Felietony

I tak nikt nie zabije nam Bożego Narodzenia

W ubiegłym roku w przedświątecznej porze gościłam w Alabamie, w niewielkim uniwersyteckim mieście Auburn. W okolicy nie było wystawy sklepowej bez dekoracji – i nie były to tylko renifery i Santa Clausy, ale stajenki i Święte Rodziny. Na gankach i podjazdach domów uśmiechali się pastuszkowie, święte Józefy i aniołowie.

I cała komercja na nic tryumfowała – trzy tygodnie temu młoda matka była dumna ze swych dzieci, które dostały kalendarze adwentowe z czekoladkami na każdy dzień i precyzyjnie wyjaśniały sobie, dlaczego są tylko dwadzieścia cztery okienka na słodkie niespodzianki. – To jest jasne – tłumaczył dziesięciolatek młodszej siostrze. – Bo dwudzieste piąte okienko to by już było Boże Narodzenie. A przecież dopiero na to czekamy.

To jest w gruncie rzeczy najprostszy, choć dziecięcy, dowód tego, że wszystkie próby skomercjalizowania tych świąt prowadzą tak naprawdę do zwycięstwa Bożego Narodzenia: nawet najbardziej czekoladowy i najbardziej wypełniony choinkami, reniferami i bałwankami kalendarz adwentowy ma przecież zawsze i wszędzie dwadzieścia cztery grudniowe okienka. Bo dwudzieste piąte – jak mówi rozsądne i logiczne dziecko – to jest właśnie Boże Narodzenie.

– W ten sposób wszystkie handlowe pomysły prowadzą jednak do dnia, w którym narodził się Pan Jezus. I cała laicyzacja na nic! – podsumowała jego mama.


Tak dobrze oczywiście nie jest, laicyzacja postępuje, komercja też tryumfuje. Nawet papież Franciszek prosił w ostatnich dniach, aby się jej nie poddawać. Ale jednak owa mama ze swym dziesięciolatkiem mają rację: to wszystko jest przecież z powodu narodzin Pana Jezusa w Betlejem i nie da się tego faktu ukryć lub zamazać, żeby nie wiem, jak się starali producenci niezliczonych gadżetów i twórcy reklam oraz filmów przygotowywanych na czas Bożego Narodzenia.

I jak chcieliby niezliczeni postępowcy, zwyczajni konformiści i prawdziwi przeciwnicy chrześcijaństwa. Robią to od lat i nie tylko komercja jest tu przyczyną.

Za komuny, wiadomo, spotkania były „noworoczne”, jeśli nawet ludzie za biurkiem po cichu łamali się opłatkiem i przynosili z domu śledzika, kapustę z grzybami i kawał makowca. – A jak przyszło nowe i wróciła tradycja, to i dawny sekretarz przychodził na opłatek w instytucie i nawet fragment z Ewangelii mu nie przeszkadzał – wspomina emerytowany profesor z warszawskiej uczelni.
Ideał wszystkich współczesnych postępowców, choinka bez nawiązania do Bożego Narodzenia. Rok 1972. Warszawa, przed Domami Towarowymi Centrum na ulicy Marszałkowskiej. Fot. PAP/Zbigniew Wdowiński
Wtedy jednak pojawiła się nowa przeszkoda: że oczywiście świętujmy, czemu nie, ale przecież nie można urazić uczuć „wszystkich tu obecnych”. Są miedzy nami niewierzący i są wyznawcy innych religii i nie możemy ich narażać na naszą gwiazdkową tradycję. Zaczęło się to kilkanaście lat temu i popłynęło szeroką falą już nawet nie wiadomo skąd – z Anglii, Francji czy z Kalifornii.

Nagle okazało się, że nie będzie już szopki w mieście i szkolnego przedstawienia „Wszyscy do Betlejem”. I na nic się nie zdawały protesty miejscowej wspólnoty muzułmańskiej, że oni bardzo lubią i cenią szopkę – tak było kilka lat temu w jednym z włoskich miasteczek.

No więc świętujmy tak „po prostu” – ha, i tu jest pies pogrzebany – bo świętujmy, ale co? Z jakiego powodu mamy się spotykać w gronie współpracowników na przykład, składać sobie życzenia i zagryzać śledzikiem albo piernikiem? Z powodu ferii szkolnych? A z jakiego to mianowicie powodu są te ferie? Z powodu przesilenia zimowego?

Chłopi mieli choinkę wiszącą nad stołem. Stojącą importowaliśmy od Niemców

Palone firanki, czyli tradycje bożonarodzeniowe – od świętego Mikołaja do Trzech Króli.

zobacz więcej
To też już zresztą przerabialiśmy, kiedy za komuny kartki świąteczne pokazywały ośnieżone choinki, czasem nawet z bombką na gałązce, choć wszyscy śmiali się po kątach, że z jakiej okazji te bombki? Jednym słowem Happy Holiday, do czego dzisiaj się wraca na różnych salonach europejskich i krajowych, ale jaki holiday, tego już nie wiadomo.

