Felietony

Co pozostanie po Trumpie?

Lewica była w stanie akceptować miękki, coraz bardziej bezzębny „buszyzm”, który od 1988 był symbolem amerykańskiej prawicowości. Jednak gdy ku jej niedowierzaniu wybory w 2016 roku wygrał Donald Trump, Demokraci i kartel progresistów rozpoczęli zimną wojnę domową.

20 stycznia 2021 roku zakończy się kadencja prezydencka Donalda Trumpa. Nie sposób przewidzieć, czy nastąpi to w warunkach przeprowadzonego impeachmentu, czy też do procedury tej Demokraci – z pomocą jakiejś części Republikanów – będą chcieli wrócić już po inauguracji Joe Bidena.

Demokraci chcą, aby symbolem prezydentury Trumpa było wdarcie się na Kapitol 6 stycznia 2021 roku ponad stuosobowej grupy demonstrantów uznających, że podczas wyborów prezydenckich doszło do oszustw i wyniki są nierzetelne. Przeciwnicy zarzucają mu kierowanie insurekcją, której celem miało być obalenie ustroju USA. Wielu Amerykanów uważa jednak, że Trump w swoim przemówieniu nie wzywał do przemocy (mówił o „patriotycznym i pokojowym marszu”), zaś wtargnięcie na Kapitol było wybrykiem grupy ekstremistów, niereprezentatywnych dla większości protestujących tego dnia w Waszyngtonie.

To wydarzenia z końca kadencji 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych, a zastanówmy się, co pozostanie z jego czteroletnich rządów. Nie sposób tego ocenić bez choćby pobieżnej próby wyjaśnienia fenomenu ambitnego nowojorczyka.

Wujek samo zło?

Niekompetentny, nieobliczalny, nieokrzesany, niepohamowany, nienawistny, nieznośny. To wyłącznie epitety, jakimi go obrzucano, na literę „n”. A było ich więcej. Wyliczajmy dalej: antyzachodni, awanturniczy, antydemokratyczny, antyrepublikański. egoistyczny, mizoginiczny, rasistowski, seksistowski, faszystowski… Starczy? Liczba inwektyw, jakimi liberalny i lewicowy świat znieważał Donalda Trumpa i którymi dziś żegna jego prezydenturę, mogłaby wypełnić grubą księgę.
Dwaj przyszli republikańscy prezydenci USA: Donald Trump i George Bush podczas kampanii wyborczej tego ostatniego w 1988 roku. Fot. Cynthia Johnson / The LIFE Images Collection via Getty Images / Getty Images
Polska jest akurat tym krajem, w którym – w odróżnieniu od wielu państw Europy – Trumpa lubiano. Według sondażu amerykańskiego ośrodka badawczego Pew Research Center, przeprowadzonego w listopadzie 2020 roku, aż 51 procent Polaków ufało Donaldowi Trumpowi w kwestii polityki międzynarodowej. Pod tym względem zajmowaliśmy szóstą pozycję wśród 33 państw świata ujętych w zestawieniu oraz pierwszą wśród krajów europejskich. Przed Polską było tylko pięć krajów: Filipiny (77 procent), Izrael (71 proc.), Kenia (65), Nigeria (58) oraz Indie (56). Dla porównania: Trumpowi ufa w sprawach polityki międzynarodowej zaledwie 34 procent Słowaków, 28 proc. Czechów oraz 13 proc. Niemców.

Oczywiście był w tym element wdzięczności za decyzję o skierowaniu do Polski i rotacyjnym stacjonowaniu nad Wisłą wzmocnionych sił armii amerykańskiej. Ale była też świadomość wyborców polskiej prawicy, że administracja Trumpa mierzyła się z nienawistną kampanią polityczno-medialną podobną do tej wytoczonej rządzącym w ich kraju. To dawało do myślenia i pokazywało, że linie sporu w dwóch tak różnych państwach, jak Polska i USA, bywają zaskakująco podobne.

Teraz prezydentura Trumpa przechodzi do historii i oponenci będą ją przedstawiać jako wybryk historii. Prawica zawdzięcza mu jednak to, że nazwał wiele światowych zagrożeń, które szybko nie miną. Z jego rządów można wysnuć siedem ważnych wniosków.

Wniosek pierwszy: amerykańska demokracja zmieniła się na naszych oczach. Wrogość Demokratów wobec Republikanów wspierających Trumpa osiągnęła niezwykle wysoki poziom. Można to porównywać jedynie do konfliktu Północy z Południem w USA w połowie XIX wieku.

