Historia

Atlas, który stworzył Polskę

Profesor jak z satyry Gałczyńskiego, z magnifiką, w kaloszach i z watą w uszach (choć trzeba przyznać, że nieźle śmigał po Tatrach jak na mieszczucha). Kto by pomyślał, że stanie się głównym bohaterem afery przemytniczo-kartograficznej, od której zależeć będą losy i granice II Rzeczpospolitej?

3 lutego mija 150. rocznica urodzin prof. Eugeniusza Romera, geografa i kartografa.

Zostałby pewnie naukowcem w każdej dziedzinie (w latach 1889-1891 studiował w Krakowie m.in. historię, prawo, etykę, ekonomię i geologię), już po dwóch latach najbardziej jednak zaczęła pociągać go geografia. Ale nie polityczna, wszystkie te dyplomacje i stolice. Klimatologia, geomorfologia, bieg rzek, to są tematy!

W roku akademickim 1895/96 trafił na specjalne stypendium, fundowane przez galicyjski Wydział Krajowy, do pracowni prof. Albrechta Pencka w Wiedniu, by dowiedzieć się, co nowego w hydrografii. Habilitował się zresztą, w trzy lata później, na podstawie pracy „Studia nad asymetrią Dolin”, a jeśli wdawał się w tym czasie w polemiki – to nade wszystko pociągało go zagadnienie głównych przyczyn erozji bocznej; w tej sprawie zadarł nawet (po raz pierwszy) ze swym wiedeńskim mistrzem.

Przez lata też Eugeniusz Romer był pasjonatem nauki, opanowującym nowe dziedziny geografii fizycznej, planującym zakładanie obserwatoriów meteorologicznych w Tatrach i Karpatach, wędrującym (geomorfolog!) od Fudżi po Himalaje, co człowiekiem stosunkowo indyferentnym politycznie. Oczywiście: dziadek, Henryk, brał udział w powstaniu listopadowym, a ojciec (Edmund) wraz z wujem Władysławem pospieszyli do styczniowego. To jednak rzecz w końcu zwyczajna w biogramach szlachty i inteligencji XIX stulecia, nawet, jeśli dziś wydaje się niezwyczajna.
Konferencja w sprawie opracowania nowej mapy Tatr metodą stereofotogrametryczną. Od prawej: profesor Stanisław Pietkiewicz, profesor Eugeniusz Romer, Ferdynand Rabowski, Walery Goetel, Roman (?) Gryglaszewski, Bronisław Romaniszyn. Fot. NAC/ IKC
Zresztą Edmund (który w odróżnieniu od Władysława przeżył) stał się później lojalnym starostą, a i sam Eugeniusz, chociaż biografowie piszą dziś o jego „udziale w konspiracjach patriotycznych” i „wystąpieniu antyhabsburskim w czytelni publicznej” (!) przez lata nie angażował się w politykę.

Naturalne granice

Czy tym pierwszym impulsem było, jak sam twierdził po latach we wspomnieniach, pobyt w zrewoltowanej Warszawie lat 1905-1907? Czy podróże po dawnych ziemiach polskich, od Żuław po Wileńszczyznę? Dość, że w pierwszej dekadzie zaczyna działać publicznie i rozszerzać pole zainteresowań naukowych. Wspierał założoną na Uniwersytecie Jana Kazimierza „Kuźnicę” (nie mylić z tą o kilkadziesiąt lat późniejszą, krakowską i marksistowską!), niczym prawdziwy symetrysta avant la lettre wahał się między endecją a niepodległościowcami Piłsudskiego, prezesując Radzie Naczelnej Polskich Drużyn Strzeleckich. Owszem, dobrze to świadczy o jego wrażliwości na sprawy publiczne – ale, jak w poincie anegdoty z brodą, nie za to go cenimy.

