Historia

Socjalistyczny król, wąż, meduza i żabie oczko. Tak bawiono się w PRL-u

Edward Gierek przychodził ze swoją Stasią, bawił się też Henryk Jabłoński. W sklepach pustki, a na ich balach było wszystko: francuskie szampany, koniaki, łososie. Na stolikach szarych obywateli gościła galaretka z nóżek wieprzowych. Krążył nawet taki żart, że podają tylko nóżki, bo cała reszta świni została wyeksportowana do ZSRR.

„Hucznie i wesoło na balach i zabawach” – taki tytuł nosi zamieszczona 2 stycznia 1973 roku w „Życiu Warszawy” notka prasowa. Czytamy w niej, że największy bal sylwestrowy odbył się w salach redutowych Pałacu Kultury i Nauki. Bawili się na nim, „dorocznym zwyczajem”, przodownicy pracy. „Gośćmi warszawskich przodowników byli członkowie najwyższych władz partyjnych i państwowych: Edward Gierek, Henryk Jabłoński, Piotr Jaroszewicz oraz ich małżonki” – brzmiała treść notki.

Podobne bale odbywały się w całej Polsce i gościły przodowników pracy różnych profesji. Przykładowo w 1975 roku w całej Warszawie odbyły się 92 bale. „Największy, bo aż na 1000 par był »Bal sylwestrowy Warszawy«, zorganizowany w Filharmonii Narodowej przez Warszawską Radę Związków Zawodowych. Bawili się tu przodownicy pracy z 50 czołowych stołecznych zakładów produkcyjnych. Tu również witali Nowy Rok przedstawiciele najwyższych władz partyjnych państwowych oraz środowisk nauki, kultury i sztuki” – relacjonowało i tym razem „Życie Warszawy”.

Jak demokratyzowano bal

Zdaniem prof. Barbary Gizy, kulturoznawcy z Uniwersytetu SWPS, władze PRL-u „zdemokratyzowały bal” i dostosowały go do potrzeb oraz statusu społecznego każdego obywatela.
Bal w Łazienkach Królewskich w Warszawie w 1937 roku. Grupa pań ubranych w stylowe stroje, która odtańczyła menueta, m.in. aktorka Irena Eichlerówna oraz córka posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego Portugalii w Polsce panna de Sousa Mendes. Fot. NAC/Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji, sygn. 1-P-2592-8
– Huczne zbiorowe świętowanie ludzkość zna od tysięcy lat. Miało ono często związek z cyklicznością jakiegoś szczególnego zjawiska, czy to związanego z porą roku, czy też kalendarzem liturgicznym. Karnawał i bal wymyślono więc po to, by podkreślić odmienność tego czasu od zwykłej codzienności, jako rodzaj kumulacji owego świętowania – mówi.

Podkreśla, że „dawało to ludziom wytchnienie oraz poczucie uczestniczenia w wydarzeniach całkowicie innych niż zwykłe”. – Miały temu służyć maski i przebrania, dające możliwość ukrycia swojej „codziennej” tożsamości i zostania choć na krótko kimś innym. Miały temu też służyć zachowania (tańce czy inne karnawałowe „rytuały”). Bal w karnawale to istota tej niezwykłości, splendoru, beztroskiej zabawy, „zawieszenia” codzienności na różne sposoby. W gospodarce niedoboru okresu PRL chodziło też o to, by to „zawieszenie” dotyczyło zapomnienia o brakach towarów w sklepach, dlatego w grudniu mobilizowano się do lepszego zaopatrzenia, a bale organizowano powszechnie – wyjaśnia.

Zwraca uwagę, że zwłaszcza w XIX wieku, ale też w czasie międzywojennym bale były domeną ludzi zamożnych. Wymagały odpowiedniej oprawy, specjalnych strojów, wykwintnych dań.

– Po II wojnie światowej to się zmieniło. W jej wyniku zaczął funkcjonować nowy ustrój socjalistyczny, który zakładał zmianę porządku świata i „zdemokratyzowany” wówczas bal stał się uciechą dla wszystkich, których PRL uważała za beneficjentów tego systemu. Bale odbywały się więc we wszystkich środowiskach ludzi pracy: w fabrykach, innych zakładach pracy, urzędach. I choć pierwsze bale miały być dla wszystkich i nie dzielić społeczeństwa, to po drodze i tak pojawiły się imprezy tylko dla nielicznych, czyli elity politycznej czy kulturalnej – opisuje prof. Giza zmiany zachodzące „w balowaniu”.