Dziś Demokraci nie przypominają już tej partii, którą byli jeszcze w końcu lat 90. Obecnie są hybrydą tradycyjnej kultury partyjnej z lewicowymi, radykalnymi grupami wpływu, ideologicznymi aktywistami na uczelniach, neomarksistowskimi ruchami typu Black Lives Matter i wreszcie oligarchią medialną – od najważniejszej gazety „The New York Times” po stację informacyjną CNN.

Kozioł ofiarny wygnany z cyfrowej wspólnoty. Symboliczna egzekucja odchodzącego prezydenta

Blokując profile odchodzącego prezydenta USA portale społecznościowe chciały się przypodobać nowej władzy.

zobacz więcej
Żadne lobby Republikanów – od zwolenników prawa do posiadania broni, poprzez ruchy ewangelikalne i białe milicje po obrońców życia – nie ma podobnego wpływu na Grand Old Party, jak nazywa się często tę partię. W niej tradycyjna maszyneria polityczna zderzała się z emocjami republikańskiego ludu, które jednak nigdy nie dominowały w takim stopniu, w jakim rozmaite postępowe lobby wywierają nacisk na Demokratów. Co widać dzisiaj w gorączce, z jaką ci ostatni podchodzą do impeachmentu Trumpa.

Żółtowłosy biznesmen był w dziejach Republikanów pewnym novum. Ku irytacji starej kasty partyjnej, „skradł” im nominację na republikańskiego kandydata na prezydenta i wygrał wybory w sposób, który zaskoczył wielu obserwatorów amerykańskiej sceny politycznej. Szokował ostrym językiem, ale to, co jedni uważali za chamstwo, dla innych było nazywaniem rzeczy po imieniu.

Postawienie na Trumpa był odruchem samozachowawczym obozu prawicy. Wybrano nie kolejnego członka bogatego klanu Bushów, lecz kogoś, kto potrafił bez ogródek wskazać, że Ameryka przesuwa się na lewo. Lewica była w stanie akceptować miękki, coraz bardziej bezzębny „buszyzm”, który od 1988 był symbolem amerykańskiej prawicowości, jednak gdy ku jej niedowierzaniu wybory w 2016 roku wygrał Trump, Demokraci i kartel progresistów rozpoczęli zimną wojnę domową.

O jej zaostrzanie niektórzy oskarżają Trumpa. Istotnie, jego nonszalanckie wypowiedzi, lekceważenie obyczajów amerykańskiej dyplomacji i gwałtowność w decyzjach personalnych podkręcały liczne konflikty. Ale nie zmienia to faktu, że lewicowi Demokracili porzucili wszelkie pozory kurtuazji wobec legalnie wybranej głowy państwa. A media mainstreamu rozpoczęły antytrumpową kampanię, systematyczne odbierając prawowitość jego rządom.

Dawny obyczaj kulturalnego ścierania się obu największych partii uległ szybkiej korozji. Pola kompromisu znacznie się skurczyły. A spór o nieprawidłowości podczas wyborów prezydenckich w 2020 roku i lekceważenie przez mainstreamowe media przypadków nadużyć, ze zdejmowaniem przemówienia legalnie urzędującego prezydenta włącznie, te podziały jeszcze wzmocnią.
Telewizyjne relacje z głosowania w Izbie Reprezentantów w sprawie impeachmentu prezydenta USA Donalda Trumpa, 13 stycznia 2021 r. w Waszyngtonie. Fot. Drew Angerer/Getty Images
Wniosek drugi: zwykłym wyborcom Republikanów potrzebny był ktoś taki, jak Trump. „Doły” wyczuwały owo przepychanie Ameryki na lewo i dobrze widziały, że takie postacie, jak Mitt Romney czy Jeb Bush nie zatrzymają tego procesu.

To Trump poprzez swoją zadziorność, waleczność i nieustępliwość zerwał Demokratom maskę partii rzekomo takiej samej, jak ta sprzed 20 czy 30 lat. Ta zadziorność niszczyła też dawne hierarchie u Republikanów i skazywała Trumpa na wrogość tradycyjnych antykomunistów, w rodzaju Johna McCaina – ci nie chcieli dotąd zauważyć, jak zmienili się Demokraci i swoją dezorientację odreagowywali wrogością wobec „kupczyka z Nowego Jorku”.

Trump wygrał z podobnymi polemistami dzięki ogromnej, oddolnej mobilizacji wyborców Partii Republikańskiej w obronie tego, co uważają za „American way of life”. John McCain, zapatrzony w lata 80. i 90. XX wieku, do końca swego życia nic z tego nie zrozumiał. Zmarł w 2018 roku.

