Cywilizacja

Miliony kamer na ulicach, gimnastyka staruszków, mycie, pranie i „komitety podwórkowe”. Jak Chińczycy zwalczyli koronawirusa

W dziedzinie zarządzania masami w Państwie Środka już dawno temu osiągnięto niezrównaną perfekcję i mistrzostwo, które dziś okazały się niezwykle przydatne w walce z pandemią.

Cofnijmy się nieco w czasie. Jest 10 października 2020. W Polsce właśnie poinformowano o 5,3 tys. nowych przypadkach zakażenia koronawirusem. W Hiszpanii tego dnia było ich 10,7 tys., we Francji już 26,8 tys.

Tego samego dnia w liczącym niemal 11 milionów mieszkańców chińskim mieście Qingdao, we wschodniej prowincji Shandong stwierdzono „aż” 12 (dwanaście!) przypadków zakażenia. Błyskawicznie ustalono, że wirus wydostał się ze szpitala pulmonologicznego, w którym leczono kilku chorych na COVID-19 Chińczyków. Wszyscy przyjechali z zagranicy i prosto z lotniska zostali skierowani do tego szpitala. Od nich zapewne zaraził się ktoś z personelu i wirus wydostał się na to znane ze świetnego piwa Tsingtao miasto.

Władze natychmiast zdymisjonowały dyrektora szpitala i szefa miejskiego komitetu ochrony zdrowia. Zaś już w poniedziałek rano przystąpiono do testowania wszystkich mieszkańców miasta. Tak – WSZYSTKICH. Do czwartku rano, czyli w ciągu zaledwie trzech dób, pobrano 9,9 milionów wymazów, z czego przetestowano 7,64 milionów próbek. Żadnego nowego przypadku zakażenia nie stwierdzono.

Biedna i marna służba zdrowia

I w zasadzie już tylko ten przykład wystarczy za odpowiedź na pytanie, dlaczego Chinom, z których koronawirus wyruszył w świat, tak skutecznie udawało się się dotąd walczyć z pandemią. Skutecznie do tego stopnia, że gdy w liczącej 38 milionów mieszkańców Polsce od początku pandemii do 13 grudnia stwierdzono już 1 135 676 zakażeń i 22 864 zgony, to w liczących niemal półtora miliarda mieszkańców Chinach doszło w tym samym czasie do raptem 86 725 zakażeń i 4 634 zgonów.
W październiku 2020 w ciągu pięciu dni po wykryciu 12 osób zakażonych wirusem COVID-19 chińskie Qingdao przetestowało 10 899 145 próbek, czyli praktycznie wszystkich mieszkańców. Fot. Feature China/Barcroft Media via Getty Images
Przykładowo, tylko 26 października w chińskich szpitalach przebywało 265 zakażonych, w tym czterech pod respiratorami, a w polskich szpitalach 12 282 zakażonych, w tym pod respiratorami 999. Ot co!

Wiadomo, Chiny są wielkie. Mogą sobie pozwolić na gigantyczne inwestycje, setki tysięcy kilometrów autostrad i sieci superszybkich pociągów, loty kosmiczne, megalotniska i elektrownie atomowe. Ale chińskie PKB to ciągle tylko połowa PKB Stanów Zjednoczonych mimo, że chińska populacja jest czterokrotnie większa od amerykańskiej. Ponad połowa, czyli ok. 700 mln Chińczyków, nadal musi utrzymać się za nieco ponad 500 zł miesięcznie, choć koszty utrzymania są już tam porównywalne z Polską, a w największych chińskich miastach nawet o wiele wyższe.

Najważniejsze zaś, że chińska służba zdrowia nadal jest bardzo, bardzo daleka od ideału. W przeliczeniu na udział w PKB, Chiny przeznaczają na służbę zdrowia mniej więcej tyle, ile Polska (tylko ok. 5 proc.), podczas gdy Francja i Niemcy ponad 11 proc., a USA ponad 17 proc. Natomiast liczba łóżek szpitalnych w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców jest w Chinach nawet mniejsza niż w Polsce, dwukrotnie mniejsza niż w Niemczech i trzykrotnie mniejsza niż w Japonii.

