Cywilizacja

Cios w ulubieńca liberalnych elit. Pierwszy dzień Bidena w Białym Domu

Wielkie korporacje czy firmy Big Tech, nie po to wspierały Bidena i Demokratów milionowymi dotacjami (głównie poprzez wpłaty ich szefów i właścicieli), aby teraz płacić wyższe podatki. A jest od czego – bo w pandemii Big Biznes, zwłaszcza firmy operujące w internecie i na giełdzie, zarobiły kolejne miliardy.

W najbliższą niedzielę 24 stycznia o godz. 13.20 w TVP Kultura, w programie „Trzeci Punkt Widzenia”, jednym z tematów będzie walka mediów społecznościowych z Donaldem Trumpem.

W najbliższy wtorek 26 stycznia o godz. 21.10 w TVP Dokument, w cyklu „Barbara Włodarczyk zaprasza”, wyemitowany zostanie film dokumentalny „USA: wojna o pomniki” w reżyserii Tima van den Hoffa.

W Waszyngtonie doszło do mocnej zmiany. Z nominacji i pierwszych decyzji powziętych przez prezydenta Joe Bidena można wnioskować, że mamy do czynienia z trzecią kadencją administracji Baracka Obamy. Albo epoką „restauracji” rządów waszyngtońskich elit po czteroletnim najeździe „barbarzyńców” dowodzonych przez Donalda Trumpa, których głównym celem było osuszenie politycznego „bagna” nad Potomakiem.

Jednak w rzeczywistości dopiero po pierwszych kilkudziesięciu dniach rządów nowej administracji będzie można powiedzieć, czy prezydentura Bidena ograniczy się do uspokojenia nastrojów i wprowadzenia w miarę tradycyjnego, raczej centrolewicowego pakietu zmian politycznych w stylu działań dwóch ostatnich prezydentów Partii Demokratycznej – Obamy (u którego Biden był wiceprezydentem) i Billa Clintona. Czy też zostanie dokonany głęboki przełom, jak chcą tego zwolennicy „nowej i młodej” radykalnej lewicy, której twarzą jest kongresmenka z Nowego Jorku, Alexandria Ocasio-Cortez, znana powszechnie jako AOC.

Nudziarz i polityczni transgresiści

Na razie amerykańskie media głównego nurtu zachwycają się, ile to „pierwszych w historii” rzeczy i ludzi w nowej administracji.

Wiceprezydentem – po raz pierwszy w historii USA – jest kobieta, do tego kolorowa i będąca dzieckiem imigrantów z Jamajki oraz Indii. Jest pierwszy jawny homoseksualista nominowany na stanowisko ministerialne (sekretarz transportu) oraz pierwsza osoba transseksualna jako wiceszef resortu zdrowia. W gabinecie będą ludzie pochodzenia latynoskiego czy o korzeniach azjatyckich, a departamentem zarządzającym gruntami federalnymi zostanie Indianka. Cały zespół zarządzający informacją i PR będzie się składał wyłącznie z kobiet, po raz pierwszy też kobieta zostanie prezydenckim doradcą nadzorującym służby wywiadowcze.

Bliżsi i dalsi współpracownicy nowego prezydenta są zróżnicowani w proporcjach niemal idealnie odpowiadających różnorodności amerykańskiego społeczeństwa.
W drodze na Kapitol. Joe Biden z żoną i Kamala Harris z mężem. Fot. Melina Mara/Pool via REUTERS
I w tym tyglu „tych, co przekroczyli granice” jest człowiek, który jawi się jako najbardziej konwencjonalny przedstawiciel waszyngtońskiego establishmentu. To Joe Biden – 78-letni, biały polityk, który w Waszyngtonie spędził niemal pół wieku.

Gdy w 1973 r. zaczynał swoją przygodę z poważną polityką, żywa była jeszcze pamięć o „białych facetach” na Kapitolu, którzy zajmowali się politykowaniem i uganianiem się za spódniczkami (z czego słynął, zanim został prezydentem, największy playboy wśród tzw. politicos, John Kennedy).

