Rozmowy

Kapelan parlamentarzystów, który pisał o miłości i seksie

Na koniec stwierdził, że gdyby mógł wrócić na ambonę, to powiedziałby zgromadzonym tylko jedno zdanie: „Ludzie, Pan Bóg jest tak inny, tak fantastycznie przerastający nasze pojmowanie, że... nie ma o czym gadać” – wspomina Renata Czerwicka, redaktor naczelna nowosądeckiego wydawnictwa RTCK - Rób To Co Kochasz.

Jest autorką książki „Z braku rodzi się lepsze... Wywiad strumyk” – pierwszego i jedynego autobiograficznego wywiadu z księdzem Piotrem Pawlukiewiczem, legendą polskiego kaznodziejstwa. Duchowny, na którego kazaniach wychowało się wiele pokoleń katolików w Polsce, zmarł w tym roku.

TYGODNIK TVP: Kiedy po raz pierwszy zetknęła się pani z nauczaniem i myślą księdza Piotra Pawlukiewicza?

RENATA CZERWICKA:
Kilkanaście lat temu, kiedy zaczęłam studia. Zdobyłam płytę jego autorstwa „Sex – poezja czy rzemiosło”. Krążyła piracko jako smaczek rozpalający wyobraźnię młodych ludzi.

Zaciekawiło mnie, że ksiądz potrafi w tak ciekawy i barwny sposób mówić o relacjach damsko-męskich czy o czystości seksualnej. To były czasy, kiedy ten temat traktowany był jako tabu. Omawiano go dość nieporadnie, naokoło albo obcesowo. A ksiądz Piotr znalazł odpowiedni język, aby do nas dotrzeć. Mówił wprost, odpowiadał na pytania, które były związane z tą sferą. Zalecał, żeby w związku mówić szczerze o tych sprawach i je ustalać. Bardzo ciekawe było jego spostrzeżenie, by ze złem rozprawiać się już w bramie, żeby nie wystawiać się na próbę, kiedy jest się słabym.

Ksiądz Piotr doradzał przygotowanie „apteczki podręcznej” przed wejściem w małżeństwo. Bo na początku wszystko wydaje się nam piękne i wspaniałe. Wyobrażamy sobie, że nigdy się nie pokłócimy, nie będziemy mieć żadnych problemów. Tymczasem trzeba być realistą, bo kryzysy prędzej czy później na pewno się pojawią i warto na nie w odpowiedni sposób zareagować. Taka „apteczka” to może być na przykład numer telefonu do księdza, któremu się ufa, jakiejś poradni czy jakieś pomocne książki.

Mimo że czasy się zmieniły, jego przemyślenia nie straciły na aktualności, bo problemy związków są zawsze takie same, od tysięcy lat. Tylko ubrane są w co innego, w zależności od epoki.
W ostatnich latach życia ksiądz Pawlukiewicz był rezydentem parafii Nawiedzenia NMP w Warszawie. Fot. arch. PAP/Tomasz Gzell
Ksiądz Pawlukiewicz rzucił nam światło na wiele spraw. Wydaje mi się, że jeśli młody człowiek przyjmie pewne dobre treści do serca, to potem to w jego życiu zdrowo rezonuje. Z perspektywy bycia żoną uważam, że ta nauka była bardzo pomocna i wartościowa.

Ksiądz Piotr Pawlukiewicz miał charakterystyczny styl kazań: jego przemówienia były pełne humoru, anegdot, przykładów z życia, mówił autentycznie od serca. Co przyciągało na jego msze święte w Kościele św. Anny w Warszawie tłumy wiernych, tam samo było podczas jego licznych konferencji. Ma pani jakąś ulubioną?

Przypomina mi się konferencja pod tytułem „Katolik-BMW”, czyli katolik bierny, mierny, ale wierny. Bardzo ożywcza, pokazująca jak w większości funkcjonujemy jako katolicy. Traktujemy naszą wiarę w sposób dość powierzchowny. Jesteśmy religijni, bo nasi rodzice tacy byli, ale do końca nie wiemy, po co chodzimy do kościoła. Nie umiemy zbudować prawdziwej relacji z Bogiem. To taki katolicyzm zastany, bezrefleksyjny. I ksiądz Piotr budził nas z tego letargu.

