicznej, ustrojowej, oprócz – oczywiście – wiernie oddanych realiów codzienności. Jest w filmie muzeum etnograficzne, gdzie przychodzi wycieczka szkolna z panią nauczycielką, która każde naczynie opisuje dzieciom w jednakowy sposób, zmieniając tylko okres pochodzenia eksponatu: „To jest butelka z XVIII wieku, do której dziedzic nalewał wódkę i rozpijał tą wódką pańszczyźnianych chłopów”. Bohater filmu odwiedza kierownika (kustosza, dyrektora) tego muzeum i słyszy od niego, że właśnie robi eksponat, bo musi być przeciwwaga: „Z jednej strony dziedzice rozpijali naród, a z drugiej zdrowe jądro chłopstwa nie dawało się rozpijać”. Ten eksponat to zegar na groch, tylko że: „Ja go zrobiłem na dawny wymiar czasu, na zdrowaśki, a jest zalecenie, że zegar musi być świecki” – mówi bohaterowi kierownik muzeum. Gruba przesada, tak nie można uczyć historii! Kto chodził do szkoły w latach siedemdziesiątych wie, że to tylko lekko wyjaskrawiony dramaturgicznie i nieprzesadnie absurdalny zapis z meblowania młodych mózgów.
W PRL powszechne było pisanie i wieszanie haseł. W serialu „Alternatywy 4” gospodarz nowego bloku na Ursynowie Stanisław Anioł (grany przez Romana Wilhelmiego, obok Witold Pyrkosz jako Józef Balcerek, mieszkaniec przeniesionym z warszawskiej Pragi) malował na korytarzach hasła typu. „Mieszkanie zdobyczą ludu pracującego miast i wsi”, a przed blokiem wieszał powitania dla różnych prominentów i gości. Fot. TVP
Było tak pięknie i komu to przeszkadzało?

Naprawdę pod domem handlowym „Emilia” ustawiały się tasiemcowe kolejki po meble, jak w filmie „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”(1978). Takich rozmów wśród kolejkowiczów, jak w filmie – „A tego pana żona zdradza” – zapewne nie było, ale poza tym wszystko się zgadza. Gdy dyrektor Krzakoski potrąca swoim samochodem pieszego, ofiara wypadku słyszy od milicjanta: „Wstańcie obywatelu, jaszcze wilka dostaniecie”. Pan władza (tak się zwracał lud do milicjantów) reaguje w ten sposób, bo towarzysząca Krzakoskiemu kobieta pokazała mu swój dowód. Po przeczytaniu nazwiska w dowodzie milicjant z respektem zasalutował. To jest „prawda ekranu”. W PRL było kilkaset przepustek zwalniających posiadaczy ze stosowania się do reguł ruchu drogowego i to jest „prawda czasu”, przekazana z ekranu całkiem dokładnie. Pani towarzysząca Krzakoskiemu była – jak wynika z akcji – córką kogoś, kto nie musiał stosować się do żadnych przepisów i był wśród tych, którzy nie tylko wspomniane przepustki mieli, ale wręcz je przydzielali.

Robotnicy wieszający nad ulicą pomiędzy latarniami jakieś bezsensowne ale słuszne hasło, to też tamta rzeczywistość. Trochę tego wisiało w PRL, nie tyle, co w ZSRR i nawet mniej niż w „bratniej” Czechosłowacji, ale zawsze. Kierowca dźwigu, który daje się wynająć na prywatną fuchę w godzinach pracy, tylko przed tym musi „zrzucić” gdzieś z paki państwowy ładunek, inny kierowca, który zlewa z państwowego baku benzynę do prywatnego kanistra i wiele innych tego typu scen z filmów Stanisława Barei to zapisy kronikarskie życia w socjalizmie. Nie sposób wymienić wszystkie scenki rodzajowe, a także przedstawić wszystkie przykłady mentalności bohaterów, odzwierciedlające wiernie opisywaną rzeczywistość. Takiego poczucia władzy, jaką miał dyrektor dużego przedsiębiorstwa i w swoim zakresie kierownik sklepu, w obecnych czasach nie zakosztuje nikt. Nie mówiąc już o tej najwyższej władzy, z góry pierwszej strony „Trybuny Ludu”.

