Cywilizacja

Uwaga skupiona na „latających z deskami”. Dlaczego Polacy nie odnoszą sukcesów w narciarstwie?

Za zwycięstwo w konkursie skoków narciarskich nagroda finansowa wynosi 10 000 franków szwajcarskich. W tym sezonie po 14. zawodach lider Pucharu, Norweg Halvor Egner Granerud zarobił 105 700 CHF. Kamil Stoch miał 94 650 CHF. Najwyższe stawki za wygraną w imprezie pucharowej są w narciarstwie alpejskim: 45 000 CHF. Nieźle można zarobić w kombinacji norweskiej: 8000 CHF. Tyle, że tu Polaków nie ma przy kasie.

Polski Związek Narciarski w środowisku sportowców zimowych „z deskami” bywa nazywany Polskim Związkiem Skoków Narciarskich. I nie jest to komplement, tylko wyraz irytacji całej reszty, która biega albo zjeżdża i nie ma takich wyników, bo w PZN nie ma takiego wsparcia jak skoczkowie.

Prawdę mówiąc, zwykły obywatel nie bardzo wie, że w tym sporcie mamy jeszcze zawodników w innych konkurencjach, a obywatel młodzieżowy raczej „nie jarzy”, że kiedykolwiek takich mieliśmy oraz kto to był i czym się zajmował. Mam dziwną pewność, że na pytanie rzucone grupie nastolatków: „kim był Bronisław Czech?”, mogłaby paść odpowiedź: „Czeskim rycerzem walczącym po stronie Krzyżaków w Bitwie pod Grunwaldem” – lub coś w tym rodzaju.

Biegi narciarskie, zjazdy narciarskie, kombinacja norweska – to pojęcia abstrakcyjne, gdyż obecnie nie są wypełnione nazwiskami sławnych medalistów. W efekcie nie mają publicznego znaczenia, co musi boleć i boli.

Stara zadra nie rdzewieje

Związek od lat faworyzuje skoczków, więc reszta czuje się marginalizowana, tolerowana z obowiązku, bez czułości, jaką „latających z nartami” otula naród polski i obywatel Apoloniusz Tajner osobiście. Ta stara zadra nie rdzewieje z prostego powodu: nic nie zmienia się na lepsze dla tych, którzy uważają, że są gorzej traktowani. Narracja PZN też się nie zmienia. Związek utrzymuje, że stwarza szansę rozwoju dla wszystkich.
Pierwszy złoty medal mistrzostw świata w biegach narciarskich zdobył Józef Łuszczek w 1978 roku – na zdjęciu biegacz w lutym owego roku podczas treningu w Zakopanem. Fot. PAP/Stanisław Momot
Jeżeli tak, to jest pytanie: dlaczego rozwój nie następuje, bo gołym okiem widać niedorozwój pozostałych konkurencji poza skokami? Pokrzywdzeni mają przekonanie, że powodem są pieniądze – zbyt małe, by dokonać znaczących postępów. I tak i nie. Tak, ponieważ za pieniędzmi idzie cały proces treningowy, z koniecznymi protezami włącznie. Wyjazdy na zgrupowania i zawody plus zespoły wspomagające: fizjologowie, psychologowie, biomechanicy, lekarze, masażyści.

Nie, ponieważ to nie działa mechanicznie, bez ewidentnie potwierdzonych talentów. Biegi są na to dobrym przykładem. Pierwszy złoty medal mistrzostw świata zdobył Józef Łuszczek – na 15 kilometrów w Lahti w 1978 roku. Musiało minąć 31 lat, zanim drugi wywalczyła Justyna Kowalczyk – na 15 km bieg łączony i 30 kilometrów stylem dowolnym w 2009 roku w Libercu (złota olimpijskie: na 30 km stylem klasycznym w 2010 w Vancouver i klasycznym na 10 km w 2014 w Soczi).


Biegi to najprostsza i najtańsza z konkurencji narciarskich. Namierzenie talentu nie zajmuje wiele czasu. Czasu wymaga mistrzowska transformacja. Przed Justyną było kilka zdolnych biegaczek, lecz o mniejszej skali talentu. Czasem pomaga przypadek.

Gdyby Łuszczek nie spotkał na swej drodze trenera Edwarda Budnego, a Kowalczyk – Aleksandra Wierietielnego, nie byłoby tamtych medali. „Trenerski nos” przesądził o wielkich karierach już na wstępie.

Kariera Justyny wypadła przypadkowo w okresie zmian. Sport wyczynowy stawał się realnym show-biznesem. Handlowa trójpolówka to: telewizja, telewidzowie (klienci), sponsorzy. W środku gwiazda, wokół której świat się kręci, kłaniają się inwestorzy.