Grand Hotel dla wybranych i robotniczy Pałac Kultury

Zabawy dla elit odbywały się zazwyczaj w tak ekskluzywnych miejscach, jak Hotel Europejski w Warszawie, czy Grand Hotel w Sopocie. Klasa robotnicza zarówno sylwestrowe, jak i karnawałowe imprezy spędzała w mniej lub bardziej wykwintnych restauracjach, wspomnianym wcześniej Pałacu Kultury i Nauki, remizach, stołówkach zakładowych, domach kultury, a w późniejszych latach również na dancingach. Te ostatnie cieszyły się powodzeniem zwłaszcza w latach 70. i 80. XX wieku.

Odkryte kolana, fałszywy łosoś z cielęciny, taniec shimmy, czyli bale II Rzeczypospolitej

– Nogi stały się zbyt popularne, zbyt banalne i dostępne dla oczu. Stosunek mężczyzny do nóg kobiecych stał się po prostu koleżeński – tak malarz Stefan Norblin narzekał na karnawałowe kreacje na łamach czasopisma „Świat” w 1930 roku.

zobacz więcej
– W Warszawie na bale chadzało się najczęściej do Sali Kongresowej, Domu Chłopa, Złotej Kaczki, czy Adrii. Uczestnicy zazwyczaj sadzani byli przy stolikach czteroosobowych. Jeśli obłożenie sali było duże, to dosadzano gości tak, by zapełnić wszystkie miejsca, jeśli nie, goście mogli sobie wybrać, gdzie siedzą. Potrawy i trunki wybierało się z karty, ale na stoliku zawsze stała już woda mineralna, oranżada, czy butelka wódki albo słodkie wino – wspomina pani Anna, która regularnie bywała na zabawach karnawałowych.

Zazwyczaj bawiono się przy akompaniamencie orkiestry lub zespołu. Obowiązkowym elementem każdego balu był tzw. wąż, czyli taniec, w którym uczestnicy łapią się za ręce i tanecznym krokiem pokonują salę wzdłuż i wszerz. O północy wybierano zaś króla i królową balu. Zabawom przewodził zazwyczaj wodzirej.

– W czasach PRL to był bardzo intratny zawód, do którego trzeba było mieć odpowiednie kwalifikacje, zdane egzaminy i odpowiednie dokumenty. To była osoba, która zabawiała gości i która w czasie karnawału miała mnóstwo roboty, zdarzało się, że biegała z imprezy na imprezę. Jerzy Stuhr w filmie „Wodzirej” być może dlatego tak przekonywująco wciela się w tę postać, bo sam, jak przyznał w jednym z wywiadów, zaczynał karierę właśnie jako wodzirej – mówi prof. Giza.

Żeby goście nie kradli…

Nieżyjący już Bohdan Krzywicki, który był najstarszym i najdłużej w tej branży pracującym wspominał, że czasami wodzirejowi stawiano zadania wybiegające poza jego rolę.

– Pamiętam zabawną sytuację podczas jednego balu. Przyszedł do mnie kierownik sali i mówi: „Panie Bogdanie, mnie po każdym balu giną sztućce, porcelana, zastawa. Wszystko mi kradną. Niech pan, jako wodzirej, zwróci uwagę tym gościom żeby nie kradli” . Powiedziałem, że nie mogę, bo to będzie niekulturalne i ci uczciwi goście się obrażą – opowiadał.
Wodzirej i goście balu karnawałowego w lutym 1980 roku, zorganizowanego na finał plebiscytu na 10 najlepszych sportowców Ludowych Zespołów Sportowych w 1979 r., organizowanego przez „Dziennik Ludowy”. Fot. NAC/Archiwum Grażyny Rutowskiej, sygn. 40-S-52-35
Myślał więc, co i jak zrobić, żeby i goście, i organizator byli zadowoleni: – I siedząc w garderobie wymyśliłem taki wierszyk: „W tanga tonach, w walca dźwiękach, mija ta czarowna noc. Pozostanie w nas piosenka, a z piosenką wspomnień moc. Czyjeś oczy, czyjeś usta, jakiś uśmiech pięknych lic, to ze sobą weźmiesz dzisiaj, lecz nic więcej, więcej nic”. Kierownik sali stał za kulisami i zadowolony krzyczał: „Tak więcej nic, więcej nic!”. Po tym balu przyszedł do mnie bardzo zadowolony i dziękował mi, bo pierwszy raz nic mu nie zginęło.

Rekord Krzywickiego to 22 imprezy poprowadzone w ciągu jednego dnia: pokazy mody, konferencje, zabawy dla dzieci i bale. Na wodzirejstwie zarabiał jedną, a nawet dwie teatralne pensje. Wśród bali, które prowadził, były zarówno te przodowników pracy, jak i w Radzie Narodowej.

– Gierek przychodził ze swoją Stasią, tańczyli, bawili się. Bardzo śmiesznym człowiekiem był Henryk Jabłoński, też potrafił się bawić. W sklepach nic nie było, a na tych balach było wszystko. Francuskie szampany, koniaki, łososie – wspominał.