Żona Barei: Leżał na tapczanie i pisał scenariusze

Jaki był, jak pracował i w czym poza reżyserią mógłby się odnaleźć słynny reżyser, opowiedziała Hanna Kotkowska-Bareja.

zobacz więcej
Było tak pięknie i komu to przeszkadzało? Nie w każdej głowie brzmi to ironicznie – dopiero ustawa dekomunizacyjna wymazała nazwisko pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka z nazwy ronda w centrum Sosnowca, przy sprzeciwie większości mieszkańców. Gdzieś indziej postawiono Gierkowi pomnik na kółkach, bo nie było zgody na budowę. Miał też Gierek do czasu ustawy dekomunizacyjnej kilka ulic w małych miejscowościach. Wszystkie te upamiętnienia, oczywiście, już w III RP. Edward Gierek to był ten sekretarz, pod którego rządami Stanisław Bareja zrobił swoje najlepsze filmy – prawdziwy pomnik sekretarza i jego czasów na taśmie filmowej. Po co inny, temu żaden nie dorówna.

Tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom

Nie było do tej pory mowy o mięsie i samochodach. Czyżby Bareja przegapił rzeczy budzące największe emocje do końca PRL? Nie przegapił. MMięso sprzedaje się czarnorynkowo w „Misiu”, filmie zrealizowanym w 1980 roku, w kiosku z gazetami. Wątek samochodowy występuje dopiero w serialu „Alternatywy 4” (a potem w „Zmiennikach”), już z połowy lat osiemdziesiątych, ale ukazane tam realia wypracowano wcześniej i były każdemu znane w czasach Gierka.

Za tego sekretarza zaczęto produkować „samochód dla Kowalskiego” czyli Fiata 126p, który miał być tani, a był drogi, ale nie w tym rzecz. W całym PRL do kupienia „od ręki” nie było żadnych samochodów. Nie starczało „maluchów”, dużych fiatów i innych importowanych, przeważnie z krajów bloku radzieckiego. Można było zrobić pełną przedpłatę i czekać latami w kolejce – ostatnie samochody tą drogą przydzielono, czyli sprzedano, bo były dawno zapłacone, na początku lat dziewięćdziesiątych.

Kupić bez kolejki można było w ramach eksportu wewnętrznego, czyli za dolary, lub liczyć na talon. Talon pozwalał na kupno samochodu po cenie państwowej z pominięciem wszelkich kolejek. Dostawali je zasłużeni i posłuszni towarzysze plus środowiska, na których władzy zależało, jak na przykład niekontrowersyjni artyści i dziennikarze oraz ludzie nauki.
„Miś” okazał się ponadczasowy i wszedł do popkultury, jakoś podskórnie musi informować młodszych widzów o czasach, które przedstawia. Na zdjęciu bar „Miś” w Toruniu, założony w 2005 i wzorowany na filmowym barze mlecznym „Apis”. Fot. Darekm135 - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=65632875
Cena na rynku wtórnym – giełda samochodowa i ogłoszenia w prasie – dwuletniego samochodu była większa niż nowego. Jeżeli ktoś miał odpowiednie notowania oraz dojścia i dostawał talon raz na dwa czy trzy lata, to pieniądze musiał wyłożyć na pierwszy samochód. Dalsze były gratis i jeszcze zostawało na benzynę. To było dla najczerwieńszych. Reszta, tych w łaskach, mogła liczyć na talon raz na pięć lat, co i tak się opłacało.

W „Alternatywy 4” towarzysz Jan Winnicki wręcza dwa talony, na Mirafiori (samochód włoski) i „sportowy wózek”( też nie z demoludów), prezesowi spółdzielni mieszkaniowej, do którego ma interes. Czysty realizm, ale z upływem lat coraz mniej zrozumiały.

Filmy Barei są oglądane przez kolejne pokolenia, nadal śmieszą, choć odbierane są przez młodych widzów coraz bardziej jako komedie absurdalne. Bo ich zawartość realistyczna ginie wraz ze starzeniem się widowni, która nie potrzebuje wyjaśnień, jak na przykład to o samochodach.

„To jest miś na skalę naszych możliwości!” Jak dobrze znasz ten film?

