Kultura

Muzyka czasów zarazy

Często zastanawiam się, co pozostanie w kulturze po epidemii? Czy w jakiś trwały sposób zmieni ona sposób tworzenia i odbiór sztuki. Już teraz widać, że – oprócz katastrofalnych skutków ekonomicznych – epidemia stała się w wielu przypadkach istotnym punktem odniesienia – nieproszonym gościem, którego nie da się zignorować.

Kryzys pandemiczny wpłynął na muzykę popularną równie mocno jak na inne obszary naszego życia. Nie chodzi tylko o negatywne aspekty funkcjonowania w rygorze sanitarnym i niedogodności lockdownu, takie jak brak koncertów, niemożność spotkania się z fanami i zapaść infrastruktury festiwalowej.

Czasem – paradoksalnie – konieczność zamknięcia się w czterech ścianach owocowała bowiem twórczością ciekawą, a nawet intrygującą.

Zapraszam zatem na krótkie podsumowanie ważnych (w moim przekonaniu) płyt 2020 roku. Są w nim również wydawnictwa naznaczone atmosferą „czasów zarazy”.

ŚWIAT


Einstürzende Neubauten, „Alles In Allem”

Świat muzyki alternatywnej czeka na kolejne albumy Einstürzende Neubauten z takim napięciem, jak środowisko fanów prog-rocka na nową płytę Pink Floyd, a miłośnicy disco polo na premierowe piosenki Zenka Martyniuka. Zwłaszcza, że pominąwszy bardzo dobry (ale będący efektem zamówienia) album „Lament", jest to ich pierwszy premierowy materiał od 13 lat.

„Alles In Allem” przynosi kolejny w karierze Blixy i jego zespołu zestaw „spokojnych" utworów. To uspokojenie trzeba już chyba uznać za trwałą tendencję. Ponad 20 lat temu EN porzucili radykalny hałas na rzecz mniej lub bardziej uładzonych kompozycji o coraz bardziej piosenkowym charakterze. Najnowszy album pod tym względem jest chyba najbardziej ... komercyjny.

Oczywiście w przypadku tego zespołu pojęcie komercji nabiera szczególnego znaczenia. Wciąż bowiem mamy do czynienia z twórczością niezwykle wyszukaną, nasyconą audialnymi akcentami, które stały się ich znakiem rozpoznawczym przez 40 lat. Sztuką stało się tu okiełznanie oryginalnej (radykalnej w środkach wyrazu) formy i pozostanie sobą.
Źródło: Einstürzende Neubauten - Alles in Allem (Official Video)

Na nowej płycie udało się to znakomicie. W piosenkowej formie zostało zamknięte wszystko, z czego znani są niemieccy klasycy industrialu. Blixa swym charakterystycznym głosem wyśpiewuje (jak zwykle) mocno abstrakcyjne teksty, a nośne melodie ubarwione są zgrzytliwymi, często kakofonicznymi ozdobnikami – stuknięciami, pyknięciami, piskiem, szumem tła i dźwiękami otoczenia. Nawet najdziwniejszym utworom, noszącym silne piętno muzyki konkretnej („Zivilisatorisches Missgeschick”) towarzyszą ujmujące tematy melodyczne. W efekcie hermetyczna konwencja zyskuje pewną przystępność.

Na drugim biegunie znajdują się kunsztownie zaaranżowane, całkiem konwencjonalne piosenki (np. utwór tytułowy i „Seven Screws”) – piękne w najbardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu.
I tak oto zespół uznawany przez wielu krytyków za jeden z najbardziej radykalnych przedstawicieli industrialu, doskonale odnajduje się w świecie „normalnych” piosenek. Sęk w tym, że dzięki EN te zwykłe piosenki zyskują nowy, niesamowicie oryginalny charakter.

The Smashing Pumpkins, „Cyr”

The Smashing Pumpkins zawsze stwarzali problemy: nie pasowali do żadnej szufladki, unikali stadnych zachowań, a kiedy dziennikarze myśleli, że już ich mają, oni kolejną płytą zręcznie wymykali się prostym klasyfikacjom.

