Kultura

Kto nie pomstuje na koronawirusa? Najpewniejsza inwestycja na czas kryzysu

W górę szybują ceny tych autorów, którzy weszli do światowego panteonu, a najlepiej, jeśli już ich nie ma między żywymi, natomiast dziwnym zbiegiem okoliczności ich dzieło rozrasta się niejako samoistnie.

Już na początku pandemii i lockdownów ludzie kultury podnieśli larum: zginiemy, a wraz z nami to, co ludzkość odróżnia od innych gatunków zamieszkujących nasz glob. Wsparcie finansowe, udzielone przez MKiDN tym, którzy oficjalną drogą o to aplikowali, nie uspokoiło paniki. Czego to nie słyszało się o nieudolnym ministrze, który daje nie tym, co potrzebują, ale tym, których wskazał algorytm… Wiadomo, każda forma przyznawania dodatkowych pieniędzy – choćby najuczciwsza w koncepcji – w praktyce napotka przeszkody. Jeszcze taki się nie urodził, który by został pochwalony za trafne i mądre rozdzielenie kasy między potrzebujących. Jakich potrzebujących? Ależ tym właśnie, co dostali, się nie należało!

Młotki coraz wyżej

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, że jest grupa twórców nie zabierających głosu w powyższej sprawie, nie labiedząca, nie pomstująca na koronawirusa ani w ogole nie udzielająca się publicznie. To twórcy oraz przedstawiciele zawodów dookolnych, którym zaraza pomogła. Tak, to nie pomyłka. Chodzi o artystów sztuk wizualnych, ongiś zwanych pięknymi. A także właścicieli i pracowników domów aukcyjnych oraz o szefów galerii prywatnych trudniących się sprzedażą.

Nie po raz pierwszy przychodzi nam skonstatować, że kryzysy sprzyjają handlowi sztuki.

Zawsze – również podczas morderczego galopu przez świat COVID-19 – są tacy, którzy na nieszczęściach robią fortuny. A choćby nawet nie fortuny, to nie biednieją, jak większość. I nie wiedzą, co robić z nadwyżkami na kontach. A jak nie wiadomo, w co inwestować, to wkłada się w ponadczasowe pewniaki. Do takowych zaliczają się dzieła sztuki.

Nie trzeba chyba dodawać, że w górę szybują ceny tych autorów, którzy weszli do światowego panteonu, a najlepiej, jeśli już ich nie ma między żywymi, natomiast dziwnym zbiegiem okoliczności ich dzieło rozrasta się niejako samoistnie. Nie, nie sugeruję szwindli czy, nie daj Boże, falsyfikatów – po prostu w odpowiednim momencie część prac została „przytrzymana” i nie trafiła na rynek. Teraz jak znalazł.
Do takich mistrzów, na których zawsze jest popyt, a teraz nawet jeszcze większy, należy zmarły pięć lat temu Wojciech Fangor. Jak mówi Stefan Szydłowski, marszand i kurator, mógłby sprzedać każdą ilość kompozycji Fangora „z kołem” bądź „ z falą”. Chodzi o najbardziej rozpoznawalny etap twórczy w dorobku tego malarza (lata 60. i 70. XX w.), kiedy pracował nad pozbawionymi konturów, rozpływającymi się okręgami, a później formami falującymi. A że pan Wojciech próbował rozlicznych wariantów kolorystycznych, jest tego całkiem sporo. Co nie znaczy, że każdy obraz osiąga cenowy Everest.

Ale w grudniu 2020 tak się stało. Kompozycja zatytułowana jak zwykle u Fangora szyfrem „M22” z 1969 roku pozbawiła nabywcę niebanalnej kwoty wynoszącej 7 mln i 316 tysięcy. Kilka miesięcy wcześniej za inną pracę tego autora zapłacono „tylko” 3 mln 180 tysięcy.

Na podobne wyżyny wspięło się kilka innych dzieł, w tym Jana Matejki wyimaginowany, stylizowany na styl renesansowy portret „Wit Stwosz jako dziecko” (3,3 mln); „Autoportret w stroju polskiego szlachcica” Maurycego Gottlieba, zresztą ucznia Matejki (3,12 mln); oraz Romana Opałki „Detal” (3,2 mln).


Cóż to jednak wobec osiągnięć (pośmiertnych) pewnej utalentowanej Polki: „Portret Marjorie Ferry” pędzla Tamary Łempickiej zmienił właściciela za aż 82 mln złotych (w przeliczeniu).