Patrzył na ludzi z dużą ciekawością i troską. Nikogo nie szufladkował. Kiedy mówił o kimś, to zawsze zwracał uwagę na to, co jest pozytywne. Jeśli ktoś miał jakieś trudności, to od razu go usprawiedliwiał. Mówił na przykład, że „zostać prymasem po kardynale Stefanie Wyszyńskim to tak jak zostać papieżem po Janie Pawle II. Jeżeli jakieś błędy się pojawiały u jego następcy, to one są bardzo zrozumiałe. To jest trudna i wymagająca rola”. Zawsze szukał w ludziach dobra.

Myślą przewodnią jego kazań była przede wszystkim nadzieja. Potrafił dać otuchę każdemu, bez względu na to, w jakim ktoś był stanie. Zawsze powtarzał: „Dasz radę, choćbyś tkwił w najgorszym bagnie. Zawalcz, spróbuj być trochę lepszy, zacznij od małego kroczku, nie poddawaj się. Wstań, działaj”. Był naszym kibicem. My się potykaliśmy, a on mówił do każdego: „No i co z tego, że ci nie wyszło, jutro będzie lepiej”. Nikogo nie przekreślał. Wierzył, że nigdy nie jest za późno na zmianę.

Kradł, bił, był liderem gangu. Strach ludzi brał za szacunek. W więzieniu spotkał „duchowego dziadka”

Najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłem z moim z ojcem, była na jego grobie. Trwała 40 minut – opowiada Grzegorz Czerwicki, który 12 lat spędził w zakładzie karnym.

zobacz więcej
Jego nauczanie musiało panią ująć szczególnie, bowiem wprowadziła to pani wyraźnie w życie – choćby wychodząc za mąż za mężczyznę , który 12 lat spędził w więzieniu. Dała mu pani szansę i dużą dozę zaufania.

Nie wiem, czy można powiedzieć, że nauczanie księdza Piotra miało tak jeden do jednego wpływ na moje decyzje życiowe, ale fakt – jak powiedziałam wcześniej – że gdy się słucha czegoś wartościowego, to na pewno procentuje. Poznałam swojego męża na rekolekcjach ignacjańskich w Zakopanem, to było pierwszego dnia po jego wyjściu z więzienia na wolność. Rekolekcje odbywają się w całkowitym milczeniu, większość czasu spędza się na osobistej modlitwie. Nigdy w życiu bym nie założyła i nie podejrzewała, że ten człowiek kiedyś zostanie moim mężem. Bo była to dość ekstremalna wizja. Gdyby mi ktoś powiedział, że tak się stanie, uznałabym to za kiepski żart.

Grzegorz spędził 12 lat, z krótką przerwą, za kratkami między innymi za kradzieże, rozboje, włamania. Jego skomplikowana przeszłość na pewno miała w jakiś sposób związek z trudnym dzieciństwem. Jego rodzice byli uzależnieni od alkoholu, nie doświadczył w domu miłości, zrozumienia. Żył w ogromnej biedzie, często brakowało im jedzenia. I to spowodowało, że się zagubił, szukał wsparcia u kolegów i wpadł w kiepskie towarzystwo, po czym wszedł na drogę przestępczą. Podczas pobytu za kratkami rozpoczęła się jego powolna przemiana na lepsze, dzięki której stał się niezwykłym człowiekiem, z jakim zdecydowałam się pójść przez życie.

Jesteśmy trzy lata po ślubie, wychowujemy dwuletniego synka i uważam się za szczęśliwą żoną i matkę. Dziś z tej perspektywy czasu widzę, że to było największe ryzyko mojego życia, a z drugiej strony najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Kiedy ktoś się mnie pyta, czy w takim razie polecam komuś związek z byłym więźniem to odpowiadam, że absolutnie nie. To nie o to chodzi. Ja poznałam człowieka, który postanowił radykalnie zmienić swoje życie i powierzyć je Panu Bogu. Stał się na tyle wartościowym i interesującym człowiekiem, że jego odsiadka i przeszłość po prostu przestała mieć znaczenie.
Autorka książki Renata Czerwicka z mężem Grzegorzem i synkiem. Fot. archiwum prywatne małżonków
Mój mąż wspiera teraz innych więźniów, realizował ogólnopolski projekt „Skazani na wolność” – pomaga im, by po wyjściu za mury zakładu nie wrócili na drogę przestępczą. Świadectwo swojego życia zawarł też w swojej książce „Nie jesteś skazany”, której jestem współautorką.

