Cywilizacja

Zamiast męża stanu przyjechała ekscentryczna bizneswoman. I była skuteczna

Georgette Mosbacher nadspodziewanie dobrze dawała sobie radę w kontaktach z Polakami, choć twardo broniła amerykańskich interesów, roztaczając m.in. szczelny parasol ochronny nad należącą do koncernu Discovery stacją TVN. Bywała protekcjonalna, ale potrafiła przykryć swoje wpadki coraz lepszym wyczuciem polskiej specyfiki.

20 stycznia – wraz z zaprzysiężeniem nowego prezydenta USA Joe Bidena – zwolni się stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce. Tego dnia zakończy swoją dwu i półroczną misję w Warszawie dotychczasowa ambasador Georgette Mosbacher. Pani Mosbacher ogłaszając pod koniec grudnia swoją dymisję, stwierdziła, że zabierze ze sobą do domu trzy pocałunki w policzek, „bo u nas w Ameryce ludzie całują się tylko jeden raz”.

Trzeba przyznać, że pani Mosbacher zdecydowanie wyróżniała się na tle swoich poprzedników. Bardzo aktywna (niekiedy, wydawałoby się, aż za bardzo), bezpośrednia, towarzyska. Niektórych szokowała też swoim niecodziennym – jak na standardy dyplomatyczne – wyglądem: kolorowymi strojami, butami na wysokiej podeszwie, burzą rudych włosów i mocnym makijażem. Była odzwierciedleniem stylu Donalda Trumpa z jego kiczem, żywiołowością i bezceremonialnością, ale również ze skutecznością.

Do Polski przyjechała z ciekawości

To za jej krótkiej kadencji stosunki polsko-amerykańskie wspięły się na najwyższy bodaj pułap w najnowszej historii. Udało się rozwiązać sprawy, uważane wcześniej za niemożliwe do rozwiązania: znieść wizy, nawiązać ścisłą współpracę w dziedzinie energetyki, zwiększyć militarną obecność Amerykanów w Polsce i ustanowić w Poznaniu dowództwo V Korpusu Armii USA.

Oczywiście wszystkie te posunięcia wynikały ze splotu wielu czynników: przede wszystkim z aktywnej polityki polskich władz, które dobrze wykorzystały koniunkturę we wzajemnych relacjach, a także ze strategii Donalda Trumpa szukającego w Polsce sojusznika w jego walce o utrzymanie globalnego przywództwa Ameryki. Nie ulega jednak wątpliwości, że Georgette Mosbacher miała duży udział w zacieśnieniu współpracy z Polską i bardzo sprawnie wykonała zadanie postawione jej przez prezydenta Trumpa.

Mało kto dziś już pamięta, że na początku niewiele na to wskazywało. Gdy latem 2018 roku ujawniono kandydaturę Georgette Mosbacher na nowego ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce, wiele osób było zaskoczonych. Zwłaszcza na prawicy spodziewano się, że Donald Trump przedstawi do pełnienia misji w Polsce jakąś ważną figurę, doświadczonego dyplomatę, aby podkreślić w ten sposób szczególny rodzaj więzi łączącej nasze państwa. Jednak zamiast męża stanu zobaczyliśmy dość ekscentryczną z wyglądu i zachowania bizneswoman, dla której placówka w Polsce miała być dyplomatycznym debiutem.
Georgette Mosbacher szokowała niektórych swoim niecodziennym – jak na standardy dyplomatyczne – wyglądem. Fot. PAP/Piotr Nowak
Owszem, p. Mosbacher angażowała się wcześniej w różne przedsięwzięcia związane z polityką zagraniczną, wspomina się m.in. jej związki z Atlantic Council czy Foreign Policy Association, ale wiele wskazywało na to, że wyjazd na placówkę dyplomatyczną jest raczej spełnieniem prywatnych ambicji wpływowej milionerki.

Sama zresztą miała to potwierdzać, sugerując że gdy przedstawiono jej ofertę ambasadorowania, wybrała sobie Polskę, bo była jej bardzo ciekawa. I że równie dobrze mogłaby pojechać zupełnie gdzie indziej.

