Felietony

Demony Stephena Kinga mają się coraz lepiej

W amerykańskim konflikcie wygrać może ktoś, kto będzie potrafił zdobyć dla siebie i wystarczające poparcie rozwścieczonych/sfrustrowanych mas, i robić dobre interesy z właścicielami kapitalizmu inwigilacji.

Statua Wolności, Nowy Jork. Jej sylwetka witająca u progu Stanów Zjednoczonych Ameryki europejską biedotę, ludzi wszelkich zawodów z wielkimi ambicjami, awanturników i zbiegów, do dziś ma w sobie siłę jednego z najpotężniejszych mitów ostatnich stuleci.

To mit o państwie sprawiedliwym dla wszystkich, gwarantującym rozliczne wolności obywatelskie, dającym szansę życiowych sukcesów i dostatków, oferującym wiedzę i szczęście. To mit o państwie, które także religijni dysydenci mogli mieć za swoje. Nie bez powodu statuę zdobi wiersz Emmy Lazarus, „Nowy kolos rodyjski” z wersami: „Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe / Obejmę ich gościnnie mymi ramionami. / Przyślijcie mi bezdomnych gromady niemałe, / Dla nich podnoszę lampę nad portu wodami”.

Mocne kontrowersje wzbudziła w 2019 roku wypowiedź kierującego wówczas amerykańskim urzędem imigracyjnym Kena Cuccinelli, który zapytany o aktualność poetyckich fraz, odpowiedział, że wciąż są na czasie. Tyle że, jego zdaniem, powinny one brzmieć: „Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe, tych, co potrafią stać na własnych nogach i nie będą obciążeniem dla społeczeństwa”.

Dla jednych był to znak amerykańskiej ksenofobii epoki Donalda Trumpa, dla drugich – głośne wypowiedzenie strachów, targających imperium, w którym zbyt wielu biednych staje się coraz biedniejszymi, a nieliczni potentaci epoki cyfrowego kapitalizmu, jak Jeff Bezos (Amazon), Bill Gates (Microsoft), Mark Zuckerberg (Facebook), ścigają się o astronomiczne zyski, jakby grali państwami i ich rynkami w globalny „Monopol”. Przy okazji potwierdzając tak nielubiany przez ultraliberałów fakt, że tak zwane wolne rynki bez ingerencji ustanawianych dla dobra publicznego praw, stopniowo zmierzają ku oligopolom i kartelizacji rynków.
Statua Wolności jeden z najpotężniejszych mitów ostatnich stuleci. Fot. Gary Hershorn/Getty Images
Nie bez wydatnej pomocy politycznych elit najbogatszych i najbiedniejszych państw, znajdujemy się dziś u progu „wieku kapitalizmu inwigilacji”, by odwołać się do głośnej książki Shoshany Zuboff, psycholog społecznej, profesor Harvardu. Naczelne idee owego nowego kapitalizmu wciąż promieniują z Doliny Krzemowej, która z posthippisowskiego polis, ojczyzny wolnościowego internetu, zamieniła się w serce globalnej, zoligopolizowanej sieciowej metropolii.

Według Zuboff, autorki niedawno przetłumaczonej na polski książki, kapitalizm inwigilacji oznacza między innymi „powstanie nowej potęgi instrumentalnej roszczącej sobie prawo do dominacji nad społeczeństwem i stawiającej zdumiewające wyzwania demokracji rynkowej; ruch, którego celem jest narzucenie nowego ładu zbiorowego opartego na zasadzie całkowitej pewności; wywłaszczenie, pozbawienie człowieka jego krytycznych praw, najlepiej rozumiane jako odgórny zamach stanu: obalenie suwerenności narodu”. Stąd niewykluczone, że w ogniu sporów, które potrafimy jeszcze opisać językiem oswojonych pojęć, rzeczywistość ucieka nam spod nóg w kompletnie nieznanym kierunku.