Wróćmy do księdza Piotra Pawlukiewicza. Udzielił pani jedynego w swoim życiu autobiograficznego wywiadu-rzeki. Pierwszy raz tak otwarcie dopuścił drugiego człowieka do swojego serca i życia. Jak udało się go przekonać?

Księdza Piotra Pawlukiewicza poznałam osobiście, kiedy już pracowałam w wydawnictwie RTCK, zajmującym się wydawaniem książek i audiobooków. Jestem związana z tym miejscem od ośmiu lat. Wielokrotnie myśleliśmy o współpracy z tym słynnym kaznodzieją. Nie byliśmy jedyni, którzy się o to starali, on natomiast regularnie odmawiał. Ja jednak lubię wyzwania i postanowiłam nie odpuścić. Napisałam do niego maila i na drugi dzień zaprosił nas na spotkanie do Warszawy. Nie powiem, co w nim było, bo to są moje sposoby przekonywania (śmiech). Po prostu starałam się być wiarygodna. Zdradzę jedynie tytuł maila: „30 minut, na które czekaliśmy 5 lat”.

Pojechałam z kolegą do jego mieszkania. Przywieźliśmy nasze publikacje. Na początku był dość oporny, ale ostatecznie zgodził się na współpracę z nami. Zaprosiliśmy go na pierwszą konferencję do wielkiej auli w byłym miasteczku multimedialnym MCC Brainville w Nowym Sączu. Ksiądz Piotr był pod dużym wrażeniem organizacji spotkania. Pamiętam, jak podszedł do mnie i powiedział, że wyobrażał nas sobie jako malutkie, przykościelne wydawnictwo z niewielkimi możliwościami, a tu takie zaskoczenie. Zorganizowaliśmy później kolejne konferencje, po których powstały też audiobooki pod tytułami: „Wstań, albo będziesz święty, albo będziesz nikim”, „ Prosto z serca” i z serii „Czarny humor, czyli o Kościele na wesoło”. Ten ostatni został nagrany razem z jego przyjacielem księdzem Bogusławem Kowalskim.

Wraz z rozwojem naszej współpracy po prostu się polubiliśmy jako ludzie. Któregoś razu wspomniał, że wydawnictwa chcą z nim zrobić wywiad-rzekę, ale on jest twardy i cały czas mówi „nie”. Pomyślałam, że mam kolejne wyzwanie (śmiech).

Boże, spraw abym był siewcą niepokoju!

„Świat stoi na opak. Nie jest dobrze. Ale żeby miało być tak cołkiem źle, to tyz nie powiem” – cytuje ks. Józefa Tischnera jego brat Kazimierz.

zobacz więcej
Jego odmowy miały swoją przyczynę. Uważał, że coś takiego nagrywa się przed śmiercią, że to w pewnym sensie pożegnanie ze światem, a on nie chciał umierać. Nie planował szybko odchodzić z tego świata. Do publikacji przekonał go w końcu plan równoległego wydania płyty Krzysztofa Antkowiaka z muzyką do jego tekstów, a marzył o takiej płycie od dawna. Zasugerowaliśmy, że idealnie byłoby to wydanie połączyć razem z książką. I tak też się finalnie stało.

W listopadzie zeszłego roku ksiądz Piotr zadzwonił do mnie późnym wieczorem i powiedział: „Renata, niech ci będzie, zróbmy ten wywiad. Tylko uprzedzam, że o wszystkim nie pogadamy… I to nie będzie taki, wiesz, wywiad-rzeka. To będzie bardziej… wywiad-strumyk. I to będzie tylko pierwsza część, a nie, że jakiś ostatni wywiad. Na końcu dasz »cdn.« – ciąg dalszy nastąpi”. Oczywiście zgodziłam się na wszystkie jego warunki.

Czy podczas rozmów do tej książki coś panią szczególnie zaskoczyło w jego postawie i myśleniu?

Kiedy się spotkaliśmy, był w bardzo kiepskiej kondycji zdrowotnej. Był po operacji czaszki, miał uszkodzony kręgosłup, poruszał się cały czas na wózku. Bardzo cierpiał, brał masę leków, więc rozmowa była dla niego dużym obciążeniem.

