Cywilizacja

Siłownie i kluby fitness. Dlaczego w dobie COVID-19 epidemiolodzy tak bardzo ich się boją ?

Branża skupiająca siłownie i kluby fitnes chce złożyć pozew zbiorowy przeciwko rządowym restrykcjom w czasie epidemii koronawirusa. Tygodnik TVP prześwietla fit-biznes, sprawdza kto i jak zarabia na zdrowym stylu życia.

Plagi egipskie – tak najprościej można określić obecną sytuację potentata polskiego sektora fitness, czyli Benefit Systems. Pierwsza spadła pandemia. Ona spowodowała, że z 83 mln zł zysku za 3 kwartały 2019 r. spółka zanotowała aż 20 mln zł straty w analogicznym okresie 2020 r.

Później na rynku pojawił się niezwykle niebezpieczny, i co najważniejsze, bogaty gracz. Największy polski ubezpieczyciel stworzył własny system benefitów pod nazwą PZU Sport, będący bezpośrednią konkurencją dla popularnej karty Multisport.

W ostatnich dniach dzieła dokonał prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta nakładając na grupę karę w wysokości 27 mln zł za ograniczanie konkurencji na rynku w latach 2012-17.

I chociaż sytuacja wydaje się być beznadziejna, to Benefit nie powinien podzielić losu biblijnego Faraona. Jest po prostu za duży. Cała szeroko rozumiana branża fitness generuje przychody na poziomie 4 mld zł. Co trzecia złotówka z tego tortu przypada właśnie na Benefit. Mało która branża w Polsce jest tak zdominowana przez jednego gracza.
Protest w Warszawie w październiku 2020 przeciw zamknięciu siłowni w czasach pandemii COVID-19. Fot. Maciej Luczniewski/NurPhoto via Getty Images
Jednocześnie jest to nadal bardzo rozdrobniony rynek pod względem liczby placówek. Bo na 2,7 tys. klubów działających w naszym kraju tylko ok. 160 przypada na Benefit. Drugie w kolejności Calypso ma ich zaledwie 50. Podobną liczbą może pochwalić się trzeci Xtreme Fitness Gyms. On jednak funkcjonuje na zasadzie franczyzy, czyli każdy klub jest oddzielną spółką. A to oznacza, że lwia część przypada na małe, lokalne, często rodzinne działalności.

Zarazem jest to segment gospodarki, który obok dyskotek, kin i teatrów, ucierpiał najbardziej w dobie koronawirusa. W całym 2020 roku działał bowiem zaledwie przez kilka miesięcy. A i to na pół gwizdka.

Warto więc przyjrzeć się, jak dzisiaj radzą sobie siłownie, czemu epidemiolodzy tak bardzo się ich obawiają, i jak zarabia się na prowadzeniu fit-biznesu.

Zatłoczone i zamknięte

„Jeżeli miałbym dokonywać jakiejś hierarchii elementów, które będą otwierane, to siłownie i restauracje są raczej na końcu tej listy” – te słowa ministra Adama Niedzielskiego nie pozostawiają złudzeń. Właściciele wszelkiego rodzaju „gymów” powinni do maksimum ograniczyć swoje koszty stałe, aplikować o pomoc rządową i... cierpliwie czekać.

Ministerstwo Zdrowia powołuje się na analizy naukowców z Uniwersytetu Stanforda i Uniwersytetu Północno-Zachodniego w Evanston. Ich badania ukazały się w prestiżowym, naukowym tygodniku „Nature”. Czytamy w nim, że w ich pracach wykorzystano dane geolokalizacyjne z 98 mln telefonów komórkowych. Ruch ludzi z 10 największych miast Stanów Zjednoczonych nałożono na dane dotyczące infekcji.

Wytypowano 10 proc. najbardziej uczęszczanych miejsc, które stanowią źródło ponad 80 proc. wszystkich infekcji. Są to zazwyczaj zatłoczone i zamknięte przestrzenie, gdzie ludzie przebywają przez dłuższy czas. Prawdopodobieństwo infekcji było najwyższe w sklepach spożywczych, restauracjach, gabinetach lekarskich, hotelach. Oraz w siłowniach.