Takie rarytasy nie pojawiały się na stołach za czasów Wiesława Gomułki. Tu obowiązywała skromność i prostota. Błażej Brzostek w książce „PRL na widelcu” cytuje słowa kompozytora Zygmunta Mycielskiego, który miał okazję uczestniczyć w przyjęciu organizowanym w Belwederze: „Myślałem, że to będzie jakaś kolacja, skoro zasiadana i już zbliżała się ósma – ale były parówki i na talerzykach przed nami cukierki i czekoladki. Do tego soki owocowe i pomidorowe, trochę wódki i kieliszek podłego wina (do parówek rzadka kapusta z pływającymi kawałeczkami kiełbasy). Można byłoby to znieść, gdyby nie mowa Gomułki”.

Krytykę z powodu serwowanych alkoholi ówczesny I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej odpierał argumentem, że polski handel ani w 1960, ani w 1961 roku, nie sprowadzał koniaków z krajów kapitalistycznych, a jedynie nieduże ilości, bo w liczbie 54 tys. litrów, wyłącznie z krajów socjalistycznych.

Królestwo galarety

– O ile Gomułka był człowiekiem oszczędnym, o tyle Gierek chciał stworzyć w społeczeństwie poczucie otwarcia się na Zachód, tego, że jesteśmy blisko tego Zachodu i już bliżej być nie możemy. Narzędziem do tego stały się też bale z ich oprawą, swego rodzaju „zadęciem”, jakie pojawiło się w latach 70. – tłumaczy prof. Giza.

Znikające sztućce, radziecki szampan i bal do białego rana. PRL uwielbiał sylwestra

Bale przodowników pracy i prośby o niezabieranie do domu porcelany ze stołów. Były też zabawy na statku Batory.

zobacz więcej
Czym w takim razie raczono podniebienia, jeśli bal odbywał się nie w elitarnym gronie, tylko zwykłym robotniczym lub zakładowym? Oprócz wspomnianej już butelki wódki, oranżady, czy wody mineralnej na stolikach pojawiały się przygotowane przez kucharzy kanapki i inne zimne zakąski. Wśród nich królową była sałatka jarzynowa, do dziś chętnie i w dużych ilościach jedzona przez Polaków w okresie świąteczno-karnawałowym. W jej skład wchodziły, jak i teraz, marchewka, ziemniak, seler, pietruszka, zielony groszek oraz ogórek i jajko. Czasem dodatkiem, który podnosił jej walory smakowe, była szynka. Dodawany do sałatki majonez w owych czasach robiono na ogół samodzielnie.

Żaden porządny bal nie mógł obejść się bez śledzi. Hitem był „śledzik po japońsku”, czyli podawany z jajkiem na twardo, kiszonym ogórkiem oraz pokrojonymi w kostkę jabłkiem i cebulką. Oprócz tej wersji podawano również bardziej klasyczną, czyli śledzia w occie. Na stolikach gościła także popularna „meduza”, czyli galaretka z nóżek wieprzowych.

– Krążył nawet taki żart, że podają tylko nóżki, bo cała reszta świni została wyeksportowana do ZSRR – opowiada prof. Giza.

Wśród przekąsek pod wódkę były także marynowane grzybki oraz korniszony. W karnawałowym menu można było również znaleźć jajka w majonezie i faszerowane. Wędliny były obecne na stołach, ale w porcjach ściśle wyliczonych na osobę. Z racji tego, że w sklepach najłatwiej było dostać mortadelę, przyrządzano z niej „żabie oczko”, czyli panierowany i smażony plaster serwowany z jajkiem sadzonym.

– Bawiący się na zabawach karnawałowych goście mogli również pokrzepić się daniami ciepłymi. Tu prym wiodły flaki, bigos i barszczyk z pasztecikiem. W menu takich ekskluzywnych miejsc, jak Grand Hotel, można było znaleźć łososia wędzonego, sandacza w galarecie, tartinki z sardynką, a także lodową melbę pomarańczową, czy czekoladowy tort „marczello” – wymienia prof. Giza.

Kreacja z tetry i śledzik pod szyją

Zanim jednak goście, a zwłaszcza panie pojawiły się na imprezie, musiały zmierzyć się z odwiecznym dylematem, co na siebie włożyć. Tu pomagała zazwyczaj zaprzyjaźniona krawcowa i kreacja zamówiono u niej w odpowiednim terminie.
Bal sylwestrowy w Naczelnym Komitecie Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w Warszawie, 31 grudnia 1968 r. Fot. NAC/Archiwum Grażyny Rutowskiej, sygnatura: 40-1-319-5
Z racji tego, że na rynku brakowało nie tylko jedzenia, ale i materiałów, pomysłowe krawcowe potrafiły wyczarować cuda nawet z bandaży albo tetrowych pieluch. Aby nadać im kolor, zanoszono je do farbiarni albo farbowano w domu.