Zaskoczyła mnie na początku jego wewnętrzna sprzeczność. Z jednej strony chciał się przede mną otworzyć, z drugiej bardzo się hamował, trzymał słowa w ryzach. Był zablokowany. Mówienie o sobie to był dla niego duży wysiłek. Czuł, że to nie jest odpowiedni moment i uważał, że nie ma nic ciekawego do opowiedzenia. To były niesłuszne obawy.

Najbardziej interesowało mnie, jak się zmieniał w życiu, co przeżywał, dlaczego był właśnie takim człowiekiem, co go ukształtowało. Każdego dnia coraz bardziej się otwierał, w efekcie wyszła nam rozmowa bardzo osobista i wzruszająca. Tych pięć wspólnych dni, spędzonych na gromadzeniu z nim materiału do książki, było dla mnie czasem bardzo ważnym i emocjonalnym. Codziennie byłam świadkiem jego łez. Poruszał sprawy, które były dla niego ogromnie ważne. Nie chciał jednak, by wszystko było zawarte w książce i ja to uszanowałam. Dlatego ten wywiad trzeba czytać między wierszami. Bo dużo jest tam treści niedopowiedzianych.
Gdyby nie został kapłanem, to zapewne byłby muzykiem. „Chciałem grać, stać na estradzie, chciałem, żeby się na mnie gapili, czułbym się wtedy ważny. Bo na podwórku nigdy nie byłem ważny. Miałem ważniejszych kolegów” – mówił. Na szczęście – jak dodał – Pan Bóg zdecydował za niego, bo popłynąłby może w świat pogubionych artystów, używek, pychy. Zdjęcie z czasów młodości ks. Pawlukiewicza. Fot. wydawnictwo RTCK
Ksiądz mówił wolno, było wiele momentów milczenia, zadumy. Trzeba więc też czytać tę publikację uważnie, bo jego słowa nie były przypadkowe, tylko głęboko przemyślane. Był to głęboki, wrażliwy człowiek, który hasłami i metaforami zaznaczał coś istotnego. Choć momentami treść wydaje się banalna, to gdzieś „między wierszami” czai się w niej element mistycyzmu. Jeśli nie będziemy brać tego pod uwagę, to możemy tego wywiadu nie zrozumieć i pewnymi fragmentami nawet się rozczarować.

Ksiądz Piotr powiedział Krzyśkowi Antkowiakowi, który mu towarzyszył, że każdy kapłan powinien mieć taką rozmowę. Bo w jakimś sensie, po jakimś czasie, ta rozmowa przerodziła się jakby w spowiedź… Jego spowiedź. Dzielił się swoim prywatnym życiem i można powiedzieć, że zadziałało to na niego oczyszczająco i uzdrawiająco.

Który z jego wątków osobistych najbardziej panią wzruszył?

Zadałam mu proste pytanie, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało: kim jest Pan Jezus w jego życiu. A okazało się ono najmocniejsze ze wszystkich pytań tego wywiadu. Siedziałam naprzeciwko człowieka, który musiał sobie zdawać sprawę, że jest coraz słabszy i dociera do granicy swojego życia. I to nie jest czas na ściemnianie. Miałam poczucie, że jest to etap rozliczania siebie przed Panem Bogiem.

Po tym pytaniu było dużo ciszy i łez. Padły słowa w formie metafor. Takie uniki. Na koniec stwierdził, że gdyby mógł teraz wrócić, a chciałby wrócić na ambonę, to powiedziałby zgromadzonym tylko jedno zdanie: „Ludzie, Pan Bóg jest tak inny, tak fantastycznie przerastający nasze pojmowanie, że... nie ma o czym gadać”. Co tu gadać? Nie możemy ogarnąć rozumem komórek nowotworowych, a Boga chcemy zrozumieć?!

Drugi wątek, który był dla mnie bardzo ciekawy, jest związany z jego zamiłowaniami muzycznymi. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawę, że ta dziedzina była tak ważną częścią jego życia. Mówił, że gdyby nie został kapłanem, to zapewne byłby muzykiem. Jak dodał, na szczęście Pan Bóg zdecydował za niego, bo znając siebie mógłby popłynąć w świat pogubionych artystów, używek, pychy, czerpania korzyści z bycia uwielbianym przez innych. Powiedział: „Chciałem grać, stać na estradzie, chciałem, żeby się na mnie gapili, czułbym się wtedy ważny. Bo na podwórku nigdy nie byłem ważny. Miałem ważniejszych kolegów”.