Sprawdź, rozwiąż quiz. Premiera „Misia” odbyła się 4 maja 1981 roku.

zobacz więcej
Najlepszy film Stanisława Barei ze scenariuszem Stanisława Tyma, czyli „Miś”, jest często powtarzany przez telewizyjne kanały filmowe i jest dostępny w internecie. Powiedzonka z „Misia” weszły do języka potocznego i jest to jeden z niewielu filmów, które znają dobrze wszyscy Polacy. To życie po życiu filmu – nie ma przecież już świata, który opisywał – jak najlepiej świadczy o jego klasie artystycznej.

„Miś” choć okazał się ponadczasowy, jakoś podskórnie musi informować młodszych widzów o czasach, które przedstawia. Sam miś, czyli niby ludowa kukła ze słomy, gigantycznych rozmiarów – co ciekawe, identyczne mniejsze były do kupienia w „Cepelii” – symbolizuje absurd, marnotrawstwo i trwanie w świecie pozorów ustroju socjalistycznego. Przelot kukły uczepionej do helikoptera nad Warszawą jest metaforą tyleż pojemną, co wymowną i poruszającą wyobraźnię.

W rozmowie pomysłodawcy misia z inwestorem w jego budowę – za państwowe pieniądze – padają słowa, że „tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest nasze ostatnie słowo”. Nasze, czyli dziesiątej przemysłowej potęgi świata, a że „nikt nie wie, po co jest ten miś”, to „nie ma obawy, że ktoś zapyta”. Zabawa z misiem, która miała przynieść profity jest bezpieczna, bo ten miś był dęty i pompatyczny, jak cała „Przerwana dekada”, w jej duchu i stylu.


„Miś” – jak inne filmy Barei – jest kroniką epoki Edwarda Gierka, a sam miś pomnikiem sekretarza, prawdziwszym, niż pomnik na kółkach, ronda i ulice jego imienia, co warto wspomnieć pięćdziesiąt lat po słynnym pytaniu: „Pomożecie?” i propagandowej, rzekomej odpowiedzi: „Pomożemy!”. W tym roku w maju będzie czterdziesta rocznica wejścia „Misia” do kin, co na pewno nie byłoby możliwe, gdyby nie „karnawał” Solidarności. W epoce Gierka lubiano rocznice i w tym roku mamy rocznicę początku i rocznicę jej końca.

Osoba pierwszego sekretarza nie ma tu nic do rzeczy, cały system był absurdalny i nierzeczywisty, a gdy był dopiero wprowadzany lub zagrożony, mordował. Lata siedemdziesiąte w PRL i tak wypadają najlepiej w całym obozie satelitów ZSRR, a nic nie opisało ich lepiej, niż komedie Stanisława Barei.

Stanisław Bareja naprawdę zbytnio nie odrealniał. W „Misiu” jest scena, w której wydaje się, że reżyser i scenarzysta ostro przesadzili: w barze mlecznym sztućce i talerze są na łańcuchach i śrubach. Cóż, w Warszawie były uliczne automaty do wody sodowej z jedną dla wszystkich szklanką na łańcuchu. Daję na to uroczyste słowo honoru. Dawanie więcej przykładów swoistego realizmu „Misia” nie ma sensu, wszyscy żyjący czy dojrzewający w PRL je przecież znają.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

05.12.2019 – Maciej Replewicz
Zdjęcie główne: Replika misia, postawiona w 2011 na warszawskim Bemowie w miejscu, gdzie rozgrywała się ostatnia scena kultowego filmu STanisława Barei. Fot. Hiuppo - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=16437231
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Naprawdę gliny były na dworcach. Siódemka Kelusa
Czterem funkcjonariuszom SB i MO postawiono zarzuty. Dwóch uniewinniono, dwóm umorzono.
Kultura Poprzednie wydanie
Brak miłości i kryzys człowieczeństwa. „Król Lear” z Łabonarską
Aktorka, jako tytułowy stary władca, zagrała w ciekawym spektaklu – o końcu świata.
Kultura Poprzednie wydanie
Sanktuaria polskie. Co warto zobaczyć?
Ile jest sanktuariów w Polsce? Z pewnością ponad 1200.
Kultura wydanie 21.05.2021 – 28.05.2021
Filmy z seksem w roli głównej. Polski towar eksportowy
Czy w sequelach „365 dni” będą pracować specjaliści od cenzurowania scen erotycznych?
Kultura wydanie 7.05.2021 – 14.05.2021
Z życia wzięte i wycięte
To nie jest robota dla delikatnych panienek.