Kozioł ofiarny wygnany z cyfrowej wspólnoty. Symboliczna egzekucja odchodzącego prezydenta

Blokując profile odchodzącego prezydenta USA portale społecznościowe chciały się przypodobać nowej władzy.

zobacz więcej
Eksperyment metapolityczny

W 1787 roku Alexander Hamilton, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, twórca amerykańskiego dolara, pytał, „czy ludzkie społeczności zdolne są do utworzenia dobrego rządu poprzez wybór oparty na refleksji, czy też są one na zawsze skazane na to, by ich ustrój polityczny wynikał z przypadku i siły”. Kwestia nie była bagatelna. XVIII-wieczna, tworząca się amerykańska elita, równie dobrze jak masy prostych ludzi, przybywających do Ameryki z Europy, czuła, że zostawiła za sobą świat pełen mrocznych, historycznych sił i rządów niełaskawych całemu mnóstwu swoich poddanych.

Za sprawą serii geograficznych objawień, można było zacząć historię od nowa, a przynajmniej solidnie poprawić to, co na Starym Kontynencie wydawało się stracone lub wątpliwe. Przybysze zostawiali za sobą świat, który trzymał ich w rozlicznych pętach obywatelskich, religijnych, kulturowych ograniczeń i klasowo-ekonomiczych niemożności, albo obiecywał jedynie krótkie życie w nędzy albo marnym poddaństwie.

Nie tak miało być w północnej Ameryce. Nie przypadkiem mówi się o powstaniu Stanów jako amerykańskiej rewolucji. Było w tej insurekcji coś z polskich zmagań XIX wieku, gdy walka o wolność narodu i prawo do odbudowy własnego państwa szła w parze z pytaniami o to, kto ma prawo być obywatelem Rzeczpospolitej, jakie z tego mają dlań wynikać prawa i obowiązki.

Choć dziś nie jest to już oczywiste, u swoich początków USA stanowiły radykalny eksperyment metapolityczny, socjologiczny i gospodarczy. Korzystając z nieprzebranych wówczas zasobów kontynentu (i stopniowo przemocą odbierając je rozlicznym rdzennym plemionom indiańskim), posługując się nowoczesnym handlem, również handlem niewolnikami, biorąc co najlepsze i najgorsze z kolejnych fal europejskiej emigracji, ukształtowano nowe państwo i nowy naród. Ktokolwiek chciał pod koniec XVIII wieku służyć wolności, kto rozumiał ją nie tylko jako suwerenność państwa i narodu, ale także jako prawo do wolności także dla ludu i niewolników, ten widział swoją szansę w Stanach Zjednoczonych. Choć musiał liczyć się z tym, że i w Nowym Świecie czeka go wielka praca na rzecz tak pojętej wolności.
Korzystając z przywileju świętej i rozwścieczonej ignorancji, demonstranci spod znaku BLM zdewastowali pomnik Kościuszki w Waszyngtonie. Fot. SAMUEL CORUM/EPA/PAP
Niejedną można o tym opowiedzieć historię. Bliska naszym sercom jest pewnie ta opisana przez Alexa Storozynskiego na kartach głośnej książki „Kościuszko. Książę chłopów”. W jej wstępie autor wędruje przez dość krótkie, lecz brzemienne w wydarzenia, amerykańsko-polskie dzieje: „Jako dziecko dorastające na Brooklynie i w Queens często widywałem portrety Kościuszki i Pułaskiego podczas spotkań weteranów, na których starzy żołnierze polskiej armii opłakiwali losy Polski uciśnionej za żelazną kurtyną. (…) Słyszałem o roli Kościuszki w amerykańskiej, o jego nieudanej insurekcji przeciw carskiej Rosji, o jego ostatniej woli i testamencie, w którym pozostawił pieniądze, jakie otrzymał za służbę amerykańskiej rewolucji, na wykup i wyzwolenie czarnych niewolników”.

W testamencie Tadeusz Kościuszko „pisał do Thomasa Jeffersona, że afrykańscy niewolnicy zasługują na wolność i powinni »poznać obowiązek obywatela w wolnym państwie« oraz że każdy z nich powinien otrzymać wykształcenie i »czynić siebie samego możliwie najszczęśliwszym«”.