Do tego system ubezpieczeń społecznych w Chinach jest wciąż dramatycznie niedorozwinięty, większość usług medycznych jest płatna i dla znacznej części populacji nawet proste leczenie szpitalne oznacza spore obciążenie finansowe. To wszystko oznacza, że bynajmniej nie w potencjale ekonomicznym czy poziomie służby zdrowia upatrywać trzeba tak wysokiej skuteczności chińskiej walki z koronawirusem.

Od szczotek do komórek

Oczywiście nie ma jakiejś jednej ewidentnej przyczyny, dzięki której Chiny odnoszą tak spektakularny sukces w walce z pandemią. Tych przyczyn jest wiele i niektóre ze sposobów są również wykorzystywane na Zachodzie. Ale jest też kilka bardzo ważnych i skutecznych, których na Zachodzie użyć się po prostu nie da, a przynajmniej nie w takiej skali, w jakiej możliwe jest to w Chinach.

Przykładowo – przy okazji pandemii dość sporo uwagi poświęcono wykorzystywaniu przez Chiny najnowocześniejszych technologii. Podziw Zachodu wzbudza zwłaszcza masowe korzystanie z kodów QR, dronów, rozmaitych aplikacji mobilnych, robotów czy monitoringu z identyfikacją twarzy i oznaczaniem temperatury ciała.

To wszystko prawda, ale warto też pamiętać, że to bynajmniej nie pandemia sprawiła, iż oto nagle Chińczycy mają w ręku aż tyle nowoczesnych narzędzi pozwalających skutecznie ograniczać rozprzestrzenianie się koronawirusa. Pod wieloma względami Chiny skorzystały tu z tak zwanego efektu otwartych drzwi, czyli dokonywania ogromnego skoku technologicznego bez potrzeby pokonywania wielu etapów pośrednich. Taki fenomen jest typowy przede wszystkim dla krajów zacofanych, które dzięki odpowiedniej mobilizacji mogą błyskawicznie katapultować się na technologiczne wyżyny.

Wuhan odmrożony. Przepustką do życia są teraz kody QR: zdrowy, może iść, albo do izolatki

Co po zniesieniu blokady sanitarnej dzieje się w mieście, gdzie zaczęła się pandemia koronawirusa? Patrole policyjne kamerami termowizyjnymi mierzą temperaturę ludzi na ulicy.

zobacz więcej
Tak więc jeszcze stosunkowo niedawno, bo na przełomie lat 80.i 90. w Chinach praktycznie nie było ani telefonów, ani telewizji, ani komputerów, ani motoryzacji. Zachód przez dziesięciolecia inwestował biliony, by od telefonu na korbkę dojść do bezprzewodowej komórki, by wielki czarno-biały kineskop przepoczwarzył się w płaską kolorową plazmę czy żeby z miliardów kilometrów kabli przejść na satelity.

Chiny to wszytko ominęło. Kraj, który był w stanie ledwie eksportować bambusowe szczotki i w którym do początku lat 90. jeszcze racjonowano jedzenie, dzięki reformom Deng Xiaopinga szybko zdołał zarobić tak gigantyczny kapitał, że bez żadnych mozolnych etapów pośrednich od razu mógł wkroczyć w telefonię komórkową, kolorową telewizję, łączność satelitarną, bankowość internetową, superszybkie pociągi, itp.

I to praktycznie bez żadnego wkładu własnego, tylko po prostu kupując lub kopiując stosowne zachodnie technologie. Chiny dopiero teraz mogą je samodzielnie rozwijać lub wdrażać własne wynalazki, gdyż w międzyczasie wykształciły też na najlepszych zachodnich uczelniach setki tysięcy własnych specjalistów.

Inwigilacja i porządek

Jeszcze ważniejsze jest zaś to, że będąc „fabryką świata”, równocześnie zdołały nasycić własny gigantyczny rynek bardzo tanimi, a wiec powszechnie dostępnymi, urządzeniami jak telefony komórkowe czy komputery, co nawet w wielu biedniejszych krajach europejskich jest ciągle nieosiągalne. Tak jak stosowanie rozmaitych aplikacji. W wielu „nowoczesnych” krajach Zachodu wykorzystanie do walki z pandemią nawet banalnie prościutkiej aplikacji mobilnej spełzło na niczym, a dla większości Polaków kody QR są nadal kosmicznym pojęciem.