Pan Jezus słucha punk rocka

O muzyku, który szukał lekarza, a został jezuitą i księdzem.

zobacz więcej
W muzyce zakochał się już jak nastoletni chłopak i jak podkreślił, jego gust muzyczny zatrzymał się na latach 70. I 80. ubiegłego wieku. Był wielkim miłośnikiem zespołu SBB i Marka Grechuty. W młodości założył zespół Kontrast, który miał oblicze i świeckie, i religijne. Ktoś mu kiedyś powiedział, że gdyby ustawił odpowiednio głos, to by całkiem nieźle śpiewał.

Pisał teksty do piosenek, więc zrodziła się myśl, by wydać płytę z muzyką do jego utworów. Zajął się tym właśnie Krzysztof Antkowiak. Najpierw skomponował muzykę do tekstu „Litania”, później doszły kolejne piosenki. Okazało się, że ksiądz Piotr i on mają podobny gust muzyczny. Krzysiek godzinami siedział w mieszkaniu księdza, w którym był bardzo dobry sprzęt do odtwarzania muzyki. Milczeli i słuchali jej, włączonej na cały regulator (śmiech). Nieraz było słychać na plebanii taki wyraźny łomot. Ta pasja do końca pomagała księdzu w jego trudnych chwilach.

Kiedyś zapytałam go, czy gdyby stracił możliwość mówienia, to byłaby jego przegrana, czy by się wtedy załamał. On odpowiedział, że nie, że zostałaby mu muzyka. I taki też nosi tytuł płyta Antkowiaka: „ Zostanie mi muzyka”.

Mnie osobiście zainteresowało to, że ksiądz Piotr Pawlukiewicz miał dystans do swoich kazań, dlatego z jego tekstów często korzystali inni księża. Nawet zdarzyło się, że papież Jan Paweł II wygłosił przemówienie jego autorstwa.

Ksiądz Piotr czuł się bardzo dobrze w środowisku kapłanów. Nigdy nie żałował swojej drogi, doskonale się na niej odnalazł i był szczęśliwy.

A co do jego kazań, to rzeczywiście krążyły one między różnymi duchownymi. Kiedyś ks. Piotr miał mieć kazanie dla dzieci, więc podszedł do swojego przyjaciela ks. Bogusława i zapytał, skąd czerpie kazania dla małoletnich wiernych. A ten odpowiedział: „Jak to skąd? Od księdza Pawlukiewicza” (śmiech). I koło się zamknęło. Raz nawet jedno z kazań przez przypadek trafiło do biskupa, który wygłosił je na mszy świętej jak własne, a następnego dnia ks. Pawlukiewicz powtórzył je jako swoje. I wyszło na to, że to on zżyna od biskupa, a nie na odwrót (śmiech).
Ksiądz Pawlukiewicz mówił o swojej chorobie „Pan Parkinson”. Chorował 12 lat. Później doszły kolejne schorzenia. I to cierpienie rzeczywiście było bardzo obecne w jego życiu. Na zdjęciu z autorką Renatą Czerwicką i Krzysztofem Antkowiakiem. Fot. wydawnictwo RTCK
Natomiast jeśli chodzi o Jana Pawła II, to było przed pielgrzymką do Polski w 2002 roku. Stolica Apostolska poprosiła biskupów i lokalnych księży, aby napisali, z jakimi problemami się borykają na miejscu. Ksiądz Piotr przygotował takie informacje, ale nie zauważył, że był tam dany konkretny zestaw czytań – zamiast nich wziął swoje czytania, które mu leżały na sercu i napisał całe kazanie pod swoje myśli. Jak to zobaczyli ci z Watykanu, to się za głowę złapali, ale już nie było czasu tego zmieniać. No i stało się tak, że w przemówieniu papieża jedna czwarta to był jego tekst. (śmiech)

Najważniejszą częścią książki jest motyw słabości, niedoskonałości. Na to wskazuje też sam tytuł: „Z braku rodzi się lepsze…”. Ksiądz Pawlukiewicz pokazywał sobą, że każdy ma prawo być słabym.