Wypłynęli na fali grunge'u, choć nigdy nie byli zespołem grunge'owym; Billy Corgan konsekwentnie przyjmował pozę ekscentryka z niewyparzoną gębą i rozdętym ego. Nawet jeśli skład grupy często się zmieniał, nagrywali co najmniej ciekawe płyty i wciąż o nich mówiono. W tle były wojny z byłymi członkami zespołu, narkotyki, nieporozumienia, a nawet tragedie, czyli kwintesencja rock'n'rolla...

Źródło: THE SMASHING PUMPKINS - Cyr (Official Music Video)/Sumerian Records

Płyta „Cyr” jest, moim zdaniem, jedną z najlepszych w ich trzydziestoletniej karierze. Chyba najbardziej elektroniczną, choć jednoczesne użycie gitar i perkusji w połączeniu z charakterystycznymi rozwiązaniami brzmieniowymi lokuje ją blisko Depeche Mode.

Nie wydaje się to specjalnie zaskakujące, kiedy przypomnimy sobie ich znakomity cover „Never Let Me Down Again”. Corgan niejednokrotnie wypowiadał się ciepło o brytyjskiej gitarowo-elektronicznej alternatywie lat 80. i 90. Współpracował nawet z Robertem Smithem.
Album jest długi. Może trochę za długi, ale – po prawdzie – kawałki na „Cyr” są po prostu znakomite i bronią się nawet w obfitości. Dobrze, że wszystkie są krótkie. W związku z tym zwarte, dopracowane i świetnie zaaranżowane. Krótko mówiąc, pisane jako piosenki, a nie przekombinowane kompozycje, co zespołowi zdarzało się w przeszłości.

Wiele tu potencjalnych przebojów. Właściwie większość materiału mogłoby być wydanych na singlach.

Reasumując, nowe dzieło Billy'ego Corgana, Jamesa Iha, Jimmy'ego Chamberlina oraz Jeffa Schroedera i Katie Cole (tak, tak – to oprócz wyklętej przez lidera D'arcy Wretzky klasyczny skład zespołu) prezentuje się bardzo dobrze i każe z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Molchat Doma, „Monument”

Skąd wziął się fenomen białoruskiego tria Molchat Doma (Молчат Дома)? Przecież nie może chodzić tylko o tik-tok, na którym bardzo umiejętnie się promują.
Styczeń 2020. Jeszcze przed pandemią. Koncert grupy Molchat Doma w Oslo. Fot. Avalon/PYMCA/Gonzales Photo/Per-Otto Oppi/Universal Images Group via Getty Images
Inspiracje wydają się oczywiste: MOEV, Depeche Mode, The Smiths, The Cure i Joy Division, a więc nie mówimy o niczym nowym ani oryginalnym. Ot, sentyment do brzmień retro i atmosfery lat 80. Że śpiewają po rosyjsku? Wiele zespołów to robi(ło), ale niewiele z nich wypłynęło na Zachodzie. Kino (Кино)? Zvuki Mu (Звуки Му)? Może coś jeszcze z alternatywy się znajdzie.

Intrygująca okładka? Trochę tak, ale przecież ona również przypomina produkcje future-popowe i EBMowe, szczególnie VNV Nation... A jednak ten materiał trafia w swój czas, żre jak nie wiem co, a do tego – mimo wspomnianych inspiracji – nie budzi poczucia obciachu i fascynuje. Jak to wytłumaczyć?

Przede wszystkim zespół przyjął adekwatną formę wyrażania tęsknoty i beznadziei w totalitarnej Białorusi. Zimna (elektroniczna) fala staje się rodzajem metajęzyka, kodu kulturowego. Innymi słowy, jeśli gra tak współczesny zespół brytyjski, może to brzmieć jak odgrzewane kotlety, ale kompletnie inaczej przyjmujemy przenoszący nas niejako w czasie głos STAMTĄD – pełen bólu, monochromatyczny i przepełniony melancholią.

Stylizacja powala. Nawet produkcja jest jakby wyciągnięta z początku lat 80. Płaskie brzmienie, pykająca perkusja, wszystko jakby za mgłą. Ale czyż nie o to chodzi?

