Rozmowy

Bezdomni szefowie warsztatu ślusarskiego, stolarni, pizzerii... Pomagają tym na ulicy

Młodzi ludzie opuszczający domy dziecka mają na start wyprawkę w kwocie kilku tysięcy złotych. Na ile może to wystarczyć, jeśli taki młody człowiek nie ma wykształcenia, doświadczenia zawodowego, wsparcia od rodziny? Przeżyje za te pieniądze miesiąc, może dwa, kupi wypasionego smartfona, a potem zasila rzesze bezdomnych – mówi Zbigniew Drążkowski, założyciel pierwszego w Polsce stowarzyszenia Emaus w Krężnicy Jarej pod Lublinem.

Ruch Emaus powstał w latach 50. ubiegłego wieku we Francji. Pomaga osobom bezdomnym, niepełnosprawnym lub z innych przyczyn potrzebującym wsparcia. Skupieni we wspólnocie, utrzymują się sami z różnej działalności gospodarczej. Istnieje już ponad 350 tego typu wspólnot w 40 krajach na pięciu kontynentach.

TYGODNIK TVP: Co jest najtrudniejsze w byciu osobą bezdomną?

ZBIGNIEW DRĄŻKOWSKI:
Zaskoczyła mnie pani tym pytaniem… Chyba najtrudniej pogodzić się z tym losem, wykluczeniem społecznym. Bez tego pogodzenia nie da się żyć, ale z drugiej strony, jeśli za bardzo przyzwyczaimy się do tego stanu, maleje nasza szansa na normalne życie. Bo taka osoba nie potrafi już inaczej funkcjonować, dostosować się do reguł panujących w społeczeństwie, nie ma motywacji do zmiany. Nie ma poczucia odpowiedzialności za siebie i innych.

Pracując z osobami bezdomnymi obserwuję, że mają bardzo proste marzenia. Każdy chce mieć dach nad głową i rodzinę. Niestety, w wielu przypadkach jest to nierealne. Z wielu powodów. Gdy zbyt dużo czasu spędzi się na obrzeżach życia, po prostu nie da się zaczynać wszystkiego od nowa. Zdrowie jest zrujnowane, brak jakiegokolwiek majątku, brak wsparcia ze strony bliskich. A kiedy nie da się tego marzenia zrealizować, rodzi się wielka frustracja, o której trzeba zapomnieć – w jakikolwiek sposób…

Aby pomagać bezdomnym, trzeba ich przede wszystkim zrozumieć. Zazwyczaj ci, którzy się na to decydują, sami doświadczyli takiego losu. Czy tak było w pana przypadku?

Zawsze chciałem czuć, że jestem we właściwym miejscu, na własnej drodze. Momentem kluczowym, który przewartościował moje podejście do życia i do ludzi, był wypadek. Cudem go przeżyłem.
Najpierw w Krężnicy Jarej powstała fundacja „Między nami”. Zbudowaliśmy domy, w których zaczęły mieszkać osoby bezdomne i upośledzone umysłowo. Jesienią 1991 roku poznałem wiceprezydenta międzynarodowego stowarzyszenia Emaus Stefana Drexela z Niemiec i powołałem drugą organizację. Później dodatkowo powstała Spółdzielnia Socjalna Emaus. Na zdjęciu Zbigniew Drążkowski i gość z Birmy. Fot. zasoby Emaus
Podczas studiów na Politechnice Szczecińskiej uprawiałem kajakarstwo górskie, to była moja pasja. Z grupą przyjaciół wybraliśmy się na rzeki górskie do Jugosławii. W sumie w wyprawie uczestniczyło 11 osób z całego kraju, z różnych uczelni. Podczas spływu rzeką Neretwą, wpłynąłem kajakiem w przesmyk międzyskalny, w kipiel. To było miejsce o najwyższej skali trudności, nie powinienem był stamtąd wyjść. Straciłem przytomność. Nie wiem, jak to się stało, ale woda wyrzuciła mnie na brzeg. Po jakimś czasie się ocknąłem.

Wieczorem na obozowisku podszedłem do kierownika wyprawy i chciałem się usprawiedliwić, wyjaśnić to zdarzenie, powiedzieć, że nie wynikało z mojej brawury. On, w silnym stresie, zaczął na mnie krzyczeć: „Gdybyś utonął przez swoją głupotę, to druga taka wyprawa nie mogłaby się odbyć”. To mną wstrząsnęło. Zrozumiałem, że dla niego następna ekspedycja więcej znaczy od mojego życia. Choć sam byłem zakręcony, to w momencie granicznym doceniłem wartość życia. I przyjaźni.

