Kultura

Przemieszała się „ciemna” i „jasna” krew. Najlepsze tytuły z czasu zarazy

Na szczęście pandemia, choć COVID-19 nie omija pisarzy, wydawców i czytelników, uczyniła światu książek mniejsze szkody niż teatrom, muzeom, kinom i filharmoniom. O książkach można i trzeba rozmawiać z innymi, ale na szczęście czytać je można w pojedynkę i w kwarantannie.

Co przede wszystkim warto zapamiętać z tytułów, które ukazały się w Polsce w roku 2020, dla których książek musimy znaleźć miejsce nawet na najciaśniej upakowanych półkach?

Oniemiała Rosja

Siergiej Lebiediew, „Debiutant”, tłum. Grzegorz Szymczak, Wydawnictwo Claroscuro, 2020
Okładka, Wydawnictwo Claroscuro
Lebiediewa po polsku możemy czytać od 2018 roku, kiedy ukazała się „Granica zapomnienia”. Z każdym tomem jego prozy coraz wyraźniej widać, że mamy do czynienia z niezwykłym zjawiskiem, że na naszych oczach dojrzewa pisarz, którego będzie się kiedyś zaliczało do „tytanów literatury”, do „klasyków”. Dziś, trzydziestokilkuletni, zmaga się z tragedią Rosji XXI wieku, w której nie zostało rozliczone ludobójstwo wieku XX, w której już nie oprawcy, lecz ich wnuki żyją z nieznanym najczęściej dziedzictwem – często będąc zarazem wnukami ofiar, tak bardzo przemieszała się „ciemna” i „jasna” krew.


Sergiej Lebiediew pisze o tym, bezustannie przypomina o „Rosji umarłych”, spoczywających tysiącami na podmiejskich poligonach, wewnątrz nasypów kolejowych i w wiecznej zmarzlinie. Robi to jednak nie w trybie „świadka”, na jaki skazani byli współcześni stalinizmu, nie pisze też powieści po prostu przywołujących tamten czas. Odtwarza raczej dramatyczne próby odzyskiwania pamięci – czyniąc to w dodatku mistrzowskim, poruszającym, plastycznym językiem. Równie ważny co polityczny wymiar jego prozy jest jej wymiar metafizyczny: nawet proste opisy drzew, domów, broni, „tkanka łączna” literatury, którą tak często przebiega się pospiesznie wzrokiem, mają u autora „Debiutanta” wagę słowa stwarzającego, utrwalającego rzeczywistość. To poeta – w zapomnianym, starogreckim rozumieniu tego słowa, które za czasów Homera znaczyło „stwarzać”.

Świat istnieje na serio – zdaje się mówić Lebiediew – i każdy gest ma w nim znaczenie, które można odnaleźć po latach, każdy czyn kształtuje życie innych. Jabłko, order błyszczący emalią, złamana narta – żaden z przedmiotów nie jest przypadkowy, każdy odegra po raz drugi swą rolę pod koniec powieści, rozproszone kreski połączą się, jak na stereoskopowym zdjęciu, nabierając kształtu i (czasem przerażającego) znaczenia.

Mizantrop w lustrze

Zyta Rudzka, „Tkanki miękkie”, W.A.B., 2020
Okładka. W.A.B.
To kolejna, po „Krótkiej wymianie ognia” (2018) powieść, która jest najodważniejszą dziś w Polsce eksploracją języka, możliwości uprawiania gier językowych, ale i ukrywania wrażliwości za oschłą frazą. „Poeci lingwistyczni” rozdłubywali język, by pokazać, jak deformuje go propaganda. Rudzka, uważna czytelniczka Stanisława Barańczaka i Juliana Kornhausera, pokazuje, jak zdeformować go może każdy, na własny użytek, chroniąc się za skorupą, gardą, maską słów, by w ostatecznej konsekwencji takich zabaw uwięzić się samemu, zamknąć na innych.

„Tkanki miękkie” nawiązują do szczególnego doświadczenia i kondycji lekarza, który, pomagając i ratując, jest jednak zarazem stale świadkiem ludzkiej słabości, bólu, niepanowania nad własnym ciałem – od sali porodowej do oddziału geriatrycznego. Nie da się takich doświadczeń wyprzeć, można je, jak mawiają psycholodzy, przepracować, mogą też nas one przytłoczyć.

Ludwik, pediatra, narrator powieści, chowa się przed wielorakim rozkładem (swoich relacji, umysłu starzejącego się ojca, chorób swoich podopiecznych) w nienaganny dystans i elegancję, niczym napoleońscy oficerowie, przecierający się na polu bitwy chusteczką z wodą kolońską. Sznuruje wargi, krochmali koszule, dobiera spinki – a przejmujący jest przez to, że obserwujemy daremność tych tam, jakie stawia współczuciu, że widzimy, jak trawiony jest – jak powiedział zapomniany trochę poeta – „starą miłością [do ludzi], zużytą przez samotność, litość i gniew”.

Szlagon spętany

„Odsłony Cata. Stanisław Mackiewicz w listach” (wybór Natalia Ambroziak, wstęp Zbigniew Gluza), Ośrodek Karta, 2020
Okładka, Ośrodek Karta
Wszyscy znają go z zadziornych tekstów, z dezynwoltury, która była większa nawet niż erudycja, z rozmachu, z jakim redagował prowincjonalny dziennik, co stał się jednym z najbardziej wyrazistych tytułów prasowych w przedwojennej Polsce. „Odsłony…” – bardzo nietypowy zbiór nie, jak zwykle bywa, korespondencji dwóch osób, lecz listów jednego autora, kierowanych do kilkunastu adresatów w ciągu dwóch dekad („londyńskiej”, 1946-1956, i warszawskiej, od przyjazdu do PRL aż do śmierci) – pokazują kilka nieznanych i niewygodnych prawd o Cacie-Mackiewiczu.

