Kultura

Gwiazdka za Żelazną Bramą

W tym roku po raz pierwszy od słynnego buntu pogańskiego z 1038, lud szczery zaatakował kościoły, na ścianach malowano hasła, przyklejano plakaty. Aktywiści zakłócali msze święte, na ulicach czternastoletnie dziewczynki domagały się powszechnej dostępności do aborcji. Czy teraz nastąpi najazd księcia Brzetysława? Po tamtej interwencji zniszczone zostały grody wielkopolskie z Gnieznem i Poznaniem na czele. Co przyniesie nadchodzący rok?

Bożonarodzeniowe opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.

Ostatnie wieści o nim: podobno jest kelnerem w Londynie. Zaskoczenie, bo jeszcze niedawno był taksówkarzem w Warszawie. Wiadomości od różnych osób, od kolegów spotykanych przypadkowo na ulicy albo w dawnym bloku, podczas odwiedzin u rodziców.

Podobno jest uwielbiany przez kobiety, jeszcze taka opinia. Na pewno wciąż może się podobać, był przystojnym chłopakiem. A teraz? Nie widziałem go od bardzo dawna. Mieszkaliśmy w jednym bloku, bywaliśmy u siebie, kolega, tak po prostu mógłbym o nim powiedzieć. Żadna przyjaźń czy nawet większa zażyłość. Winda, schody, parking, mieszkanie jego rodziców, moich. Pamiętam, że kiedyś władował się do mnie, bo mieliśmy odtwarzacz VHS firmy Otake, żeby obejrzeć teledyski The Cure. Przyszedł w towarzystwie blondynki, młodszej od nas, która zresztą chodziła do mojego liceum. Piękna panna, okaz warszawianki z dobrego i zamożnego domu, wyszczekana blondynka o pięknym uśmiechu i wydatnym biuście. Adorował ją. Polegało to na tym, że krytykował zespół, który ona kochała, droczył się zawzięcie, że on w tej muzyce już nic nie widzi, Robert Smith się skończył, a ona gwałtownie oponowała, trzepotała rzęsami i wyginała się na fotelu.

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy chodziliśmy jeszcze do podstawówki, on na Żelazną, ja na Grzybowską, bardzo interesowaliśmy się muzyką. Nowa fala, czarne i białe pasy. Miał wtedy fryzurę na poppersa, opadająca na oczy grzywa zawijana za uszami, żeby cokolwiek widzieć, do tego rozjaśnione włosy. Chciał wyglądać jak Grzegorz Ciechowski. Rodzice sprawili mu długi, biały płaszcz. Paradował w nim po dzielnicy, chodził do klubu jazzowego Akwarium, do sklepu płytowego, który znajdował się tam na parterze i jeszcze do Domów Centrum, do sklepu Tonpressu i nieodległej redakcji szmatławego dziennika, do którego dodatkiem był „Non Stop”, jedyne muzyczne pismo w Polsce wydawane na tandetnym, gazetowym papierze. Tam można było się zaopatrzyć w nowe i archiwalne numery. Fotografie kapel i artystów były bardzo niewyraźne, ale i tak każdy z nas miał całą kolekcję.
Warszawskie osiedle "Za Żelazną Bramą", rok 1973. Fot. PAP/CAF - Marian Sokołowski
Kobiety miały dla niego zawsze wielkie znaczenie, od dzieciństwa. Założył wtedy zeszyt z wycinanymi z tygodnika „Razem” i powklejanymi fotografiami nagich modelek, które zamieszczano co tydzień na ostatniej kolumnie. Całość zatytułował „Pornografia”, tak jakby to był zwykły zeszyt do przyrody czy rosyjskiego. Pokazywał z wypiekami na twarzy, chował przed rodzicami. Kartkowaliśmy, podziwiając te piękności, pewnie większość z nich była Polkami, ale my wyobrażaliśmy sobie, że muszą być stamtąd, z wolnego świata, były zbyt wielkim kontrastem do brzydoty tego, w którym żyliśmy.