Wtedy to moje życie jakby się zatrzymało. Uświadomiłem sobie, że to, czym żyłem do tej pory, kompletnie się już nie liczy. Zacząłem poważnie myśleć o zmianach – dałem sobie spokój z pływaniem, zrezygnowałem ze studiów politechnicznych i wstąpiłem do zakonu kapucynów. Najwyższą wartością stał się dla mnie Pan Bóg. W klasztorze odkryłem św. Franciszka, który wybrał życie z najbiedniejszymi. Do dzisiaj jest mi bliską postacią. Zacząłem poznawać świat ludzi skrajnie biednych. Ich sytuacja dotykała mnie osobiście. Poczułem się jakoś za to odpowiedzialny, za niesprawiedliwość tego świata i chciałem coś z tym zrobić – w moim własnym zakresie, na miarę moich możliwości. Tak rozumiałem moje śluby ubóstwa.

Poznałem wiele dzieci z rodzin tzw. patologicznych, osoby z niepełnosprawnością intelektualną i ich rodziny – ówczesna sytuacja tych grup społecznych była dramatyczna. Starałem się organizować im pomoc. Powstała dość liczna grupa wolontariuszy, głównie studentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którzy włączyli się do tych działań. Trwało to dobrych kilka lat.

Zaczęło się od espresso. „Gest solidarności ze współczesnymi niedotykalnymi”

Dino Impagliazzo, 86-latek z Rzymu, zaraża dobrem.

zobacz więcej
Nie zdawałem sobie sprawy, w jakim stopniu to zaangażowanie miało wpływ na mnie, na moją formację. W zamkniętej i tradycyjnej społeczności zakonnej zacząłem być postrzegany jako obcy. Doszło do poważnego kryzysu, nie zostałem dopuszczony do ślubów wieczystych. To był problem mentalny, byliśmy – ja i moja wspólnota zakonna – z różnych światów. Blisko rok trwała zupełnie patowa sytuacja, miałem zakaz jakichkolwiek kontaktów zewnętrznych.

Pod koniec tego okresu, krótko przed moją decyzją o opuszczeniu zakonu, przełożony prowincjalny zaproponował rozwiązanie: dopuszczenie do ślubów wieczystych i święceń kapłańskich, do których nie odczuwałem jednak tzw. powołania, a następnie skierowanie mnie na studia uzupełniające – pedagogiczne lub psychologiczne – bym mógł się lepiej przygotować do pracy z ludźmi. Mogłem to uznać za wyjątkową szansę, jednak odmówiłem. W młodzieńczym radykalizmie, z którego sobie oczywiście nie zdawałem sprawy, odpowiedziałem, że chcę być dla ludzi bratem, a nie pedagogiem czy psychologiem, to są różne kompetencje. Żeby być psychologiem, nie muszę być zakonnikiem. Nie udało się nam ostatecznie porozumieć i po sześciu latach odszedłem z zakonu.

Dla mnie kontynuacja zamierzeń była rzeczą oczywistą. Mogłem wrócić do rodziny, ale nie chciałem zajmować się czymkolwiek. Zamieszkałem wśród jednej z najbiedniejszych społeczności Lublina, przy ul. Nałęczowskiej. Chciałem się z nimi identyfikować, opowiedzieć się po ich stronie, dzieląc z nimi ten sam los. Ponieważ część mieszkańców dzielnicy mnie znała, zostałem przyjęty i zaakceptowany. Jedna z tych osób dała mi do dyspozycji, nieodpłatnie, komórkę na węgiel, którą przystosowałem do zamieszkania. Poznałem wtedy biedę. Był surowy luty. Kiedy rano się budziłem, woda w wiadrze była zazwyczaj zamarznięta (śmiech).

To jednak z czasem przestało mi wystarczać. Mieszkałem w slumsie przez około pół roku, później wróciłem do „normalnego życia”, założyłem rodzinę i podjąłem pracę jako listonosz, a po dwóch latach w tworzącym się w Lublinie Towarzystwie Pomocy im. Brata Alberta Chmielowskiego. Zacząłem pomagać potrzebującym w sposób bardziej zorganizowany.
Co było impulsem do założenia w 1995 roku pierwszej w naszym kraju Wspólnoty Emaus, ruchu, który pomaga przetrwać bezdomnym?

