Felietony

Mistyka „syropu”, czyli o życiu po życiu lub też reinkarnacji

Na spotkaniu w domu pastora okazuje się, iż Spanley – po kieliszeczku wybornego tokaju – popada w przedziwną ekstazę (znam to uczucie!), a potem (i w czasie następnych spotkań) niemal w letarg oraz zaczyna opowiadać niestworzone rzeczy… Które zaczynają się... sprawdzać.

Na ten ślad naprowadził mnie jeden z wybitnych amerykańskich blogerów, którego teksty czytam z wielką ciekawością, choć w zasadzie i z zasady blogów nie czytam. Tym razem nic od niego nie chciałem, ale szukałem czegoś innego i link do jego tekstu wyskoczył mi na monitorze. Chodziło o jakąś drobną sprawę, ale pojawił się jego wpis o tokaju. Do dziś dokładnie nie wiem, czemu zacz, ale poczytałem. I chwała Panu!

„Mój” bloger rozwodził się w nim nad doskonaleniem podniebienia każdego z nas, zajmujących się degustacją i oceną win. Pisze m.in. o tym, jak sam ćwiczy oraz że nic nie jest nam dane ostatecznie. I że od czasu do czasu warto temu poświęcić chwilę, mimo iż (prawie) wszyscy mamy jakieś zdanie na temat różnych win.

Pośród wielu innych, podaje też przykład, jak sam ćwiczył z winami tokajami, zaś kończy ten fragment tekstu rekomendacją filmu „Dean Spanley”. No i ten passus mnie, domowego nałogowego kinomana, wielce wkurzył. Jak mogłem pominąć tak ważny film, nie tylko o winie, ale jeszcze o tokaju! Ale ponieważ wkurzenie to dla mnie najważniejsza siła napędowo-sprawcza, rzuciłem się szukać kopii.
Słynny Tokaj Eszencia z 1957 roku. Jego butelka w listopadzie 1984 roku, kiedy zrobiono zdjęcie, kosztowała 720 dolarów. Fot. Steven Holland / Fairfax Media za pośrednictwem Getty Images
Zapewne większość tych, którzy film obejrzeli, stwierdziłaby, że tokaj odgrywa w nim jakąś tam rolę. Ale my, miłośnicy win, zgodnie zapewne stwierdzimy, że ten obraz nie mógłby się bez tokaju obejść, a wręcz straciłby sens. Tokaj pełni w nim z grubsza taką funkcję, jak piłka w meczu piłkarskim.

O co zatem w tym wszystkim chodzi? Akcja toczy się w wiktoriańskim jeszcze duchem Londynie, a dokładniej – w edwardiańskim, już dziewięcioletnim okresie po śmierci wiekowej monarchini, kiedy miasto i rzeczy po dekadach zastoju doznawały gwałtownych, wręcz rewolucyjnych przeobrażeń. Film jest ekranizacją powieści „My Talks with Dean Spanley” Edwarda Plunketta, brytyjskiego arystokraty, który oprócz pisania zajmował się wojaczką (m.in. wojny burskie), polowaniami i strzelectwem. W pisaniu zaś fascynowała go fantastyka, mistyka, reinkarnacja i w ogóle życie po życiu, czego świadectwem jest wspomniana książka.

Z założenia film jest (brytyjską) komedią – absurdalną, ale zupełnie nie w stylu Monty Pythona. Od razu powiem, że jestem idiotą, bowiem powinienem był obejrzeć ten obraz znacznie wcześniej, choćby z uwagi na obsadę. Sprawa dotyczy głównie trzech postaci – mojego ulubionego, niebieskookiego Lawrenca z Arabii, Petera O’Toole’a, zmarłego w 2013 roku, pięć lat po zakończeniu zdjęć do tego obrazu. Także Sama Neilla – wielbiłem zawsze tego nowozelandzkiego aktora, ale nie wiedziałem, za co. Od dawna już wiem za co – jest wybitnym winiarzem, i to nie takim, jak Madonna czy Brad Pitt – Neill sam dogląda swych dwóch winnic w ojczyźnie i tworzy doprawdy wyborne wina. Na koniec – Jeremy’ego Northama, znanego z wielu drugoplanowych ról.