Czerwona płyta z mrocznych lat

Postanowił zakpić sobie z osób, które w przeszłości gromadziły się na koncertach Siekiery.

zobacz więcej
Poetyckie teksty napisane do kapitalnych melodii brzmią dzięki temu jeszcze bardziej przekonująco. Zwłaszcza że wokalista – Egor Shkutko – ewidentnie dysponuje sceniczną charyzmą.

Ta wykrzyczana beznadzieja jest mojemu pokoleniu doskonale znana. Być może dlatego nie tylko ja słyszę w tej muzyce jakieś echa czerwonej Ayi RL i „Nowej Aleksandrii” Siekiery. Jest coś jeszcze i to też chyba ma znaczenie – wytwórnia, która wydała płytę to wpływowy label, mający w katalogu m.in. Davida Lyncha, Zola Jesus i Johna Carpentera. To na pewno dobrze wpłynęło na promocję. Podobnie jak debiut ekipy Piotra Mamonowa wydany na Zachodzie przez Opal Records Briana Eno w 1989 roku. Wtedy też, tak jak teraz na Białorusi, wszystko się zmieniało, a oczy Zachodu skierowane były na blok wschodni.

Nick Cave, „Idiot Prayer: Nick Cave Alone At Alexandra Palace”

Na pierwszy rzut oka, kolejny zestaw „greatest hits” Nicka Cave’a. Bo są hity artysty z różnych okresów działalności. I to całkiem ciekawy wybór. Ucieszą się pewnie ci, którzy nie przepadają za ostatnimi albumami, bo utwory ze „Skeleton Tree” i „Ghosteen” (choć godnie reprezentowane) są w mniejszości.

Pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że mamy do czynienia z wykonaniami solo na fortepian oraz że wszystko zostało nagrane w wielkiej, pustej sali koncertowej. Szczególny jest również kontekst. Płyta została bowiem zarejestrowana pod koniec pierwszej fali pandemii, co znacząco wpływa na odbiór wydawnictwa.

Tak więc mamy samotnego Cave'a, fortepian i pustą salę. Trudno wyobrazić sobie lepszą formę weryfikacji zarówno muzycznej wartości piosenek jak i poziomu ich wykonania. Bo mimo że wyrafinowane i mocno alternatywne, to jednak wciąż piosenki – tutaj odarte z produkcyjnych sztuczek i bogatego instrumentarium. Od razu powiedzmy, że ta oszczędność środków pomogła zobaczyć w radykalnym niegdyś frontmanie The Birthday Party refleksyjnego barda. Być może ostatniego, którego ludzie chcą słuchać.
Nick Cave, kiedy jeszcze mógł występować przed publicznością. Koncert w parku Wiktorii w Londynie w 2018 roku.. Fot,Alberto Pezzali/NurPhoto via Getty Images
Wersje pomieszczone na dwupłytowym albumie są wyciszone, a jednocześnie zagrane z niezwykłą pasją. Tylko w niektórych momentach, np. w „Papa Won't Leave You, Henry” albo „Jubilee Street” Cave jakby przypomina sobie, że w latach 80. był niebezpiecznym artystą. Znakomita większość repertuaru została wykonana w formie poetyckich songów.


Mimo że to aż 22 utwory, słucha się tej szczególnej koncertówki bardzo dobrze. Znane utwory, przy nadspodziewanie sprawnym akompaniamencie (!) nabierają nowych kolorów i potrafią autentycznie wzruszyć. Do tego, co uważam za plus całego nagrania, nie wyczyszczono tzw. brudów – słychać stuknięcia, szuranie kartkami, końcówki utworów zakończone śmiechem albo niedopracowanymi uderzeniami w klawisze.

Co ciekawe, kawałki napisane w różnych okresach działalności NC&TBS brzmią podczas koncertu jakby były pozbawione daty powstania – uzyskują tu wymiar ponadczasowy. Dzięki temu albumowi można się w pełni przekonać, że Nick Cave (& The Bad Seeds) nie mają sobie równych, a sam Cave wciąż elektryzuje i wzbudza swoją sztuką silne emocje. Choćby siedział przy fortepianie sam i dawał prawie półtoragodzinny, „nudny” recital – dojrzały, przepełniony smutkiem, piękny. Nie wiem, jak wy, ale ja mogę tego słuchać do końca świata. Tym bardziej, że to już przecież za chwilę.