Jak dopaść milionera?

Georgette Mosbacher, która tuż przed wyjazdem z Warszawy, będzie obchodzić swoje 74. urodziny, jest stereotypowym ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Urodzona na przedmieściach Chicago, wychowywała się – jak sama podkreśla – w biednej rodzinie.

„Moja mama, babcia i prababcia nauczyły mnie, że moje niskie pochodzenie społeczne nie jest przeszkodą w osiągnięciu szczęścia. I że żadna praca nie hańbi, nawet szorowanie podłóg na nocnej zmianie” – opowiadała dziennikarzom.

Patrząc na biografię p. Mosbacher, trudno nie odnieść wrażenia, że już jako dziewczyna z przedmieścia pojęła, że pieniądze i szczęście zwykle chodzą w parze. W jednej z dwóch napisanych przez nią książek „motywacyjnych” dla kobiet (tak określa się poradniki w rodzaju: „jak dopaść milionera”, albo „jak być sobą”) napisała, że najważniejsze jest, aby nie czekać biernie na okazję, ale samemu jej szukać.

Pożegnanie z prezydentem? Jego następcą może być zwolennik ochrony wszelkich mniejszości

Wirus z Chin dał opozycji szansę na zwycięstwo.

zobacz więcej
Książka ta zatytułowana „It takes money, honey” (w luźnym tłumaczeniu: „Bez pieniędzy się nie uda, kochanie”) ma pomóc kobietom w osiągnięciu niezależności finansowej. Pani Mosbacher, posiłkując się własnym doświadczeniem, doradza w niej m.in. jak dopaść milionera. W tym celu trzeba kupić psa i codziennie wyprowadzać go na spacer do bogatej dzielnicy. To pozwoli poznać krezusa, zaprzyjaźnić się z nim, a w końcu wyjść za niego za mąż.

Georgette Mosbacher wie, co mówi, bo była już trzykrotnie zamężna. Obecne nazwisko odziedziczyła po swoim trzecim mężu (rozwód w 1998 roku), nieżyjącym Robercie Mosbacherze, multimilionerze i pasjonacie żeglarstwa z bogatego w ropę naftową Teksasu, którego George H. W. Bush mianował w 1989 roku na swojego sekretarza handlu. To właśnie Mosbacher wprowadził swoją ówczesną żonę w środowiska wielkiego biznesu i polityki. Wtedy też Georgette Mosbacher miała poznać Donalda Trumpa, podobno do zawarcia znajomości doszło podczas przyjęcia z okazji 40. urodzin przyszłego prezydenta.

Złośliwi twierdzą, że właśnie pomocy wpływowego męża p. Mosbacher zawdzięcza kupno w 1987 roku szwajcarskiej firmy kosmetycznej La Preire, która była właścicielem takich marek jak Revlon czy Estée Lauder. Cztery lata później sprzedała ją z zyskiem niemieckiemu koncernowi Beiersdorf i zajęła się zarządzaniem innym koncernem kosmetycznym – Borghese.

Amerykańskie serwisy plotkarskie twierdzą, że rozwiodła się ze swoim bajecznie bogatym mężem, bo imponowało jej życie w liberalnym Nowym Jorku, gdzie miała wart 10 milionów dolarów apartament przy Piątej Alei. Zresztą swój rozwód też spieniężyła, wykorzystując go do promocji wspomnianej książki o „niezależności finansowej”, którą wydała wkrótce po rozwodzie.
Wpływowa para. Georgette i jej mąż miliarder w1990 roku. Robert Mosbacher był wtedy sekretarzem handlu. Fot. Laura Patterson/CQ Roll Call via Getty Images
Pani Mosbacher, sama już będąc milionerką, zainwestowała w politykę, wpłacając w ciągu kilkunastu następnych lat ponad pół miliona dolarów na rzecz Partii Republikańskiej. Potrafiła również mocno obsztorcować tych kongresmenów, którzy – jej zdaniem – nie wywiązywali się ze złożonych obietnic. W końcu była jedną z ważnych donatorek.