Kolejnym przypadkiem była zmiana formuły biegów. W czasach Łuszczka ta konkurencja mogła zanudzić na śmierć. Biegacza widziano na starcie i mecie, na resztę czasu znikał w lesie. Justyna Kowalczyk ścigała się już bark w bark z wielokrotną mistrzynią świata, Norweżką Marit Bjørgen, co zwiększyło atrakcyjność biegów.

Narodowa duma i pokrzepienie serc. Polacy pod narciarską skocznią

Dzięki sportowi tak wielu zawdzięcza nielicznym tak wiele pozytywnych doznań. Wyzwalają się w nas postawy patriotyczne. Wtedy wszyscy jesteśmy Polakami.

zobacz więcej
Jednak talenty obojga naszych rodaków nie były przypadkowe. Ani Budny, ani Wierietielny nie mieliby takich sukcesów, gdyby jeden nie trafił na Józka, a drugi na Justynę. Za talentami poszły wyniki, zaś wcześniej – pieniądze na przygotowania. I zadziałało.

Pamięć ulotna

Ze skokami było i jest zupełnie inaczej, choćby dlatego, że skoki są z natury atrakcyjne, więc z definicji – popularne. Popularne dyscypliny przyciągają więcej chętnych do ich uprawiania. Im więcej ochotników, tym większe szanse na wyłuskanie talentów.

Poczynając od Stanisława Marusarza („Dziadka”) właściwie w każdym pokoleniu trafiał się przynajmniej jeden albo paru zdolnych skoczków. A okresowo pojawiały się ikony konkurencji, jak Wojciech Fortuna, Adam Małysz czy Kamil Stoch.

To się przekładało na powszechne zainteresowanie i podtrzymywało wysoką temperaturę konkurencji, która nie słabnie. W odróżnieniu od pamięci pokoleniowej, która okazuje się ulotna, bo w sporcie liczy się wyłącznie tu i teraz…

Wszyscy Polacy kochają skoki, lecz nie wszystkich obchodzi historia, której obecni mistrzowie są przecież spadkobiercami. Młodym wyjawię, że „Dziadek” Marusarz to nie to samo, co Dziadek Mróz, tylko pierwszy idol narodowy w skokach (swój ostatni skok oddał w Zakopanem mając 66 lat).

Małysza pewnie pamiętają, bo ciągle pokazują go w telewizji, a komentatorzy przypominają kim był. Lecz co do Wojtka Fortuny mam wątpliwości. Mistrz olimpijski z 1972 roku to prawie starożytny artefakt, chociaż całkiem żywy fakt.

Fijas, Bobak, a kiedyś Hryniewiecki – było minęło… Mieli popularność, mieli rekordy świata długości skoków, które pozostały w statystykach oraz we wdzięcznej pamięci twardych kibiców, zwłaszcza leciwych. I to by było na tyle.

Luki w edukacji oczywiście nie przeszkadzają w oglądaniu obecnych konkursów, łopotach serc, zalewaniu się łzami szczęścia. Stoch, Kubacki, Żyła nie pozwalają zapomnieć o skokach. Ale reszta specjalności narciarskich ma w plecy, bo nie ma wyników, więc się nie liczy.
Medale zimowych igrzysk olimpijskich zdobyli dla Polski tylko skoczkowie narciarscy i Justyna Kowalczyk – na zdjęciu podczas treningu przed biegiem w sztafecie 4 x 5 km kobiet podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w Seefeld, 28 lutego 2019. Fot. PAP/Grzegorz Momot
„Ilu was? Raz!”

Warto przypomnieć, że nie zawsze tak było. Za czasów Marusarza, Fortuny, Hryniewieckiego PZN, zgodnie z nazwą i statutem, zajmował się kompletem konkurencji zimowych, które wtedy odnosiły sukcesy. Były medale mistrzostw świata w innych konkurencjach, nie tylko w skokach.

Andrzej Jan Bachleda-Curuś był srebrnym i brązowym medalistą w kombinacji alpejskiej ( 1974 i 1970). Łuszczek był nie tylko złotym, bo i brązowym medalistą w biegach w 1978 w Lahti (odpowiednio: na 15 i 30 km). Jan Staszel – brązowym w biegach w Falun w 1974. Na tych samych mistrzostwach Stefan Hula wywalczył brąz w kombinacji norweskiej. Dużo wcześniej, bo w 1956 roku w Cortina d’Apezzo Franciszek Gasienica-Groń także zdobył brązowy medal w kombinacji norweskiej.

Alpejka Dorota Tlałka została mistrzynią Uniwersjady w slalomie specjalnym 1985 roku w Belluno. Jej siostra bliźniaczka Małgorzata odniosła więcej sukcesów. W Belluno też zdobyła srebro, tyle że w kombinacji. Na Uniwersjadzie w Sofii – dwa brązowe medale w slalomie i slalomie gigancie, a potem złoto w Sapporo też na Uniwersjadzie.