Czas artystycznego matriarchatu

Nie tylko Strajk Kobiet wysforował się na czoło naszego życia społecznego (w sieci i na ulicach). Chyba jeszcze nigdy płeć piękna nie zdominowała w równie intensywny sposób życia artystycznego. Zarówno w Polsce, jak w innych krajach. Chyba naprawdę w sztuce skończyła się „era męska” i nadciąga czas artystycznego matriarchatu.
Nie miejsce tu, by rozważać przyczyny tego zjawiska, dość powiedzieć, że liczba artystek wystawiających w prestiżowych galeriach, w realu czy wirtualnie, bije na głowę przedstawicieli płci przeciwnej.

Zacznę o rodzimych wydarzeń. W warszawskiej Zachęcie – która, nota bene, obchodziła w 2020 roku 120-lecie istnienia – odbyła się (dostępna w rzeczywistości, akurat w miesiącach poluzowania ograniczeń) pierwsza w Polsce indywidualna prezentacja Moniki Sosnowskiej, artystki światowego formatu, rzadko obecnej w naszych galeriach.
Ludwika Ogorzelec
W Muzeum Sztuki w Łodzi przypomniano oryginalną twórczość Teresy Tyszkiewicz (o czym pisaliśmy w Tygodniku TVP), od 1981 roku mieszkającej w Paryżu. Niestety, artystka zmarła dosłownie w przededniu wernisażu, choć jeszcze uczestniczyła w pracach przygotowawczych do wystawy.

Z kolei w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamku Ujazdowskim zorganizowano monografię Ludwiki Ogorzelec, także artystki paryskiej emigrantki, której wyprowadzka z Polski spowodowana była stanem wojennym i sytuacją po jego wprowadzeniu.

W Centrum Rzeźby w Orońsku pokazała obrazy-instalacje Małgorzata Mirga–Tas, autorka romskiego pochodzenia, wykształcona na krakowskiej ASP.

Wymieniam tylko ekspozycje monumentalne i istotne w CV autorek.

Ciało kobiety, dusza Cezara. Wonder Woman Artemisia Gentileschi

W okrucieństwie przebiła swego mistrza. Posoka strumieniami ścieka z łoża, oprawczyni rękę ma wprawną, a minę o wiele bardziej zawziętą niż Judyta Caravaggia. Pomaga jej służąca, przytrzymując ręce walczącego o życie mężczyzny.

zobacz więcej
Podobnie w zachodnich muzeach „panoszą się” twórcy rodzaju żeńskiego. Najpierw, z historycznych racji, wspomnę wczesnobarokową malarkę Artemisię Gentileschi (1593 – 1654), jedną z pierwszych kobiet na świecie, które zarabiały – i to naprawdę nieźle – swą sztuką. Jej płótna wystawiła londyńska National Gallery.

W paryskim Centre Pompidou złożono hołd osiągnięciom Jeanne-Claude, partnerce słynnego Christo, który przyznawał, że bez niej nie osiągnąłby nigdy tak znaczącej pozycji w sztuce. Sławna na cały świat performerka, nawet trochę celebrytka Marina Abramović w grudniu zamknęła (po 4 miesiacach trwania) swój piekwszy w Wielkiej Brytanii show zatytułowany „After Life” (w londyńskiej Royal Academy).

Damom wieku się nie wypomina, jednak trudno nie wspomnieć, że Judy Chicago, wielka dama amerykańskiej sztuki, weszła w dziewiątą dekadę życia, co odnotowało retrospektywą artystki Young Musem (przekornie!) w San Francisco.

Historia do nich należy

Dobrze, nie będę dłużej ciągnąć tej listy, bo odbiorcy posądzą mnie o feministyczne ciągoty – a ja tylko relacjonuję fakty. I nie da się ukryć, że w przeszłości, i to długo, to panowie rozdawali w kulturze karty. Toteż widać to na wszelkich prezentacjach o historycznym charakterze.

I tak londyńskie British Museum przypomniało znanego z niezrównoważonej natury, szalonych pomysłów i… prześladowania chrześcijan cesarza Nerona (37 – 68 r. n.e.). Czy miał jakieś pozytywne cechy? Kuratorzy upierali się, że owszem, choć nie taili swych uczuć do bohatera, określanych mianem love-hate. „Neron. Życie i dziedzictwo” pozwala poczuć tę emocjonalną ambiwalencję.