Wyciągnąć dla USA jak najwięcej

Podobną taktykę przyjęła podczas ambasadorowania w Polsce, gdzie twardo broniła interesów amerykańskich firm. Było to zresztą zgodne z filozofią Donalda Trumpa, który – owszem – lubił Polskę, ale nigdy nie rezygnował z czysto biznesowego podejścia: wyciągnąć jak najwięcej i w zamian dać jak najmniej. Nie oznacza to jednak, że w ostatecznym rozrachunku nasz kraj okazał się stratny. Utargowaliśmy bowiem z Amerykanami całkiem sporo, znacznie więcej niż w ciągu poprzednich lat.

W relacjach z Amerykanami nigdy nie byliśmy równorzędnym partnerem. To całkowicie zrozumiałe, wziąwszy pod uwagę różnice potencjałów obydwu krajów. Ameryka fascynowała Polaków jako kraj wielkiego sukcesu i orędownik wolności na świecie, co miało szczególne znaczenie w zapyziałych latach Peerelu. Wybaczono jej wtedy powszechnie nawet zdradę w Jałcie. Któż bowiem mógł skuteczniej od Amerykanów powstrzymywać Moskwę? Przecież nie Europa Zachodnia z jej cyniczną wyniosłością wobec wschodniej części kontynentu.

Fundamentem, na którym oparły się stosunki polsko-amerykańskie po upadku Peerelu był mit Ronalda Reagana – powszechnie postrzeganego jako pogromca komunizmu i wielki przyjaciel Polski. Pomijano przy tym milczeniem fakt, że reaganowskie sankcje gospodarcze, które rzeczywiście przyśpieszyły rozkład komunistycznego imperium, doprowadziły również do całkowitej ruiny i tak już niewydolną gospodarkę peerelowską. Cenę ówczesnego ubóstwa, które utrwaliło nasz status peryferyjnej gospodarki Europy, płacimy do dziś, taki jednak był – jak wierzymy – nieunikniony koszt wolności.

Hollywoodzka produkcja o Polsce

Już wstęp jest mocny: Obrazki z Polski, także z karnawału Solidarności. Po 30 sekundach w ścieżce dźwiękowej słychać jakby strzały.

zobacz więcej
Ta ambiwalencja wychodziła potem na jaw jeszcze wielokrotnie. Począwszy od 1989 roku, gdy pod naciskiem obawiającego się zbyt szybkich zmian politycznych George H. W. Busha, obrano Wojciecha Jaruzelskiego ostatnim prezydentem PRL oraz już później – za pierwszej kadencji Billa Clintona – gdy wstrzymywano się z jakimikolwiek zobowiązaniami wobec Polski i całego naszego regionu do czasu ustabilizowania sytuacji w Rosji.

Większość z nas wierzyła, że tak musi być, bo Amerykanie lepiej wiedzą co robią i na pewno chcą dla nas dobrze. Raczej nie przyjmowano – przynajmniej otwarcie – myśli, że Amerykanie troszczą się głównie o własne interesy, a Polska nie odgrywa w tych interesach kluczowej roli.

Z drugiej jednak strony istniały pewne podstawy, aby zaufać Amerykanom. Po pierwsze, nie było innej alternatywy – Europa Zachodnia odnosiła się do naszego regionu z dużą rezerwą. Po drugie, w amerykańskiej polityce ważną rolę odgrywał czynnik idealistyczny wyrażający się w silnym dążeniu do budowy lepszego, pokojowego i zamożniejszego świata.

Był on widoczny już w 1918 roku, gdy Woodrow Wilson sformułował słynne czternaście punktów dla powojennego świata (trzynasty punkt mówił o niepodległości dla Polski). Co prawda wtedy Amerykanie wycofali się z roli gwaranta pokoju, co doprowadziło ostatecznie do załamania porządku wersalskiego pod koniec lat 30. XX wieku.