Można było? Można, lecz to już historia. A medale igrzysk olimpijskich to już tylko skoczkowie i Justyna Kowalczyk, której sukcesy w pewnym momencie historii współczesnej przyćmiły nawet skoczków. Słynna pielęgniarka z Zakopanego, kolorowa siostra Helena Warszawska, miała wiele legendarnych powiedzonek, lecz jedno pasuje jak ulał do sytuacji Kowalczyk w polskim narciarstwie, a ono brzmiało: „Ilu was? Raz!”.

Koncepcja uproszczona

Jeden wybitny talent może rozkręcić całą konkurencję sportową. Ale nie siłą własnego przykładu, lecz jako lider dużego projektu, którego celem jest rozwój dyscypliny. Tak się stało z Adamem Małyszem. Tak się niestety nie stało z Justyną Kowalczyk.

Rozwój nie zależy od pląsania wokół gwiazdy. Zależy od stabilnego finansowania, które pozwala na szeroką identyfikację talentów i najlepsze warunki ich rozwoju. Nazwisko gwiazdy pomaga zdobyć fundusze i prywatne, i państwowe.

„Kapitan Wąs” jest zawsze z nami

Za pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata Adam Małysz dostał 16 tysięcy dolarów nagrody i marzył, by kupić za to używanego volkswagena.

zobacz więcej
Małysz był takim liderem, a skoki były takim projektem. W tle jego kariery budowano młode zaplecze, w którym był też m.in. Kamil Soch. Od początku stabilnym sponsorem była grupa Lotos, nowi inwestorzy dochodzili z czasem.

Nic takiego się nie działo w przypadku Kowalczyk. Ona miała swoich sponsorów, PZN dorzucał swoje, ale nie stworzył projektu rozwoju biegów podobnego do tego w skokach. W efekcie Justyna trwała na szczycie samotnie i odeszła bez następczyń.

Od dwóch lat Justyna prowadzi kadrę biegaczek jako trenerka. Jest tam parę zdolnych dziewczyn, które robią postępy. Trenerka i zawodniczki są zaangażowane, zaś PZN zadowolony, że ma spokój, gdyż wypełnia statutowe obowiązki.

Działacze górskich regionów, gdzie biegi są popularne, składali liczne projekty rozwojowe i do Polskiego Związku Narciarskiego, i do Ministerstwa Sportu w przekonaniu, że sukcesy Kowalczyk pomogą rozkręcić biegi. Niestety nie doczekali się reakcji.

Koncepcja narciarskiej centrali jest pragmatycznie uproszczona. Skoro skoki są popularne, ponieważ mają sukcesy, to związek dopieszcza skoki, bo każdy związek rozliczany jest z sukcesów. Inne poważne projekty wymagają czasu i są niepewne.

Puchary jak telenowele

Odkąd w narciarstwie wprowadzono rozgrywki pucharowe, wiele się zmieniło. Dla sportowców otworzył się rynek pracy i zarobków, a dla sponsorów – korzystna przestrzeń reklamowa z uwagi na powtarzalność imprez oraz ciągłość prezentacji.

Kluczowe znaczenie miała tu telewizja. Cotygodniowe widowiska nabierały walorów telenoweli, a losy ulubionych bohaterów przykuwały do ekranów miliony ludzi. Tak było u nas z Małyszem, tak było z Kowalczyk. Tak jest ze Stochem i resztą.

Seriale telewizyjne o wysokiej gorączce emocjonalnej świetnie się sprzedają. Toteż cykle zawodów pucharowych łatwo weszły w formułę komercyjną. A ona wymagała nowej formuły sportowej, maksymalnie atrakcyjnej dla widza.

Na tym znacznie lepiej od ludzi sportu znają się ludzie z telewizji. Pod presją telewizji, Międzynarodowa Federacja Narciarska – FIS zmieniła przepisy we wszystkich sportach narciarskich i zaczęła wprowadzać nowe dyscypliny.
Polska reprezentacja w skokach narciarskich podczas Pucharu Świata w Zakopanem, 16 stycznia 2021. Od lewej: Andrzej Stękała, Piotr Żyła, Dawid Kubacki i Kamil Stoch, cieszą się z drugiego miejsca po konkursie drużynowym. Fot. PAP/Andrzej Lange
Pierwsze Puchary Świata rozgrywano w konkurencjach alpejskich od 1967 roku. Skoki dołączyły dopiero w sezonie 1979/ 1980. W biegach zrobiono to wcześniej, bo na przełomie zimy 1973/ 1974. No i w zawodach muszą być pieniądze do wygrania. W każdych zawodach pucharowych punktuje i zarabia pierwsza trzydziestka zawodników. Na końcu następują wypłaty za klasyfikację generalną. Wszystko we frankach szwajcarskich.