„Z braku rodzi się lepsze” to jest najpiękniejsze i najważniejsze przesłanie dla nas dzisiaj, bo nie ma takiej osoby, która nie przechodzi trudnych momentów, załamania się sobą, wątpliwości. A ksiądz Piotr mówił jasno: „Dopuść tam Pana Boga, a On zbuduje na tym coś wielkiego”. Znane jest przecież to zdanie: „Moc w słabości się doskonali”.

Ksiądz Piotr bardzo dużo mówił o swoich słabościach, lękach, momentach nawet pewnego tchórzostwa, szukania wygody w życiu. Pan Bóg to wszystko przemienił w coś niezwykłego. Przykład: jego trudna relacja z tatą zrodziła później piękne, wzruszające konferencje na temat istoty pielęgnowania miłości rodzicielskiej. Z jakichś kompleksów, że jest kimś gorszym, ks. Piotr wyniósł przesłanie, że trzeba być sobą, że każdy jest wartościowy, nikogo nie można przekreślać. To, że unikał konfliktów w młodości, czasem ze strachu, sprawiło, że nigdy nie dzielił ludzi, tylko ich łączył. Nie brał udział w przepychankach i dzięki temu słuchały go różne środowiska, nierzadko skłócone ze sobą.

Chodzą po śladach Jana Pawła II, niczym po jego relikwiach

Święty na mszy opowiadał, jak z Prehyby zjeżdżał na nartach.

zobacz więcej
Był dumny, że przez 10 lat bycia kapelanem parlamentarzystów w Sejmie nikt nie znał jego preferencji politycznych. Choć na początku posługi miał zabawne potknięcie. Któryś z posłów podszedł do niego, żeby pomodlił się za pewną ustawę. On to zrobił. Po czym po mszy świętej poseł innego ugrupowania powiedział mu, że jeśli raz jeszcze to zrobi, to on nigdy więcej nie przyjdzie do kościoła (śmiech). To była dla niego nauczka.

Odczuwamy teraz ogromny brak księdza, ale mój kolega Adam powiedział, że to może też zaowocować czymś dobrym. Może ktoś właśnie teraz odkryje na nowo jego myśli. Jego cierpienie też wiele nam mówiło.

Ksiądz Pawlukiewicz mówił o swojej chorobie „Pan Parkinson”. Czy to oznacza, że był z nią oswojony i pogodzony?

Na Parkinsona chorował 12 lat. Na początku nie był z tym pogodzony. Długo to ukrywał i czuł się nieswojo w poczekalni przychodni lekarskiej, kiedy ludzie snuli domysły, na co jest chory – nie szanowali jego prywatności. Swojemu przyjacielowi powiedział o chorobie dopiero po dwóch czy trzech latach.

Doskonale zdawał sobie sprawę, co go czeka, że ta choroba jest nieuleczalna. Później doszły kolejne schorzenia. I to cierpienie rzeczywiście było bardzo obecne w jego życiu.

Kiedy prowadziłam z nim rozmowy do książki, miał już trochę inne podejście do swojej choroby. Powiedział takie ważne zdanie: „Gdybym stracił mowę i coś mi nie wyszło, to też trochę bym zrozumiał, bo każdy głoszący Ewangelię musi przegrać”. Zapytałam więc, dlaczego. Odpowiedział: „Bo Chrystus musi w nim wygrać”. To doskonałe podsumowanie jego relacji z Panem Bogiem. Zostawił to wewnętrzne szarpanie, pytanie Pana Boga: „Dlaczego akurat mnie to spotkało?”. Oddał Mu swoje życie i cierpienie. Choć ani na moment nie stracił nadziei, że kiedyś wyzdrowieje, że będzie dalej mógł głosić kazania, bo przecież miał mnóstwo planów.
Do publikacji autobiograficznego wywiadu przekonał go plan równoległego wydania płyty z muzyką do jego tekstów, autorstwa Krzysztofa Antkowiaka. Kiedyś powiedział muzykowi, że każdy kapłan powinien mieć taką rozmowę. Bo w jakimś sensie przerodziła się jakby w spowiedź… Fot. wydawnictwo RTCK
Uważam to za taką prawdziwą postawę chrześcijańską. Z jednej strony cały czas ufamy Panu Bogu, cokolwiek by się działo w naszym życiu, a z drugiej strony nie rezygnujemy z marzeń. Robimy po prostu swoje.

Czy mimo tego, że chorował i coraz gorzej się czuł, jego śmierć była dla pani zaskoczeniem?