Jednak czynnik moralny w ich polityce przetrwał, choć bywało, że szedł w parze ze znacznie bardziej przyziemnymi motywami – jak np. w trakcie dekolonizacji po II wojnie światowej, gorąco wspieranej przez Stany Zjednoczone, które, głosząc prawo narodów do samostanowienia, pozbywały się zarazem dawnych imperialnych konkurentów.

W relacjach z Polską było podobnie. Amerykanie wspierali naszą demokrację i wolność, ale chcieli przy tej okazji coś zyskać dla siebie. Gdy w połowie lat 90. XX wieku okazało się, że Borys Jelcyn jest zbyt słaby, aby wiązać z nim poważniejsze nadzieje, przestali stawiać na Rosję i otworzyli przed Polską (oraz Czechami i Węgrami) bramy do NATO. W ten sposób uruchomili proces likwidacji szarej strefy bezpieczeństwa pomiędzy Rosją i Europą Zachodnią, która wcześniej mogła być postrzegana jako pole ewentualnego przetargu z Moskwą.
Amerykańscy marines na lotnisku w Kandaharze. Afganistan, 16 grudnia 2001 rok. Fot. Paula Bronstein/Getty Images
Polska i cały region odwdzięczył się potem Ameryce gorącym wsparciem udzielonym podczas inwazji na Irak i Afganistan – już za czasów George W. Busha. Byliśmy tą „nową Europą”, która w odróżnieniu od „starej” bez oporów uznała przywództwo Waszyngtonu.

Wizy za konferencję?

Stany Zjednoczone nie musiały się jakoś szczególnie rewanżować Polsce za okazywane wsparcie. Amerykanie doskonale rozumieli, że Polska – z jej historycznym doświadczeniem i położeniem geograficznym – nie ma dobrej alternatywy wobec sojuszu z Waszyngtonem, którego potęga budziła respekt zarówno w Moskwie, jak i w najważniejszych stolicach Europy Zachodniej.

Doskonałą ilustracją tej nierównowagi była sprawa wiz. Polska zniosła je jednostronnie dla obywateli USA już w 1991 roku, ale nie mogła doczekać się podobnej decyzji z drugiej strony, pomimo że z ruchu bezwizowego z Ameryką korzystała już wkrótce potem zdecydowana większość państw europejskich. Było to o o tyle dziwne, że Polska uchodziła – a przynajmniej chciała uchodzić – za jednego z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych.

Jednak Waszyngton uparcie odmawiał zniesienia wiz, tłumacząc pokrętnie, że może to nastąpić dopiero w chwili, gdy odsetek odmów spadnie poniżej poziomu 3 proc., tak jakby te odmowy stanowiły jakiś obiektywny, niezależny od ludzkiej woli, wskaźnik.

„Bohater” Blaichman i Żydzi w getcie walczący z „polskim i nazistowskim reżimem”. Dlaczego oni nam to robią?

Szczyt bliskowschodni w Warszawie, a dla Polaków kij i zgniła marchewka.

zobacz więcej
Było przecież jasne, że kryteria przyznawania wiz są ustalane przez władze amerykańskie i do pewnego stopnia również to od ich wytycznych zależy liczba odmów. W ten sposób Amerykanie mogli sterować procesem przyznawania wiz i przeciągać w nieskończoność rozstrzygnięcie tej sprawy.

Bywała ona przydatna zwłaszcza podczas kampanii prezydenckiej w USA, gdy kandydaci do Białego Domu potrzebowali głosów Polonii. Każdy z nich wówczas zapewniał solennie, że doprowadzi do zniesienia wiz. Gdy jednak obejmował urząd, rozkładał bezradnie ręce i wyjaśniał, że decyzja w tej sprawie należy do Kongresu.

Upór Waszyngtonu w sprawie wiz zaczął w końcu rodzić podejrzenia. Jednym z wyjaśnień miały być roszczenia lobby żydowskiego w Ameryce do tzw. majątku bezspadkowego w Polsce. Otóż, wedle tej interpretacji, zniesienie wiz miało być możliwe dopiero wówczas, gdy Polska ureguluje kwestie związane z mieniem pożydowskim.

