Cywilizacja

Hodowała owce i króliki, myła okna, a potem założyła sieć szkół

Na pierwszej randce wsadziła późniejszego męża na swój skuter osa i pomknęli do Żelazowej Woli. Osę kupiła za honorarium, jakie dostała za książkę „Przemysł okrętowy”. Iza Dzieduszycka, po studiach w poznańskiej Akademii Handlowej, była specjalistką od okrętów.

Kiedyś w szkole zobaczyła chłopaków przy ping-pongu. Od jednego pożyczyła paletkę, drugiego wezwała do gry. I obu rozłożyła, choć żaden się tego nie spodziewał. Bo i po kim: po starszej pani, dostojnej Izabeli Dzieduszyckiej, założycielce szkoły? Ale nie wiedzieli, że grają z dwukrotną mistrzynią Polski.

Miała dziesięć lat, kiedy mama kupiła stół ping-pongowy, a starsi bracia zupełnie jak ci chłopcy z jej szkoły też nie mogli pojąć, że mała Iza z nimi wygrywa. – To było szczęśliwe dzieciństwo – opowiadała mi wiele lat temu podczas kilkugodzinnej rozmowy u siebie w domu, rozmowy, z której notatki zachowałam szczęśliwym trafem do dzisiaj.

– Dom był przepełniony miłością i chociaż tata umarł, kiedy miałam sześć lat, to mama miała dla nas sześciorga i serce, i czas, i wspaniałe pedagogiczne podejście – podkreślała pani Iza, z domu Bojanowska.

Kupię sobie kuca

Bojanowscy byli klasyczną rodziną z Wielkopolski, pracowitą i oszczędną, ale i uspołecznioną niezwykle, z ziemiańską i mieszczańską tradycją patriotyczną i pozytywistyczną. Ojciec był prezesem kółek rolniczych i organizował wspólne spotkania ziemian i gospodarzy, a mama leczyła wszystkich we wsi.

– Wszyscyśmy lubili konną jazdę, ale dla mnie nigdy nie starczyło konia, czworo starszego rodzeństwa zawsze mnie wyprzedziło. Miałam dziewięć lat, kiedy poszłam do mamy z żalem, że tak dalej być nie może, ja sobie kupię kuca. Ale za co? Przedstawiłam bardzo konkretne pomysły: mam króliki, więc będę je hodować i sprzedawać, mam dwie owce, więc będę je czesać na wełnę, będę grabić liście, zrezygnuję ze słodyczy i poproszę, żeby zamiast prezentów dawano mi pieniądze. I mama się zgodziła! Przez rok ciężko pracowałam i w 1938 roku miałam już kuca. To zupełnie tak jak z moją szkołą – wspominała.
Wspomnienia Izabeli Dzieduszyckiej wydane zostały w 2011 roku.
Bo Izabela Dzieduszycka założyła i rozbudowała międzyparafialne Przymierze Rodzin i zbudowała Szkołę Przymierza Rodzin na warszawskim Ursynowie: szkołę podstawową i liceum, po kilku latach dołożyła do tego Szkołę Wyższą dla młodzieży z terenów zaniedbanych. Objęła patronatem Przymierza Rodzin szkołę w Garwolinie, przyjęła w struktury kolejną szkołę podstawową, powołała jeszcze jedną w Warszawie i zainicjowała sieć świetlic terenowych, żeby w mniejszych ośrodkach dzieci mogły spędzać czas we właściwym środowisku: katolickim, opartym o silną rodzinę, budującym system stabilnych wartości, uczącym pracy i chęci pomocy innym. Ale dlaczego kucyk ma być ich symbolem?

– Nauczył mnie, że trzeba wytyczać dobre cele i dążyć do ich realizacji – mówiła pani Iza. – Trzeba się do nich przygotowywać i nie zaniedbywać żadnych możliwości. Uczyć się rezygnować z różnych atrakcji na rzecz tego celu. Nie użalać się, tylko brać się do pracy nad sobą.

Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy czy przywileje. Pani od El Greca

Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.

zobacz więcej
I tak właśnie – „Kucem na Ursynów” – nazwała swoje wspomnienia (spisane i opracowane przez Elżbietę Misiak-Bremer) wydane w 2011 roku. Bo gdyby nie te jej cechy, które doprowadziły do kupna kucyka, to może dziś nie byłoby szkół na Ursynowie i tych innych wspaniałych inicjatyw, które wymieniłam i następnych, o których za chwile.

Ale też miało co tę niezwykłą osobę hartować. – W 1939 wszystko się skończyło: dom przepełniony miłością, konie, serdeczni ludzie ze wsi, zaufanie – mówiła Iza.

Ich majątek w Niechłodzie, w powiecie leszczyńskim, leżał piętnaście kilometrów od niemieckiej granicy. – Nasze lasy to już była granica, a lasów trochę było, bo ojciec z każdym nowym dzieckiem sadził dziesięć hektarów – wspominała.

Przez Niemców zostali wyrzuceni w listopadzie 1939, przez komunistów po powrocie w 1945. Wojnę spędzili w Sandomierskiem i w Starachowicach. Poza najmłodszą siostrą, wszyscy z mamą włącznie byli zaprzysiężeni w Armii Krajowej. Tajne komplety, przewożenie broni i meldunków, a raz stu tysięcy złotych organizacyjnych pieniędzy w płóciennej torbie na dworcu w Skarżysku-Kamiennej, aresztowanie starszej siostry, która wylądowała w KL Auschwitz – i mama, która codziennie starała się być na mszy i każdemu dziecku dała na konspiracyjne wyposażenie obrazek z Panem Jezusem. I wciąż tworzyła dom, a jej wiara budowała naszą ufność, że Bóg nad nami czuwa – opowiadała jej córka. Matka umarła w1947 roku.

Portret świętego

– W Niechłodzie, u mamy w saloniku wisiał portret Edmunda Bojanowskiego, stryjecznego brata pradziadka. Mama czasami zabierała mnie do nieodległej Górki Duchownej, gdzie zmarł ten święty człowiek, choć wtedy nikomu z nas się nie śniło, że naprawdę będzie błogosławionym Kościoła katolickiego – wspominała.
Edmund Bojanowski, rysunek z czasopisma „Sobótka” 1871, wykonany na podstawie oryginalnej fotografii. Fot. Wikimedia
Tymczasem Izabela Dzieduszycka, z domu Bojanowska naprawdę poszła w ślady swego świętego przodka, który – jako świecki – założył w połowie XIX wieku kwitnące do dziś zgromadzenie zakonne sióstr służebniczek i wizjonersko przygotował je do pracy oświatowej i charytatywnej z zmyślą o przyszłej wolnej ojczyźnie, bo założył domy zgromadzenia we wszystkich trzech zaborach. I był wielkim orędownikiem tego, co dziś nazwalibyśmy „wyrównywaniem szans” – zakładał dla wiejskich, biednych dzieci ochronki i wprowadzał je w podstawy edukacji: pacierz, alfabet, czytanie i pisanie. A to była wtedy wielka sprawa, zwłaszcza że zaraz potem na tamtych terenach przyszedł Kulturkampf i minimum polskiej kultury dawało nierzadko maximum życiowych postaw.

W 1995 roku pani Iza ciężko chorowała na nowotwór płuc. W chorobie zanurzyła się w „Dziennik” Edmunda Bojanowskiego. – Bardzo pomógł mi przeżyć ten czas – wspominała. – Zrozumiałam wtedy, że Edmund jest kimś naprawdę na nasze czasy! I zastanawiałam się, dlaczego to mnie matka zabierała ze sobą do Górki Duchownej i dlaczego to mnie o nim mówiła.
Edmund Bojanowski jest dziś patronem Przymierza Rodzin i patronem Szkoły Wyższej PR. Ale dla Izabeli Dzieduszyckiej był kimś naprawdę bliskim. Pamiętam jej wspaniałą reakcję na wierszyk, który na jednym z obozów Przymierza Rodzin ułożyli mali chłopcy, a który przez ich wychowawców – raptem licealistów, ale to taki poważny wiek – nie został „dopuszczony” do wieczornych występów:

Edmund Bojanowski
miał wielkie troski,
budował ochronki,
rozdawał mielonki.