Założycielem ruchu Emaus na świecie jest francuski ksiądz, ojciec Piotr, czyli Henri Grouès. Pierwsza wspólnota powstała we Francji w 1949 roku. Ojciec Piotr spotkał wtedy człowieka o imieniu Georges, który chciał popełnić samobójstwo. Ksiądz nie przekonywał go do wartości życia, ale zaproponował wspólne mieszkanie i współpracę przy niesieniu pomocy innym. I tak Georges został pierwszym kompanionem (z fr. compagnon – kompan, współtowarzysz) pierwszej wspólnoty w Neuilly-Plaisance koło Paryża.

Nie brakowało jednak problemów finansowych. Ojciec Piotr, za radą swoich towarzyszy, postanowił zarabiać na utrzymanie wspólnoty odzyskiwaniem surowców wtórnych – makulatury, złomu, starych ubrań – i przywracaniem ich do ponownego użycia. Tak członkowie zaczęli na siebie zarabiać i trwa to do dzisiaj.

Zanim poznałem ruch Emaus, na swój sposób próbowałem pomagać osobom skrajnie ubogim, które nie są w stanie osiągnąć własnej niezależności. Doszedłem do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest zapewnienie im domu. Miałem za sobą kilka bezowocnych prób, wreszcie udało się to zrealizować dzięki pomocy mojej żony i przyjaciół, zwłaszcza Jacqueline ze Szwajcarii – podczas pobytu u niej, jesienią 1989 roku zebraliśmy „do kapelusza” kilka tysięcy dolarów. I tak w Krężnicy Jarej powstała fundacja „Między nami”. Pieniądze wydałem w ciągu dwóch miesięcy: kupiłem około 4 hektary ziemi, doprowadziłem do działki prąd i wykopałem studnię. Śpieszyłem się, ze względu na galopującą hiperinflację – pieniądze z dnia na dzień traciły na wartości.

W 1990 roku rozpocząłem budowę domu mieszkalnego, już bez pieniędzy. W ciągu 5 następnych lat dom został wybudowany dzięki darowiznom: materiałów budowlanych, sprzętu budowlanego, pracy wolontariuszy (nawet z Belgii). Do budowy udało się zaangażować ponad 300 przedsiębiorstw, instytucji, organizacji i osób fizycznych. To było wydarzenie naprawdę nie do powtórzenia! Pierwsi mieszkańcy zostali przyjęci do domu w 1995 roku.

Co ma stolarz do terapii?

Kiedy byli dziećmi, wspólnotę nazywano Muminkami. Dziś to dorośli ludzie, którzy uczą się żyć i boją się, co będzie, jak ich mama umrze.

zobacz więcej
Praca nad tym projektem pochłaniała cały mój czas. Porzuciłem studia doktoranckie z socjologii. Żona zgodziła się wtedy utrzymywać naszą rodzinę, zresztą w dużym stopniu robi to do teraz (śmiech). Jesienią 1991 roku poznałem w Lublinie wiceprezydenta Mouvement Internationale Emmaus Stefana Drexela z Niemiec. Powiedział, że jeśli chcemy mieć taką wspólnotę, to musimy sami zarabiać pieniądze, bo to one są gwarancją naszej niezależności. Miał rację. Pieniądze pochodzące z własnej pracy decydują o poziomie naszej autonomii. Dzięki nim możemy mieć wpływ na kształt stowarzyszenia, na to, jakimi zasadami się kieruje, jakie formy działalności przyjmuje. I tak z przyjaciółmi powołaliśmy drugą organizację, Stowarzyszenie Emaus – Lublin, na bazie organizacyjnej fundacji „Między nami”. Później (2010 rok) dodatkowo powstała Spółdzielnia Socjalna Emaus.

Nazwa „Emaus” nawiązuje do biblijnej osady w Palestynie, gdzie zrozpaczeni ludzie odzyskiwali nadzieję. Ktoś powiedział, że wspólnota przywraca wartość nie tylko rzeczom, ale też osobom, które się nimi zajmują. Taki jest główny cel stowarzyszenia?