Ostatecznie brak tych regulacji nie przeszkodził w zniesieniu wiz, do którego doszło pod koniec 2019 roku, choć trudno nie dostrzec, że była to w dużej mierze decyzja będąca wynikiem targu politycznego ze skorym do ubijania interesów Donaldem Trumpem. Jedynie dla porządku odnotujmy tu, że oficjalną przyczyną zniesienia wiz był spadek liczby odmów poniżej 3 proc.

Trudno w tej chwili – nie mając wglądu do dyplomatycznych dokumentów – przesądzać, co zdecydowało o nagłym przyspieszeniu zniesienia wiz. Amerykanie doskonale jednak zdawali sobie sprawę z tego, że jest to kwestia bardzo istotna dla Polaków i z pewnością Trump nie przehandlował wiz za darmo.
Polska – organizując bliskowschodnią konferencję w Warszawie – miała więc sporo do stracenia, ale też potencjalnie wiele do zyskania. Fot. Omar Marques/Anadolu Agency/Getty Images
Jednym z tropów – choć to tylko hipoteza – może być konferencja bliskowschodnia zorganizowana w Warszawie w lutym 2019 roku. Konferencja ta miała pomóc Izraelowi porozumieć się z arabskimi rywalami Iranu – przede wszystkim z Arabią Saudyjską i współpracującymi z nią niektórymi krajami Zatoki Perskiej. Na budowie antyirańskiej koalicji w regionie zależało także Stanom Zjednoczonym. Donald Trump, który powierzył nadzór nad konferencją swojemu zięciowi i doradcy Jaredowi Kushnerowi wywodzącemu się z wpływowej rodziny żydowskiej, chciał przejść do historii jako współtwórca porozumienia między Izraelem i państwami arabskimi.

Jednak konferencja nie wzbudziła entuzjazmu w Unii Europejskiej. Większość europejskich stolic uważała wspólną grę amerykańsko-izraelską wobec Iranu za dość ryzykowną, wiele rządów obawiało się też, że zaostrzenie sytuacji pozbawi ich państwa zawartych wcześniej lukratywnych kontraktów gospodarczych z Teheranem.

Z jeszcze większym dystansem, wręcz z wrogością, warszawską konferencję przyjęła Moskwa. Polska – organizując konferencję i stając tym samym w poprzek unijnej polityki – miała więc sporo do stracenia, ale też potencjalnie wiele do zyskania. Niewykluczone więc, że jednym z tych wytargowanych zysków było właśnie zniesienie wiz.

Takie targi stały się możliwe nie tylko z powodu transakcyjnego charakteru polityki Trumpa. Drugą przyczyną była znacznie większa asertywność Ameryki na arenie międzynarodowej, co zaostrzyło jej konflikt z emancypującą się Europą, rosnącymi w siłę Chinami oraz broniącą swojego stanu posiadania Rosją. Trump musiał więc szukać sojuszników, a Polska chętnie skorzystała z jego oferty, co w rezultacie zwiększyło naszą wartość w oczach Waszyngtonu.

Iran stał się potęgą i zaczął zagrażać amerykańskim interesom

Wojciech Szewko, analityk stosunków międzynarodowych: Donald Trump obiecał swoim obywatelom, że ich żołnierze nie będą brnęli w kolejne wojny, które są nie do wygrania.

zobacz więcej
Wiele spraw – obok wiz, również te dotyczące bezpieczeństwa – mogło wreszcie ruszyć z miejsca. Nie zmarnowaliśmy tej koniunktury, choć wielu krytyków uważało, że uwieszając się na szyi Trumpa, niszczymy relacje z partnerami unijnymi. Jednak partnerzy unijni nie mogli nam zagwarantować tego, co oferował Trump – większego poczucia bezpieczeństwa w obliczu zagrożenia ze wschodu.