W tym samym czasie bowiem Romer zaczyna angażować się w debatę pozornie tylko „wąsko fachową”, a w rzeczywistości odwołującą się, jeśli tak można powiedzieć, do filozoficznych, a przynajmniej epistemologicznych założeń geografii politycznej. Debata ta zresztą powinna być w pełni zrozumiała dopiero w naszych czasach, kiedy filozofowie nowszych szkół uczą, że niemal wszystko, co zwykliśmy uważać za „naturalne”, jest w gruncie rzeczy konstruktem kulturowym lub społecznym. Czasem mają w tym rację, czasem, jak się wydaje, grubo się mylą. Ich wątpliwości byłyby jednak na miejscu, kiedy przed stu laty geografowie zaczęli sobie zadawać pytanie: czy istnieją w gruncie rzeczy „naturalne granice” państw? Łatwo jest odpowiedzieć na to pytanie, patrząc na kontur Islandii czy Malty. Bronią się też pewnie (choć kilka kantonów alpejskich mogłoby być innego zdania) Włochy. Ale co z krajami, które mają nieszczęście leżeć na równinie, gdzie „mglisto i płasko do samych Skierniewic / mglisto i płasko dalej, do Uralu”? Oczywiście, zawsze znajdą się entuzjaści, którzy powiedzą, że ta czy inna struga czy dolinka po prostu wyglądają na „rdzennie polskie”. Tyle, że zawsze prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto uzna je, na tej samej zasadzie głębokiej intuicji, za „rdzennie niemieckie” czy „rdzennie czeskie”… Nie tylko my mamy zresztą ten kłopot: jak pisze prof. Anne-Marie Thiesse w znakomitej pracy o „Powstawianiu tożsamości narodowych” (Volumen, 2019), w drugiej połowie XIX wieku trwała zacięta rywalizacja o jodłę, która okazała się drzewem rdzennie fińskim, litewskim, białoruskim i słowackim zarazem.

Kraina przejściowa, pomostowa, pasażowa

Kraj upokorzony, ziemie utracone. Żałoba trwa od stu lat

Traktat z Trianon, w opinii wielu, najmniej sprawiedliwa z umów stwarzających ład po I wojnie, okroił Węgry o 2/3.

zobacz więcej
Romer robił, co się dało. Najpierw, w porywie uczucia patriotycznego, goszcząc w zrewoltowanej Warszawie na obradach Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego (organizacja ważna, bo jedna z niewielu, w której Polacy mogli się legalnie zrzeszać!): „W powodzi toastów i przemówień (…) odczułem nagle, że w tej niezarejestrowanej, a jednak historycznej chwili geograf polski i delegat owej bezwodnej a wododzielnej polskiej stolicy, delegat Lwowa ma rzucić swoje słowo (…). Wtedy to pokazałem owym rycerzom wód polskich, jak Odra w górę ku źródłom Warty, Neru i Noteci wodzi wszędzie do Wisły, wprost do Warszawy, wprost do Krakowa i Torunia jak Wisła swym Sanem, Bugiem i Narwią prze ku Rusi Czerwonej, na Polesie i zaprasza do Unii z Litwą. Wtedy to zaświtała mi pierwsza myśl o podstawach przyrodzonych Polski historycznej”.

W rok później wróci do tej myśli, już w sposób bardziej uporządkowany, w pierwszym tomie dzieła „Polska. Obrazy i opisy” (Lwów, 1904), gdzie po raz pierwszy stawia tezę o ziemiach polskich jako o geograficznej i przyrodniczej całości. Powtarza tę myśl w wydanym w tym samym roku podręczniku dla galicyjskich gimnazjów – i rozpoczyna grę niejako dwutorową.

Na płaszczyźnie intelektualnej – spierać się będzie o „istotę” polskiego obszaru geograficznego, rozpoczynając jeden z najciekawszych sporów z nestorem geografów warszawskich, Wacławem Nałkowskim, który kilkanaście lat wcześniej uznał był Polskę za „krainę przejściową”. O fakty w geografii trudno się spierać: zarówno Romer, jak Nałkowski, jasno widzieli lokalizację Polski na Nizinie Środkowoeuropejskiej, na kilku wododziałach i w Międzymorzu. Spór szedł o interpretację: czy ten pozbawiony wyrazistych granic naturalnych (prócz wybrzeża Bałtyku i łuku Karpat) obszar jest „przejściowy” – czy, jak twierdził Romer, „pomostowy” lub „pasażowy”?