Po nadpobudliwym Trumpie, który mówił, co mu przynosiła ślina na język, a palce na klawiaturę przy produkowaniu kolejnych tweetów, Biden będzie raczej nudnym, nie wywołującym codziennych konfliktów prezydentem. Nie wykluczone jednak, że za sprawą lewicowego, czy wręcz lewackiego skrzydła Partii Demokratycznej, już dzisiaj najstarszy w całej historii – 46. prezydent USA stanie się symbolem radykalnej zmiany w Ameryce.

Prawie 40 milionów bezrobotnych. Jak tsunami COVID-19 zmiata gospodarkę USA

Już niemal 27 milionów Amerykanów, w tym 6 mln dzieci, straciło ubezpieczenie zdrowotne. Największe światowe supermocarstwo cofnęło się do lat 30. XX wieku, gdy Wielki Kryzys pożarł 25 proc. miejsc pracy w USA.

zobacz więcej
Na razie na pierwszy ogień idzie walka z pandemią koronawirusa (w styczniu dziennie umierało z tego powodu nawet 4 tys. osób) i naprawa spustoszeń, jakie dokonała ona w amerykańskiej gospodarce i społeczeństwie. To od tych działań – w tym realizacji zapowiedzi zaszczepienia do 100 milionów Amerykanów w ciągu pierwszych stu dni rządów – zależy „ciąg dalszy”.

Pierwsze gesty, słowa i czyny

W środę, tuż po godzinie 12.00 w południe, kładąc dłoń na grubym egzemplarzu Biblii będącej w posiadaniu rodziny od 1893 r. i powtarzając słowa roty przysięgi wypowiadane przez przewodniczącego Sądu Najwyższego USA Johna Robertsa, Joe (Joseph) R. Biden Jr ślubował „zachować, chronić i bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych”. W ten sposób, Demokrata stał się oficjalnie 46. prezydentem USA.

Chwilę później, na 49. wiceprezydenta została zaprzysiężona Kamala Harris. Stało się to dokładnie rok po odkryciu pierwszego w kraju przypadku zachorowania na COVID-19. Dotąd pandemia pochłonęła już – według ostatnich, oficjalnych statystyk – 406 tys. zmarłych przy ponad 24,5 mln zarażonych.

Nawiązując do pandemii, nowozaprzysiężony prezydent powiedział rodakom, że „razem powinniśmy zapisać amerykańską opowieść o nadziei, a nie strachu, jedności a nie podziału, jasności a nie mroku”.

Nawiązując do gorącej atmosfery politycznych podziałów, którego apogeum był szturm zwolenników prezydenta Trumpa na budynek Kongresu zaledwie dwa tygodnie wcześniej, Biden apelował o jedność. „Zacznijmy na nowo, wszyscy. Zacznijmy się wzajemnie słuchać. Polityka nie musimy być szalejącym ogniem, niszczącym wszystko na swej drodze” – mówił Biden.

I dalej zwracając się wyraźnie do wyborców Partii Demokratycznej (tradycyjna barwa partyjna – kolor niebieski) i własnych (otrzymał 81,2 mln głosów) oraz do 74,2 mln Amerykanów głosujących na Trumpa (głównie) Republikanów (czerwoni), mówił: „Musimy zakończyć tę brutalną wojnę, która przeciwstawia czerwonych przeciw niebieskim, tereny wiejskie przeciw miastom, konserwatystów przeciw liberałom. Możemy tego dokonać, otwierając nasze dusze zamiast zatwardzać nasze serca”.
Pierwsza transza decyzji z, „kampanii grozy i szoku”. Fot. REUTERS/Tom Brenner
Tyle słowa, w dobrze przyjętej mowie inauguracyjnej. Kilka godzin później, około godziny 18.00, już w Białym Domu, przyszedł czas na czyny. Biden siedząc w Pokoju Owalnym z maseczką na twarzy, podpisał stos – w sensie dosłownym – dokumentów. To pierwsza transza decyzji, z zapowiadanej językiem wojskowym, „kampanii grozy i szoku” pierwszych dni rządów nowej administracji, mającej na celu przekreślenie dziedzictwa administracji Trumpa.

Nie czekając na decyzje Kongresu, Biden podpisał 17 zarządzeń wykonawczych oraz innych dokumentów w kilku kluczowych zagadnieniach:

Pandemia koronawirusa – wprowadzenie obowiązku noszenia maseczek oraz społecznej izolacji w budynkach i terenach będących własnością rządu federalnego oraz ustanowienie głównego koordynatora rządu ds. szczepień. Biden unieważnił także decyzję poprzednika i USA znów przystąpi do Światowej Organizacji Zdrowia (WHO);

Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra aroganckie elity. Czy Trump uratuje Amerykę?

Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku wobec zwolenników Trumpa.

zobacz więcej
b>Imigracja – natychmiastowe wstrzymanie budowy stalowej zapory (zwanej murem) na granicy z Meksykiem; zniesienie restrykcji w podróżach z 7 krajów muzułmańskich; unieważnienie polecenia Trumpa o niewliczaniu osób nie będących obywatelami USA do wyników spisu powszechnego 2020 r. Biden złożył do Kongresu projekt ustawy imigracyjnej z propozycją przyznania w ciągu 8 lat obywatelstwa blisko 11 milionom nielegalnych imigrantów;

Gospodarka – przedłużanie do marca zakazu eksmisji i sprzedaży przez banki nieruchomości z niespłaconymi kredytami oraz zawieszenie spłaty federalnych pożyczek studenckich do września. Już kilka dni wcześniej Biden zapowiedział szybkie wprowadzenie pod obrady Kongresu nowego pakietu pomocy w związku z pandemią, którego częścią ma być jednorazowa wypłata dodatkowych 1 400 dolarów każdemu dorosłemu obywatelowi (w grudniu uchwalono wypłatę 600 dolarów na głowę);

Ochrona środowiska – Biden zdecydował o ponownym przystąpieniu USA do Porozumienia Paryskiego ws. redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz wstrzymaniu pozwolenia na budowę rurociągu, transportującego ropę naftową z roponośnych piasków kanadyjskiej Alberty do stanu Nebraska;

Nowa administracja skasowała komisję historyczną powołaną przez Trumpa do „wsparcia edukacji patriotycznej” oraz zaleciła przegląd wszystkich regulacji w celu likwidacji wszelkich przejawów dyskryminacji ze względu na „rasę, orientację seksualną oraz tożsamość płciową (gender)”.

Mikroprzewaga lewicy w Kongresie

Jak widać, Biden postanowił od pierwszych godzin urzędowania narzucić duże tempo. Walka z pandemią i gospodarczą zapaścią dają mu to, czego był pozbawiony prezydent Obama: o wiele większe, a nawet nieograniczone, możliwości wydawania pieniędzy kosztem obecnych podatników, ale przede wszystkim dalszego zadłużania państwa (dwa pakiety pomocowe w związku z pandemią w 2020 r. kosztowały łącznie ok. 3 500 000 000 000 dolarów…).

Zgodnie ze słowami Rahma Emanuela, szefa personelu Białego Domu z czasów Obamy, że „nie wolno zmarnować żadnego kryzysu”, Demokraci mają nadzieję, iż dzięki temu łatwiej będzie przełamać opory biurokratyczne oraz tzw. tyranię status quo – sprawia ona, że możliwości na radykalne zmiany maleją w miarę upływu czasu oraz popadania w rutynę zarządzania „codziennością”. Zwłaszcza jeśli jest ona codziennością pandemii, która wiąże się z ludzkimi tragediami – śmiercią, chorobą, bezrobociem.

Do tego dochodzą naturalne konflikty interesów. Przykład z pierwszego dnia: decyzja przeciw rurociągowi Keystone XL to cios w Kanadę i jej premiera, ulubieńca liberalnych elit, Justina Trudeau. Premier Alberty, wchodzącej w skład federacyjnej Kanady, Jason Keeney już wyraził „głębokie zaniepokojenie” oraz zapowiedział, że „użyje wszelkich legalnych środków” w celu zabezpieczenia interesów Alberty.
Zamknięcie rurociągu Keystone XL utrudni życie Kanadzie premiera Justina Trudeau. Fot. REUTERS/Blair Gable
Zamknięcie rurociągu oznacza utratę pracy przez co najmniej 2 tys. Kanadyjczyków (projekt ma być skończony w 2023 r.) i głębokie konsekwencje gospodarcze dla Ameryki (utrata kilku tysięcy dobrych, związkowych miejsc pracy). Nie pomogły nawet zapewnienia Kanadyjczyków, że rurociąg jest jak najbardziej ekologiczny i wpisuje się w kanadyjską walkę ze zmianami klimatycznymi z celem zero emisji w 2050 r.