Panowie wkładali na imprezę zazwyczaj garnitur, a do niego obowiązkowo białą koszulę i krawat – kiedyś szeroki, ewoluował momentami do wąziutkiego tzw. śledzika – lub muszkę. Panie kreacje wybierały zgodnie z obowiązującymi trendami. Przez lata prym na parkietach wiodły czerń, srebro i złoto. Kreacja musiała błyszczeć, a takie efekty dawały przeplecione przez tkaninę połyskujące nitki lub mieniące się cekiny.

W latach 50. hitem karnawału były mocno rozkloszowane sukienki i spódnice za kolano, często na halce i ozdobione tiulem. Kreacje podkreślały talię, którą zaznaczano paskiem lub gorsetem. Dekolt był zabudowany lub łódkowy. Jeśli ramiączka, to szerokie. Paniom preferującym długie toalety proponowano suknie mocno dopasowane na górze, z odkrytymi plecami i ramionami. Kreacje zdobiły cekiny, koraliki czy kokardy. W trendach były tkaniny wzorzyste lub w grochy przeróżnej wielkości.

W latach 60. modne były z kolei krótsze sukienki z dużym dekoltem, czasami drapowane, odsłaniające plecy i ramiona, często z kokardą w pasie. Dodatkiem do nich było krótkie bolerko. Modne były połączenia czerni i bieli lub granatu i bieli, beże, pudrowe róże i czerwienie. Uzupełnienie stroju stanowiły czółenka lub baleriny.

Pod koniec lat 60. i przez następną dekadę oprócz klasyki modny był też styl hipisowski: luźne fasony, zwiewne, długie sukienki i spódnice, stroje w najprzeróżniejszych kolorach, roślinne motywy i kwiaty. Modna kreacja to tuniki przewiązywane rzemiennymi paskami i spodnie dzwony. Zaś wśród dodatków buty na koturnie, długie wisiorki, bransoletki i kolczyki zrobione z materiałów ekologicznych, np. piór, drewna, sznurków, koralików.

Kolejne lata to styl disco. Połyskujące materiały z poliestru czy lycry, cekinowe sukienki, złoto, plisy, falbany, kontrastowe połączenia kolorów. Stroje były nie tylko bardzo wyraziste, ale też lekko kiczowate. Ramiona podkreślano bufiastymi rękawami i poduszkami. Wieczorowe sukienki miały falbany oraz gorsetowe góry. Uszyte były najczęściej z metalizowanych tkanin bądź aksamitu czy weluru z dodatkiem cekinów i brokatu. Do takich kreacji pasował szeroki pasek z dużą klamrą oraz przykuwające wzrok dodatki. Modne były również asymetryczne sukienki odkrywające jedno ramię.

Imprezy odbywały się nie tylko na salonach, ale też w domach. Nie brakowało tańców, choć w peerelowskich mieszkaniach miejsca na taneczne popisy było bardzo mało. Prywatki nie obywały się bez wspólnego degustowania alkoholi i przekąsek: koreczków z sera i kanapek przygotowanych zazwyczaj przez panią domu, wędlin albo słonych paluszków. Czasem na stołach gościły bardziej wykwintne dania i trunki, jak szampany, czy wino Gran Cinzano z Peweksu, na które było stać niektórych.

W ten sposób w zgrzebnym PRL udawało się zorganizować kilka godzin zabawy, pozwalającej zapomnieć o szarej, przytłaczającej rzeczywistości za oknem.

– Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Bal sylwestrowy w Naczelnym Komitecie Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w Warszawie, 31 grudnia 1968 r. Fot. NAC/Archiwum Grażyny Rutowskiej, sygnatura: 40-1-319-2
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Jak pomogliśmy wygrać II wojnę światową. Polscy geniusze techniki
Polski wynalazca wygrał proces i wywalczył ogromne odszkodowanie za bezprawne wykorzystanie opatentowanego przez niego peryskopu.
Historia Najnowsze wydanie
Francja rozbita. Wielka ewakuacja polskich żołnierzy
Sikorski wierzył we Francję ślepo i bezgranicznie.
Historia Najnowsze wydanie
PRL miał być drugim Kuwejtem. Ropa w Karlinie
To był największy pożar szybu naftowego w Europie.
Historia Poprzednie wydanie
Zieloni powstańcy, zielony gaz
Tuchaczewski pokonał „bandytów” bronią chemiczną, egzekucjami, głodem, obozami koncentracyjnymi dla dzieci (matki wyły, by dopuszczono je do trzylatków).
Historia Poprzednie wydanie
Brytyjczycy uważali ich za psychopatów. Rozprawa była bezwzględna
Żadna rewolta nie budziła takiego przerażenia jak Mau Mau.