Klasa średnia traci prestiż i pieniądze. Koniec „amerykańskiego marzenia”

Jeżeli Demokraci chcą zdobyć głosy klas niższych, muszą upozować się na populistów – przekonuje amerykanista prof. Tomasz Żyro.

zobacz więcej
Gdy w 2020 roku przez Stany przeszła fala Black Lives Matter, korzystając z przywileju świętej i rozwścieczonej ignorancji, zdewastowano pomnik Kościuszki w Waszyngtonie. Także w Warszawie wybazgrano go stosownie, choć lokalni rewolucjoniści powinni raczej na stołecznymi ratuszu pisać sprayem w każdą rocznicę śmierci Jolanty Brzeskiej.

Ludzie powinni „poznać obowiązek obywatela w wolnym państwie” oraz że każdy „powinien otrzymać wykształcenie i czynić siebie samego możliwie najszczęśliwszym”. Oto nowoczesna, pooświeceniowa polityka: człowiek ma polityczne prawo do wiedzy i szczęścia. Jej perwersje, przeinaczenia i wyzwania okazały się później tak tragiczne w skutkach, gdy klasyczny liberalizm nie poradził sobie z bolączkami kapitalizmu i potęgą komunizmu i narodowego socjalizmu.

Ale my jesteśmy w Ameryce Północnej końca XVIII wieku. W roku 1776 Thomas Jefferson w projekcie amerykańskiej Deklaracji Niepodległości pisał: „te właśnie prawdy uznajemy za święte i niepodważalne, że wszyscy ludzie są równymi i niepodległymi, że z tego równego stworzenia pochodzą prawa nieodłączne i niezbywalne, wśród których jest zachowanie życia i wolności oraz dążenie do szczęścia; że dla zabezpieczenia tych dążeń pośród ludzi tworzone są rządy, wywodzące swą sprawiedliwą władzę ze zgody rządzonych”.

Nowy hegemon

Jill Lepore na kartach książki „My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych” zwraca uwagę, że gdy Benjamin Franklin przeczytał projekt Jeffersona, wykreślił słowa „święte i niezaprzeczalne” i zasugerował, że „te właśnie prawdy” są „oczywiste”.

Potrzebny będzie dłuższy cytat z Lepore: „Była to ważna poprawka. Prawdy, które są święte i niezaprzeczalne, pochodzą od Boga, należą do sfery religii. Prawdy, które są oczywiste, są prawami natury, empirycznymi i możliwymi do zaobserwowania, należą do sfery nauki. Podział ten nieomal rozdarł Republikę na dwoje”.

Ale jak zauważa amerykańska historyczka, „prawdziwy spór nie odbywał się między Jeffersonem i Franklinem, którzy, każdy na swój sposób, starali się godzić wiarę z rozumem (…). Prawdziwy spór toczy się pomiędzy »tymi właśnie prawdami« a biegiem wydarzeń: czy historia Ameryki dowodzi tych prawd, czy też im zaprzecza?”.
Latynosi z Miami w większości głosowali na Donalda Trumpa. Fot. Joe Raedle/Getty Images
Uzupełnijmy jej spostrzeżenie. Dziś dla wielu pytanie: „czy historia Ameryki dowodzi tych prawd, czy też im zaprzecza?”, dotyczy przede wszystkim Black Lives Matter i liberalnej oceny prezydentury Donalda Trumpa. Ale dla mnóstwa Amerykanów kontekst jest o wiele rozleglejszy.

Nie tylko dla „białych śmieci” (white trash) to sprawa życia i śmierci. Dosłownie i w przenośni. To sprawa życia i śmierci dla rednecków, obrzydłych amerykańskim liberałom tak mocno; dla niebieskich kołnierzyków, którym kolejne dekady XXI wieku odebrały prawo, oczywiste jeszcze dla ich rodziców, do zasobnego i stabilnego życia; dla długo nieźle sobie radzących sobie w USA Latynosów głosujących dziś na Donalda Trumpa; dla ubożejącej coraz szybciej amerykańskiej klasy średniej, którą kryzys 2008 roku wyprowadził z domów na kredyt do kempingowych przyczep i których dzieci żyją pod presją horrendalnie wysokich kredytów studenckich.