Wniosek trzeci: Trump, rzucając wyzwanie liberalnym mediom – od CNN po największy dziennik „Washington Post” – pokazał, że ów establishment może być groźny dla demokracji. Wygrał wybory w 2016 roku porozumiewając się z wyborcami ponad głowami medialnych elit – poprzez Twittera. W tych wyborach lewica zadbała już o to, by komunikację tę zakłócić lub osłabić.

Ale podejmując tę kolejną walkę Trump znów wskazał rodzący się problem dla demokracji. W tradycji anglosaskiej zawsze uznawano, że media są słabsze od władzy i warto je wspierać. Teraz to medialni potentaci, jak szefowie Twittera i Facebooka, zaczynają cenzurować nielubianych przez siebie polityków czy wręcz całe polityczne obozy.

W 2016 roku Trump długo tkwił w błędzie, jaki popełniają politycy wywodzący się z biznesu: obce mu były ideologiczne wojny i uznał, że potrzebne media można sobie po prostu kupić. Trzeba było ostatnich paru lat, by zrozumiał, że najważniejsze media opanowane są przez lewicę i aspirują do roli rozgrywających w amerykańskiej demokracji.

Rekiny były niezadowolone. Jak wielkie korporacje zniszczyły Donalda Trumpa

Stacje telewizyjne pokazywały listy z nazwiskami Republikanów, którzy ociągali się z powinszowaniami dla Bidena, aby wywrzeć na nich presję i zmusić do uznania porażki prezydenta.

zobacz więcej
Wniosek czwarty: amerykański prezydent rzucił wyzwanie imperium finansowo-ideologicznemu George’a Sorosa. Nazwał fakt, który mógł zauważyć każdy, a był przemilczany: imperium Sorosa jest graczem w polityce światowej i to w skali przekraczającej wcześniejsze działania na styku biznesu i „misjonarskich” akcji skrajnej lewicy.

Nie wahał się wskazywać, że dzisiejsze spory w USA to efekt konfliktu z neomarksizmem, ubranym w hasła postępu i demokracji. I ostrzegł swoich rodaków, że nawet Ameryka, najsilniejsze państwo świata, jest pod naciskiem organizacji ponadnarodowych. Aby oddalić od siebie zarzuty, że walka z Sorosem ma związek z żydowskim pochodzeniem finansisty, prowadził politykę ostentacyjnie proizraelską. Zamykał tez niektóre fronty sporów cywilizacyjnych – np. zaakceptował akcję afirmatywną wobec środowisk LGTB.

Wniosek piąty: Trump przypomniał światu, że obrona wolności musi być wspólnym wysiłkiem państw NATO, a nie zrzucaniem odpowiedzialności na barki Ameryki. Że nie można oczekiwać, iż Stany Zjednoczone będą wydawać kolejne miliardy dolarów na obronność, podczas gdy np. Niemcy będą rozbudowywać eksport i zajmować się misjami pokojowymi. W odróżnieniu od poprzedniej ekipy, Baracka Obamy, Donald Trump postanowił wskazać narastającą dysfunkcyjność NATO. Przeciwnicy okrzyknęli to działanie prezydenta niechęcią do Paktu Północnoatlantyckiego, choć było dokładnie na odwrót.

Trump nie wahał się też omijać wcześniejsze, niejawne deklaracje USA wobec Moskwy, że w zamian za zgodę na akces krajów Europy Środkowo-Wschodniej do NATO, wojska Sojuszu nie będą stacjonowały na wschód od Łaby. Zrobił to gospodarz Białego Domu oskarżany bez umiaru o proputinowskie sympatie. Czy za rządów Joe Bidena powróci dawna tendencja do bezradności wobec słabnącej siły NATO i paraliżu maskowanego pustymi słowami – to się okaże.

Wniosek szósty: to Donald Trump nazwał narastający problem – ekspansję Chin. To on uderzył na alarm, że rządzona dyktatorsko satrapia używa brzydkich chwytów i po cichu buduje swą dominację na świecie. Rzucił Pekinowi wyzwanie w pojedynkę, zauważając, że kraje Unii Europejskiej są w relacjach z Chińską Republiką Ludową sparaliżowane interesami handlowymi. Bilans wojen handlowych Trumpa z Chinami bywał niejednoznaczny, ale republikański prezydent szukał wyjścia z obecnego stanu: coraz większej podległości Ameryki wobec gospodarki chińskiej. I znów – zobaczymy, jaką strategię na tym polu walki przyjmie Joe Biden.
Alyssandra Granado, jedna ze zwolenników prezydenta USA Donalda Trumpa czekających na niego w pobliżu lotniska w McAllen w Teksasie, 12 stycznia 2021 r. Fot. REUTERS / Veronica G. Cardenas - RC2O6L9ZWJHT
Wniosek siódmy: pokazał, podobnie jak niegdyś Ronald Reagan, że kontrrewolucja ideowa jest możliwa. Jako pierwszy prezydent USA Trump wziął udział w marszu na rzecz życia. Ostro potępił policjantów – sprawców śmierci George’a Floyda, ale przeciwstawił się anarchistycznym pomysłom tworzenia stref poza policyjną kontrolą lub obcinaniu funduszy na siły porządkowe. Gdy tłum próbował spalić w Waszyngtonie kościół Św. Jana, pokazał się z biblią w ręku przed nadpaloną świątynią.