A co u innego tyrana o światowej reputacji? Oraz u jego dalszej i bliższej rodziny? „Sztuka na dworze Tudorów” trafiła na „dwór” sztuki, do nowojorskiego Metropolitan Museum of Art.

„Ojciec chrzestny religijnego banału” konał dwa tygodnie, trawiony gorączką. Przyczyn lekarze nie potrafili ustalić

Koniec nastąpił w Wielki Piątek, co dało pretekst do porównywania nieboszczyka z Jezusem. 2020 miał być rokiem Rafaela. Koronawirus zniweczył te plany.

zobacz więcej
Teraz przenieśmy się do krainy łagodności: 500-lecie śmierci Rafaela Santi fetowano w kilku muzeach, z czego te najważniejsze, z wystawami-lokomotywami to National Gallery w Londynie i Scuderie del Quirinale w Rzymie.

Nie mogę też przemilczeć najważniejszego w Polsce muzealnego przedsięwzięcia: najpierw we wrocławskim Muzeum Narodowym, obecnie w stołecznym Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego oraz w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej przywołano twórczość naszego (tzn. śląskiego, jak upomną się pedanci) barokowo-klasycystycznego mistrza Michaela Willmanna (1630 – 1706). Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat zebrano cały cykl malarski „Męczeństwa apostołów”. Monumentalne płótna na co dzień znajdują się w rozmaitych kościołach, zaś największa część zgromadzona jest w klasztorze w Lubiążu.

A coś bliższego nam w czasie? Który z panów trzyma artystyczną gardę? Gerhard Richter, dawno już uznany za leadera niemieckiej współczesnej sztuki, ma monografię (do 18 stycznia 2021) w Contemporary Art w Los Angeles.

Na deser – smakołyk ze Szwajcarii, przygotowany przez angielskiego twórcę-celebrytę Damiena Hirsta. Ten enfant terrible brytyjskiej sztuki miewa genialne promysły, niemal zawsze prowokacyjne i obrazoburcze, co nie przeszkadza mu doskonale sprzedawać prac.
Tym razem jednak chyba nikogo nie zbulwersował (może z wiekiem złagodniał – ma już przecież 55 lat). Otóż w stolicy narciarstwa, na środku zamarzniętego jeziora St. Moritz, ustawił rzeźbę pt. „Modlący się zakonnik”. Nie dokonał tego osobiście – gigantyczną pracę, mierzącą ok. 4 m wysokości, zainstalowano przy pomocy zaawansowanej technologii i helikoptera. Co ważne – rzeźba imituje dzieło wydobyte z głębin jeziora i nawiązuje do podobnej mistyfikacji, która 3 lata temu (2017) fascynowała publiczność weneckiego Palazzo Grassi podczas Biennale Sztuki. Wtedy były to fałszywe „Skarby z zatopionego statku”. Teraz Hirst wykazał się jeszcze większą przewrotnością, a także poczuciem humoru: do zatopionego (nomen omen) w modlitwie mnicha nie można podejść. A z dużej odległości monument wydaje się malutki…

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Tamara Łempicka jest najdroższą polską malarką. Na zdjęciu: wystawa prac artystki w Turynie w 2015 roku. Fot. Elena Aquila/Pacific Press/LightRocket via Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Po co żyjemy i dlaczego cierpimy? Kłębowisko emocji w Narodowym
Tak, łzy mi pociekły w finale „Trzech sióstr”.
Kultura Najnowsze wydanie
W tym roku mija 40 lat od karnawału Solidarności w Jugosławii.
Zachód był dla nich otwarty. Brytyjscy dziennikarze z uznaniem pisali o ich scenie rockowej.
Kultura Poprzednie wydanie
Spektakle oglądane „przez szybkę”
Czy teatry tak jak inne instytucje będą skazane na hybrydowość? Ledwie odmrożono sceny, a mówi się o ich ponownym zamrożeniu.
Kultura Poprzednie wydanie
W PRL nie istniał James Bond ani „Łowca jeleni”
Filmy, o których wszyscy słyszeli, a nie mogli zobaczyć przed 1989 rokiem.
Kultura wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Zaniechała obserwacji bliźnich. Może to efekt podróży do Japonii?
Zwróciła się ku przedmiotom. Im starsze i zużyte, tym bardziej „uczłowieczone”.