Tymczasem w Chinach kody QR znalazły powszechne zastosowanie już lata temu jako bardzo wygodny i prosty sposób na regulowanie płatności, pozwalający wyeliminować gotówkę, karty płatnicze, bankomaty, itd. W tym kraju nikogo nie zdziwi sprzedająca na wiejskim bazarku, z chodnika marchewkę biedna babuleńka, która ma na kawałku tektury wydrukowany swój kod QR i która nie chce od nas gotówki, bo wystarczy zbliżyć do tej tekturki komórkę i już marchewka sprzedana. A czy konto babuleńce pomagają ogarnąć bardziej rozgarnięte dzieci czy wnuki, to już nie ma znaczenia.

Teraz wystarczyło tylko odpowiednio dostosować tę banalną technologię do kodowania danych o temperaturze ciała, przemieszczaniu się czy wynikach testów, i każdy posiadacz komórki, czyli praktycznie każdy Chińczyk jest już w systemie monitoringu i kontroli.

Podobnie rzecz się ma z powszechnym monitoringiem za pomocą kamer, których w Chinach zainstalowano już setki milionów. Rzecz jasna służy on komunistycznym władzom do inwigilacji społeczeństwa, wyłapywania krytyków reżimu, zapobiegania antyrządowym protestom. Podobnie jak totalna cenzura chińskiego internetu i elektronicznej mobilności, w których tak powszechne u nas wyszukiwarki i komunikatory jak Google, YouTube, Facebook, Twitter, itd po prostu nie działają.
Pekin jest pełen kamer przemysłowych. Fot. Giulia Marchi/Bloomberg via Getty Images
To wszystko prawda i zapominać o tym nie wolno, ale też ów system w liczącej niemal półtora miliarda populacji służy do skutecznego panowania nad przemieszczaniem się nieprzebranych tłumów na ulicach, dworcach czy lotniskach, monitorowania zwykłego bezpieczeństwa i porządku, transportu, wypadków, przestępstw.

Każdy kto pojedzie do Chin chociażby w okresie księżycowego Nowego Roku, gdy setki milionów ludzi ruszają w odwiedziny do rodzin albo na urlopy, zazwyczaj nie może wyjść z podziwu, że w tej niewyobrażalnej ludzkiej masie nikt nikogo nie stratował, nie pobił, nie okradł; że kolejki posuwają się sprawnie, ludzie nie jeżdżą na dachach pociągów, korki są mniejsze niż na Zachodzie. W tej dziedzinie bowiem – zarządzania masami – Chińczycy już dawno temu osiągnęli niezrównaną perfekcję i mistrzostwo, które dziś okazały się niezwykle przydatne w walce z pandemią.

Od Konfucjusza do Mao Zedonga

Technologie bowiem są ważne, jest też jednak nie mniej ważny czynnik ludzki, tradycje, nawyki, mentalność. Na Zachodzie często mówi się, że przecież to komunizm, autorytarna władza, która nie patyczkuje się z prawami człowieka i swobodami obywatelskimi. Władza, która wszystkim coś każe i narzuca, tępi każdy sprzeciw, jest poza wszelka kontrolą. Autorytarny reżim usiłuje zmusić społeczeństwo do bezdyskusyjnego przestrzegania nakazów i zakazów, nie liczy się z krytyką, ukrywa niewygodne fakty, stosuje drakońskie kary.

Warto jednak wziąć pod uwagę, że nie za wszystkie „niedemokratyczne”, a nawet „nieludzkie” modele powszechnej dyscypliny, porządku i społecznych zachowań w Chinach i innych krajach Dalekiego Wschodu z orbity chińskiej kultury, odpowiadają komuniści. Bo to już od czasów Konfucjusza (551-479 p.n.e), którego doktryna mocno zakorzeniła się też w Korei, Japonii i Wietnamie, dobro i interes grupy zawsze stały ponad prawami jednostki, władza miała zawsze rację, żadna odmienność nie była tolerowana.

Dlatego w Chinach naprawdę nie trzeba nikomu kazać czy kogoś karać mandatami, aby wszyscy posłusznie nosili maseczki. Nawyk dobrowolnego noszenia maseczek jest zresztą zakorzeniony na Dalekim Wschodzie od dawna. Zanim jeszcze ktokolwiek słyszał o pandemiach, zakładanie maseczki, gdy tylko ktoś poczuł się przeziębiony lub zakatarzony, było czymś zupełnie naturalnym i rozumianym jako przejaw odpowiedzialności za bezpieczeństwo innych. Na długo przed pandemią zaczęto też w Chinach stosować noszenie maseczek czy przyłbic przez personel sklepów spożywczych i restauracji, obsługę pociągów, pracowników służb komunalnych, no i oczywiście szpitali, co u nas jeszcze kilka miesięcy temu wcale nie było normą.