Czas między końcem wieczerzy wigilijnej a pasterką jest zawsze w wyobraźni dziecka wypełniony niezwykłymi zdarzeniami. Można bawić się prezentami, oglądać filmy albo leżeć przy migającej lampkami choince. Oczy się kleją, jakby Ole Zmruż Oczko już prysnął w nie ciepłym mlekiem, a potem delikatnie dmuchał w kark, żeby głowa zaczęła ciążyć. Dorośli siedzą jeszcze przy stole, toczą się rozmowy, dźwięczy szkło kieliszków, a z kuchni dochodzą odgłosy zmywania naczyń. Teraz jest czas, by dokładnie obejrzeć wszystkie choinkowe ozdoby, które widziało się rok temu, zwłaszcza uśmiechnięty księżyc. Może naprawdę jest wykonany ze szczerego złota?

Kiedy tego dnia wracaliśmy z wigilii od cioci, która mieszkała na Pradze, nie byłem już dzieckiem. W klasie maturalnej intensywnie myślałem o przyszłości, o uniwersytecie, o tym, czy komuna wreszcie upadnie, kiedy oni sobie stąd pójdą i dadzą ludziom spokojnie żyć, bez żadnych plenów partii, zatrutych rzek i brunatnej wody lejącej się z kranu w łazience w naszym bloku. A może tak już będzie zawsze? To jeszcze może potrwać nawet sto lat, dołował mnie od czasu do czasu ojciec.

Matka z siostrą wyprzedziły nas, szedłem z ojcem po chodniku przysypanym białym puchem. Wyraźnie widziałem czarne ślady obu kobiet. Można było się ślizgać, a kiedy skręciliśmy w Krochmalną wyminął nas pług śnieżny i obsypał solą, którą wyrzucał z pojemnika, gdzieś spod tylnego zderzaka.

Przed naszym blokiem łuna jarzeniowego światła kładła się na zaśnieżonym chodniku, w hallu na dole przy windach stała choinka, rzucała kolorowe odblaski na puste wnętrze ze stojącymi smętnie kaktusami w glinianych donicach. Światło padało też na pierwszy rząd zaparkowanych przed blokiem samochodów. Wtedy go zobaczyłem. Siedział za kierownicą, w środku paliło się światło.

Pożegnałem ojca i podszedłem do malucha, zaprosił mnie do środka. Usiadłem. On w łapie miał butelkę piwa. Podał mi bez słowa, pociągnąłem.

– Codziennie tu tak sam siedzę i piję dwa łódzkie mocne.

– Już jesteś po wigilii?

– Dla mnie to nie ma żadnego znaczenia, święta, wigilia, nie przywiązuję się do tego.

– Coś się stało? – zapytałem z niejaką obawą.

– Nic się nie stało, po prostu religia i cała ta sfera obyczajowa przestały mnie kręcić. To już nie dla mnie, wyrosłem.

– I na pasterkę nie idziesz?

– Już nie chodzę.

– A kiedyś byłeś ministrantem, pamiętam to.

Wigilia w garażu

Świąteczne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.

zobacz więcej
Pokiwał twierdząco głową i napił się piwa. Na etykiecie przedstawiony był koński łeb. Płatki śniegu spadały na samochodową szybę i patrzeliśmy obaj w półprzezroczystą, białą płaszczyznę przed nami.

– Dobrze kręci to łódzkie, a przy tym nie jest takie drogie.

– Jak ci leci? – spytałem. – Co po maturze?

– Trzeba ją najpierw zdać – zaśmiał się.

Wydawało mi się, że za szkłami okularów zapłonęły mu oczy. Jakby coś planował, ale nie chciał nikomu powiedzieć. Zapanowała cisza.

– Robię wypad z tego kraju – wyrwał mnie z milczenia.

– Dokąd.

– Na Wyspę.

– I co tam będziesz robił?

– Podszkolę angielski, załapie jakąś robotę, normalka. Będę czytał i grał Szekspira. Chyba że tu z teatrem wcześniej mi wypali.

Nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Nie mogłem dalej o wszystko wypytywać, stawiało mnie to w sytuacji głupiego koleżki, który nie ma nic do powiedzenia, a o wszystko pyta. Ciągnie za język. Nie chciałem. Ale o teatrze zaraz sam mi powiedział.