Jedną, najbanalniejszą może (choć też niełatwą do pogodzenia z obrazem wziętego pisarza i bon-vivanta) – o życiu na pograniczu ubóstwa i nędzy. Cat, wolny od nałogów tak banalnych jak pijaństwo, znajdował się jednak stale u progu katastrofy finansowej. W Londynie za sprawą fatalnej kondycji instytucji emigracyjnych, w Warszawie – za sprawą ściąganego mu wciąż ciaśniej przez władze łańcucha, odmowy druku i zapisów cenzuralnych. Być świetnym, uznanym pisarzem i żyć z pożyczek, zniża się do kornych próśb kierowanych do Bolesława Piaseckiego… A przecież nie to było największym życiowym ciężarem. Fatalnie zabałaganione życie osobiste sprawiło, że w latach choroby i starości był niemal samotny. Michał Kryspin Pawlikowski, który przez lata z pozycji współpracownika pisma awansował do rangi przyjaciela, z dalekiej Kalifornii pomóc mógł tylko współczuciem, listem (i, czasem, przelewem).

A mimo to te listy to obraz Cata absolutnie niepokornego, rozglądającego się, jakiego by tu jeszcze tygrysa wytargać za wąsy. Przedsoborowy katolik, nurzający się (warto tu sięgnąć po tę staroświecką frazę), dopóki zdrowie jeszcze pozwala, w rozpuście. Czciciel Marszałka, który suchej nitki nie zostawia na emigranckim Londynie i rzecznik „rozsądku historycznego”, który drwi z komunistów, że okrutniej już nie można, i do ostatniej chwili tnie piórem z równą zjadliwością, co urokiem.
Długie epitafium

Agnieszka Rybak, Anna Smółka, „Kresy. Ars moriendi”, Wydawnictwo Literackie, 2020

Żadnych rozmów nie będzie. Ukraińcy oddadzą, co zechcą

„Dar” tak nazwali Sowieci podlegający zwrotowi ułamek polskiego dziedzictwa we Lwowie.

zobacz więcej
Utracone Kresy opisywane są w różnych formatach i gatunkach literackich: monografie, wspomnienia, wznowienia dawnych powieści, przewodniki po nieistniejących już miastach, jak Lwów czy Stanisławów pokazują, że traumy przesunięcia kraju o 300 km nie sposób przejść bezboleśnie i że potrafi ona rozciągnąć się i na trzecie pokolenie. Ogromna większość tych prac traktuje jednak o jednym miejscu lub jednej pożodze.

Esej – czy może, żeby zadośćuczynić kresowemu stylowi, powiedzmy raczej: gawęda dwóch autorek traktuje o całym półksiężycu, rozciągającym się od Inflant po Lwów i procesach, które miały bardzo różną dynamikę, podłoże i sprawców: o klasycznej, brutalnej i tępej rusyfikacji carskiej, o nieco tylko subtelniejszym i bardziej przestrzegających form wynaradawianiu habsburskim, o straszliwym nieporozumieniu i rozstaniu polsko-litewskim, o Sowietach, którzy mieli dość czasu i sił, żeby potomków zaściankowej szlachty przemienić w pokornych, zadowolonych ze swojego losu kołchozowych proli.

Wszystkie te działania, losy i koniec Baworowskich, Skirmuntów, Narutowiczów, przedstawione są przy tym jako wynik nie tyle wszechmocnego i okrutnego spisku, co swego rodzaju fatum: trochę więcej niż trzysta lat temu wielkie wahadło historii ruszyło w drugą stronę niż dotąd i formuła Rzeczpospolitej Wielu Narodów (nie chodzi tylko o państwowość, lecz również o przywiązanie do pewnych wartości i form życia) zaczęła zanikać nad Dźwiną, Dnieprem, Niemnem i Dniestrem. „Ars moriendi” to opowieść o tym sunącym na zachód lodowcu i tych, którym udało się „koło historii wstrzymać na chwilę”.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jedna z warszawskich księgarni sieciowych, grudzień 2020. Fot. PAP/Leszek Szymański
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Hollywood przygotowywał nas na nadejście rządów korporacji
W San Angeles jest nakaz zdrowego żywienia się (weganizm), seks tylko wirtualny, maczyzm jest potępiony. Role męskie i żeńskie są przejawem starego, faszystowskiego porządku…
Kultura Poprzednie wydanie
W estetycznej opozycji. Tak grzecznych panów dzisiaj już nie ma…
Podobno już na początku cyklu chciano ich zdjąć z anteny.
Kultura Poprzednie wydanie
Najpewniejsza inwestycja na czas kryzysu
Zaraza pomaga artystom sztuk wizualnych, ongiś zwanych pięknymi.
Kultura wydanie 8.01.2021 – 15.01.2021
David Bowie, człowiek, który sprzedawał maski
Bowie, nierozpoznany przez nikogo, wysiadł na Dworcu Gdańskim w Warszawie, poszedł do księgarni, kupił parę polskich płyt.
Kultura wydanie 8.01.2021 – 15.01.2021
Ciało kobiety, dusza Cezara. Wonder Woman Artemisia Gentileschi
W okrucieństwie przebiła swego mistrza. Posoka strumieniami ścieka z łoża, oprawczyni rękę ma wprawną, a minę o wiele bardziej zawziętą niż Judyta Caravaggia. Pomaga jej służąca, przytrzymując ręce walczącego o życie mężczyzny.