Miliony ludzi skoszarowane, szpitale zmilitaryzowane, miasta zamknięte. Chiny w czasach zarazy

Na Chińczyków wylewa się teraz fala hejtu. Przodują w tym muzułmanie, ale i w zachodnim świecie zdarzają się napisy: „Chińczykom wstęp wzbroniony”.

zobacz więcej
Czujni sąsiedzi

Konfucjanizm nie tylko nakazuje bezwzględne posłuszeństwo wobec starszych czy rządzących, ale też de facto pozbawia jednostkę jakiejkolwiek prywatności. Jednostka, u nas stawiana na piedestale, w Chinach i na Dalekim Wschodzie w zasadzie nie ma praw i wartości, dopóki nie są one podporządkowane lub nie sprzyjają interesowi rodziny, społeczności, a dalej państwa. Stąd konfucjanizm wraz z nadal głęboko zakorzenioną w Chinach i na Dalekim Wschodzie strukturą klanową społeczeństwa sprawiają, że jednostka jest poddawana nieustannej kontroli, a dziś powiedzielibyśmy monitoringowi, w niemal wszystkich aspektach życia.

W praktyce wygląda to tak, że poza kontrolą ze strony rodziców czy starszego rodzeństwa funkcjonuje też gigantyczny system rozmaitych społecznych czy sąsiedzkich „komitetów” – podwórkowych, blokowych, osiedlowych, dzielnicowych, ulicznych, zakładowych, itd. Są to zazwyczaj grupki emerytów i różnych społeczników pilnie baczących kto, kiedy, gdzie i do kogo wchodzi i wychodzi, z kim się spotyka, jak się ubiera, o czym rozmawia, jakie przynosi zakupy, jak spędza wolny czas. Dla nas taka inwigilacja byłaby nieznośna, bo prywatność jest u nas na pierwszym miejscu. Natomiast w Chinach górę bierze dobro grupy, co w dobie pandemii jest zbawienne.

Jeśli zaś dodać do tego jeszcze powszechny w Chinach zwyczaj odgradzania się murami i płotami, który wywodzi się z tradycji zamieszkiwania całych wielopokoleniowych rodzin-klanów w domostwach z jedną pilnie strzeżoną bramą, wewnętrznym dziedzińcem i bez jakichkolwiek okien na zewnątrz, to już mamy kolejne elementy chińskiego sukcesu w walce z pandemią. Spektakularne zamknięcie wielomilionowych metropolii na czele z Wuhanem było możliwe właśnie dzięki temu, że wystarczyło błyskawicznie pozamykać wszystkie owe bramy do domostw i osiedli, posadzić przy nich czujne „komitety”, i gotowe – co na Zachodzie jest tylko nierealnym marzeniem każdego epidemiologa.

Wywiad i społeczne testowanie

Gdyby zapytać chińskich lekarzy o jakąś jedną, najważniejszą przyczynę tak wysokiej skuteczności walki z pandemią, to bez wahania wskażą na... wywiad epidemiologiczny. Dokładnie ten, który tak dramatycznie nawalił na całym Zachodzie. To właśnie dzięki owym wszechobecnym, wszechwidzącym i wszechwiedzącym społecznym „komitetom”, a nie jakiejś akcji równie niedoinwestowanego i niewydolnego jak u nas sanepidu, Chinom udało się błyskawicznie wyłapać i odizolować wszystkich nosicieli koronawirusa.

I znów przyznajmy, że często metody były dalekie od tych, które by się nam podobały: izolowano zarażonych z użyciem skrajnie drakońskich metod, jak wywlekanie zainfekowanych z domostw siłą czy zaspawanie drzwi do ich mieszkań.