Rzecz jasna z tą tezą nie zgadza się Tomasz Napiórkowski, prezes Polskiej Federacji Fitness. W rozmowie z Tygodnikiem TVP przekonuje, że USA i Polska to dwa zupełnie inne światy. Tłumaczy, że poziom sanitarny w Stanach jest nieporównywalnie gorszy niż w Polsce.

– Po drugie, zagęszczenie ludzi na siłowniach w USA wynosi ok. 7 tys. osób na jeden klub. U nas jest to 800 klientów – przekonuje. I dodaje, że w naszym kraju wymogi sanitarne dotyczące cyrkulacji i wymiany powietrza są niezwykle restrykcyjne.

Rzeczywiście, zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dn. 17.02.2004 r. „Pomieszczenia do ćwiczeń fizycznych wyposaża się w klimatyzację lub wentylację mechaniczną, o wydajności zapewniającej przepływ powietrza zewnętrznego w ilości co najmniej 50 m3/godz. na jedną osobę, przy uwzględnieniu maksymalnej liczby osób korzystających z usług świadczonych w zakładzie”.

„Bicek grozy” i „kawusiowy koks”. Tak trenują Polacy

Nie zawsze słuchają, co mówi do nich trener, koniecznie muszą sfotografować swoje nowe buty, a zdjęcie – wrzucić na Instagrama.

zobacz więcej
Źródło epidemii

Oznacza to, że dla ćwiczących 10 osób na 50 m2 strumień powietrza powinien wynosić 500m3/h. Dla porównania, w galeriach handlowych ten współczynnik jest nawet 10-krotnie niższy. – Powinniśmy powoływać się na dane z krajów europejskich – tłumaczy Napiórkowski. I przywołuje badania prof. Michaela Bretthauera z Uniwersytetu w Oslo. W jego eksperymencie uczestniczyło 3764 osób w wieku od 18 do 64 lat. Podzielono ich na dwie grupy. Jedna uczęszczała na zajęcia sportowe z zachowaniem pełnego reżimu sanitarnego, druga nie. Po dwóch tygodniach przeszli test na obecność koronawirusa. Zbadano również personel siłowni. Okazało się, że tylko jedna osoba była chora, a zaraziła się w miejscu pracy, a nie na obiekcie sportowym.

Ale już w innym skandynawskim kraju liczby wyglądają zupełnie odwrotnie. – Głównym źródłem epidemii, która ma obecnie miejsce, są siłownie i centra fitness – grzmiał główny epidemiolog Islandii, Porolfur Gudnason. A Islandzka Agencji Obrony Cywilnej poinformowała, że w badanym przez nią okresie zakażonych na siłowniach zostało 110 osób, czyli ok. 10 proc. wszystkich infekcji.

– Niezwykle ciężko jest naukowcom zweryfikować akurat kluby fitness – tłumaczy Tygodnikowi TVP dr Rafał Mostowy z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Wiadomo, że do zakażeń dochodzi tam, gdzie mamy dużą gęstość osób. Ale czy są to najbardziej niebezpieczne miejsca? Tego nikt z ręką na sercu powiedzieć nie może.

Dodaje, że sam regularnie uczęszcza na siłownie, jednak rozumie ich zamknięcie przez rząd. Na pytanie, dlaczego akurat one mają być otwierane w ostatniej kolejności odpowiada, że podyktowane może to być potrzebami społecznymi. – Wiadomo, że w pierwszej kolejności potrzebujemy edukacji i szkolnictwa. I to one będą najpierw odmrażane. Bez siłowni społeczeństwo jakoś sobie poradzi – dodaje.

Tylko, czy poradzą sobie przedsiębiorcy działający w tym segmencie? A przede wszystkim ich pracownicy…

Rok bez szansy na wypowiedzenie

Walka o otwarcie miejsc do ćwiczeń – nie tylko w naszym kraju – jest tak głośna i aktywna medialnie, bo jest to potężny biznes. Szacuje się, że w 2019 r. rynek fitness w Unii Europejskiej wygenerował ok. 120 mld zł przychodu. Przy tej skali, Polska – ze swoimi 4 mld zł – wygląda jak ubogi krewny.