Wino i zbrodnia. Czyli porucznik Columbo idzie śladem trunku

To właśnie pełne tego napoju flaszki stają się ostatecznie dowodem winy i dzięki niemu Peter Falk puszkuje Donalda Pleasence’a za morderstwo.

zobacz więcej
Akcja jest taka: Henslowe Fisk (Northam), jak co czwartek odwiedza swego wiekowego ojca Horatio Fiska (Peter O’Tool), mieszkającego kilka kamienic dalej pod opieką gosposi, która właśnie codziennym zwyczajem prasuje mu żelazkiem poranną gazetę. Między panami nie ma specjalnej zażyłości, ale młody nie przychodzi li tylko po to, by sprawdzić, czy ojciec jeszcze żyje. Wymieniają się zdawkowymi równoważnikami zdań, zaś zrzędliwy papa z upodobaniem prawi synowi swoje uniwersalne mądrości, np.: „Czwartek to piękny dzień, choćby z tego powodu, iż rozdziela środę od piątku”. Zresztą Horatio takimi powiedzonkami raczy nas co chwilę („Prawo wyborcze dla kobiet, to jak dać krowie strzelbę”). Czasy edwardiańskie to okres samochodów, maszyn latających i innych dziwnych zjawisk, więc ludzie się czasami gubią, czasami zaś mają rację…

Syn ku rozrywce zabiera ojca na pogadankę o transgresji dusz, którą prowadzi tajemniczy Swami Nala Prash, czyli mój ulubiony Art Malik, wcielający się zwykle w role arabskich terrorystów (jakby kto nie pamiętał – grał szefa grupy terrorystów, która odpala bombę atomową w filmie Jamesa Camerona „Prawdziwe kłamstwa” z Arnoldem Schwarzeneggerem i Jamie Lee Curtuisem).

Na wykładzie spotykają swojego nowego pastora, tytułowego Deana Spanleya (Sam Neill), co powoduje, że Horatio natychmiast zaczyna go podejrzewać o apostazję. Po prelekcji, którą starszy Fisk w zasadzie przesypia, udają się do klubu, gdzie ponownie natykają się na rzeczonego pastora siedzącego w zamyśleniu przy kieliszku… tokaju. Kurtuazyjnie rozmawiają chwilkę, a duchowny przeprasza, iż to co pije to nie jest wersja „cesarska”, co i tak budzi obrzydzenie Horatia z zasady nieufającego ludziom popijającym „węgierski syrop” i przy innym stoliku zamawia brandy z wodą („z naciskiem na brandy – mówi do kelnera – a właściwie tylko z kropelką wody”).
Aktorzy Jeremy Northam, Sam Neill i Bryan Brown podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto w 2008 roku, gdzie prezentowano film „Dean Spanley”. Fot. Daniel Novisedlak / WireImage/ Getty Images
Wspomniany „cesarski” czy też „imperialny” tokaj nie istnieje, a właściwie było ich wiele, bo producenci starali się o zaszczyt dostaw na c.k. wiedeński dwór. Nazwa jednak nie pada, ale sądzę, że typologicznie zapewne była to słynna tokajska esencja. Postawa Spanleya jednak coraz bardziej intryguje obu panów Fisków: czyżby on, jako pastor, doprawdy wierzył w reinkarnację, skoro bywa na takich pogadankach i w dodatku siedzi zainteresowany?

Ostatecznie postanawiają się z nim rozmówić, ale ten stawia zaskakujący warunek: zaprasza do siebie do domu, ale muszą się zjawić z flaszką owego „cesarskiego” tokaju, z najlepszego rocznika z przełomu wieków. Z wielkim trudem Fiskom udaje się zdobyć takową, w czym pomaga im „człowiek od wszystkiego w eleganckim świecie”, czyli Wrather, którego z kolei gra mój ulubiony Bryan Brown. Gdyby tego pana ktoś nie pamiętał, wystarczy obejrzeć dowolny australijski lub nowozelandzki film – wystąpił we wszystkich. A także w kilku produkcjach amerykańskich i brytyjskich.


Na spotkaniu w domu pastora okazuje się, iż Spanley – po kieliszeczku wybornego tokaju – popada w przedziwną ekstazę (znam to uczucie!), a potem (i w czasie następnych spotkań) niemal w letarg oraz zaczyna opowiadać niestworzone rzeczy… Które zaczynają się... sprawdzać.

Nie powiem więcej, ale zaręczam, że ręce (sic!) Państwu opadną z wrażenia. Tych butelek tokaju w roli medium będzie więcej, a wyraz twarzy Sama Neilla, gdy umoczy usta w kieliszku, powinno się pokazywać wszystkim adeptom sztuki degustacji wina – lekko przymrużone oczy i delikatny uśmieszek rozkoszy...

Do obejrzenia natychmiast!

– Wojciech Gogoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Aktor Sam Neill na przyjęciu promującym filmy „Dean Spanley” i „Apron Strings” podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto w 2008 roku. Fot. Teresa Barbieri / Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Bitwa na memy i fake newsy
Czy na Twitterze króluje „śmiechtywizm”?
Felietony Najnowsze wydanie
Małe białe postaci na ulicach polskich miast
Dla większego bezpieczeństwa duchowego.
Felietony Najnowsze wydanie
9 laurów dla Tygodnika TVP! Nasi autorzy obsypani nagrodami SDP
Laudacje dla autorów naszego portalu.
Felietony Najnowsze wydanie
Szarzy zjadacze mięsa
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Praca. Komentarz Piotra Młodożeńca w Tygodniku
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.