Pani Iza uważała, że to znakomite podsumowanie społecznikowskiej pasji świętego i jeszcze w dodatku dokumentacja obozowego menu (mielonki) i śmiała się do rozpuku, a śmiech miała cudowny, zaraźliwy i radosny.

Randka z kierowcą

Dlatego teraz przyszła pora, aby zdradzić wielką tajemnicę pani Izy, której tyle osób mówiło, jak bardzo się poświęca i pytało, skąd bierze na to siły. – Poświęcić to złe słowo – wyjaśniała w czasie naszej rozmowy. – Bo ja to robię z radością, ja nic nie poświęcam. Moja własna rodzina daje mi tyle szczęścia i radości, że muszę dzielić się tym z innymi. Także rodzina, w której się wychowałam, zawsze była blisko Boga i blisko Kościoła, stad ciepło i radość. No i przede wszystkim to, że mój maż był moim meżem, pozwoliło nam tyle zbudować. To był człowiek wielki duchowo, mogliśmy stworzyć dom i rodzinę na miarę naszych marzeń.


Tadeusz Dzieduszycki z Zarzecza pochodził z podobnej jak ona rodziny: trzynaścioro dzieci, wiara i miłość, kulturotwórcza rola dworu, dom otwarty dla innych. W czasie wojny gromadziły się tam dziesiątki poszukujących schronienia czy pomocy, w tym także ks.dr Stefan Wyszyński, o czym kiedyś z radością pani Iza od niego usłyszała.

Tadeusz w czasach stalinowskich pracował jako zawodowy kierowca, bo dla takich jak on innego miejsca nie było. – Kierowca! A ja na pierwszej randce wsadziłam go na mój skuter osa i pomknęliśmy do Żelazowej Woli – śmiała się, duma, że się nie wystraszył.
Osę kupiła za honorarium, jakie dostała za książkę „Przemysł okrętowy”. Iza Dzieduszycka bowiem, po studiach w poznańskiej Akademii Handlowej, była specjalistką od okrętów. I choć z powodu niewłaściwego pochodzenia była szykanowana i zwalniana z pracy, zdołała się jednak przebić ze swą znajomością zapotrzebowania na statki w skali światowej. Pracowała trzydzieści dwa lata aż do 17 grudnia 1981 roku, kiedy to w całkowicie nieemerytalnym wieku 53 lat została zwolniona w trybie stanu wojennego za przynależność do Solidarności.

– Skąd był we mnie spokój? Z mojej wiary w opiekę Bożą w każdej sytuacji, bo przecież już wcześniej pracując w przemyśle ciężkim, mając troje dzieci i męża szykanowanego za pochodzenie oraz ubeckie propozycje musiałam naprawdę szukać oparcia w Bogu. A jak się ma to oparcie, to już nie można narzekać. I to daje siłę działania, która jest przygodą życia! I daje radość, bo widzę sens w tym wszystkim! – podkreślała.

Nie ma lalek i bajek, a zamiast zabawy jest praca

Znane nazwiska są magnesem. Jackie Kennedy, Beyonce, Jeffa Bezosa czy założyciele Google’a to absolwenci szkół Montessori.

zobacz więcej
Czyste szaleństwo

Zajęła się wtedy zarobkowo myciem okien, a społecznie dziećmi rodziców internowanych. A z tego właśnie, z doświadczeniem Sekcji Rodzin KIK, wyrosło Przymierze Rodzin. „Jego ośrodki terenowe działały w zasadzie nielegalnie. Część miała przykrywkę koła PTTK przy parafii. Brak formalnych podstaw stanowił dużą trudność szczególnie przy organizacji obozów. Zdarzało się, że obóz władze miejscowe chciały rozpędzić” – pisze teraz na portalu Przymierza Rodzin dr Hanna Rembertowicz, wieloletnia prezeska takiego ośrodka przy parafii Zbawiciela w Warszawie

„Z biegiem czasu Iza doprowadziła do bliskiej współpracy Ośrodków, cała organizacja zaczęła nazywać się Przymierze Rodzin, a ośrodki –Terenowymi Ośrodkami Przymierza Rodzin. Krok po kroku, ale dopiero w wolnej Polsce Przymierze Rodzin zostało formalnie zarejestrowane jako Organizacja Pożytku Publicznego.