Korzyści z ambicji Trumpa

O wejściu do Polski wyższej ligi świadczyło choćby pośrednictwo Stanów Zjednoczonych w sporze polsko-izraelskim (czy szerzej: polsko-żydowskim) wokół ustawy dyfamacyjnej z początku 2018 roku. Polska wycofała się wprawdzie z jej zapisów, ale – jednocześnie – Izrael został zmuszony do zaprzestania antypolskiej kampanii, a szefowie obu rządów: Beniamin Netanjahu oraz Mateusz Morawiecki podpisali wspólną deklarację, w której zrównano antysemityzm z antypolonizmem. Choć deklaracja nie była prawnie wiążąca, to jednak jej polityczne znaczenie było i nadal jest nie do przecenienia.

Takie rozstrzygnięcie nie byłoby jednak możliwe bez zaangażowania Stanów Zjednoczonych, które doszły wówczas do wniosku, że spór pomiędzy dwoma ważnymi sojusznikami stał się szkodliwy dla amerykańskich interesów. Warto zauważyć, że mediacja, w której Stany Zjednoczone uznałyby polskie postulaty za równoważne izraelskim byłaby wcześniej w ogóle nie do pomyślenia.

Polska skorzystała nie tylko na bliskowschodnich ambicjach Trumpa (które wymuszały uspokojenie sporu na linii Warszawa-Jerozolima), ale również na zaostrzającym się zatargu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a emancypującymi się w Europie Niemcami. Amerykanów drażniła sprzeczna z ich interesami polityka Berlina, a Donald Trump całkiem szczerze nie znosił kanclerz Angeli Merkel.

Dał temu wyraz w lipcu 2017 roku, gdy swoją europejską podróż rozpoczął nie od Hamburga, gdzie rozpoczynało się spotkanie przywódców grupy G20, lecz od Warszawy, czym bardzo zirytował panią kanclerz. Był to bowiem wyraźny znak, że Ameryka nie jest już w Europie skazana wyłącznie na Niemcy.
„Ameryka kocha Polskę” - deklarował Donald Trump. Fot. Celestino Arce/NurPhoto via Getty Images
Podczas swojego wystąpienia w Warszawie wygłoszonego w symbolicznym miejscu – przed Pomnikiem Powstania Warszawskiego na Placu Krasińskich – Trump zadeklarował, że „Ameryka kocha Polskę” i odwołał się do wspólnoty wartości łączącej obydwa narody. Wskazał, że wschodnia część Europy zna wysoką cenę wolności i jest gotowa ją ponieść, gdy zajdzie taka potrzeba.

Była to wyraźna aluzja wobec niemieckiej, czy szerzej – zachodnioeuropejskiej – współpracy z Rosją. W szczególności chodziło o gazociąg NordStream 2, który miał pompować rosyjski gaz do Niemiec. Tu punkt widzenia Polski i Stanów Zjednoczonych był zbieżny, przy czym Polsce chodziło przede wszystkim o bezpieczeństwo energetyczne, a Amerykanom także o utratę zysków na rzecz Rosji.

Trump – już później – zarzucił Berlinowi, że kupując gaz, finansuje rosyjskie zbrojenia, a jednocześnie domaga się od Ameryki, aby ta broniła go przed Rosją. Zaczął więc szantażować Niemcy ograniczeniem amerykańskiej obecności wojskowej (i przerzuceniem części wojsk do Polski) oraz sankcjami wymierzonymi w gazociąg.

Amerykanie wsparli też inicjatywę Trójmorza, łączącą dwanaście państw naszego regionu położonych między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym. Inicjatywa ta, w której ważną rolę odgrywa Polska, zakłada stworzenie gospodarczych i infrastrukturalnych związków łączących nasz region na osi północ-południe, czyli w poprzek tradycyjnej linii wschód-zachód, skazującej państwa Europy Środkowo-Wschodniej na rolę punktów tranzytowych na umownej trasie Moskwa-Berlin. Idea Trójmorza oznacza więc wzmocnienie podmiotowości Europy Środkowo-Wschodniej kosztem Niemiec i Rosji.

