Felietony

Pouczyć, pochwalić, pożalić się, wystąpić jako autorytet. Pora dla profesora

W USA łatwo zostać profesorem, ale trudno to stanowisko utrzymać, a w Polsce trudno profesorem zostać – ale potem jest się nim już do końca życia. I – dodajmy – już tylko się czerpie z tego tytułu profity.

Dalsza dyskusja wokół ponurego tematu ominięcia kolejki do szczepień przez niektóre znane osoby nic już nowego nie wniesie, pogłębi natomiast irytację różnych grup, którym nie w głowie jest akurat ta kwestia (choćby dlatego, że tysiące zwyczajnych ludzi czekają przede wszystkim na otwarcie szkół, bo nauczanie online przynosi coraz więcej coraz bardziej ujemnych skutków). Ale „ta kwestia” ma wciąż swoich obrońców, którzy przywileje dla uprzywilejowanych uważają za jak najbardziej zasadne.

Szczególną grupą są wśród nich profesorowie, bo też ich przedstawiciele – zgoda, że są wśród nich także normalni ludzie – co i raz rzucają do walki swoją „nieomylność”, swoje prawo do zabierania głosu w imieniu... – no właśnie tak naprawdę, czyim? – i zwracania uwagi nam wszystkim, pozostałym.

To, czy korzenie tych postaw tkwią w peerelowskim systemie „dziel i rządź”, czy jeszcze wcześniejszym, nie jest już istotne – minęło już ponad trzydzieści lat nowego życia, w którym profesorowie nie tylko okopali się w swoich szańcach, ale wciąż budują nowe.

Przypomnę najpierw dla ilustracji, że już w latach 90. XX wieku ogłoszono decyzję o likwidacji rządowej kliniki przy ulicy Emilii Plater w Warszawie, czyli szpitalika, w którym także dla profesorów były miejsca, gdyby zachorowali. Bo przecież profesor choruje inaczej, musi mieć lepsze warunki, bardziej komfortowe, jak samodzielny pokój chociażby, inny dostęp do kroplówek i lekarstw najnowszych generacji.

Ta klinika, jakiż to był straszny – żenujący – wykwit tamtego właśnie systemu! Zabrzmiały jednak i wtedy głosy obrońców: Jak można likwidować miejsce, które tak głęboko wpisało się w życie akademickie, które jest tak potrzebne profesorom? – Ich zdrowie jest własnością społeczną, dlatego musi być szczególnie chronione! – wyjaśniał bez zażenowania pewien profesor matematyki z Politechniki Warszawskiej. W domyśle: Jak można skazywać to zacne i zasłużone grono na pozbawiony priorytetów system zwyczajnej, codziennej, siermiężnej opieki zdrowotnej przeznaczonej dla zwykłych szaraczków, obywateli bez zasług, ludzi bez statusu?
W USA profesor to stanowisko, u nas – tytuł. Na zdjęciu: brama Uniwersytety Harvarda w Cambridge w stanie Massachusetts. Fot. Jonathan Wiggs/The Boston Globe via Getty Images
Stąd mój tytuł: pora dla profesora. Jaka pora? Otóż każda pora jest dobra dla polskiego profesora. Żeby mógł się poskarżyć, pożalić, pochwalić, poprawić sobie samopoczucie, wykazać się swoim ponadnormatywnym poczuciem odpowiedzialności albo nieodpowiedzialności, żeby mógł nam zwrócić uwagę na nasze niemoralne, a nawet haniebne – choć to słowo wyczerpał chyba do cna pewien redaktor naczelny – zachowanie, żeby mógł wskazać drogi właściwego postępowania, itd, itp. Ostatnio na przykład, żeby mógł nie tylko bronić praw do przywilejów zaszczepionych celebrytów, ale też wspierać niejakiego Michała Szutowicza ps. Margot zatrzymanego z powodu agresji wobec miejsc kultu.