Rozstrzygnięciu sporu nie sprzyjały ani temperamenty uczonych, ani sytuacja polityczna, ani przede wszystkim fakt, że obaj myśleli o (mocno niejednorodnych geograficznie) ziemiach przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. Echa debaty słychać i dziś, w sto lat później, w sporach o „Międzymorze” – sam Romer jednak, czując snadź, że sam bieg Warty, Neru i Noteci prędzej przekona wioślarzy niż polityków, zaczął gromadzić na coraz większą skalę dane historyczne i demograficzne. Na upartego można by go uznać za jednego z prekursorów technologii Big Data, na taką skalę ściągał wszelkie możliwe wyniki spisów powszechnych…
Eugeniusz Romer, Geograficzno-Statystyczny Atlas Polski, wyd. Wiedeń 1916. Mapa administracyjna ziem polskich. Fot. Wikimedia/ PD-alt-1923
Plan korsarski

Równolegle prowadzi działalność edukacyjną, którą można by określić jako „pozytywistyczną” lub wręcz „partyzancką”. W kolejnych wydaniach swoich bardzo popularnych podręczników szkolnych forsuje nie tylko swoją hipotezę o „pomostowym charakterze ziem polskich”, lecz przede wszystkim przemyca kolosalne ilości działających na wyobraźnię zdjęć (Tatry, Żuławy, pojezierza…), a przede wszystkim danych: polskich nazw. Dziś wydaje się to oczywiste, w pierwszej dekadzie XX wieku wcale takie nie było. Romer jednak drukował „Gdańsk” w miejsce „Danzingu”, „Brześć” w miejsce „Brest’u”, „Mazury” zamiast „Ost-Preussen”, a w roku 1908 posunął się do tego, że w szkolnym „Atlasie geograficznym” zamieścił (nie wymieniając jej w spisie treści!) mapę „Ziemie dawnej Polski”. Smaczku dodaje fakt, że to wywrotowe dzieło wydrukował Wojskowy Instytut Geograficzny w Wiedniu…

Obie pasje połączył w przedsięwzięciu już ściśle partyzanckim, choć współcześni określali je w rozmowach jako „plan korsarski”. Gdy bowiem okazało się, że w Międzynarodowa Unia Geograficzna z siedzibą w Paryżu planuje wydanie międzynarodowej mapy świata na podstawie danych przekazanych przez poszczególne państwa – we Lwowie zawrzało. Oznaczało to bowiem, że ziemie Rzeczpospolitej opisane zostaną przy użyciu nomenklatury petersburskiej, wiedeńskiej i berlińskiej!

Na to zgody nie było: Romer czym prędzej zabezpieczył sobie finansowe wsparcie Władysława Zamoyskiego (który w tym samym czasie o Tatry się procesował), a intelektualne – elity polskich geografów, od Tadeusza Zwolińskiego po Reginę Danysz-Fleszarową. Plan był prosty: wydać w identycznej szacie graficznej, opracowaniu i skali, co planowaną „Mapę świata” – mapę Polski, tyle, że z użyciem polskich nazw i określeń!

Tymczasem – bagatela – zastrzelono arcyksięcia Ferdynanda i prace nad mapą świata zostały, by tak rzec, zawieszone. Okazało się jednak, że zgromadzone przez Romera dane nie zmarnują się. Z inicjatywą wyszedł tym razem Franciszek Stefczyk – działacz ruchu ludowego w Galicji, założyciel słynnego parabanku, czyli Centralnej Kasy dla Spółek Rolniczych, człowiek osobiście zamożny. Czynny politycznie Stefczyk jako jeden z pierwszych dostrzegł jasno, że po najdłuższej wojnie rozpoczną się kiedyś rokowania pokojowe – a wraz z nimi walka na argumenty. Walka, w której pokazanie postulowanych granic Polski – i wykazanie do nich praw – może mieć kolosalne znaczenie.

Druga Gdynia czy wielki blef II RP?