Działalność Emaus ma misyjny charakter i ja się z nim całkowicie utożsamiam. W preambule Statutu Ruchu mowa o spotkaniu „ludzi, którzy zdali sobie sprawę z własnego uprzywilejowania i odpowiedzialności społecznej wobec niesprawiedliwości oraz ludzi, którzy utracili wolę życia. Jedni i drudzy postanowili zjednoczyć wolę i siły, by wspierać się wzajemnie i pomagać tym, którzy cierpią w przekonaniu, że ratując innych ocalą samych siebie”.

Kiedy zapytano niedoszłego samobójcę Georgesa, dlaczego skorzystał z propozycji księdza Piotra, odpowiedział: „Ojciec nie wspomniał o tym, że może mi pomóc, tylko zachęcił, abym ja pomógł mu pomagać innym. W ten sposób dał mi powód, aby dalej żyć”. I to jest kluczowe. Wegetacja z dnia na dzień to jest egzystencja bez sensu. A każdy z nas potrzebuje mieć poczucie sensowności w swoimi życiu.

Bezdomny Georges zamieszkał we francuskiej wspólnocie i tam zmarł. Jego grób jest obok nagrobka o. Piotra na cmentarzu w Normandii.

Każdy bezdomny ma zapewne za sobą trudną historię. Czy któraś jakoś szczególna pana zaskoczyła albo wzruszyła?

Trudno się skupić tylko na jednej osobie, bo każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. Ale jeśli mam podać jakiś przykład, to ujęła mnie postawa Mirka.
Mężczyzna trafił do wspólnoty w 2001 roku w wieku 30 lat. Pochodził z trudnej rodziny z w warszawskiej Pragi. Przez jakiś czas był w związku, który się jednak rozpadł. Był u niego problem alkoholu, u nas miał problem z utrzymaniem abstynencji.

Mirek był typem samotnika. Podczas pobytu u nas trzymał się z dala od innych, nie szukał towarzystwa. Należał do tych, którzy są niedostosowani do społecznego życia, nie umieją żyć na warunkach, jakie dyktuje im społeczeństwo. Ja bym nazwał takich ludzi nie do końca ładnie: antysystemowcy. Nie potrafią respektować pewnych zasad przez dłuższy czas.

Okazało się, że był bardzo uzdolniony artystycznie i postanowiliśmy ten talent wykorzystać. Ze względu na niego i jeszcze jednego mieszkańca wspólnoty utworzyliśmy specjalne miejsca pracy – z kolegą Darkiem zajęli się malowaniem mebli. Projekt nazywał się „Malowany kredens” i to był niezwykle trafiony pomysł. Meble zyskały na wyglądzie. Do dziś mamy w kuchni kolorowe szafki. Są naprawdę piękne.

Mirek był we wspólnocie przez rok, po czym postanowił odejść. Z czasem bardzo się ze sobą zżyliśmy, więc było to dla nas szokiem, zaskoczeniem. Powiedział nam, że już musi iść dalej. Miał takie wewnętrzne ponaglenie. Uważam, że jak na niego to i tak był bardzo długi czas spędzony w jednym miejscu.

Wyruszył pieszo do europejskich krajów z cieplejszym klimatem. Był między innymi we Włoszech, Hiszpanii, Francji czy w Maroku. Nie uważał tego za wycieczkę krajoznawczą, tylko za pielgrzymkę. Takie życie na łasce czy z łaski Pana Boga. Czuł się blisko z Nim związany. Był dość religijny. W czasie swojej wędrówki mieszkał w różnych wspólnotach Emaus na Zachodzie, czy w klasztorze, na ulicy i we francuskiej wiosce indiańskiej. Co ciekawe, podczas swojej wędrówki wysyłał do nas listy. Jest ich niemal dwieście. To są ilustrowane historie. Dzielił się swoimi przeżyciami, medytacjami, przemyśleniami. Był poszukiwaczem własnej prawdy. Bardzo oryginalnym i egzotycznym. Trudno było czasem nadążyć za jego myślami.

Serwują „samodzielnie robioną kawusię”. Niepełnosprawni kelnerzy z Cafe Równik

Może i nie ma leku na autyzm czy zespół Downa, ale dziecko można nauczyć mówić i rozumieć świat, w którym żyje.

zobacz więcej
Dwa lata temu nas odwiedził, pomieszkał przez tydzień i potem ruszył znowu pieszo, tym razem do Krakowa. Teraz nie mam z nim kontaktu.