– Byłem niedawno na występie trupy Bread anad Puppet, to było przedstawienie, w którym aktorzy wciągają widzów do spektaklu. Przez cały czas miałem potworny stres, że każą nam zdejmować buty, a ja miałem dziurę w skarpetce.

– Naprawdę? I co? Kazali ściągać buty?

– Nie.

– No widzisz! Wszystko będzie dobrze, wszystko się jakoś ułoży. Może pójdziesz ze mną na pasterkę?

– Nie – żachnął się. – Jeszcze dziś umówiłem się z Karolą.

Karoli nie znałem, może to była jedna z dziewczyn, które spotkałem pewnego dnia w jego mieszkaniu. Wcześniej zaniosłem mu do przeczytania moje literackie próby, on był już wtedy studentem bohemistyki, bo nie dostał się na Akademię Teatralną, na wydział aktorski. Zwierzył mi się w windzie z fascynacji „Nieznośną lekkością bytu” Kundery i Hrabalem, więc pokazałem mu kiedyś kilka przepisanych na maszynie kartek. To było opowiadanie o tym, że pewien żyjący w komunistycznym państwie genialny naukowiec wynalazł wehikuł czasu, ustawił go na dachu i próbował uruchomić. Ale uprzedziła go Służba Bezpieczeństwa, podejrzewająca, że chce rozrzucać antypaństwowe ulotki. I dostał łomot.

Opowiadania nie przeczytał. W ogóle potem o nim nie wspomniał, a ja wstydziłem się o tym mówić w większym towarzystwie. Zresztą był wtedy pijany. Stał w drzwiach i perorował, a dwie długonogie dziewczyny i kolega z piętnastego piętra siedzieli na kanapie w jego pokoju. Jedna miała związane z tyłu włosy i bez przerwy wbijała sobie we fryzurę długie paznokcie, ta druga mieszkała na trzecim piętrze i miała psa, czarnego sznaucera. To była piękność, na widok której zawsze mnie zatykało, kiedy tylko wsiadała z psem do windy.
Wigilia w jednym z warszawskich domów w roku 1979. Fot. PAP/Tomasz Listopadzki
Nie pamiętam o czym opowiadał wtedy w swoim pokoju po pijanemu, jak się popisywał. Dziś zresztą nie jest to ważne. Wchodził i wychodził, bo dziewczyny zażyczyły sobie herbaty. Mówił chyba coś o egzaminach do Szkoły Teatralnej, o tekstach, które deklamował przed komisją, o wierszu, fragmencie prozy, takie wtedy były wymagania. Nowym elementem jego wyglądu były oprawki okularów stylizowane na lata 50., na okulary Cybulskiego. Jeszcze półka z książkami, rzeczywiście dużo czeskich tytułów, koleżanka, która drapała się po włosach, przez dłuższą chwilę wybierała sobie lekturę i pytała go: czy ja to już czytałam. A może nie czytałam? Mój wzrok zatrzymał się na jednym grzbiecie. Było napisane: „Księga Mormona”.

W te święta spacerowałem po Krakowskim Przedmieściu. Ulica była udekorowana, komuna upadła już kilka lat temu, jasno świeciły bożonarodzeniowe lampiony porozwieszane na sznurach pomiędzy latarniami. Koło Zamku Królewskiego stanęła wielka choinka, w powietrzu czuć było oczekiwanie i nadzieję. Jakby nowy świat rodził się ze starego, za sprawą Bożego Narodzenia cienie przeszłości pochowały się w bramach i zaułkach, samo dobro spacerowało wraz z odświętnie ubranymi ludźmi.

Wpadłem na niego koło Telimeny. Wyglądał świetnie. Od kilku już lat nie mieszkał w naszym bloku Za Żelazną Bramą, był ubrany w granatową marynarską katanę ze srebrnymi guzikami, kaszkiet miał podkreślać jego buntowniczą naturę, na ramieniu niósł wieszaki z zapakowanymi w folię marynarkami z pralni chemicznej. Wtedy, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, jego postać miała w sobie już coś z szerokich możliwości wielkiego świata, wyobraziłem sobie, że podobny facet może iść teraz Piątą Aleją w Nowym Jorku, zmierzać do swego apartamentu na Manhattanie, przed bożonarodzeniową kolacją wypić drinka i popatrzyć na rozświetlony pejzaż z pięćdziesiątego piętra.