Coś za coś

Jedną z konsekwencji sporu niemiecko-amerykańskiego było zatem większe zaangażowanie Ameryki w relacje z Polską. Przy czym ekipa Trumpa bardzo dbała o to, aby zysk z zacieśnienia stosunków był obopólny, nad czym od 2018 roku dzielnie już czuwała pani Mosbacher. Polska mogła liczyć na wsparcie, ale pod warunkiem że będzie lojalnie sekundowała polityce Waszyngtonu.

Tak było w przypadku konferencji bliskowschodniej, choć nie mamy żadnych newralgicznych interesów w tym regionie, a nasze relacje z Iranem są poprawne oraz w przypadku amerykańskiej strategii powstrzymywania Chin, gdy odcięliśmy się od promującej chiński eksport Inicjatywy Pasa i Szlaku oraz od chińskich inwestycji, zwłaszcza tych, które są związane z technologią 5G.

Bomba jądrowa dla Polski? Obawia się Berlin, wścieka się Moskwa

Broń masowego rażenia nie tylko dla supermocarstw.

zobacz więcej
Drugą stroną tego medalu jest gotowość zakupu amerykańskich produktów i surowców. Zamówiliśmy więc nowoczesne uzbrojenie z USA (m.in. rakiety Patriot, zestawy artyleryjskie HIMARS, samoloty wielozadaniowe F-35), co pozwoliło nam zwiększyć wydatki na obronność powyżej postulowanego przez ekipę Trumpa minimum 2 proc. PKB dla każdego członka NATO (w 2019 roku jedynie dziewięć państw Sojuszu przekroczyło ten pułap).

Zawarliśmy też kontakty na dostawy gazu łupkowego, który można byłoby w przyszłości eksportować nowozbudowanymi rurociągami do innych państw Trójmorza (obniżając w ten sposób, na przekór Rosji i Niemcom, rentowność NordStreamu 2), a także na rozwój energetyki jądrowej przy wykorzystaniu amerykańskich reaktorów.

Wojsko – sprawa najważniejsza i niedoceniana

Jeszcze jednym – być może najważniejszym – owocem nowych relacji było wzmocnienie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. W sierpniu 2020 roku została podpisana umowa o wzmocnionej współpracy obronnej między Polską i USA, wykraczająca poza standardowe zobowiązania wewnątrz NATO.

Na mocy tej umowy Polska zobowiązała się do przygotowania na własny koszt infrastruktury zdolnej do przyjęcia 20 tys. żołnierzy amerykańskich, z kolei Amerykanie zgodzili się na zamianę rotacyjnej formuły stacjonowania żołnierzy w Polsce na stałą i zwiększenie ich liczby do 5,5 tys. Przede wszystkim jednak rozlokowano w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu Sił Lądowych USA, pod którego komendą znajdą się wszystkie oddziały amerykańskie w Europie.

Był to przełomowe, choć zupełnie niedocenione w kraju, wydarzenie dla bezpieczeństwa Polski. Do tej pory bowiem wszystkie podobne inicjatywy były blokowane przez Rosję wskazującą na mętne przepisy umowy Rosja-NATO, która zakazywała stacjonowania wojsk Sojuszu w państwach postkomunistycznych. Było to o tyle naciągane, że w tym samym dokumencie Rosja zobowiązywała się do niepodejmowania żadnych agresywnych kroków i złamała to zobowiązanie, skrycie atakując w 2014 roku Ukrainę.
Pani Mosbacher z amerykańskimi pilotami w bazie Krzesiny pod Poznaniem. Fot. REUTERS/Marcin Goclowski
Przeciwnikiem obecności wojsk amerykańskich w Polsce był również rząd w Berlinie, którego zdaniem taki krok zagraża niemieckiej polityce ugłaskiwania Rosji uznawanej za lepszą alternatywę dla prężenia muskułów. Niemcy obawiają się też osłabienia własnego bezpieczeństwa. W tym kontekście symboliczny jest fakt, że rozlokowane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu US Army stacjonowało przed 2013 rokiem właśnie w Niemczech.