Ogromnym. Choć można tak powiedzieć, że dał wcześniej sygnał, iż może niebawem odejść na tamten świat. Tuż przed jego śmiercią mój mąż zawiózł mu nasze książki. Kiedy wychodził z jego domu, to ksiądz Piotr odwrócił się w jego stronę i powiedział: „Pamiętaj, gdybym umarł, módlcie się za mnie”.

Zmarł 7 tygodni po naszym spotkaniu i wywiadzie. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Miałam przecież skonsultować z nim szczegóły, uzupełnić pewne fakty, bo było dużo niewyjaśnionych wątków. Niestety, nie zdążyłam.

Wiadomość o jego śmierci była bardzo smutna, choć czułam też, że coś się wykonało, zamknął się jakiś skończony rozdział. Powiedziano mi, że odszedł po spowiedzi generalnej, pojednany z Panem Bogiem. Miałam poczucie, że coś się wypełniło. Jakieś dobro się zamknęło. Ksiądz Piotr zrealizował to, co miał zrealizować i nadszedł jego czas. Umierał jako człowiek spełniony. Czułam ogromną wdzięczność w sercu za wszystko, co zrobił.

Dopiero później dotarło do mnie, że zostałam z materiałem do jego biografii całkowicie sama. Po 5 dniach rozmów wyszło osiem godzin nagrań i praca nad tym była dla mnie ogromnym wyzwaniem. Chciałam pokazać w książce coś bardzo istotnego, co odda ducha i głębię księdza Piotra, a z drugiej strony musiałam uszanować granice, o które mnie prosił. To była duża odpowiedzialność. Dlatego nie dałam komuś notatek do zredagowania, bo tam było mnóstwo rozmów, które miały pozostać między nami. Za namową dodałam jedynie didaskalia, wskazujące na okoliczności tej rozmowy, bo bez tego byłaby ona trudna do uchwycenia, zrozumienia.

Ale czuła pani niedosyt tej rozmowy?

Buntował oazową młodzież przeciwko „życiu żaby”. Teolog wyzwolenia od reżimu i pokus

W Auschwitrz miesiąc przeżył w bunkrze, w którym potem zginął o. Kolbe. Komuniści zamknęli go w celi, w której „za Niemca” przeżył nawrócenie, czekając na wykonanie wyroku śmierci. Ks. Jerzy Blachnicki, ofiara SB.

zobacz więcej
Oczywiście. Jak się rozmawia z ciekawym człowiekiem, to zawsze jest niedosyt. Kiedy odszedł zrozumiałam, że ta książka będzie inna niż sobie wyobrażałam i musiałam się na to wewnętrznie zgodzić. Powiedziałam wtedy do niego w duchu: „Jak chcesz, żeby to było dobre, musisz mi pomóc. Po prostu, daj mi jakieś natchnienie”. Wszystko zostało przemodlone.

Starałam się go pokazać takim, jaki był, człowiekiem z krwi i kości. Nie chciałam go wygładzać, wybielać, poprawiać, stawiać mu pomnika. Bo jeśli był gotowy mi to powiedzieć, to był też gotowy, aby go ludzie poznali od tej strony. Kiedy dowiedzą się o jego słabościach, to nie przestaną go kochać – wręcz przeciwnie, może to uczucie do niego będzie silniejsze. Ale na pewno będę mieli szansę zrozumieć go jako człowieka.

Na koniec naszej rozmowy powiedział: „Wiesz Renia, może za jakiś czas będę gotowy na drugą część, na wywiad-rzekę”. Bardzo się ucieszyłam, że będzie można zgłębić pewne tematy. Życie napisało jednak inny scenariusz i chcę wierzyć, że tak miało być.

Jak pani go zapamięta?

Z szelmowskiego uśmiechu. Miał taką kamienną twarz, ale po kącikach ust było widać, że się uśmiecha. Zapamiętam go też z trafnych ripost. Potrafił zawsze dorzucić jakąś ciekawą uwagę.

Im dłużej z nim rozmawiałam, tym większą był dla mnie tajemnicą. Miał bardzo złożony, introwertyczny świat i melancholijną naturę.