Dlaczego nie? Dołączyliśmy do wolnego świata, w moim koledze z bloku był już polor wielkiej zmiany, bo w ogóle nie chciał ze mną rozmawiać. Wyrwał się ostatecznie z peerelowskiej szarzyzny, a teraz śpieszył na spotkanie świąteczne. Do rodziców narzeczonej? Do restauracji? Tylko kilka słów, jak ci leci, dobrze, dobrze, znowu zdawałem na Akademię, ale już nie będę, ten etap mam za sobą, zresztą za stary już jestem, teraz piszę. Piszesz? Naprawdę? Śpieszę się, pogadamy kiedy indziej. W witrynie Telimeny też stała udekorowana choinka, przez szybę było widać siedzące tam postacie. Zakręcił się, zawinął, nie było go już.

On pisze w stylu Marka Hłaski, dowiedziałem się w windzie od kolegi z piętnastego piętra, podobno coś drukował, ale nie wiem gdzie. Pracuje w Radiu Kolor, słuchałeś? To była wtedy jedna z nowych rozgłośni, które powstawały w Polsce jedna po drugiej. Nastawiłem. Faktycznie. Czytał serwisy informacyjne, fajna fucha, pomyślałem, pewnie nieźle zarabia, może za to wynajmować gdzieś mieszkanie i rankami zasiadać do maszyny do pisania, a może nawet kupił już sobie komputer osobisty. Stać go na to. Na giełdzie na rogu Grzybowskiej i Jana Pawła co weekend można było sobie skompletować taki sprzęt. Wybrać coś z oferty rozłożonej na stolikach turystycznych stojących w błocie.

Kluski z makiem

Wszystko znikło. Nie było Pragi, znowu stała w Alejach Jerozolimskich. Ciocia, wigilijny pokój z choinką na pianinie, matka i ojciec przy stole, świece w srebrnych lichtarzach, wszystko rozpłynęło się jak płatek śniegu na rękawie zimowej kurtki…

zobacz więcej
Pisze sobie, pali papierosa, dym wydmuchuje ponad ekranem i stuka w klawiaturę. A potem drukuje gotowy już tekst i szuka wydawcy, rozsyła do przyjaciół, krytyków. Niewiele widziałem o tym świecie, pracowała pobudzona wyobraźnia, a on w niej jako ktoś szczęśliwy, kto całą naszą Żelazną Bramę opisuje, ten świat betonowy i prymitywny, ze spożywczakiem i przystankiem autobusowym. I sklepem papierniczym. Że on to wszystko potrafi objąć jakoś, zrozumieć, wycisnąć fabułę i nadać jej formę. Niesamowite!

Minęło kilka lat. Na Waliców, naprzeciwko naszego bloku, w pawilonie, w którym od niepamiętnych czasów od frontu mieścił się sklep z rybami, z boku, tam gdzie kiedyś był punkt reperacji maszyn do szycia, otwarto pub. Prawdziwy irlandzki pub! Zaczęła się moda na irish. Lokal prowadził niejaki Olly, ponoć prawdziwy Irish man, ale kim on tak naprawdę był i skąd pochodził, trudno powiedzieć. Był to niepozorny człowieczek o kaprawym wyrazie twarzy, jakby wiecznie skacowany. Wśród bywalców cieszył się jednak wielkim poważaniem, co więcej – to wiecznie zadymione miejsce zaczęło przyciągać obcokrajowców mieszkających w stolicy, pracujących w nowo otwieranych zagranicznych firmach. Anglicy, najwięcej Amerykanów, ale też towarzystwo szemrane, z miasta.

U Olly’ego spotkałem go w świąteczny wieczór. Na barze stała mała choinka, obok siedziała panienka i coś jadła, a on stał w kolejce po piwo. Zobaczył mnie, przywitaliśmy się, ale wydawał się o wiele bardziej zainteresowany dziewczyną. Nagle, ni z tego ni z owego, zagadał do niej bardzo szybko po angielsku. W hałasie jaki panował wokół zdążyłem się tylko zorientować, że pytał ją, co je, a ona, że sałatkę z kurczakiem. Potem popatrzył na mnie. Szukał czegoś w moim wzroku. Jakby potwierdzenia swojej świetnej znajomości języka, a może swobody z jaką zagadał do nieznajomej?