Oczywiście z polskiego punktu widzenia całkowite wycofanie amerykańskich wojsk z Niemiec nie byłoby korzystne. Nie tylko z przyczyn historycznych (Niemcy pozbawione „opieki” mogą się pójść w niewłaściwą stronę), ale również z powodów czysto logistycznych, chodzi o zapewnienie łączności wojsk w Polsce z ich zapleczem w Europie Zachodniej.

Kogóż ona nie zna?

Polska polityka wobec administracji Trumpa była wielokrotnie wyszydzana za nadmierny, zdaniem krytyków, serwilizm. Jednak w rzeczywistości była ona bardzo przemyślana. Opierała się bowiem na maksymalnym wykorzystaniu koniunktury oraz na jak najsilniejszym powiązaniu Stanów Zjednoczonych z Polską: militarnym, gospodarczym i politycznym.

Być może teraz, po zmianie warty w Białym Domu, niektóre z tych związków ulegną osłabieniu, ale trudno sobie wyobrazić, aby stan wzajemnych relacji szybko powrócił do tego z czasów Baracka Obamy.

Warto też zauważyć, że wzrost pozycji Polski zbiegł się z misją Georgette Mosbacher w Warszawie. Ambasador nadspodziewanie dobrze dawała sobie radę w kontaktach z Polakami, choć twardo broniła amerykańskich interesów, roztaczając m.in. szczelny parasol ochronny nad należącą do koncernu Discovery i nieprzychylną rządowi stacją TVN. Bywała protekcjonalna, ale potrafiła przykryć swoje wpadki coraz lepszym wyczuciem polskiej specyfiki.

To zapewne również dzięki jej raportom ekipa Trumpa dystansowała się od padających w Europie zarzutów o łamanie praworządności w Polsce i była stosunkowo powściągliwa w innych drażliwych kwestiach, takich jak choćby polityka wobec LGBT (choć zarówno Donald Trump, jak i Georgette Mosbacher są życzliwi wobec mniejszości seksualnych). Jednocześnie podkreślano wspólnotę wartości łączących oba narody i głoszono – jakże miłe naszemu uchu – odwołania do bohaterskiej historii Polski.

Odchodząca Georgette Mosbacher zapewnia dzisiaj, że Joe Biden, którego dobrze zna (a kogóż ona nie zna?) jest „przywoitym człowiekiem”, który z pewnością „świetnie dogada się z prezydentem Dudą”. Czy tak będzie, tego jeszcze nie wiemy, można jednak zaryzykować stwierdzenie, że okres największej prosperity w relacjach z Ameryką mamy już za sobą i kończy się on wraz z epoką Trumpa i Mosbacher. Mimo to, należy się cieszyć, że został on dobrze wykorzystany. Pytanie tylko, ile z tego przetrwa.

– Konrad Kołodziejski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest doktorem nauk społecznych i publicystą.
Zdjęcie główne: 20 stycznia Georgette Mosbacher zwolni stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce. Fot. Beata Zawrzel/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Ostatni taki książę
Większość Brytyjczyków nie zna świata bez Elżbiety II, z Filipem u boku.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy inteligencji można się „nauczyć”? I czy mierzą ją testy IQ?
Tracimy średnio ok. 7 punktów IQ na pokolenie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Wyzysk mieszkaniowy czy wolny rynek?
Chyba jeszcze nigdy mieszkania w Polsce nie były tak drogie.
Cywilizacja wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
„Podżegali do nienawiści”… modlitwą
Łukaszenko na Białorusi toleruje tylko „jego Polaków”. Jemu posłusznych. Inni są wrogami.
Cywilizacja wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Greckie marmury, afrykańskie brązy, indyjski diament
Zwracanie zabytków, które trafiły do Europy w czasach kolonialnych, jest trudniejsze niż usuwanie nazwisk fundatorów kolekcji, którzy zbili majątek na pracy niewolników.