Konflikt z sąsiednią i sojuszniczą Kanadą, do tego rządzoną przez ulubieńca światowej lewicy, od pierwszego dnia urzędowania? Ale czego nie robi się dla walki z zagrożeniami klimatu…

Poza wszystkim – pomimo reklamowania ich jako „szok” – pierwsze posunięcia stanowią raczej dobrze znaną w czasach 24-godzinnych telewizji informacyjnych i mediów społecznościowych technikę pokazywania swoim zwolennikom, jak bardzo rządzący dbają o popularne projekty czy narracje. Tzw. virtue signaling wywołuje dużo medialnego szumu, ale nie odmienia radykalnie rzeczywistości, gdyż operuje głównie symbolami, sprowadzonymi czasami do prostych memów.

Kraj podzielony równo na pół. Obie połówki się nie znają i czują do siebie odrazę

Republikanie kontrolując Senat, będą w stanie blokować działania administracji Bidena.

zobacz więcej
Aby bowiem zmienić Amerykę, zgodnie z dogmatami Nowej Lewicy, potrzebna byłaby współpraca władzy wykonawczej (prezydent) oraz ustawodawczej (Kongres). Demokraci kontrolują co prawda obydwie izby parlamentu, jednak jest to kontrola minimalna. W Izbie Reprezentantów, parlamentarzyści z partii Bidena mają 221 mandatów, a Republikanie 211. W Senacie – przy remisie 50 Demokratów i 50 Republikanów rozstrzygać będzie głos wiceprezydent Kamali Harris, oficjalnie przewodniczącej obradom izby wyższej.

A i to nie jest takie pewne, bo wśród Demokratów jest też raczej konserwatywny senator Joe Manchin z Zachodniej Wirginii, który wielokrotnie opowiadał się przeciw najradykalniejszym pomysłom, jak choćby zupełnego zniesienia w Senacie tzw. filibustra – konieczności uzyskania co najmniej 60 głosów, aby skierować ustawę pod głosowanie – które to rozwiązanie wymusza ucieranie poglądów i zwiększa szanse na kompromis w izbie wyższej.

Nie budżet, a gender

Nie wykluczone jednak, że Demokraci zdecydują się, przepychać te wielkie zmiany. Bo kiedy, jeśli nie teraz? Tzw. połówkowe wybory do Kongresu (cała Izba Reprezentantów oraz 1/3 składu Senatu) już w listopadzie 2022 r., a ich wynik – przy wciąż trwającej pandemii i gospodarczej zapaści – jest niepewny.

A przecież programy imponują rozmachem, zwłaszcza że – zgodnie z obowiązującą doktryną Partii Demokratycznej – o ich wartości nie mają decydować wskaźniki PKB czy deficyty budżetowe. Działania gospodarcze mają wynikać z takich kwestii jak choćby „równość rasowa i gender” oraz walka ze „zmianami klimatycznymi”.

Jakie to plany? Plan Bidena zakładający wprowadzenie „czystej energii” (z osiągnięciem celu zerowej emisji do 2050 r.) ma kosztować – bagatela – 2 biliony dolarów (dwójka z dwunastoma zerami), a jego celem jest stworzenie „milionów dobrze płatnych miejsc pracy, w których pracownicy mogą przystąpić do związków zawodowych”. Likwidacja tak dobrze rozwijającego się – coraz czystszego i bardziej wydajnego – przemysłu wydobywczego ropy i gazu ziemnego (dzięki któremu po dekadach Ameryka stała się samowystarczająca energetycznie) i zastąpienie go „zieloną energią” ma w planach przynieść miliony nowych miejsc pracy, z czego 250 tys. przy „zatykaniu porzuconych szybów wydobywczych”.
Przywrócone twitterowe konto prezydenta USA. Fot. White House/Social Media via REUTERS
A trzeba pamiętać, że radykałowie-millenialsi spod znaku 31-letniej kongresmenki Alexandrii Ocasio-Cortez proponują jeszcze bardziej radykalne zmiany, łącznie z ograniczeniem możliwości podróży… samolotami.