Usiedliśmy na ławie, postawiliśmy wypełnione szklanki przed sobą.

– Piszesz jeszcze? – zapytałem.

– Co?

– Opowiadania, takie jak Hłasko.

Żachnął się. Włosy miał takie bardziej kasztanowe, inne niż wcześniej. Może szampon koloryzujący, kto wie.

– Hłaską i hłaskoidami zajmowałem się lata temu. Mieszkam od kilku miesięcy w Nowym Jorku, teraz wpadłem tylko na kilka tygodni do Polski, na święta do rodziców.

– Co tam robisz?

Popatrzył na mnie z wyższością.

– Piszę dziennik nowojorski, ma już ze trzysta stron. Niedługo oddaję tu do druku reportaż „Sztetl Nowy Jork”, o moim spacerze w piątkowy wieczór na Brooklyn. Szedłem, zapadł zmrok i nagle, w jednym momencie… – zawiesił głos. – W setkach okien żydowskich domów zapaliły się szabasowe świece.

– To musiało być piękne! – nie wytrzymałem.

– I jeszcze o innych sprawach tam piszę, o przeżyciach, ale powiem Ci, że Jabłko to jest moje miasto.
Dekoracje bożonarodzeniowe w Śródmieściu stolicy, rok 1993. Fot. PAP/Zbigniew Matuszewski
W pubie błyszczała tylko choinka na barze i rozwieszone tu i ówdzie lampiony. Panował półmrok. Głośna świąteczna muzyka zagłuszała nasze głosy. Czasami miałem trudności z usłyszeniem, co mówił do mnie mój kolega. Opowiadał mi o jakimś pokoju, który dzielił z innym Polakiem, ale musiał się z niego wyprowadzić, o pracy, chyba w restauracji, o dziewczynach i spacerach z nimi po Central Parku. Przypomniały mi się sceny z książek Salingera i pomyślałem, że mój kolega, z jego rozbieganiem, nerwowością, niepokojem, mógłby być spokojnie członkiem rodziny Glassów. Seymour? Nie, raczej Zooey, on był aktorem, a przynajmniej uważał się za takowego, mój kolega też przecież chciał podążyć aktorską drogą.

– A Central Park? Powiedz, jaki jest.

– Ogromny, dużo ludzi tam przychodzi, ale w sumie nic takiego.

Było mi trochę przykro, że ja nie mogę niczego ciekawego opowiedzieć koledze o swoim życiu. Pisałem właśnie pracę magisterską, czy to może równać się przechadzkom po Greenwich Village? Zdesperowany, poszedłem do baru i kupiłem jeszcze dwa świąteczne piwa. Właściciel mówił coś po swojemu do barmanki, której sięgał do ramienia. Palił przy tym papierosa i bez przerwy mrużył oczy. Białe włosy stały mu na sztorc.

Kiedy wróciłem z browarami, mój kolega wskazał mi głową przestrzeń przeznaczoną do tańca. Wirowała na niej panienka w rytm świątecznego beatu o Świętym Mikołaju. Była bez butów. Po chwili zrzuciła spódnicę, została w pończochach, majtkach i bluzce. Kolesie przy sąsiednim stoliku zachęcali ją okrzykami i oklaskami. Powoli rozpinała guziki z przodu, potem jednym ruchem zdjęła bluzkę, opadła na podłogę, kopnęła ją w stronę stolika. W ruchu jej nogi było coś nerwowego i nieprzyzwoitego. Tańczyła przed nami w czerwonej koronkowej bieliźnie, wyginała się, popatrzyłem na kolegę. Poprawił opadające na okulary kosmyki włosów.

– To jeszcze nie koniec – odezwał się.

Miał rację. Dziewczyna zdjęła stanik, majtki. W samych pończochach okręciła się jeszcze kilka razy. Światło lampionów było mdłe, a potem występ się skończył. Facet, chyba z jej towarzystwa, wstał i owinął ją płaszczem, namiętnie się pocałowali.