Ulver, „Flowers Of Evil”

Nowa płyta Ulver zaczyna się pięknie; jak powiedziałaby wczorajsza młodzież – epicko. Melancholijny utwór „One Last Dance” idealnie wprowadza w atmosferę zadumy nad schyłkiem kultury Zachodu, w której muzycy postanowili się nadal pławić – począwszy od Baudelaire’owskiego tytułu, przez okładkę ozdobioną kadrem z filmu „Męczeństwo Joanny D’Arc” (1928), a skończywszy na tematyce i nastroju kolejnych utworów.

Singlowy „Russian Doll” trzyma dobry poziom i jednocześnie utwierdza w przekonaniu, że norweskim postmetalowcom bardzo wygodnie w stricte synth-popowej konwencji. Na całej płycie nie znajdziecie nawet śladów ciężkiego grania. Wręcz przeciwnie – jest jeszcze bardziej pop niż na „The Assassination of Julius Caesar”. Brakuje nawet rozbudowanych kompozycji, takich jak np. „Rolling Stone” i „Comming Home”. Pozostały dość konwencjonalne piosenki, dla których punktem odniesienia wciąż pozostaje bardziej Depeche Mode i Alphaville niż norweski black metal.
„Flowers Of Evil” to niemal 40 minut naprawdę bardzo dobrej i przemyślanej muzyki
Wysoki poziom utrzymuje się do końca płyty. „Machine Guns and Paecock Feathers” to właściwie zgrabny pop, nawet bez przedrostka „alt”, a „Hour of The Wolf” ma w sobie podniosłość klasycznego okresu DM.

Jakim cudem Rygg i jego kompania konsekwentnie wypierają się inspiracji elektronicznym rockiem mistrzów z Basildon? „Apocalypse 1993” brzmi z kolei jak kawałek A-Ha i wcale nie jest to zarzut. Jak widać wciąż orbitujemy wokół ikon elektronicznego grania ósmej dekady XX w. Potwierdza to obecna właściwie we wszystkich utworach charakterystyczna pulsacja klawiszy. Wraz z „Little Boy” i „Nostalgią” wracamy w rejony „Violatora”, no może leciutko ukąszonego gothic rockiem. „A Thousand Cuts” stanowi idealny finał płyty. Niezwykle melodyjna kompozycja, zwieńczona zatopionymi w północnym chłodzie akordami fortepianu.

Tak, Ulver z premedytacją kontynuuje linię poprzedniej płyty i towarzyszącej jej EPki. A zatem moje prognozy sprzed trzech lat spełniły się. Wcale nie było to takie pewne, bo najjaśniejsza gwiazda wytwórni House Of Mythology po albumach względnie przystępnych, potrafi przecież nagrywać muzykę skrajnie niekomercyjną. Nie dziwię się tej kontynuacji, bo „Flowers Of Evil” to niemal 40 minut naprawdę bardzo dobrej i przemyślanej muzyki pozostawiającej konkurencję daleko w tyle.

POLSKA


EABS, „Discipline of Sun Ra”

Członkowie zespołu EABS najwyraźniej kochają tradycję. Po raz trzeci muzycy z Wrocławia biorą na warsztat muzykę największych. Był Miles Davies, był Krzysztof Komeda, a teraz jest – najbardziej z nich ekscentryczny – Sun Ra. Godna podziwu konsekwencja!
To jeden z najbardziej przystępnych i spójnych albumów EABS.
Autor pomnikowego „The Heliocentric Worlds Of Sun Ra, Vol. I” i grubo ponad setki przeważnie niskonakładowych albumów, nie jest łatwym obiektem interpretacji, chociażby dlatego, że wielokrotnie zmieniał styl.