Za zwycięstwo w zawodach biegowych nagroda finansowa to 11 500 CHF. Za drugie miejsce – 8000, za trzecie – 5000 CHF. Zdobywca Kryształowej Kuli dostaje 30 000 CHF. Drugi na mecie Pucharu – 17 500, a trzeci – 10 000.

W skokach jest podobnie. Każdy wygrany konkurs to 10 000 CHF, dla drugiego przypada 8000, a dla trzeciego – 6000. Kiedyś nagrody były wyższe. Zwycięzca konkursu dostawał 30 000 CHF. Konkursów przybywa, więc to się zmienia.

Jednak skoczkowie wychodzą na swoje. W sumie zarabiają więcej za jeden sezon niż dawniej. Np. po 14. z 39 tegorocznych konkursów najwięcej zarobił lider – Norweg Halvor Egner Granerud: 105 700 CHF, czyli około 441 800 złotych.

Kamil Stoch miał 94 650 CHF (395 000 zł), Dawid Kubacki – 229 000 zł, Piotr Żyła – 214 000 zł, a Andrzej Stękała – 104 500 zł. Wszyscy „dorobili” podczas Turnieju Czterech Skoczni, który jest częścią Pucharu Świata.

Najwyższe stawki za zwycięstwo w imprezie pucharowej obowiązują w narciarstwie alpejskim, bo 45 000 CHF. Nieźle można zarobić w kombinacji norweskiej (8000 CHF za wygranie zawodów), tyle że Polaków nie ma przy kasie.

To se ne vrati…

Odkąd Justyna Kowalczyk zaprzestała aktywności zawodowej jako biegaczka, polskie narciarstwo to głównie skoki. Justyna robi co może w mediach społecznościowych, żeby zwrócić uwagę na swoje zawodniczki, ale to musi potrwać.

Sukcesy to lep na widownie, teraz tylko telewizyjne, bo pandemia. Polska jest liderem oglądalności Pucharu Świata w skokach, przed Niemcami i Rosją. Dzięki Ryoyu Kobayashi powiększyła się nieco widownia japońska.
W tle kariery Adama Małysza budowano młode zaplecze. W przypadku Justyny Kowalczyk PZN nie stworzył projektu rozwoju biegów, w efekcie trwała na szczycie samotnie i odeszła bez następczyń. Na zdjęciu od lewej medaliści igrzysk w Vancouver w 2010: Katarzyna Woźniak, Natalia Czerwińska, Adam Małysz, Katarzyna Bachleda-Curuś, Justyna Kowalczyk i Luiza Złotkowska pozują. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Licząc transmisje, skróty, powtórki – skoki pucharowe w Polsce ogląda 47 411 000 osób. W Niemczech 26 841 a w Rosji – 5580, co jest interesujące, bowiem oni nie mają mega gwiazd tej specjalności, lecz widać lubią, skoro oglądają.

Popyt to napędowy mechanizm handlu, także widowiskami sportowymi. On też często decyduje o kondycji konkretnych dyscyplin, czyli – że to ujmę kolokwialnie – o procesach produkcyjnych. To się produkuje, co się sprzedaje i tyle. W tym sensie PZN wychodzi naprzeciw tzw. społecznemu zapotrzebowaniu. Chodliwy towar produkuje i taki towar sprzedaje, jednak sklep świeci pustkami. Na półkach leżą wypłowiałe portrety Józefa Łuszczka czy Franciszka Gąsienicy-Gronia.

Jak mawiają bracia Czesi: „To se ne vrati!”. A jak „se vrati”, to nieprędko, albowiem współczesny sport, o czym zapominają ludzie sportu, rządzi się prawami rynku. Dziś już nie ma – i jutro także nie będzie – żadnych show bez show-biznesu. Taka prawda, choć bolesna.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Kamil Stoch podczas Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem, 17 stycznia2021. Fot. PAP/Grzegorz Momot
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Trzeba rozmawiać. Tylko czy to wciąż możliwe?
Cóż, chciałem tylko opisać okradzionych romantyków…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polski „doktor fizyki z bratem” obalają Einsteina. Czyli naukowo...
Uczony mówi rzeczy trudne. Pseudonauka wskazuje, na kogo zwalić winę.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy brodacze lepiej się rozmnażają?
Drwal – to dziś wzorzec z Sèvres męskości.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francuskie marzenia o oświeconym islamie
Emmanuel Macron między poprawnością polityczną a „islamofobią”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Wnuczek” zatrudnia taksówkarza
Jedna podniosła koszulkę i starszemu panu pokazała piersi. Druga obszukiwała jego szafki.