– Musi być strasznie pijana albo naćpana.

– Niezłe cycki miała ta Śnieżynka. I wszystko w cenie piwa – podsumował ze śmiechem.

Następnego roku ja wyprowadziłem się z bloku w dzielnicy Za Żelazną Bramą. Na święta Bożego Narodzenia co roku przyjeżdżałem do rodziców, udekorowana choinka wciąż stała na dole w holu, ale przez całe lata nie miałem wiadomości o moim koledze. Nawet ten z piętnastego piętra milczał, kręcił głową, kiedy pytałem go podczas rozmów na klatce schodowej czy w windzie.

Sylwia z Gibalaka

Wiesz, co zrobiono takiemu, co donosił? Obcięto nogi. Nożem. A potem zacisnęli drutem i po sprawie.

zobacz więcej
Pewnie zamieszkał w Nowym Jorku na stałe, skoro tak zafascynował się tym miastem, czuł się tam tak dobrze, zresztą życie od pewnego momentu potoczyło się bystrym nurtem i na myślenie o kimś takim jak kolega z bloku miałem niewiele okazji. A może po prostu wyrzuciłem go z pamięci, tak jak pewnie on wyrzucił mnie, żył przecież gdzieś w świecie, bardzo daleko, a to życie na pewno błyszczało i było tak stylowe jak scenografia w filmach Woody’ego Allena.

Nasz kraj szybko się zmieniał, mogliśmy już podróżować bez ograniczeń, a jednak nasza młoda demokracja przekształciła się w coś na wzór kulawego ustroju starożytnej Sparty. Rządy należały do dziwnej rady, mieszaniny starych i nowych twarzy, pod auspicjami gerontów, wybitnych i zasłużonych, którzy sobie samym przypisali nieomylność we wszystkich sferach życia publicznego. Duszno robiło się w kraju. Każde poważne działanie w polityce, kulturze czy gospodarce wymagało namaszczenia przez te mumie egipskie.

Kto chciał inaczej, stawał się niepotrzebny, glanowały go ściśle powiązane z geruzją media, ale zawsze mógł wyjechać. Nic dziwnego, że taka wrażliwa jednostka jak mój kolega z bloku szukał ucieczki i ukojenia aż za oceanem, myślałem sobie, pchając wózek z pierwszym dzieckiem, a potem z drugim.

Minęła kolejna dekada. W tym roku, w grudniu, kiedy zbliżały się święta, pojechałem pod Halę Mirowską, żeby kupić małą choinkę do biura. Przy sklepie z żarciem dla psów i kotów spotkałem tego z piętnastego. Całkiem wyłysiał! Jego też pewnie nie widziałem z dobrych pięć lat. Złożyliśmy sobie życzenia. Potem zdawkowa rozmowa, co u mnie, co u ciebie. A co u niego?

Wcale nie wyjechał do Nowego Jorku na stałe. Ożenił się tutaj. Mieszkał z żoną w wynajmowanym mieszkaniu na Mokotowie, urodziła im się córka, a potem się rozwiódł. Dziś ta dziewczyna jest już dorosła. Kilka lat jeździł po Warszawie na taryfie, a teraz jest kelnerem w Londynie. Podobno ma na koncie wiele podbojów miłosnych. Ale to wszystko są skąpe wieści z drugiej, trzeciej ręki. W zasadzie nie ma z nim kontaktu. Może zresztą już nie jest kelnerem, tylko robi coś innego, jeszcze gdzie indziej.