Tą samą drogą, czyli stawiania na błyskawiczny wywiad epidemiologiczny, poszedł też demokratyczny Tajwan, gdzie przy populacji liczącej niemal 24 miliony od początku pandemii potwierdzono dotąd (czyli do połowy grudnia) zaledwie 733 przypadki infekcji koronawirusem i tylko 7 zgonów.
W Chinach nawyk dobrowolnego noszenia maseczek jest zakorzeniony od dawna. Zanim jeszcze ktokolwiek słyszał o pandemiach. Na zdjęciu pekińska ulica w1972 roku. Fot. John Dominis/The LIFE Picture Collection via Getty Images
Chińskie „komitety” okazały się też niezwykle przydatne przy realizacji drugiego kluczowego elementu skutecznej walki z pandemią – masowego testowania. Bo to właśnie na nie, a nie służbę zdrowia czy wojsko, spadł główny ciężar przeprowadzania wymazów. Na skalę u nas po prostu niewyobrażalną.

Tylko w Wuhanie, który pozostawał szczelnie odizolowany od świata przez 76 dni, w ciągu raptem miesiąca przetestowano, czasem wielokrotnie, w zasadzie wszystkich mieszkańców, czyli niemal dziesięć milionów osób. Eksperci od modelowania rozwoju pandemii są zgodni, że tylko ta akcja, przeprowadzona między 29 stycznia a 29 lutego 2020 roku pozwoliła zapobiec co najmniej 14 milionom zachorowań i co najmniej 60 tysiącom zgonów.

Na tą wypróbowaną w Wuhanie metodę masowych testów postawiła później, a dokładnie od połowy kwietnia, Korea Południowa. Dzięki wykonaniu prawie trzech milionów testów, w Korei Południowej z populacją ponad 51 milionów odnotowano do połowy grudnia zaledwie 42 tys. infekcji i tylko 580 zgonów.

Bardzo często niedocenianym i zarazem dość wyjątkowym aspektem pomyślnej walki Chin i Dalekiego Wschodu z koronawirusem jest, tak tak, zdrowy tryb życia. Higiena, dieta, aktywność fizyczna, medycyna naturalna. Jest to niby zupełnie oczywiste ale pod tym względem jesteśmy jako Zachód daleko w tyle za Chinami, Koreą, Japonią.

Zdrowa żywność

Zacznijmy od higieny. Przeciętny turysta odwiedzający Chiny zazwyczaj ulega wrażeniu, że wszędzie jest brud i bałagan. Mieszkając w Chinach sam setki razy spotykałem się z opiniami, że „u nas sanepid pozamykałby te wszystkie niechlujne knajpki, szpitaliki, sklepiki i zaułki w sekundę”. To fakt, że często miejsca te rzeczywiście sprawiają wrażenie brudnych i zapyziałych.

Ale przy bliższej obserwacji i znajomości chińskiej cywilizacji obraz ten zmienia się zasadniczo. W pozornie niechlujnej kuchni chińskiej stawia się bowiem na szybką obróbkę ogromnej większości potraw w bardzo wysokiej temperaturze, czyli na smażenie w gorącym oleju. Chińczycy praktycznie nie jedzą niczego surowego poza owocami. Nawet tak chętnie spożywane u nas na surowo sałaty, pomidory czy ogórki zazwyczaj obgotowuje się, obsmaża lub przynajmniej zalewa octem albo rozgrzanym olejem. Czyli skutecznie dezynfekuje.

Powszechne jest też przyrządzanie potraw na gorącej parze, dezynfekowanie naczyń i pałeczek wrzątkiem, korzystanie z gorących chusteczek. Dzięki temu w tym gigantycznym kraju z gigantyczna populacją i gigantyczną liczbą lokali gastronomicznych jakiekolwiek zatrucia pokarmowe są skrajną rzadkością. Owszem, podłoga w chińskiej knajpce może być zasypana niedopałkami i resztkami jedzenia, kucharze mogą mieć umorusane fartuchy, a okna mogły nie być myte kilkanaście lat, ale za to ryba zanim trafi do woka lub na parę, musi być żywa (do tego służą wszechobecne w chińskich restauracjach akwaria), a kurczaka zarzyna się na bazarku przy kupującym.