Ale wbrew pozorom, wcale tak źle nie jest. Bo Niemcy, Wielka Brytania razem z Francją, Hiszpanią i Włochami mają aż 65 proc. całości. W Europie jesteśmy na 7. miejscu. Regularnie wykupujących karnety jest aż 3 mln Polaków, ćwiczących w 2,7 tys. placówkach.

Średnia cena miesięczna abonamentu wynosi, według danych Deloitte 26,5 euro. Dla porównania średnia europejska to 40 euro.

Oczywiście karnet karnetowi nierówny. W rodzinnych siłowniach prowadzonych w mniejszych miejscowościach ceny zaczynają się już od 40 zł. Ale i sieciówki posiadają pełen wachlarz ofertowy.
Siłownia w centrum Krakowa ogłosiła w mediach społecznościowych, że przekształca się w sklep i zachęca klientów do odpłatnego testowania sprzętu. Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Dla przykładu Calypso w Częstochowie oferuje Fit 4-Pack za 69 zł. Wówczas otrzymujemy 4 wejścia w miesiącu. Za 109 zł dochodzi opieka medyczna i usługa concierge – czyli trenera personalnego. Za 119 zł jest już nielimitowany dostęp do wybranych klubów i miesięczny okres wypowiedzenia.

To ważne, bo niemal wszystkie ogólnopolskie sieci podpisują bardzo niekorzystne dla klienta umowy. Zazwyczaj są na rok bez możliwości wypowiedzenia. I co ważniejsze z automatycznym dostępem do pobrania kwoty z naszego konta. Do tego dochodzi jeszcze jednorazowa opłata wpisowa. W Calypso to 19,95 zł.

Z drugiej strony trzeba pamiętać, że wystartowanie z własną siłownią wiąże się z potężnymi kosztami. Dzisiaj nikt już nie chce „wyciskać” w malutkich piwnicach na obrzeżach miast. Lokal musi być w prestiżowym miejscu, nowoczesny, ze sprzętem z najwyższej półki. Najlepiej pachnącym jeszcze nowością.

Kompletne wyposażenie wiąże się więc z wydatkiem ok. 2 mln zł. Można oczywiście wziąć to w leasing, ale w efekcie comiesięczne koszty poważnie rosną.

Sejny wolą Chodakowską

Dlatego firmy oszczędzają na pracownikach. Olbrzymia część branży zatrudniona jest na umowach o dzieło, umowach zlecenie lub współpracuje w formie B2B wystawiając faktury, jako jednoosobowa działalność. Aż 92 proc. klubów nie spełniło wymogu co najmniej jednej umowy o pracę, który uprawniałby do korzystania ze środków z tarczy.

Zarabiasz tyle, ile wypracowałeś. Oczywiście im więcej masz klientów i w im bardziej prestiżowym miejscu pracujesz, tym zarobki masz wyższe. Trenerzy personalni w Marriotcie są w stanie „wyciągnąć” więcej niż minister konstytucyjny. Mają bogatych klientów, którzy za godzinę ćwiczenia są w stanie zapłacić im nawet 250 zł. Ale już instruktorka fitness z Suwałk musi pracować na dwa etaty. Mówi, że biuro podróży to jej hobby, ale też pełny etat. Fitness to pasja. – Mam określoną stawkę godzinową za poszczególne zajęcia i określoną liczbę osób w grupie – tłumaczy Katarzyna Niedźwiecka. – Niestety w dobie pandemii nie zarabiam nic.

Takich, jak ona są w Polsce tysiące. I to właśnie ludzie z mniejszych miejscowości najmocniej odczuwają skutki koronawirusa. Bo do tej pory nie zarabiali kokosów, więc nie było z czego specjalnie odłożyć na czarną godzinę.

Instruktorzy robią co mogą, by „utargować” każdą złotówkę. Przenieśli się ze swoimi personalnymi treningami do internetu. I tutaj również mamy olbrzymią przepaść między wielkimi aglomeracjami a miastami powiatowymi. W pierwszym przypadku, duża część ich klientów przeszła w świat online i jest gotowa płacić za wirtualne treningi. Ludzie z Sejn wolą włączyć Chodakowską na YouTube i ćwiczyć w domu za darmo.