Zmiana stylu była w pewnym sensie specyficzną cechą jego postawy twórczej. Raz obierał kierunek na awangardę („The Magic City”), kiedy indziej stawał się dość przystępny („Lanquidity”). Ponadto był niezwykle barwną osobowością sceniczną. Biorąc się za interpretację, polscy artyści stanęli zapewne przed pytaniem, którego Suna Ra przywołać? Który okres i estetykę? Stanęło na tym, że wybrali po jednym utworze z kilku płyt i w miejsce różnorodności postawili... monolit.

Nawet, gdyby ustawić obok siebie utwory źródłowe (ja zrobiłem sobie takie ćwiczenie) otrzymalibyśmy muzykę bardzo różniącą się od siebie, a jednak EABS postanowił wydać po prostu kolejny album EABS, a nie zbiór coverów mistrza. I chyba wyszło im to na dobre, bo, owszem, tracąc czasem atmosferę nagrań sprzed kilkudziesięciu lat, utrzymali swój charakterystyczny styl i drive.

Szczególny klimat wprowadzają też sample z wypowiedzi Hermana Poole Blounta (bo tak naprawdę nazywał się jazzowy kosmita z Birmingham w Alabamie).

Po Oscarach czas na poprawność muzyczną

Dziejowa „sprawiedliwość” dotknęła przede wszystkim Beatlesów.

zobacz więcej
„Discipline of Sun Ra” ma swoją dramaturgię, a Marek Pędziwiatr wraz ze swoją ekipą zgrabnie orbitują wokół wspaniałych tematów Sun Ra i przekonująco wadzą się z jego koncepcją jazzu. Kosmiczny efekt wzmacniają, co oczywiste w ich przypadku, odrobiną elektroniki. Ale na całe szczęście nie przesadzają, bo to jednak nie nowo-elektroniczny kosmos. Udane aranżacje i poziom wykonawczy robią swoje, wyciskając oryginalną pieczęć na całym materiale.

W sumie wyszedł EABSom jeden z najbardziej przystępnych i spójnych albumów w niemal dziesięcioletniej karierze. Jak dla mnie chyba najlepszy.

Pin Park, „Doppelganger”

Duet Maciej Polak & Maciej Bączyk od lat robią w starych syntezatorach, a ich największą miłością jest EMS Synthi AKS. Pin Park wpisuje się tym samym w trwającą już od jakiegoś czasu modę na brzmienia starych elektronicznych maszyn.

Już debiutancka płyta wydana w nieistniejącej już wytwórni Instant Classic intrygowała, ale mam wrażenie, że nie do końca broniła się od strony kompozycji. Był klimat, było świetne brzmienie, brakowało jednak pewnej muzycznej nośności, pozwalającej wydostać się z głębokiego undergroundu ku nieco szerszej publiczności.
Barwy i brzmienia na „Doppelganger” są jedyne w swoim rodzaju.
To wszystko, czego nie ma na „Krautpark” mamy pod dostatkiem na „Doppelhanger” i to (wciąż) w bezkompromisowej formie. Czytelne nawiązania do Kraftwerk, cosmische music i szkoły berlińskiej, okazują się inteligentną grą z konwencją, a wycieczki w rejony „Einzelganger”, zapewne najmniej komercyjnej płyty Giorgio Morodera, dowodzą, że Pin Park bardzo otworzył się na melodie.

Tak, o melodiach z ich nowej płyty można by pisać bardzo długo. Żeby nie przedłużać – są piękne. Również dlatego, że wydobyte z owianego kultem syntezatora. Barwy i brzmienia na „Doppelganger” są jedyne w swoim rodzaju, a sposób w jaki zespół ich użył, zasługuje na najwyższy szacunek.

Płyta nie należy do najdłuższych, ale dzięki temu słuchacz ma poczucie, że każdy kawałek jest na niej potrzebny. Moje ulubione utwory to singlowy „Autobahnkirche”, „The Standard” i niemal Mills'owy „City”, ale album najlepiej broni się jako całość.
Rogi Clush, „Even Gods”

Raz na jakiś czas pojawia się w Polsce płyta, która osiąga artystyczne wyżyny, ale mimo to nie spotyka się z zasłużoną popularnością i wsparciem muzycznych mediów. Jedną z nich jest „Even Gods”.