Józef Mackiewicz: „Druja wygląda strasznie. Domy są oberwane, jak stare żebraczki. Na rynku stoją gmachy bez okien, dachów, ruiny tutejszego mieszczaństwa. Otóż przyszły port zamienić ma tę Druję w Eldorado handlu”.

zobacz więcej
„Czeka mnie ogromna praca, wprost gigantyczne zadanie. Nie mam chwili do stracenia! Doktor Stefczyk przeciął ten nieznośny czas niepewności i bezczynnego oczekiwania. Jednym zdaniem wskazał co mam robić!” – wybuchnął entuzjazmem Romer po pierwszym spotkaniu ze Stefczykiem (a przynajmniej tak przedstawia to w swoich wspomnieniach). - Co świat wie o Polsce? Skąd politycy mogą czerpać wiadomości co to jest Polska, gdzie mieszkają Polacy, ilu ich jest, jak gospodarzą czym są? Kto przeciwstawi się informacjom o Polakach, o Polsce fabrykowanym przez państwa zaborcze, zwłaszcza przez sławną a kłamliwą naukę niemiecką?”

Oskarżony o zdradę stanu

Stefczyk dwoił się i troił; założył „Fundusz wydawnictwa Atlasu Polski do dyspozycji dr. Eugeniusza Romera, profesora Uniwersytetu Lwowskiego”, ufundował stypendia, przekonał do współpracy „czynniki” w Wiedniu. Romer zwerbował do współpracy sztab ludzi, tym razem z wszelkich możliwych dziedzin, od botaniki (prof. Władysław Szafer), po językoznawstwo (prof. Kazimierz Nitsch), od historii (prof. Władysław Semkowicz) po geologię (prof. Stanisław Weigner). Po półtora roku gorączkowych prac „Geograficzno-statystyczny atlas Polski”, w trzech językach (polski, niemiecki, francuski), na 70 planszach, chromolitografowany, był gotowy, wydrukowany w wiedeńskiej firmie wydawniczej Freytaga i Berndta. Romer się nie patyczkował: ukazał w nim nie tylko ziemie Rzeczpospolitej do roku 1772, lecz również Dolny Śląsk i Pomorze aż po ujście Odry…

Czas był po temu najwyższy. Równolegle bowiem z działaniami nad Marną, w Karpatach Wschodnich i w cieśninie Dardanelskiej toczyła się – by zapożyczyć określenie z tytułu książki Macieja Górnego – „Wielka wojna profesorów”. Geografowie w mundurach jęli się z jednej strony udowadniania zgodności postulowanych w wojnie granic państwowych z „przebiegiem granic naturalnych”, z drugiej – opisywania spornych terenów tak, by udowodnić ich „właściwą” przynależność. Górny przywołuje dziesiątki tego rodzaju inicjatyw geografów przede wszystkim niemieckich: a to, „po pokonaniu Rumunii przez armię Mackensena Arthur Dix zauważał na łamach «Geographische Zeitschrift», że kraj ów posiadał już przed wojną granice naturalne, dążenie zaś do aneksji Siedmiogrodu było sprzeczne z prawami przyrody i interesem narodowym”, a to Georg A. Lukas udowadniał, jak dalece związana jest z Rzeszą Lotaryngia…

O ziemie polskie też się spierano i też je „przyłączano”. Pod auspicjami Generalnego Gubernatora Królestwa Polskiego, zwykle nieźle wspominanego przez Polaków gen. Hansa von Beselera, przygotowano wielotomowe dzieło „Handbuch von Polen”: rodzaj przyrodniczego i geograficznego „opisu”, bezlitośnie skrytykowanego przez polskich uczonych.
Posiedzenie ku uczczeniu 40-letniej działalności naukowej profesora Uniwersytetu Lwowskiego Eugeniusza Romera (z prawej). Z lewej zasiada gen. Bolesław Popowicz, który w imieniu Lwowskiego Towarzystwa Geograficznego wręczył prof. Romerowi księgę pamiątkową. Warszawa, 23 sierpnia 1934. Fot. NAC/ IKC
Atlas Romera, ukazujący spójność ziem polskich i ich zasięg można więc było uznać wręcz za dywersję – i nie zabrakło podobnych głosów. Co ciekawe, najgorliwiej zareagował dawny mistrz Romera, prof. Albrecht Penck, do którego autor kurtuazyjnie wysłał gotową nadbitkę atlasu w czerwcu 1916 roku. Penck podjął polemikę, najpierw w prywatnej korespondencji, potem (wiosną 1917) na łamach „Posner Tageblatt” – równolegle jednak zażądał konfiskaty całego dzieła! W pewnym sensie trudno mu się dziwić: polskość Prus Wschodnich i „Prus Południowych” (czyli północnego Mazowsza) widoczna była na tablicach demograficznych jak na dłoni…