Gdy 2013 roku, w pięć lat po światowym kryzysie, który w Stanach Zjednoczonych skończył się falą bankructw, bezdomności i zniszczeniem podstaw dobrobytu niejednej rodziny z klasy średniej, ukazała się książka „Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny” George'a Packera, wydawać się mogło, że „teraz będzie już tylko lepiej”.

Przecież problemy z sojuszem Wall Street i najważniejszych waszyngtońskich gabinetów władzy nagłośniono, a winnych wskazano palcami. Eklektyczny ruch Occupy Wall Street nie tylko połączył w jedno ludzi z najróżniejszych nurtów politycznych USA, od lewicujących liberałów po anarchokapitalistycznych, konserwatywnych wolnościowców. Pokazał także, że Ameryka to wciąż głos obywateli, budujących między sobą mosty z pomocą social mediów, omijając niejako mainstreamowe media, zaskoczone tym przebiciem w systemie.

Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra aroganckie elity. Czy Trump uratuje Amerykę?

Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku wobec zwolenników Trumpa.

zobacz więcej
Szybko się okazało, że Occupy to za mało, a kryzys 2008 roku zbyt wielu i zbyt szybko pociągnął na dół społecznej drabiny, by zapobiec narastającej, amerykańskiej wściekłości.

Przed niecałą dekadą Packer próbował uchwycić fenomen zachodzących w USA zmian: „Jeśli urodziłeś się około 1960 roku albo później, twoja dorosłość przypadła na najbardziej oszałamiający okres (…) zmian. Byłeś świadkiem, jak struktury które istniały jeszcze przed twoim przyjściem na świat, załamują się i upadają niczym słupy soli, gdzie tylko okiem sięgnąć – na farmach na terenie Piedmontu w obu Karolinach, w fabrykach w dolinie Mahoning, na osiedlach na Florydzie, w szkołach w Kalifornii”.

Miejsce starych amerykańskich instytucji, obyczajów i etyki publicznej, w której było jeszcze miejsce dla zamożnych niebieskich kołnierzyków i zadowolonej z życia niższej klasy średniej, pewnych, że zawsze będzie w cenie ich dobrze wynagradzana praca i zdobyta w ten sposób własność, zajął gdzieś u początku XXI wieku w życiu Ameryki nowy, realny hegemon. Packer twierdzi, że to „zorganizowany rynek kapitałowy”.

A przecież dla wielu Stany Zjednoczone wciąż są wyspą komfortu i źródłem niewyobrażalnych karier; obietnicą dobrobytu i luksusu dla zwykłych ludzi, znacznie przekraczających to, co dostępne nawet dla całkiem zasobnych Europejczyków.

Przepaść się pogłębia

Podwójność perspektywy rodzi się z kontrastów, potężnych kontrastów, które sprawiają, że Ameryka wciąż lśni swoimi wieżowcami, zdobnymi reklamami gigantów BIG TECH, choć u ich stóp kłębi się coraz więcej pracującej i bezrobotnej biedoty, przegrywów, którzy wypadli z klasy średniej, czarnych i białych więźniów, narkomanów i ludzi głęboko wykorzenionych.
Coraz większa liczba Amerykanów osuwa się dziś w uboższe i nieszczęśliwe życie. Na zdjęciu 8-letni Angel Medrano, którego rodzina zamieszkała na osiedlu kamperów na obrzeżach Phoenix w Arizonie. Fot. John Moore/Getty Images
I nowych nomadów, nie zapomnijmy o nowo-starej, amerykańskiej warstwie społecznej: nomadach, wywłaszczonych przez coraz bardziej nierówny system. Choć Stany zawsze były krajem drogi, krajem długiej podróży za lepszym życiem, po kryzysie 2008 roku to zjawisko się pogłębiło – ale ludzie nie wędrują już za karierami, lecz za jakąkolwiek pracą.