Ukazała się bez rozgłosu, choć rozgłos w jej przypadku byłby co najmniej wskazany. Rogi Clush to kolejny (po Adre'N'Alin) pseudonim artystyczny, czy może bardziej kreacja stworzona przez Igora Szulca.

Źródło: Rogi Clush - Son [Official Audio]

Jest to muzyczna opowieść o sztucznej inteligencji i androidach. Rodzaj koncept albumu zaprasza słuchacza w świat absolutnie niezwykłej wrażliwości tego doświadczonego muzyka i kompozytora.

Dźwiękowy obszar, w którym się porusza jest imponujący. Klimaty starego dobrego 4AD przeplatają się z nowoczesnym IDMem, kameralistyką (Igor zaprosił do współpracy Michała Pepola, wiolonczelistę z Royal String Quartet), a nawet piosenkową formą, której nie powstydziłby się... King Crimson z przełomu lat 60. i 70. (przepiękny utwór „Son” to rejony „Epitaph” Roberta Frippa i jego drużyny).

Rogi Clush nie stroni też od silnej inspiracji Depeche Mode, w wydaniu bliższym kompozycjom wykonywanym wokalnie przez Martina L. Gore'a („Ego”, „Let's Stay”). Od dosłownie pierwszego odsłuchu zwraca uwagę niezwykła biegłość artysty w tworzeniu dojrzałych kompozycji i złożonych melodii. Wszystko zostało efektownie zaaranżowane i poukładane w spójną całość. Oczywiste są w przypadku „Even Gods” skojarzenia z metodą kreowania artystycznych alter-ego, której mistrzem był David Bowie. Można z czystym sumieniem powiedzieć, że Rogi Clush godnie kontynuuje tę tradycję.

Mariusz Duda, „Lockdown Spaces”

Często zastanawiam się, co pozostanie w kulturze po epidemii? Czy w jakiś trwały sposób zmieni ona sposób tworzenia i odbiór sztuki. Już teraz widać, że – oprócz katastrofalnych skutków ekonomicznych – epidemia stała się w wielu przypadkach istotnym punktem odniesienia – nieproszonym gościem, którego jednak nie da się zignorować i trzeba z nim jakoś żyć. Czasem też wprost inspiruje do tworzenia, bo jako „błogosławiony kryzys” wyzwala nieodkryte dotąd pokłady kreatywności.
„Lockdown Spaces” to krótkie historie o dziwnym czasie izolacji.
Doskonałym tego przykładem jest niespodziewana solowa płyta Mariusza Dudy lidera Riverside i Lunatic Soul, nagrana w jego studiu w czasie ścisłej izolacji. Wydany własnymi siłami album „Lockdown Spaces” to dzieło wyciszone i refleksyjne. Pokazuje też muzyczne oblicze Dudy, jakiego jeszcze nie znacie. Nie tylko ze względu na minimalistyczną formę, ale też dlatego, że jest to płyta niemal w pełni elektroniczna, pozbawiona piosenek, a momentami zgoła eksperymentalna. I dodajmy od razu: kipiąca od silnych emocji.

Mimo chłodnych, syntetycznych brzmień klasycznych syntezatorów, a może właśnie z ich powodu, „zamknięte przestrzenie” zyskują niesamowity, momentami klaustrofobiczny klimat. Czasem pojawia się głos Mariusza, ale pełni on rolę adekwatną do oszczędnej formy muzycznej, tzn. mamy tu szepty, ciche nucenie, westchnienia albo sekwencje powtarzanych jak mantra słów. Tylko tyle.

W przypadku artysty, który przyzwyczaił słuchaczy do rozbudowanych, wielowątkowych piosenek, jest to pewne zaskoczenie.