Niemiecki Sztab Generalny, ocknąwszy się poniewczasie, gotów był wręcz oskarżyć Romera o zdradę stanu. Uczony dwukrotnie stawał przed sądem wojskowym. Został uniewinniony, między innymi za sprawą świadectwa szefa Wojskowego Instytutu Geograficznego w Wiedniu (a ponoć i za cichym wstawiennictwem arcyksięcia Stefana Habsburga), orzeczono jednak, że „Atlas…”, choć uznany wyrokiem sądu za dzieło ściśle naukowe, do czasu zakończenia wojny nie może opuścić granic Austro-Węgier.

Mapy w Wersalu

Ale nie Polaków uczyć sztuki przemytu. Gruba księga trafiła najpierw do Szwecji, stamtąd – do Stanów Zjednoczonych, a tam już postarano się (Paderewski to sprawił) o angielski przekład i fototypiczne wydanie, sporządzone tym razem przez filantropa i działacza Polonii, Antoniego Jechalskiego. Gdy w grudniu 1918 roku obrady w Wersalu zaczęły nabierać tempa, „Atlas” znalazł się w sekretariatach wszystkich delegacji. Profesora Romera przemycono zaś czym prędzej z obleganego przez Ukraińców Lwowa i skierowano do Paryża, gdzie stanął na czele Biura Geograficznego delegacji polskiej. I znów: mapy ogólne, szczegółowe i problemowe, statystyki, tabele… W sztabach nad Prosną i Niemnem porucznicy rysowali linie natarcia, profesor w Paryżu – izobary.

Nie da się Romerowi odmówić gigantycznego wkładu w ostateczny kształt powojennych granic II RP. Chociaż inna rzecz, że czasem i najlepszy kartograf nie pomoże. Opisywany i na naszych łamach Pál Teleki, najwybitniejszy węgierski geograf początku XX wieku, wydał w Paryżu dwa tuziny map narodowościowych Basenu Dunajskiego – a i tak przyszło mu, wraz z całym narodem, opłakiwać pokój w Trianon…

- Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


W tekście wykorzystałem m.in. artykuł Krystyny A. Harasimiuk "Działania Eugeniusza Romera w sprawie powrotu Polski na mapę polityczną Europy" (Przegląd Geograficzny 4/2018), znakomity biogram Romera pióra Stanisława M. Brzozowskiego w „Polskim Słowniku Geograficznym”, szkic prof. Piotra Eberhardta „Koncepcja >pomostowego< położenia Polski według Eugeniusza Romera oraz książkę Macieja Górnego „Wielka Wojna profesorów. Nauki o człowieku (1912–1923)” (IH PAN 2014).
Zdjęcie główne: Tablica XI z Atlasu Romera, wydanie z 1921 roku, ukazująca ziemie zamieszkane przez Polaków. Fot. Wikimedia/Maproom - Own work, CC BY-SA 3.0
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Jak pomogliśmy wygrać II wojnę światową. Polscy geniusze techniki
Polski wynalazca wygrał proces i wywalczył ogromne odszkodowanie za bezprawne wykorzystanie opatentowanego przez niego peryskopu.
Historia Najnowsze wydanie
Francja rozbita. Wielka ewakuacja polskich żołnierzy
Sikorski wierzył we Francję ślepo i bezgranicznie.
Historia Najnowsze wydanie
PRL miał być drugim Kuwejtem. Ropa w Karlinie
To był największy pożar szybu naftowego w Europie.
Historia Poprzednie wydanie
Zieloni powstańcy, zielony gaz
Tuchaczewski pokonał „bandytów” bronią chemiczną, egzekucjami, głodem, obozami koncentracyjnymi dla dzieci (matki wyły, by dopuszczono je do trzylatków).
Historia Poprzednie wydanie
Brytyjczycy uważali ich za psychopatów. Rozprawa była bezwzględna
Żadna rewolta nie budziła takiego przerażenia jak Mau Mau.