Dlaczego Chińczycy jedzą zupę z nietoperzy, duszone węże i smażone łaskuny? Wirus na talerzu

Jedzenie rzadkich dzikich zwierząt jest dziś symbolem zamożności, szpanem obliczonym na zaimponowanie biesiadnikom.

zobacz więcej
Chińczycy mają wręcz obsesję na punkcie świeżości jedzenia, opanowali też niezliczoną ilość technik jego skutecznego konserwowania – fermentacji, solenia, suszenia , piklowania, itp. Podobną obsesję mają też na punkcie nieustannego mycia się (a szczególnie mycia włosów) oraz prania wszystkiego i wszędzie. A ponieważ nie we wszystkich mieszkaniach są po temu warunki, to zakłady pracy mają bezwzględny obowiązek zapewnić pracownikom prysznice z ciepłą wodą, ręczniki i zlewy do dokonywania nieustannych przepierek odzieży. Nie wspominając już o tym, że wejście do jakiegokolwiek mieszkania z ulicy w butach jest na całym Dalekim Wschodzie uznawane wręcz za barbarzyństwo.

Przeciętny Chińczyk uważa, że to Europejczycy i Amerykanie są w porównaniu z nimi brudni i niechlujni, śmierdzą potem, roznoszą wszelkie możliwe choroby, sprowadzili do Chin karaluchy, żywią się nieświeżą padliną i ohydnym nabiałem (bo większość Chińczyków genetycznie nie toleruje laktozy), itd. Przy czym Chiny to i tak pikuś w porównaniu z kosmicznie wręcz sterylną Japonią, która też całkowicie podziela zdanie Chińczyków o cudzoziemcach.

Tak czy inaczej, nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że pozbawiona cukru i konserwantów, stawiająca na świeżość, jarzyny, ryby, owoce morza i ryż dieta przeciętnego Chińczyka, Koreańczyka czy Japończyka jest o niebo zdrowsza od naszej diety, przez co wpływ „chorób współistniejących” (cholesterol otyłość, cukrzyca, nadciśnienie, itd) na liczbę zgonów w czasie pandemii jest na Dalekim Wschodzie o wiele niższa niż na Zachodzie.

Maseczkowa dyplomacja

Dodajmy do tego ogromny nacisk, jaki kładzie się w Chinach i na Dalekim Wschodzie na sprawność i aktywność fizyczną, w tym wśród seniorów. U nas „place zabaw” dla seniorów to wciąż wielka rzadkość i generalnie emeryci są na Zachodzie niedołężni, schorowani i osamotnieni, co drastycznie wpływa też na ich kondycję psychiczną. W Chinach natomiast każdego cudzoziemca wręcz szokują nieprzebrane rzesze staruszków od rana do wieczora gimnastykujących się, tańczących i spędzających razem czas w parkach, na placach, przed domami.

Nic więc dziwnego, że pod względem długości życia pierwsze miejsce na świecie dzierży chiński Hongkong (ze średnią życia 85,29 lat), a tuż za nim Japonia i chińskie Makau. Ogromne i skrajnie biedne do niedawna Chiny z wynikiem 76,5 roku doganiają już na tym polu USA (różnica w średniej długości życia zmalała już między nimi do 1,6 roku), choć to może żadne porównanie, bo nawet Polska wyprzedza już w tej dziedzinie USA o 0,3 roku. Za Chinami są już za to Węgry, republiki bałtyckie i kraje bałkańskie.

A pamiętajmy, że średnia długość życia w Chinach jeszcze w latach 50. wynosiła zaledwie 35-40, a na początku lat 80. 65,5. Pod tym względem żaden inny kraj na świecie nigdy nie dokonał tak szybkiego skoku.

W odniesieniu do pandemii zaś: podczas gdy w Polsce śmiertelność w grupie pacjentów powyżej 80. roku życia wynosi ok 20 proc., to w Chinach jest w tej grupie niższa aż o 5 proc.
Chińczycy mają obsesję na punkcie nieustanneg prania wszystkiego i wszędzie. Na zdjęciu z 2018 roku hotel robotniczy zakładów Sunny Optical Technology Group w Yuyao, przygotowujących soczewki do telefonów komókowych m.in. Samsunga i Xiaomi. Fot. Qilai Shen/Bloomberg via Getty Images
Już na początku pandemii Chiny zyskały ogromną przewagę nad innymi państwami, gdyż jako „fabryka świata”, od której od dawna uzależniony jest globalny biznes farmaceutyczno-medyczny, nie musiały desperacko żebrać o maseczki, respiratory czy antybiotyki. Wręcz odwrotnie, jako największy ich producent mogły sobie nawet pozwolić na „maseczkowo-respiratorową” dyplomację i hojnie rozdawać te deficytowe produkty w „gestach przyjaźni”.