Utwory z płyty krążą wokół electropopu i szkoły berlińskiej. Jak zawsze u artysty ujmuje dbałość o kompozycje – o dosłownie każdy najmniejszy ich detal. Nawet kiedy tembr głosu i charakterystyczne rozwiązania kompozycyjne przywodzą na myśl Lunatic Soul, w efekcie i tak dostajemy nową jakość, bo zanurzone są one w kompletnie innej konwencji i błyszczą oryginalnym światłem.
„Lockdown Spaces” to krótkie historie o dziwnym czasie izolacji, zamknięte w kunsztownych muzycznych formach. Ich różnorodność wynika z kontrastowo różnych stanów ducha i uczuć. I tak oto płyta, która powstała niejako na marginesie dwóch podstawowych aktywności Dudy, okazuje się jedną z moich ulubionych w całym jego dorobku.

Sarmacja, „Jazda Polska”

I tak oto doczekaliśmy się na polskiej scenie elektronicznej zjawiska absolutnie osobnego, a do tego ze sporą szansą na międzynarodowy rozgłos.

W 2018 roku ich debiutancka EPka „Tutejsi” znalazła się w moim polskim top ten. Najnowsze wydawnictwo Pawła Bartnika i Michała Kołowacika nosi tytuł „Jazda polska” i jak sądzę nie odnosi się tylko do terminologii wojskowej (choć mamy w zestawie utwór „Kossak”), ale też – bardziej hermetycznie – do legendarnego RecordHeadShopu, który w latach 90. znajdował się w podziemnym przejściu przy Rondzie Jazdy Polskiej w Warszawie i wywarł duży wpływ na (nie tylko stołeczną) scenę klubową.

Sarmacja proponuje wysoko abstrakcyjną dawkę różnorodnej elektroniki, podobnie jak w przypadku debiutu przepojoną wieloma arcypolskimi akcentami w postaci sampli, charakterystycznych aranżacji i tytułów utworów. Cały witz polega jednak na tym, że duet bardzo zmyślnie żeni je z gatunkami eksploatowanymi w światowej elektronice przez ostatnie 30 lat i uzyskuje dzięki temu niezwykle oryginalny efekt.

Źródło: Sarmacja Dub

Jak opisać atmosferę tego albumu? Powiedzmy, że poczucie humoru Witolda Gombrowicza idzie tu w parze z melancholią przedwojennych filmów i prozą Brunona Schulza. Sarmacja z wyczuciem i bez kompleksów tasuje grubą talię electro-konwencji, a wobec rozmaitych ekspresji polskiej kultury – nawet jeśli mamy do czynienia z transgresją – przyjmuje postawę raczej afirmatywną. To zresztą wyróżniało również „Tutejszych” i jest doprawdy rzadko spotykane na naszej scenie alternatywnej.

Z nowości – mamy tu np. hipnotyczną melodeklamację Kachy Kucharczyk (a propos, widzę w Sarmacji jakieś pokrewieństwo dusz z Synami) i rewelacyjny remiks – UWAGA! – autorstwa Alexa Patersona i Michaela Rendalla, czyli duetu The Orb.

Dawno nie słyszałem w dziedzinie remiksu czegoś tak dobrego!

– Marek Horodniczy

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Nick Cave, fortepian i pusta sala. Koncert czasów pandemii. Fot. CBS via Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Po co żyjemy i dlaczego cierpimy? Kłębowisko emocji w Narodowym
Tak, łzy mi pociekły w finale „Trzech sióstr”.
Kultura Najnowsze wydanie
W tym roku mija 40 lat od karnawału Solidarności w Jugosławii.
Zachód był dla nich otwarty. Brytyjscy dziennikarze z uznaniem pisali o ich scenie rockowej.
Kultura Poprzednie wydanie
Spektakle oglądane „przez szybkę”
Czy teatry tak jak inne instytucje będą skazane na hybrydowość? Ledwie odmrożono sceny, a mówi się o ich ponownym zamrożeniu.
Kultura Poprzednie wydanie
W PRL nie istniał James Bond ani „Łowca jeleni”
Filmy, o których wszyscy słyszeli, a nie mogli zobaczyć przed 1989 rokiem.
Kultura wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Zaniechała obserwacji bliźnich. Może to efekt podróży do Japonii?
Zwróciła się ku przedmiotom. Im starsze i zużyte, tym bardziej „uczłowieczone”.