Jeszcze jako prezydent-elekt Biden zapowiedział plan wprowadzenia federalnej płacy minimalnej w wysokości 15 dolarów na godzinę (obecnie 7,5 dolara), jak jest w niektórych stanach. Celem jest podniesienie ponad granicę ubóstwa nawet 17 mln najmniej zarabiających.

Problem polega jednak tym, że w kraju o tak wielkich dysproporcjach jak Ameryka, spowodować to może per saldo likwidację miejsc pracy, szczególnie w małych, rodzinnych firmach (jedno z wyliczeń instytucji budżetowej Kongresu mówi o utracie od 1,5 do 3,7 mln miejsc pracy w skali kraju).

Pożegnanie z prezydentem? Jego następcą może być zwolennik ochrony wszelkich mniejszości

Wirus z Chin dał opozycji szansę na zwycięstwo.

zobacz więcej
A przecież wśród Demokratów bardzo popularne są pomysły upaństwowienia służby zdrowia (obecnie prywatna i pokrywana z budżetu dla najbiedniejszych i emerytów) oraz wprowadzenie… bezpłatnej nauki w czteroletnich collegach, a przynajmniej umorzenia większej części pożyczek studenckich (w USA nauka w szkołach wyższych jest płatna).

Kto za to zapłaci? Oczywiście klasa średnia, czyli Amerykanie utrzymujący się z pracy zarobkowej albo właściciele małego i średniego biznesu, gdyż tych ludzi opodatkować najłatwiej. I zapewne, skończy się na podwyżce federalnego podatku dochodowego, choć w kampanii wyborczej Biden zarzekał się, że jak podwyżka, to tylko dla tych zarabiających powyżej 400 tysięcy dolarów.

Jednak doświadczenie uczy, że podatki płaci właśnie klasa średnia, bo milionerzy i miliarderzy zarabiają tak dużo, aby móc zatrudnić prawników, którzy wiedzą, jak unikać nadmiernego opodatkowania. Za to ludzie zarabiający 20-30 tysięcy dolarów rocznie są za biedni, aby płacić cokolwiek komukolwiek.

Wielkie korporacje czy firmy Big Tech, nie po to jednak wspierały Bidena i Demokratów milionowymi dotacjami (głównie poprzez wpłaty ich szefów i właścicieli), aby teraz płacić wyższe podatki. A jest od czego – bo w pandemii Big Biznes, zwłaszcza firmy operujące w internecie i na giełdzie, zarobiły kolejne miliardy. Jeden przykład – bank inwestycyjny Goldman Sachs w roku pandemii przyniósł dochód prawie 12 mld dolarów, podczas gdy 18,5 mln Amerykanów wciąż pobiera zasiłki dla bezrobotnych.


Wśród Demokratów są także całkiem poważnie rozpatrywane pomysły, które może nie przyniosą wielkich konsekwencji dla budżetu, ale mogą zmienić Amerykę raz na zawsze.

Utworzenie dwóch nowych stanów (ze zdominowanych przez Partię Demokratyczną dystryktu stołecznego Waszyngton i Portoryko) oraz likwidacja Kolegium Elektorskiego (wraz z wprowadzeniem ogólnokrajowych wyborów prezydenckich) mają na celu stworzenie stałej, wyborczej większości.

Wprowadzenie do Sądu Najwyższego dodatkowych sędziów o lewicowych poglądach albo próba manipulacji dożywotnią kadencją sędziów mają na celu zrównoważenie ideologiczne SN.

Próby ograniczenia dostępu do broni palnej (gwarantowanej Drugą Poprawką do Konstytucji), obcięcie funduszy dla departamentów policji (za rzekomą dyskryminację rasową), wreszcie „likwidacja ICE” – agencji federalnej zajmującej się egzekwowaniem prawa imigracyjnego (ulubione hasło kongresmenki Ocasio-Cortez). Wszystkie te postulaty są stale obecne i coraz mocniej forsowane przez lewicowe skrzydło Partii Demokratycznej, które coraz natarczywiej domaga się ich realizacji od Bidena.