W zaprzyjaźnionej redakcji, zresztą w instytucie wspomnianego profesora także, próbowano organizować podwójne spotkania: opłatek dla tych, którzy wiedzą, o co chodzi i się z tego cieszą oraz drugie spotkanie, czasem nawet też z opłatkiem, dla tych, którym przeszkadza historia świata, czyli narodziny Jezusa Chrystusa w Betlejem Judzkim, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz.

W ubiegłym roku w przedświątecznej porze gościłam w Alabamie, w niewielkim uniwersyteckim mieście Auburn. Przez pierwsze dni myślałam, że śnię: nawet w stanowym Parku Narodowym Wind Creek State Park, nad jeziorem Martin Lake, jeszcze przed bramą witała gości Święta Rodzina, wycięta laubzegą z kolorowej sklejki, ustawiona wprost na trawie: Matka Boska w żółtej sukni i zielonej chuście na głowie, Józef w błękitnej szacie, żłóbek z Dzieciątkiem, aniołowie.

W okolicy nie było wystawy sklepowej bez dekoracji – i nie były to tylko renifery i santa clausy, ale stajenki i Święte Rodziny. W marketach był wielki wybór szopek i figur, nawet półmetrowych, z trzema królami na wielbłądach włacznie. Na gankach i podjazdach domów uśmiechali się pastuszkowie, święte Józefy i aniołowie. „Christmas wciąż tam znaczy Christmas” – pisałam pełna entuzjazmu.
W Alabamie wciąż wygrywa tradycja. Fot. Barbara Sułek-Kowalska
W małym Auburn działa też potężny National Center of Asfalt Technology. Z powodu tego asfaltu przyjeżdzają tam licznie młodsi i starsi badacze z całego świata, różnych religii rzecz jasna. Profesor Randy West, dyrektor owego NCAT na doroczne Christmas Party zaprasza cały zespół.

Dom jarzy się światłami, obwieszone choinki opowiadają o historii i tradycji, a betlejemskie szopki i figurki Świętej Rodziny, trzech króli i pasterzy ustawione są w całym domu.

Gospodarze, skądinąd członkowie Kościoła metodystycznego, spotkanie zaczęli modlitwą. Potem po prostu opowiedzieli swoim gościom z całego świata o Bożym Narodzeniu. Nie o winter holidays.

W ich przypadku cała komercja rzeczywiście jest na nic. Bo w tym wszystkim naprawdę chodzi o to, że Pan Jezus przyszedł na świat. To z powodu tego właśnie wydarzenia jest cały ten grudniowy rozgardiasz, kramy i choinki, specjalne ciasteczka i niezliczone zwyczaje. I Christmas znaczy o wiele więcej. Dlatego oni lansują hasło „Keep Christ In Christmas”, czyli „zatrzymaj Boga na Boże Narodzenie.

„Nie zatrzymujmy się na znaku, jakim jest choinka i żłóbek, ale odkrywajmy jego znaczenie, tzn. pójdźmy do Jezusa” – zachęcił papież Franciszek w wpisie na Twitterze.

Po stokroć rację mają więc mój dziesięciolatek – zgoła nie felietonowy, bo po prostu mój wnuk – i jego mama, że wszystko się wyjaśnia w Boże Narodzenie: dwadzieścia cztery okienka w kalendarzu, choinka, sianko pod obrusem i co tam jeszcze mamy w tradycji. I nie ma takiej możliwości, żeby komercja zabiła nam Boże Narodzenie. Bo zawsze będą zwyczajni ludzie, dla których jest Ono po prostu oczywistością i rzeczywistością, w której żyją.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: W Alabamie w stanowym Parku Narodowym Wind Creek State Park przed bramą witała gości Święta Rodzina. Fot. Barbara Sułek-Kowalska
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościuszko da nam przykład, jak robić filmy mamy?
Najmniejszy przejaw antynazistowskiego oporu doczekał się w Niemczech swojej opowieści. Dobrych Niemców mamy też w „Pianiście” Polańskiego czy „Liście Schindlera” Spielberga.
Felietony Najnowsze wydanie
Otwórzcie drzwi kościołów
Złodzieje byli, są i będą. A świątynie są po to, aby ludzie tam mogli wejść w każdej chwili.
Felietony Najnowsze wydanie
Pochodzenie
Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Na ulicach
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Tylko prawica bezobjawowa może istnieć w nowym świecie lewicy
Lewicowy radykał w roli bezstronnego badacza „faszystów”.