Że jestem sarkastyczna? A dlaczego miałabym nie być, skoro przez całe lata słyszałam i widziałam, na łamach tytułów, w których pracowałam i na innych oraz – wszak byłam wykładowcą – na Uniwersytecie Warszawskim, że polski profesor jest Wybitnym Autorytetem, bo jest Autorytetem i Profesorem. I koniec!

Ale w czym się to przejawia, skoro żadna – żadna! – polska uczelnia od lat nie znalazła się w pierwszej, drugiej czy trzeciej setce światowego rankingu uniwersytetów? I skoro młodzi badacze w naukach ścisłych i poszukiwaniach technologicznych ciągną z całego świata, także z Polski, do amerykańskich laboratoriów, bo wciąż tam jest największe przyspieszenie – i tam jest najwięcej noblistów z fizyki, chemii czy szeroko pojętej biologii (co oczywiście nie przeszkadza różnym polskim znawcom narzekać na amerykańskie szkoły i uczelnie).

Kult bożka postępu na uniwersytetach

Według młodych oskarżycieli nieprawomyślnej uczonej wszystko, co dziś uchodzi za słuszne jest naukowe, a co niesłuszne – nienaukowe.

zobacz więcej
Tak się jednak składa, że tam profesorem zostaje się z powodu kontraktu w uczelni, a nie dlatego, że wręczył komuś ten tytuł prezydent podczas stosownej uroczystości. Jak mówią wtajemniczone w naukę kręgi: w USA łatwo zostać profesorem i trudno to stanowisko utrzymać, a Polsce trudno profesorem zostać – ale potem jest się nim już do końca życia. I – dodajmy – już tylko się czerpie z tego tytułu profity. Ale tam, w USA jest to stanowisko, u nas – tytuł. A my przeciez kochamy tytuły.

Kiedyś, w systemie peerelowskim tytuły profesorskie przyznawała Rada Państwa, w dodatku ze szczególnym uwzględnieniem „postawy ideowo-politycznej” kandydata. Rady Państwa już nie ma, ale zjawisko nie minęło. Tytuły dalej przyznaje ośrodek władzy państwowej, jakim w RP jest prezydent. Polska jest jedynym chyba krajem na świecie, gdzie po tytuł profesora – dożywotni – idzie się do Pałacu Prezydenckiego czy Belwederu, niezależnie od tego, kto jest akurat tam gospodarzem.

A dobrego samopoczucia zainteresowanych nie zmieniły żadne, nawet najbardziej szydercze, żarty.


Trudno w to uwierzyć, ale w nowym systemie przyznawania stopni i tytułów naukowych ciało, które prowadzi procedurę oceny dorobku kandydata do tytułu profesorskiego, nazywa się Radą Doskonałości Naukowej. Doskonałości! To oczywiście tylko słowo, ale za każdym słowem idzie przecież treść – więc zapytam wprost: O jakiej doskonałości mówimy? W czym się ona przejawia?

Rada Doskonałości Naukowej składa się z kierownictwa, prezydium, zespołów, członków zespołów z podziałem na poszczególne dyscypliny, biura i – oczywiście – inspektora ochrony danych. Jakie to wielkie ciało! Ile się w nim dzieje! Ciekawe, ilu ludzi się tam zatrudnia – w poczuciu misji.
Uroczystość wręczenia nominacji profesorskich w Pałacu Prezydenckim. Fot. PAP/Paweł Kula
A ilu ludzi musiało się trudzić, kiedy przeprowadzana była procedura profesorska Andrzeja Zybertowicza, który w końcu tytularnym – uwaga na to słowo: tytularnym – profesorem nie został. Jego sprawa przelała w pewien sposób czarę mojej goryczy – nie to, że nie został tym tytułem opieczętowany, ale że podniósł się zgiełk zupełnie inny niż ten, którego się spodziewałam. Zgiełk, że nie został profesorem tytularnym, zamiast dyskusji, czemu tak naprawdę służy ten system. Miałam nadzieje – i jeszcze jej nie tracę – że sam Andrzej Zybertowicz – którego bardzo cenię od pierwszych niemal lat mojej dziennikarskiej i jego naukowej kariery, o czym za chwilę – stanie w pierwszym szeregu tej dyskusji, choć zapewne zręcznie mu nie jest.