To był wybór samotnego sposobu życia. Na ile świadomy, na ile nieświadomy – nie wiadomo. Dość daleko odbiegł od realiów życia. Trudno powiedzieć, gdzie go to ostatecznie zaprowadziło.

Ilu bezdomnych mieszka obecnie we wspólnocie w Krężnicy Jarej? I jak wygląda ich praca?

Na początku do pierwszego z domów przyjęte zostały cztery osoby. Była to trójka dziewcząt i chłopiec – wszyscy z niepełnosprawnością intelektualną. Do dzisiaj są w naszej wspólnocie. W tej chwili mamy cztery domy mieszkalne, w których jest ponad 30 osób. Najstarszy członek stowarzyszenia ma 75 lat, najmłodszy – 18. Na tym terenie ja też mieszkam ze swoją rodziną.

Działalność stowarzyszenia można sprowadzić do trzech fundamentów. Po pierwsze to demokratyczne formy zarządzania. Obowiązuje równość i partnerstwo. Oczywiście różnimy się pełnionymi funkcjami, ale to nie stanowi o jakiejś hierarchii. Każdy ponosi odpowiedzialność za konkretny i różny zakres zadań, a z tego nie wynika hierarchia w „godności”. To nie jest schronisko, gdzie czekasz, aż ktoś ci przyniesie miskę z jedzeniem. Byli bezdomni są zatem szefami warsztatu ślusarskiego, betonowego, pizzerii, odpowiadają za zaopatrzenie itp. Mówię „byli”, bo u nas już mają dom, nie jest dobrze żyć ciągle z tym stygmatem.

Kolejny fundament to zasada autonomii finansowej, czyli zarabiamy pieniądze własnym rękoma i z tego się utrzymujemy. Wspierają nas też zachodnie wspólnoty, np. z Niemiec, Szwajcarii, Szwecji czy Francji. A my z kolei pomagamy tym ze Wschodu. Na przykład w 2001 roku na terenie stowarzyszenia we Lwowie wykopaliśmy studnię i doprowadziliśmy im wodę. To jest po prostu ruch wzajemnej pomocy.

Jak wskazuje idea Emaus, podstawową naszej pracy jest zbieractwo. Zbieramy używane rzeczy, właściwie wszystko, co nadaje się do powtórnego użytku i sprzedaży. To jest jedna gałąź zarobkowa.
Z życia Wspólnoty – świąteczny grill. „Można byłoby ograniczyć pobyt do łóżka i posiłku, ale wtedy wystarczy schronisko. Wspólnota jest pewnym wyborem sposobu życia. Jesteśmy społecznością zależną od siebie wzajemnie” – mówi Zbigniew Drążkowski. Fot. archiwum prywatne ZD
Założyliśmy też Spółdzielnię Socjalną Emaus. To taki zakład produkcyjno-usługowy, gdzie produkujemy tzw. urządzenia komunalne: na przykład ławki do parków, kosze na śmieci, stoły betonowo-granitowe do gry w szachy czy choćby przystanki autobusowe. Posiadamy własną stolarnię, warsztat ślusarsko-spawalniczy, betonowy i tartak.

W ramach Spółdzielni, od 5 lat prowadzimy własną pizzerię-kebab. Projekt odniósł niesamowity sukces. Według rankingów to jedna z najlepszych pizzerii w Lublinie. Włoski kucharz Iwo „sprzedał” nam know-how, nieodpłatnie wyszkolił pierwszą grupę pracowników i biznes całkiem nieźle się kręci.

A trzecia zasada dotyczy solidarności. Chcemy i jesteśmy zobowiązani moralnie, aby na miarę naszych możliwości pomagać ludziom, którzy są na ulicy. Od ponad 20 lat każdej zimy, ale też w innych sezonach, wydajemy im posiłki. Gotujemy w naszej kuchni z naszych produktów i następnie rozdajemy je ubogim. Jeśli takie osoby przychodzą do naszego sklepu z używanymi rzeczami i potrzebują jakiejś odzieży, obuwia czy sprzętu domowego, to również bezpłatnie im to dajemy.

Czy dla niektórych bezdomnych to jest też sposób, aby wyjść na prostą i rozpocząć samodzielne życie?

Niektórzy mówią, że sami wybrali sobie taki los. Ale to nieprawda, to nie był świadomy wybór. Jak się bliżej przyjrzymy tym historiom, to jest pewna poza, chęć usprawiedliwienia samego siebie, odrzucenia świadomości, że życie nie wyszło, a część przyczyn tego stanu leży po ich stronie. Ale jest też oczywiście wiele innych przyczyn od nich niezależnych, które powodują, że lądują na ulicy.