Coraz większa liczba Amerykanów osuwa się dziś w uboższe i nieszczęśliwe życie, z całą świadomością, że wciąż rośnie przepaść między nimi a tymi, którym wciąż się jakoś udaje. Psychospołeczne skutki tej złości, frustracji i kompleksów świetnie ukazali Kate Pickett i Richard Wilkinson w książce „Duch równości”.

Pokazali, że niemała część drobnej amerykańskiej przestępczości i fala uzależnień bierze się z rozbudzonych konsumpcyjnych apetytów, które coraz trudniej jest zaspokoić widzom „spektaklu dobrobytu”. Zarówno głęboko dziś uzależnione od reklamy tradycyjne media, jak i cyfrowe platformy, które wprost opierają się na symbiozie między opinią, emocją,(dez)informacją i marketingiem, 24 godziny na dobę pokazują Amerykanom cudzy dostatek i luksusy. I uświadamiają im, że coraz częściej mogą lizać łyżeczkę z miodem tylko przez monitor smartfona. Ktoś powie, że social media są dziś jak opium dla mas; ale to raczej coś znaczniej silniejszego niż amfetamina.

Leczenie równa się bankructwo

Skupmy się najpierw na kontrastach. Dla Ameryki pandemia była potężnym katalizatorem społecznego gniewu, ze względu na specyfikę tamtejszego systemu ochrony zdrowia. Dobrze opisał go dr Michał Zabdyr-Jamróz z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego na łamach artykułu „Rozlatujący się Cadillac. System zdrowotny »najbogatszego kraju kraju Trzeciego Świata«” (pismo „Równość”).
Z jednej strony USA to zaawansowane technologie i wysoka jakość leczenia. Z drugiej – dwie trzecie koszty leczenia odpowiadają za dwie trzecie bankructw konsumenckich w Stanach. Na tym nie koniec: choć USA przeznaczają na ochronę zdrowia największy na świecie odsetek PKB (18 proc., przy średniej dla krajów OECD wynoszącej niecałe 9 proc.), to ich wyniki dotyczące przeżywalności niemowląt, śmiertelności matek, zgonów, którym można zapobiec, oczekiwanej długości życia, są dalekie od dobrych i adekwatnych do tak potężnych nakładów.


Jak pisze Zabdyr-Jamróz: „W 2016 r. Amerykanie wydawali na opiekę zdrowotną per capita ponad 9 800 dolarów – o 2 tys. więcej niż Szwajcarzy i 4 tys. więcej niż Szwedzi. Przy takiej skali wydatków, które poważnie obciążają budżety domowe, najbardziej kuriozalne jest to, że Stany Zjednoczone wciąż pozostawiają ogromną (i stale rosnącą) liczbę obywateli bez ubezpieczenia zdrowotnego – w 2019 r. było ich aż 27 mln (9 proc.). Dodatkowo, spośród ubezpieczonych aż 29 proc. doświadcza zjawiska niedoubezpieczenia – jest objęta skromnym pakietem świadczeń wymagających licznych dopłat”.

Nie zaczęło się to ani za Donalda Trumpa, ani za Baracka Obamy czy Billa Clintona. Kto czytał „Życie i czasy Stephena Kinga” Lisy Rogak, biograficzną opowieść o kultowym i kasowym pisarzu grozy, ten zrozumie w czym rzecz.
Szpital w Torrance w Kalifornii w styczniu 2021 r. z powodu pandemii COVID-19 był na granicy wydolności. Fot. Mario Tama/Getty Images
Zarówno King, jak i jego żona Tabitha King, wywodzą się z naprawdę ubogich rodzin. Stąd w lat 70. XX wieku jako młode małżeństwo żyli w świecie pracujących ubogich. King, wówczas młody nauczyciel, chętnie do dziś opowiada o ówczesnych ciągłych długach, braku ubezpieczenia zdrowotnego, potężnym stresie, kładącym się cieniem na ich małżeństwie. I o tym, że gdy z powodu choroby straszliwie cierpiało jego dziecko, mieli problem nawet z kupnem silnego leku przeciwbólowego. King mówi wprost: „rosły we mnie coraz bardziej chore emocje – od wściekłości po zapiekłą nienawiść”.