Ale to pomysłowy i odważny człowiek, który jesienią 1981 roku, jako młody badacz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, wystartował publicznie ze śmiałą tezą o „ostatniej szansie PZPR”. Zrobiłam z nim wtedy wywiad, z którego cenzura wycięła słowo „ostatnia” i cały wywiad był na nic. Ale poczucie, że warto z nim rozmawiać, już mi zostało.

Pojawia się jeszcze jedna sprawa: awansu w poszczególnych środowiskach zawodowych, bo każde przecież ma jakieś ścieżki i drogi awansu. Ale dlaczego akurat to jedno ma je finalizować w ośrodku władzy państwowej? Przecież to nie profesorowie stanowią o sile i godności Rzeczypospolitej.

Walczą anonimami i szykanami. Sędziowie nauki polskiej

W nauce polskiej są enklawy opanowane przez naukowców z nawykami wyniesionymi z PRL i przez ich wychowanków – twierdzi emerytowany profesor historii.

zobacz więcej
W dodatku ta grupa społeczna wciąż cieszy się dużym szacunkiem w polskim społeczeństwie, co może skłaniać do naprawdę niewesołych, a nawet pesymistycznych, wniosków: że nie zależy nam na samodzielnym myśleniu, na własnej pogłębionej wiedzy, w oparciu o którą możemy formułować własne wnioski i opinie, że wygodniej nam opierać się o opinie wykreowane przez ludzi, którzy znają się na…. wszystkim.

I jeszcze na koniec gorzka uwaga pro domo sua: Nie da się ukryć, że nie jesteśmy jako tworcy mediów bez winy, podsuwając mikrofon czy ustawiając kamerę przed ludźmi, tylko dlatego, że są znani. Ci z nas, którzy uczą warsztatu dziennikarskiego, mówią adeptom, żeby nie brali do każdego tematu wciąż tych samych ludzi o głośnych nazwiskach gotowych wypowiadać się niezależnie od znajomości tegoż tematu. Ci z nas, którzy w redakcjach podejmują decyzje, co wchodzi na łamy, często naciskają jednak na adeptów, żeby zdobywali do wypowiedzi – na wszelkie tematy! – ludzi o głośnych nazwiskach. Aborcja, Trump, globalne ocieplenie, połowy dorsza, szczepionka i jej brak, wybory tu i tam, papież i tak dalej…

I tak się to kręci, a czytelnik musi sobie w tym wszystkim jakoś radzić. A jak mu to wychodzi – to temat na zupełnie inny artykuł. Bo ten trzeba zakończyc apelem, który trąci nieco pobożnym życzeniem: żeby się może opamiętać i coś zmienić. Zwłaszcza teraz, kiedv trwa pandemia i lockdown wymusza sytuacje, z jakimi do tej pory nie mieliśmy do czynienia.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Początek roku akademickiego na Uniwersytecie Jagiellońskim, najstarszej polskiej uczelni. Fot. PAP/Jacek Bednarczyk
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościuszko da nam przykład, jak robić filmy mamy?
Najmniejszy przejaw antynazistowskiego oporu doczekał się w Niemczech swojej opowieści. Dobrych Niemców mamy też w „Pianiście” Polańskiego czy „Liście Schindlera” Spielberga.
Felietony Najnowsze wydanie
Otwórzcie drzwi kościołów
Złodzieje byli, są i będą. A świątynie są po to, aby ludzie tam mogli wejść w każdej chwili.
Felietony Najnowsze wydanie
Pochodzenie
Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Na ulicach
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Tylko prawica bezobjawowa może istnieć w nowym świecie lewicy
Lewicowy radykał w roli bezstronnego badacza „faszystów”.