W środowisku ludzi bezdomnych jest bardzo dużo osób po prostu niezaradnych życiowo. Jeśli dziecko rodzi się w dysfunkcyjnej rodzinie, nie ma zapewnionych środków do życia, wychowania, a co za tym idzie – też edukacji, to jak ma żyć w społeczeństwie? Od początku ma złe wzorce, żyje bez poczucia bezpieczeństwa, za to w ciągłym uczuciu zagrożenia, niepewności jutra.

Jadłodzielnie. Nie mylić z jadłodajniami

Nie zajmują się żywieniem ubogich, tylko dzieleniem się tym, czego bywalcy mają za dużo. Trafiają tam egzotyczne owoce, belgijskie czekoladki, karob, ale i dania tzw. diety pudełkowej.

zobacz więcej
To było szczególnie zauważalne, kiedy zajmowałem się dziećmi z tzw. rodzin patologicznych. Nie mają normalnej przeszłości, więc chcą o niej zapomnieć; życie w ciągłym zagrożeniu sprawia, że nie myślą też o przyszłości, bo ona wywołuje lęk. Cała energia jest więc skumulowana na tym, co jest dziś i chcą wyciągnąć z tego jak najwięcej przyjemności, nie patrząc na konsekwencje. Brak wsparcia, zaplecza finansowego, planów, marzeń jest już bliskim krokiem do zasilenia szeregu bezdomnych. Do tego dochodzą różne obciążenia związane na przykład z uzależnieniami od alkoholu czy narkotyków. To wszystko odciska piętno na człowieku, na każdym człowieku.

Osobom starszym i schorowanym trudno wyjść z bezdomności. W zasadzie ich sytuacja jest bez wyjścia. Nadzieja jest dla młodszych członków wspólnoty. Oni powinni podjąć walkę o swoje lepsze jutro. Tak było z 20-letnim Markiem, który trafił do nas na dwa lata. Był z domu dziecka. Przez chwilę mieszkał z bratem i jego rodziną. Dochodziło do konfliktów, więc opuścił dom i zgłosił się do nas po pomoc. Miał trudną osobowość, był zbuntowany, jak każdy młody człowiek. Wiem co mówię, bo jestem ojcem piątki dzieci i mam jeszcze dodatkową trójkę jako rodzina zastępcza (śmiech). Ale chłopak walczył o swoje szczęście. Znalazł sobie dziewczynę w internecie. Po jakimś czasie związali się i zaczął pracować w firmie jej ojca. Niedługo potem się pobrali. Teraz mają dwuletnie dziecko.

Podam jeszcze inny przykład. W 1996 roku pewna kobieta przyprowadziła do mnie 16-letniego syna i powiedziała: „Proszę się nim zaopiekować, bo się zmarnuje”. Nie chcę tutaj opisywać jego sytuacji rodzinnej. Chłopak zdał maturę. Poszedł na studia z pracy socjalnej. Przez różne zawirowania przerwał naukę i opuścił wspólnotę. Któregoś wieczoru wrócił do nas z dużym kartonem ciasta dla całej wspólnoty i z zaproszeniem dla mnie i mojej żony na ślub. Akurat tego dnia moja najstarsza córka miała wesele na terenie Emaus. Wspólnota też w nim uczestniczyła. Zaprosiłem go na uroczystość.
Z życia Wpólnoty – wakacje. „Nie tylko sami zarabiamy na swoje życie, ale spędzamy ze sobą wakacje, jeździmy na rowerach, czy chodzimy do kina. Nawiązują się przyjazne relacje, dlatego można tu przebywać tak długo, jak się chce” – mówi Zbigniew Drążkowski. Na zdjęciu Fot. archiwum prywatne ZD
Miałem wolny etat pracownika socjalnego i postanowiłem zaproponować mu pracę. On odpowiedział, że to było największe marzenie w jego życiu. Dokończył studia i jest z nami do dzisiaj. W tej chwili odpowiada za sklep, zbiórki, za ważną część naszej działalności dochodowej. Założył rodzinę, ale jego życie toczy się wokół tego miejsca.

Członkowie Emaus traktują siebie jak jedną wielką rodzinę?