Za jego rządów liczba wyborców czarnoskórych i latynoskich zwiększyła się, choć oskarżano go o rasizm i antymeksykańskie fobie. Był to efekt rozczarowania Afroamerykanów i Latynosów polityką Demokratów, którzy na piedestale postawili radykałów, feministki i mniejszości seksualne, odwracając się plecami do klas niższych, walczących o godny byt. W czym – jak uznała znaczna część – bardziej mogli liczyć na Trumpa niż na radykałki w rodzaju Kamali Harris czy Alexandrii Ocasio-Cortez.

Z kolei traktujący serio swoją wiarę katolicy pojęli, że ich wartości bardziej szanować będzie Trump – choć protestant i wielokrotny rozwodnik – niż powołujący się na swój katolicyzm Joe Biden, kandydat obozu realizującego programy aborcyjne, mający Harris za wiceprezydenta.

Trump pamiętał też o ważnych drobiazgach. Zaproponował powrót do tradycyjnego malowania samolotu Air Force One: zmianę cukierkowego błękitu z kadencji Obamy na kolorystykę Marine Blue. Zalecił też powrót do konserwatywnego klasycyzmu przy projektowaniu nowych budynków federalnych pod nadzorem administracji USA.

Po następcy go poznacie

Prezydentura Donalda Trumpa była opisywana przez większość światowych mediów z ogromną dozą złej woli. Republikanin miał swoje wady, ale relacje z jego kadencji wypełniały nie wyważone bilanse sukcesów i porażek, tylko lekceważące go opinie, kpiny, insynuacje i złorzeczenia. Skala tej dysproporcji musi budzić niepokój.


Z takim samym brakiem obiektywizmu potraktowano zarzuty o fałszerstwa wyborcze. Skomplikowana procedura wyborów, różna w poszczególnych stanach, utrudnia ocenę skali nadużyć. Liczne werdykty sądowe, na jakie powołują się obrońcy tezy, że Trump i jego zwolennicy wymyślili sobie nieprawidłowości, mogły wynikać z chęci zachowania spokoju społecznego.

Metodą na wyjaśnienie wszelkich wątpliwości byłoby powołanie Komisji Kongresu, która już na spokojnie oceniłaby wszystkie zastrzeżenia wyborców. Na to jednak się nie zanosi. Co więcej, ten spór odbije się na całej Partii Republikanów. Okaże się, jak bardzo podzieli ją to wewnętrznie i jaką rolę przyjmie w opozycji sam Trump.

Ale jednego nie da się zmienić: rządy żółtowłosego prezydenta postawiły niezwykle ważne pytania – trudno będzie od nich odwracać głowę.

– Piotr Semka

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: – Wolność słowa jest atakowana jak nigdy wcześniej – powiedział prezydent Donald Trump 12 stycznia 2021 roku, podczas wizyty na granicy USA-Meksyk w Alamo. Nawiązał do zablokowania jego profili na Twitterze i Facebooku. Wyraził obawę, że rozpoczęta przez Demokratów procedura impeachmentu wywoła w kraju złość. – Teraz jest czas na leczenie, na pokój – wezwał. Na zdjęciu rozpoczyna wizytę w Teksasie, schodząc z pokładu Air Force One na lotnisku w Harlingen. Fot. Go Nakamura / Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościuszko da nam przykład, jak robić filmy mamy?
Najmniejszy przejaw antynazistowskiego oporu doczekał się w Niemczech swojej opowieści. Dobrych Niemców mamy też w „Pianiście” Polańskiego czy „Liście Schindlera” Spielberga.
Felietony Najnowsze wydanie
Otwórzcie drzwi kościołów
Złodzieje byli, są i będą. A świątynie są po to, aby ludzie tam mogli wejść w każdej chwili.
Felietony Najnowsze wydanie
Pochodzenie
Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Na ulicach
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Tylko prawica bezobjawowa może istnieć w nowym świecie lewicy
Lewicowy radykał w roli bezstronnego badacza „faszystów”.