Iza wyszukiwała miejsca na obozy, starała się o dary żywnościowe z zagranicy, o dofinansowanie dla potrzebujących. Zdobywała namioty, sprzęt obozowy. Sobie tylko znanym sposobem przywiozła ze Szwajcarii buty i narty. Sama po nie pojechała”.

A kiedy przyszły nowe możliwości, wyrosły nowe marzenia: szkoły i świetlice. Trzeba było – jak przy kucyku – pomyśleć jak na to zarobić. Były więc bale, pikniki, kwesty i cegiełki oraz poszukiwanie pomocy wśród krewnych i znajomych na zachodzie.

„Iza znów zgromadziła zespół, tym razem bardzo duży, znowu przekonała do celowości tej inicjatywy, a tym, co wątpili w możliwość realizacji (było ich dużo) powtarzała swoje…ależ dlaczego? Bez pieniędzy, bez terenu, na którym można postawić budynki. Czyste szaleństwo. A teraz szkół jest kilka i nie tylko w Warszawie. I znów zespół ludzi do różnych zadań i znów budowa gmachu. Znów wielu wątpiących w możliwość realizacji tego projektu. Jak niemożliwe uczynić realnym?” – pisze dr Rembertowicz.
„Absolutnie największą wartością w kategoriach ludzkich jest rodzina” – twierdziła Izabela Dzieduszycka. Fot. Archiwum rodzinne
Już ponad dwadzieścia lat temu pisałam w „Tygodniku Solidarność” o ludziach, którzy przyjeżdżali z całego kraju prosić Izę, żeby założyła im szkolę – a ona mówiła, że muszą sami wziąć się do tego dzieła, ona może im tylko pomóc i wskazać drogę, ale to oni muszą mieć zapał, wytrwałość, wolę i chęci.

Pisałam o różnych jej akcjach, wystąpieniach i czynach, bo Izabela Dzieduszycka zawsze była wspaniałym tematem dla reportera: najnowszym i ostatnim dziełem było odzyskanie pałacu Dzieduszyckich w Zarzeczu koło Jarosławia i przekazanie go gminie Zarzecze na muzeum i centrum kultury.

„Tyle dobra i to wszystko dzięki tej miłej, niewysokiej pani, która potrafiła poderwać do współpracy tak wiele osób i które teraz mówią: dziękujemy Izo!” – napisała dr Hanna Rembertowiczowa, która współdziała z Izabelą Dzieduszycką przez wiele lat.

A na mnie największe wrażenie zrobiło kiedyś jej krótkie przemówienie na zakończenie roku szkolnego, kiedy życzyła dzieciom i morza, i gór, i żaglówek, i rowerów – ale przede wszystkim choćby jednego tygodnia razem z mamą i tatą. Wakacji z rodzicami!

„Absolutnie największą wartością w kategoriach ludzkich jest rodzina” – zapisałam w notatkach jej słowa wiele lat temu. I dawała temu wyraz.

Izabela Dzieduszycka zmarła w dzień Bożego Narodzenia, w domu, w otoczeniu rodziny. Miała 92 lata.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Dzieduszyccy w Zarzeczu koło Przeworska
Zdjęcie główne: Izabela Dzieduszycka (z lewej) z córką Krystyną Rycerską (pierwsza z prawej) i Marianną Otmianowską ze Stowarzyszenia „Przymierze Rodzin”. Fot. Barbara Sułek-Kowalska
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
20 lat polskiej Wikipedii. Skręcona w lewo czy ultrakatolicka
Artykuł o wykroczeniach seksualnych w Kościele ma dwa razy więcej przypisów niż informacja o Jezusie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ekspert, jego kot i wiedza o specsłużbach. Jerzy Targalski
Nazywał Polskę Ubekistanem.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Cena za przytulanie, faktura za żałobę. Wszystko na sprzedaż
Świetnie rozwija się rynek zawodowych towarzyszy na takie imprezy jak wesela czy chrzciny. Ceny za jeden wieczór dochodzą do 2,5 tys. zł.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.