Każda wspólnota ma swój charakter i specyfikę. We francuskich domach większość członków to obecnie imigranci. Różne narodowości, kultury, języki, problemy. Tu trudniej nawiązać bliższe relacje. W naszych 4 domach są natomiast małe grupy bezdomnych i jest rzeczywiście bardziej rodzinnie.

Jak jednak bezdomni odnoszą się do takiego funkcjonowania, zależy od ich indywidualnych cech osobowościowych. Na początku, przychodząc do nas nie szukają sensu życia, tylko dachu nad głową i jedzenia. Z czasem u niektórych ta postawa się zmienia.

Przez jakiś czas mieszkała u nas Ormianka z synem. Kiedy przyszła do nas, jej dziecko miało cztery lata, praktycznie u nas się wychowało. W tej chwili chłopak mieszka w Krakowie i jest gitarzystą. Dla niej to miejsce było więc bardzo ważne.

Ale są też inne podejścia. Mieliśmy spawacza Romka, który co jakiś czas nadużywał alkoholu i znikał na kilka dni, później wracał. Dostał parę razy szansę, ale kiedy kolejny raz do tego doszło, zrobiłem zebranie członków wspólnoty i powiedziałem Romkowi, żeby sam z nimi porozmawiał i przekonał domowników, aby dali mu jeszcze jedną szansę. To było burzliwe spotkanie. Kiedy ktoś powiedział, że tu jest dom, który on niszczy, on się zdenerwował i w złości powiedział, że dla niego dom to majtki i skarpetki. Na to Julia (Ormianka) krzyknęła na niego, naprawdę wkurzona: „Ja tu wychowuje dziecko, mam przyjaciół, a ty mi mówisz, że to moje życie to są twoje majtki i skarpetki?”. Ta historia dobrze pokazuje, z jak różnymi postawami mamy do czynienia.
Ja mogę tylko zachęcać: „Bierzcie jak najwięcej, bo to jest dla was. Im więcej weźmiecie, tym więcej będziecie mieć”. Można ograniczyć pobyt u nas do łóżka i posiłku, ale wtedy wystarczy schronisko. Wspólnota jest pewnym wyborem sposobu życia. Jesteśmy społecznością zależną od siebie wzajemnie. Nie tylko sami zarabiamy na swoje życie, ale spędzamy ze sobą wakacje, jeździmy na rowerach, czy chodzimy do kina. Nawiązują się przyjazne relacje, każdy może tu przebywać tak długo, jak chce, bez ograniczenia czasu pobytu. O ile spełnia nasze warunki. A są dość proste: trzeba pracować, utrzymywać abstynencję i nie wolno zachowywać się agresywnie. Jeśli są nagminne przypadki łamania tych zasad, to się rozstajemy. I taka osoba zazwyczaj wraca na ulicę. To są sytuacje naprawdę dramatyczne, bo dość często takie życie kończy się szybko śmiercią.

Jak wynika z ogólnopolskiego badania bezdomności z 2019 roku, w kraju jest ponad 30 tysięcy osób bez dachu nad głową. Z czego ponad 80 procent to mężczyźni. Programy pomocowe skierowane do tych osób nie zawsze są skuteczne. Jakie pan widzi rozwiązanie tego problemu?

Problem bezdomności w Polsce nie jest do końca rzetelnie przebadany. Z mojego doświadczenia wynika, że jest ogromny i narasta. W lubelskich schroniskach jest 250 miejsc i zwykle są one cały czas zajęte. Bezdomni mieszkają więc w opuszczonych chatach, altankach, pustostanach, migrują od jednego pustostanu do kolejnego i trudno ich zarejestrować. Moim zdaniem około 40 procent Polaków żyje obecnie na skraju ubóstwa. Ledwie wiążą koniec z końcem. Nie stać ich na płacenie rachunków. Teraz, w czasie pandemii problem się nasilił, ponieważ wiele osób straciło pracę.
23.02.2012
Od 20 lat opieką nad bezdomnymi zajmują się poszczególne gminy. I wszystko dobrze, gdy gmina jest duża, bo ma na ten cel środki. Małe gminy, zwłaszcza wiejskie, mają natomiast dość ograniczony budżet i trudniej jest im udzielać taką pomoc. Bezdomni migrują więc do dużych miast, ale tamtejsze schroniska nie przyjmują ich, bo te osoby nie są z ich terenu. I koło się zamyka.