W Hali Mirowskiej świąteczna atmosfera. Pachną piernikowe ciasta, a od stoiska z alkoholem dochodzi jakby dzwonienie sań świętego Mikołaja. Może to butelki z wódką tak dźwięczą z radości? Za to w samie pośrodku można kupić wielką mrożoną kaczkę lub indyka, w sam raz na pierwszy lub drugi dzień świąt. Od stoiska faceta handlującego tanimi płytami CD słychać kolędę Cliffa Richarda. Gołębie, które od tylu już lat wpadają do środka i siadają na prętach stalowej konstrukcji pod sufitem też są odświętne, gruchają inaczej, może to świąteczne przesłanie dla kupujących tu ludzi. Hala Mirowska przed Bożym Narodzeniem staje się wielkim kwiatem, Gwiazdą Betlejemską, do której zmierza tłum warszawianek i warszawiaków.
Warszawska Hala Mirowska, listopad 2019. Fot. PAP/Rafał Guz
A nasz świat? Ojczyzna? „Ojczyna ma droga, to rzędy tych chat, gdzie mieszka lud szczery, rodzony twój brat…” Takiej piosenki uczono nas w podstawówce, jego na Żelaznej, mojej na Grzybowskiej. W naszym kraju, po upadku niesławnych rządów geruzji, do głosu doszło nowe pokolenie. Nawet obecnie urzędujący prezydent jest młodszy ode mnie i od mojego kolegi z bloku. A w tym roku na przykład, po raz pierwszy od słynnego buntu pogańskiego z 1038, kiedy niszczono kościoły i zabijano księży, lud szczery zaatakował kościoły, na ścianach malowano hasła, przyklejano plakaty. Aktywiści zakłócali msze święte, na ulicach czternastoletnie dziewczynki domagały się powszechnej dostępności do aborcji. Czy teraz nastąpi najazd księcia Brzetysława? Po tamtej interwencji zniszczone zostały grody wielkopolskie z Gnieznem i Poznaniem na czele. Co przyniesie nadchodzący rok?

Jednak Londyn to miasto, które jakoś dobrze mi się z nim kojarzy. Tak pomyślałem, podczas oglądania świątecznego koncertu Queen w Hammersmith Odeon z 1975 roku. DVD leżało pod choinką. Świetny występ. Czuć siłę i energię zespołu, który wszystko ma jeszcze przed sobą. Leżałem na kanapie, trwał dziwny czas pomiędzy końcem wieczerzy wigilijnej a pasterką, niosący wiele cudownych zdarzeń i świętego oczekiwania. Z kuchni dochodziły odgłosy zmywania, lampki na choince wesoło migotały, pachniało obranymi mandarynkami. Wyobraziłem sobie mojego kolegę z bloku, kiedy w tej właśnie chwili, gdzieś w Kensington, podczas świątecznego przyjęcia w restauracji, ubrany w strój kelnera, wznosi do góry kieliszek z szampanem i niczym Freddie Mercury woła do zgromadzonych gości:

– Merry Christmas to everybody!

– Wojciech Chmielewski, 2020

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wojciech Chmielewski (ur. 1969), prozaik. Absolwent historii i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. W 2007 roku otrzymał wyróżnienie w VI edycji Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza za tom opowiadań „Biały bokser”, a w 2017 roku został pierwszym laureatem Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego za całokształt twórczości. Rok później wszedł w skład kapituły tej nagrody. Ostatnio wydał tom opowiadań „Magiczne światło miasta” (2019). Współpracownik Teatru Polskiego Radia.
Zdjęcie główne: Sprzedaż choinek w Warszawie w 1993 roku. Fot. PAP/Zbigniew Matuszewski
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Po co żyjemy i dlaczego cierpimy? Kłębowisko emocji w Narodowym
Tak, łzy mi pociekły w finale „Trzech sióstr”.
Kultura Najnowsze wydanie
W tym roku mija 40 lat od karnawału Solidarności w Jugosławii.
Zachód był dla nich otwarty. Brytyjscy dziennikarze z uznaniem pisali o ich scenie rockowej.
Kultura Poprzednie wydanie
Spektakle oglądane „przez szybkę”
Czy teatry tak jak inne instytucje będą skazane na hybrydowość? Ledwie odmrożono sceny, a mówi się o ich ponownym zamrożeniu.
Kultura Poprzednie wydanie
W PRL nie istniał James Bond ani „Łowca jeleni”
Filmy, o których wszyscy słyszeli, a nie mogli zobaczyć przed 1989 rokiem.
Kultura wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Zaniechała obserwacji bliźnich. Może to efekt podróży do Japonii?
Zwróciła się ku przedmiotom. Im starsze i zużyte, tym bardziej „uczłowieczone”.