Kościół Zdrowego Ciała

Liderem rynku jest wspomniany już wyżej Benefit Systems. Od lat konsoliduje branże i skupuje swoją konkurencję. Należą do niego m.in. popularne marki Zdrofit, Fitness Academy czy S4 Fitness Club. W ostatnim czasie przejął część siłowni Calypso – czyli swojego głównego konkurenta.

Dziennikarz wyleczony z COVID-19: wirus ostro mnie przeczołgał

Relacja Igora Zalewskiego, który przeszedł zakażenie koronawirusem SARS-CoV-2.

zobacz więcej
BS miał w 2019 r. przychód na poziomie 1,5 mld zł! To wzrost rok do roku aż o 26 proc. Wykazał też 155 mln zł zysku netto.

Jednocześnie jest w Polsce liderem kart sportowych oferowanych głównie przez pracodawców swoim pracownikom w ramach zakładowych funduszy świadczeń socjalnych. Jego główny konkurent – OK System – od lat skarżył się na nierówną konkurencję. A przede wszystkim na fakt, że jego produkty nie były akceptowane w klubach Benefitu. To powodowało, że pracodawcy nie chcieli wykupić ich usług.

I dlatego UOKiK 5 stycznia nałożył na Benefit aż 27 mln zł kary za praktyki monopolistyczne. – Po niezwykle trudnym roku oraz walce z Urzędem wydaje mi się, że Benefit odpuści sobie dalszą konsolidacje – prognozuje Napiórkowski. – Nie wykluczam za to wejścia na nasz rynek, któregoś z europejskich potentatów. W Niemczech kluby fitness otrzymują z budżetu państwa 90 proc. przychodów z roku poprzedniego. Dla nich nasz rynek będzie więc stał otworem.

Może dlatego właściciele w Polsce kombinują jak mogą. Centrum fitness Atlantic Sports zmieniło się w Kościół Zdrowego Ciała. „Skoro nie mogą funkcjonować zajęcia fitness – od dzisiaj ruszają w naszym klubie zgromadzenia religijne członków związku pn. Kościół Zdrowego Ciała. Oświecony Olek i Czcigodna Gosia zapraszają na wyjątkowe wydarzenia religijne” – napisało szefostwo na swoim profilu na Facebook-u.

Inny z klubów poinformował o przebranżowieniu. Ogłosił, że zmienia nazwę na Centrum Kursów i Szkoleń i zaczął sprzedawać kursy instruktora siłowni. Zajęcia i wykłady miały odbywać się na terenie siłowni.

Jeszcze dalej poszedł Polski Związek Pływacki, który powołał do kadry wszystkich zawodników zarejestrowanych w Systemie Ewidencji Zawodników PZP, posiadających licencje PZP z rocznika 2011 i starszych. Łącznie to kilka tys. osób.

– Poziom obchodzenia regulacji mających chronić nasze życie jest porażający – nie kryje swojej frustracji minister Niedzielski. Dodaje że Główny Inspektor Sanitarny w każdym z takich przypadków błyskawicznie interweniuje.

– Nie chcę oceniać powyższych sytuacji – dodaje Napiórkowski, szef Polskiej Federacji Fitness. – Nie nazywałbym tych ludzi cwaniaczkami. Oni po prostu walczą o dorobek swojego życia.

To prawda. Przedsiębiorcy walczą o życie swoich biznesów. A rząd walczy o życie i zdrowie Polaków.

– Karol Wasilewski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jedna z wrocławskich siłowni w czasie epidemii COVID-19. Fot. Krzysztof Zatycki/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak Francja wykradła dzieci Reunionu. „Mają nie być zbyt czarne”
Niektóre matki traciły córki i synów jedynie dlatego, że paliły papierosy.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ryzykujemy życie, by stać się nadludźmi
Nie da się wykluczyć, że umysł lodowego szamana Wima Hofa nakazuje mózgowi ignorować zimno.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Uzależnienie od hazardu to śmiertelna choroba
Hazardziście trudniej jest pozostać w abstynencji niż np. alkoholikowi.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Cios w ulubieńca liberalnych elit. Pierwszy dzień prezydenta
Czy Republikanie będą w stanie zapobiec radykalnemu zwrotowi na lewo?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Straszna szczepionka RNA, której boimy się bardziej niż COVID-19
Jeśli sobie nie poradzi, to będziemy mogli powiedzieć: witajcie w XVII wieku!