Chiny też zaczęły jako pierwsze masowo testować szczepionkę na COVID-19 i to nie tylko u siebie, bo również w takich krajach jak Brazylia, Peru, Indonezja, Turcja czy Bahrajn. Producent chińskiej szczepionki, korporacja Sinovac twierdzi, że jej produkt opiera się na wypróbowanej technologii wykorzystania martwych elementów wirusa jak wiele innych, dobrze już znanych ludzkości szczepionek, np. na wściekliznę. Ma być przy tym znacznie tańszy i prosty w przechowywaniu, a przez to bardzo atrakcyjny dla mniej zamożnych państw. Te przechwałki wymagają jednak weryfikacji.

Ziołolecznictwo i tradycyjna medycyna

Tak czy inaczej jeszcze do niedawna było nie do pomyślenia, że Chiny będą w stanie skutecznie konkurować z wiodącymi na świecie koncernami farmaceutycznymi i ich naukowym zapleczem. Dużo się teraz o tym mówi i pisze, ale przeważnie zapomina się, że w innej konkurencji medycznej Chiny nie mają na świecie żadnej liczącej się konkurencji. Choć – przyznajmy – to temat kontrowersyjny i wciąż dyskusyjny.

Chodzi o tradycyjną medycynę chińską (TCM – Traditional Chinese Medicine), a konkretniej o chińskie ziołolecznictwo. W Chinach funkcjonuje ono na takich samych prawach jak medycyna „zachodnia”. W każdej chińskiej aptece jest zawsze wielki dział leków ziołowych i zielarskich surowców do sporządzania leczniczych mieszanek, a szpitale medycyny tradycyjnej mają taki sam status jak szpitale medycyny „zachodniej”. O ile na Zachodzie farmakopee (urzędowe spisy leków) dopuszczają do obrotu co najwyżej kilkadziesiąt rozmaitych ziół, o tyle chińska farmakopea obejmuje niemal dwadzieścia tysięcy ziół leczniczych. Praktyka korzystania z nich (najczęściej w postaci mieszanek do zaparzania) jest głęboko zakorzeniona w Chinach od starożytności, a teraz przeżywa renesans.

Chińczycy mają wrodzony nawyk korzystania z ziół, czy to w celu prewencji, czy to leczenia wszelkich zachorowań, a po leki zachodnie sięgają tylko w ostateczności. Niektórzy twierdzą, że to właśnie chińskie ziołolecznictwo okazało się jednym z bardzo istotnych elementów tak pomyślnego radzenia sobie Chin z pandemią. Już od samego jej początku chińscy lekarze zaczęli stosować mieszanki ziołowe, zwłaszcza te, które ich zdaniem mają mieć działania immunostymulujące (podnoszące odporność organizmu) oraz adaptogenne (przywracające równowagę organizmu).

W Chinach powstała nawet ogromna literatura medyczna szczegółowo opisująca składy i efekty mieszanek ziołowych zalecanych do stosowania w zależności od stadium rozwoju infekcji koronawirusem czy stanu pacjenta. Chińscy lekarze twierdzą też, że powszechna w Chinach praktyka prewencyjnego stosowania wzmacniających organizm ziołowych toników bardzo pomogła i nadal pomaga w zapobieganiu infekcjom. A najczęściej z takich toników korzystają seniorzy, czyli osoby narażone na największe ryzyko zachorowania.

– Krzysztof Darewicz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Chińscy seniorzy podczas ćwiczeń w 2006 roku w chińskim Dachang. Fot. China Photos/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Ostatni taki książę
Większość Brytyjczyków nie zna świata bez Elżbiety II, z Filipem u boku.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy inteligencji można się „nauczyć”? I czy mierzą ją testy IQ?
Tracimy średnio ok. 7 punktów IQ na pokolenie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Wyzysk mieszkaniowy czy wolny rynek?
Chyba jeszcze nigdy mieszkania w Polsce nie były tak drogie.
Cywilizacja wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
„Podżegali do nienawiści”… modlitwą
Łukaszenko na Białorusi toleruje tylko „jego Polaków”. Jemu posłusznych. Inni są wrogami.
Cywilizacja wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Greckie marmury, afrykańskie brązy, indyjski diament
Zwracanie zabytków, które trafiły do Europy w czasach kolonialnych, jest trudniejsze niż usuwanie nazwisk fundatorów kolekcji, którzy zbili majątek na pracy niewolników.