Biurokracja nie oszczędza obszaru pomocy społecznej. Pracownik socjalny jest urzędnikiem, nie ma czasu chodzić po altankach, bo musi wypełniać mnóstwo papierów, sprawozdań. A trzeba pomagać ludziom w terenie. Czy w normalnej rodzinie rodzic prowadzi dziennik obserwacji wszystkich zachowań dzieci, poddaje dane analizie, robi sprawozdania? Biurokracja od wielu lat nieustannie rośnie, pęta nasze życie. Nasze instytucje są nieświadome podstawowej prawdy, że to człowiek jest ich podmiotem; również w programach socjalnych dla osób bezdomnych – to człowiek jest podmiotem. Trudno to zmienić, ale trzeba zacząć o tym myśleć i chcieć.


Weźmy na przykład młodych ludzi opuszczających domy dziecka. Mają na start wyprawkę w kwocie kilku tysięcy złotych. Na ile może to wystarczyć, jeśli taki młody człowiek nie ma wykształcenia, doświadczenia zawodowego, wsparcia od rodziny? Przeżyje za te pieniądze miesiąc, może dwa, kupi wypasionego smartfona, a potem zasila rzesze bezdomnych. To dramat. Uważam, że brakuje takich instytucji, które by im pomagały przez dłuższy czas odnaleźć się w samodzielnym życiu. Do nas czasem przychodzą również młodzi ludzie, ale nie zawsze potrafimy im pomóc. Okres dojrzewania to jest specyficzny i trudny czas w rozwoju człowieka, czas buntu i podważania wszystkich reguł. I wtedy nie da się z nimi żyć. Nie każdy się tu odnajdzie.

Stawiamy na jakość pomocy, a nie na ilość osób, którym pomocy udzieliliśmy. Zbudowaliśmy to miejsce na zaufaniu. Nie ma żadnego dyżurnego w naszych domach. Zakładamy, że członkowie przyjmują nasze warunki jako swoje. I to działa. W grupie 30 osób dziesięć jest niezdolnych do pracy. Są niepełnosprawne intelektualnie lub fizycznie i są na naszym utrzymaniu. Musimy więc współdziałać, aby to wszystko razem utrzymać. Najważniejsze jest codziennie towarzyszenie w ich pracy i życiu.

Czego się pan nauczył od bezdomnych?

Bardzo dużo. Na pewno zdolności przyjaznego patrzenia na świat. Zrozumiałem, że przemoc nie rozwiązuje żadnej sprawy. Siłą nie da się niczego osiągnąć. Jak drugi człowiek postawi barierę, to nie mam żadnych środków, by to zmienić – tylko rozmowę. Dlatego jestem zdeklarowanym pacyfistą. Nauczyłem się też pokory. Jestem świadomy, że nie jestem w stanie nikomu pomóc, jeżeli ktoś nie będzie tego chciał. No i nie dzielę ludzi na lepszych i gorszych, czuję się dobrze zarówno na salonach, jak i w slumsach.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Zbigniew Drążkowski za swoją działalność został uhonorowany Orderem Oficerskim Odrodzenia Polski, jest laureatem Nagrody Angelusa i nagrody Złoty Parasol, przyznawanej przez Zarząd Forum Lubelskich Organizacji Pozarządowych.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Europa traci znaczenie. Centrum świata są Indo-Pacyfik i Chiny
Podwodne okręty atomowe mają potężny zasięg i mogą odegrać decydującą rolę w potencjalnym konflikcie z Chinami.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przodkowie ożyli na stodołach
Murale inspirowane starymi fotografiami zwykłych ludzi. Chłopów, powstańców, nauczycieli, młynarzy - dziadków i rodziców. Polaków, Żydów, Rusinów...
Rozmowy Najnowsze wydanie
Pachnący pancerz i loki na Pawiaku. Kobiety w czasach okupacji
Na koniec walk chciały założyć modną sukienkę. Dbanie o siebie dawało im siłę i pokazywało Niemcom: „Nie złamaliście nas, żyjemy!”.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Angela Merkel rządziła za długo
Piotr Semka: Jej sukcesem jest nieformalny, aczkolwiek solidny sojusz Niemiec z Rosją.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Raki były zbyt powszechne, o kunszcie kucharskim świadczył...
W słodkiej bułce lądowała słonina. W kompocie – alkohol. Tryumfował wynalazek Szwajcara Juliusa Maggi, konserwy i kuchnia gazowa.