Autor „Bastionu” dawno ma za sobą tamte demony amerykańskiego życia. Ale one nie zginęły, przeciwnie, mają się coraz lepiej. Kariera od pucybuta do milionera dana jest naprawdę nielicznym. Większości zostaje czyszczenie cudzych butów – choćby i w przenośni. A „chore emocje, wściekłość i zapiekła nienawiść” szybko znikają z pola widzenia opinii publicznej, gdy przestaje o nich opowiadać słynny pisarz – i zmieniają się w codzienne, przemilczane przez mainstream doświadczenie przeciętnych ludzi.

Wygląda jednak na to, że właśnie takie złe doświadczenia będą w Ameryce zyskiwały na znaczeniu – skoro narastają negatywne zjawiska, rozkładające coraz szybciej amerykańską klasę średnią, a promujące przede wszystkim jej tamtejszą oligarchię.

Nie jest to tylko opinia „socjologicznej lewicy”: „Detroit” i „Shitshow!” libertarianina Charliego LeDuffa, „Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem” liberalnego amerykańskiego dziennikarza Taibbi Matta świetnie pokazują, że nawet jeśli Donald Trump zejdzie na polityczny plan dalszy, amerykański radykalizm nie zniknie. Ma nie tylko zbyt wiele paliwa, ale i zbyt dobrze daje się spieniężać. A jego sednem nie jest wcale spór „złych trumpistów” ze „szlachetnymi Demokratami”; ani spór światopoglądowy lewicy i prawicy, choć stanowi on oczywiście świetny katalizator konfliktów, przez swoje zakorzenione sposoby artykulacji zbiorowych przeżyć.

Nowi nomadzi

Jessica Bruder w wydanej w 2020 roku w Polsce książce „Nomadland. W drodze za pracą” opisuje nowy amerykański lud, który przebył w swoim życiu drogę dokładnie odwrotną niż obiecuje amerykański sen. To ubożejący, targany złymi emocjami naród.

Rekiny były niezadowolone. Jak wielkie korporacje zniszczyły Donalda Trumpa

Stacje telewizyjne pokazywały listy z nazwiskami Republikanów, którzy ociągali się z powinszowaniami dla Bidena, aby wywrzeć na nich presję i zmusić do uznania porażki prezydenta.

zobacz więcej
„W Dayton w Dakocie Północnej były taksówkarz z San Francisco, lat sześćdziesiąt siedem, pracuje przy corocznych zbiorach buraka cukrowego. Od światu do nocy, czasem w minusowych temperaturach, pomaga zrzucać tony buraków z ciężarówek, które zjeżdżają z pola. Śpi i mieszka w busie, odkąd Uber wygryzł go z rynku i zarobienie na czynsz stało się niemożliwością”.

I dalej: „W Campbellsville w Kentucky sześćdziesięciosześcioletnia była właścicielka firmy budowlanej układa towar na nocnej zmianie w magazynie Amazona, tocząc wózek przez kilometry betonowych alejek. (…) W New Bern w Karolinie Północnej kobieta mieszka w przyczepce w kształcie łzy – tak małej, że można ją ciągnąć motocyklem – zatrzymała się u znajomej i szuka pracy. Nawet z dyplomem magistra pochodząca z Nebraski trzydziestoośmiolatka nie jest w stanie nic znaleźć choć tylko przez ostatni miesiąc wypełniła setki formularzy aplikacyjnych. (…)

Istnieli zawsze: wagabundzi, włóczykije, wędrowni pracownicy, niespokojne duchy. Jednak teraz, w trzecim millenium, pojawiło się nowe koczownicze plemię. Ludzie, którzy nigdy nie przypuszczali, że zostaną nomadami, wyruszają w drogę. Rezygnują z tradycyjnych domów i mieszkań i przeprowadzają się do tego, co nazywa się czasem »nieruchomościami na kółkach« – do busów, kamperów z odzysku, szkolnych autobusów, pikapów z zabudowaną paką, przyczep kempingowych i najzwyklejszych sedanów”.