Biden Trumpem silny

Czy Republikanie są w stanie zapobiec radykalnemu zwrotowi na lewo? Wydaje się, że tak, choć wymagać to będzie pomocy bardziej umiarkowanych Demokratów, takich jak senator Manchin (od dawna sygnalizuje, że chce w Senacie „łączyć” i współpracować, bo ostatecznie „dziura w drodze nie dba o to, czy jesteś Republikaninem czy Demokratą”). Ale tutaj dochodzimy do kwestii wielkiego nieobecnego w naszych dotychczasowych rozważaniach, czyli byłego już prezydenta, Donalda Trumpa.
Jak będzie się zachowywał Donald Trump? Fot. REUTERS/Carlos Barria 
Tuż po listopadowym wieczorze wyborczym, Republikanie – choć wyglądało na to, że stracą Biały Dom – nie rozpaczali, bo znacznie zmniejszyli przewagę Demokratów w Izbie Reprezentantów oraz mieli szansę utrzymać Senat. Słowem mieli „pakiet kontrolny” wobec prezydenta Bidena.

Jednak tygodnie nieuznawania wyników wyborów przez Trumpa i ciągłe mnożenie przez niego teorii spiskowych spowodowały utratę dwóch miejsc w Senacie (w wyborach uzupełniających w stanie Georgia) oraz atak na Kongres z 6 stycznia. W efekcie, zgodnie z procedurą impeachmentu, Trump postawiony przez Izbę Reprezentantów w stan oskarżenia o „podżeganie do buntu”, będzie miał wkrótce proces w Senacie.

Sąd nad Trumpem może mieć fatalne skutki dla Partii Republikańskiej w postaci podziału na skrzydło umiarkowane oraz radykałów stojących za byłym prezydentem do samego końca, bez względu na wszystko. Do skazania Trumpa i pozbawienia go prawa startu w wyborach prezydenckich 2024 r. potrzeba głosów co najmniej 17 republikańskich senatorów, choć wydaje się mało prawdopodobne znalezienie ich aż tylu i ostateczne skazanie. Jednak każdy głos „za” będzie traktowany przez dużą część elektoratu jako „zdrada”.

Co pozostanie po Trumpie?

Piotr Semka: Wrogość Demokratów wobec Republikanów wspierających żółtowłosego prezydenta sięgnęła zenitu. Można to porównywać jedynie do konfliktu Północy z Południem w USA w połowie XIX wieku.

zobacz więcej
Znając osobowość Trumpa, można założyć, że nie daruje on żadnemu ze „zdrajców”. A to znacznie obniży ich szanse na ponowny wybór i postawi pod znakiem zapytania perspektywę przejęcia przez Republikanów kontroli nad Kongresem w 2022 r., co jeszcze miesiąc temu wydawało się całkiem realne.

Aby tak się stało, jak pisze polityczny guru Partii Republikańskiej Karl Rove, pozostający w opozycji Republikanie „stoją przed trudnym zadaniem scementowania poparcia klasy pracowników najemnych, którzy głosowali na Trumpa, przy jednoczesnym odzyskaniu poparcia wśród mieszkańców przedmieść oraz uczynieniu postępu w pozyskaniu coraz bardziej różnorodnego elektoratu”.

Na przeszkodzie temu może stanąć… sam Trump, o ile – czy to z własnej kalkulacji wyborczej, czy z czystej żądzy odwetu – wezwie swych najtwardszych zwolenników, aby nie głosowali na nielubianych przez siebie Republikanów.

Jeśli tak się stanie, już po raz drugi – po ostatniej kampanii prezydenckiej – będzie to dowodem na to, że najlepszą gwarancją sukcesu Joe Bidena jest… aktywność jego arcyrywala. Taka podwójna dawka ironii losu z pewnością przeszłaby do annałów historii politycznej Ameryki.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Waszyngton w dniu inauguracji prezydenta Joe Bidena. Fot. REUTERS/Allison Shelley
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Trzeba rozmawiać. Tylko czy to wciąż możliwe?
Cóż, chciałem tylko opisać okradzionych romantyków…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polski „doktor fizyki z bratem” obalają Einsteina. Czyli naukowo...
Uczony mówi rzeczy trudne. Pseudonauka wskazuje, na kogo zwalić winę.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy brodacze lepiej się rozmnażają?
Drwal – to dziś wzorzec z Sèvres męskości.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francuskie marzenia o oświeconym islamie
Emmanuel Macron między poprawnością polityczną a „islamofobią”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Wnuczek” zatrudnia taksówkarza
Jedna podniosła koszulkę i starszemu panu pokazała piersi. Druga obszukiwała jego szafki.