Ameryka, ich ojczyzna, przestała być dla nich stabilnym lądem: „Zostawiają za sobą dylematy nie do rozwikłania, przed którymi staje dziś dawna klasa średnia. Wolisz mieć jedzenie czy pójść do dentysty? Spłacić ratę kredytu czy rachunek za prąd? Uregulować ratę za samochód czy kupić leki? Wydać na czynsz czy na spłatę pożyczki studenckiej? Szarpnąć się na zimowe ubranie czy na paliwo, żeby móc dojechać do pracy”. Dla nich wszystkich „ostatnim miejscem wolności w Ameryce jest miejsce parkingowe”.
Część mieszkańców Milford w Pensylwanii nie może pogodzić się z przegraną Trumpa. Fot. Preston Ehrler/SOPA Images/LightRocket via Getty Images
Ale wolność tych ludzi to też wciąż prawo głosu, głęboka zakorzeniona w amerykańskiej mentalności potrzeba współuczestnictwa w życiu politycznym. Oni będą brali udział w amerykańskich sporach także w kolejnych latach i dekadach, bo nie znikną z tamtejszego krajobrazu. Będzie ich najprawdopodobniej przybywać w popandemicznej rzeczywistości, której rozciągnięte w czasie skutki dopiero przed światem.

Kto zdobędzie rozwścieczone masy

W tym amerykańskim konflikcie, naprawdę nieprzewidywalnym w skutkach, choć niepokojącym w możliwych scenariuszach, wygrać może ktoś, kto będzie potrafił zdobyć dla siebie i wystarczające poparcie rozwścieczonych/sfrustrowanych mas, i robić dobre interesy z właścicielami kapitalizmu inwigilacji.

A, jak widzimy, polityczni przeciwnicy tak naprawdę idą dziś właściwie łeb w łeb, a ewentualne niepowodzenia społeczne prezydentury Joe Bidena otworzą nowe okna możliwości dla Ameryki i całego świata. Nie wiemy jednak, czy za furtkami, które otworzy przyszłość, czeka coś lepszego, także dla naszego skrawka Europy.

Ten tekst nie powstał z niechęci do Stanów Zjednoczonych – ale z głębokiego przekonania, że Pax Americana jest możliwy tylko wówczas, gdy Stany Zjednoczone choć trochę spróbują być tym, czym chcieli je widzieć Ojcowie Założyciele. Nie chodzi o naiwną wiarę, że w wygra tam jakiś Berni Sanders i ludowa historia Stanów Zjednoczonych zajaśnieje w chwale. Amerykański gniew nie jest własnością ani najnowszej lewicy, ani alternatywnej prawicy; europejska socjaldemokracja, nawet ta sprzed systemowej zdrady klasy robotniczej, nie ma żadnych szans wśród Amerykanów.

Istotniejsze jest pytanie, czy tamtejsze elity mają w ogóle poczucie głębokiego dysonansu między własnym, pierwotnym politycznym mitem a tak głęboko dychotomiczną rzeczywistością. I czy są w stanie – w dłuższej raczej niż krótszej perspektywie – pomóc odbudować się amerykańskiej klasie średniej.

– Krzysztof Wołodźko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

USA: wojna o pomniki
Zdjęcie główne: Waszyngton dzień przed zaprzysiężeniem Joe Bidena na prezydenta USA. Fot. David Ryder/Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościuszko da nam przykład, jak robić filmy mamy?
Najmniejszy przejaw antynazistowskiego oporu doczekał się w Niemczech swojej opowieści. Dobrych Niemców mamy też w „Pianiście” Polańskiego czy „Liście Schindlera” Spielberga.
Felietony Najnowsze wydanie
Otwórzcie drzwi kościołów
Złodzieje byli, są i będą. A świątynie są po to, aby ludzie tam mogli wejść w każdej chwili.
Felietony Najnowsze wydanie
Pochodzenie
Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Na ulicach
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Tylko prawica bezobjawowa może istnieć w nowym świecie lewicy
Lewicowy radykał w roli bezstronnego badacza „faszystów”.