Pozostanie mi ogromny szacunek do niego. Głosił, co jest najbardziej istotne w życiu. Dlatego bardzo chciałabym, aby jak najwięcej osób go słuchało, bo jego słowa, przemyślenia są potrzebne na trudne czasy, na kryzys w Kościele, który obecnie przeżywamy. Stawał przed nami jako świadek, a nie jako człowiek na piedestale, który dzieli się z maluczkimi prawdą objawioną. Bo jak każdy z nas, doświadczał trudności w życiu. A o wiele łatwiej jest przyjąć bolesną prawdę o sobie od kogoś, kto się nie wywyższa i sam przyznaje do słabości, niż od kogoś, kto odgrywa jakiś monument bez skazy i poucza jak żyć.
Wraz z rozwojem naszej współpracy po prostu się polubiliśmy jako ludzie. Fot. arch. pryw. Renaty Czerwickiej
Chciałabym, aby postawa księdza Piotra była przede wszystkim inspiracją dla innych duchownych. Choćby ze względu na jego myślenie o świecie polityki. Księdzu – myślę – lepiej zachować dla siebie swoje sympatie polityczne, aby nie dzielić ludzi. Poza tym trzeba pozwolić Jezusowi świecić, a nie robić za Jego reflektory. Ich rolą jest głosić Ewangelię i tyle. Przypomina mi się kawał: idzie słoń z mrówką przez most, nagle mrówka mówi – „Słoniu! Ale głośno tupiemy!”. Obawiam się, że wielu księży sądzi, że sobie dudni z Panem Jezusem, zapominając, kto jest mrówką, a kto słoniem. To zawsze się źle kończy, jeśli jakiś ksiądz chce być ważniejszy od Pana Boga.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Ksiądz Piotr Pawlukiewicz
urodził się 10 kwietnia 1960 r. w Warszawie. Znany kaznodzieja i duszpasterz, studiował teologię pastoralną na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a także homiletykę w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie oraz retorykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1985 r. ukończył również Wyższe Metropolitalne Seminarium Duchowne w Warszawie. Święcenia kapłańskie przyjął w czerwcu 1985 roku. Przez kolejne dwa lata pracował jako wikariusz w parafii pw. św. Wincentego a Paulo w Otwocku. Następnie pełnił m.in. funkcję prefekta i wykładowcy teologii pastoralnej w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym, a także dyrektora Wydziału Duszpasterskiego Kurii Warszawskiej.

W latach 1991-1999 był zaangażowany w prace II Polskiego Synodu Plenarnego. Był kanonikiem gremialnym Kapituły Metropolitalnej Warszawskiej, redaktorem naczelnym Radia Józef i głosił homilie w kościele Św. Krzyża, podczas transmitowanej przez radio mszy. Głosił też kazania dla studentów w akademickim kościele św. Anny. Prowadził wykłady z homiletyki w warszawskim Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym. W latach 2000-2010 był kapelanem sejmowej kaplicy i duszpasterzem parlamentarzystów.

Głosił liczne rekolekcje zarówno w parafiach i kościołach, jak i stacjonarne dla grup – w wielu miastach Polski oraz dla środowisk polonijnych. Jego kazania przyciągały do kościoła tłumy, a te, które dostępne były w internecie, miały miliony odsłon. Do najbardziej znanych z wygłaszanych przez niego konferencji należą te poświęcone miłości i płciowości.
Fot. wydawnictwo RTCK

Autor wielu książek o tematyce religijne, przetłumaczonych na języki rosyjski, białoruski, ukraiński, litewski, węgierski, hiszpański. Pisał w nich o radzeniu sobie z kryzysami, powstawaniu z upadków i słabości.

Wiele lat zmagał się m.in. z chorobą Parkinsona. Zmarł 21 marca 2020 w Warszawie w wieku niespełna 60 lat. Został pochowany 25 marca 2020 r. na Starych Powązkach, w mogile kapłańskiej, w kwaterze 153. Liczba uczestników pogrzebu, ze względu na panującą pandemię koronawirusa, była ograniczona do najbliższych członków rodziny i celebransów.

Tego samego dnia za wybitne osiągnięcia w pracy duszpasterskiej i działalności społecznej prezydent Polski odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Źródło: pl.wikipedia.org i www.znak.com.pl
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Na koniec zestrzelili aż cztery odrzutowe Messerschmitty
Brytyjczycy rozważali kupienie najnowocześniejszego myśliwca na świecie od… Polski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dlaczego Rosja kocha Putina?
Barbara Włodarczyk: Władimir Władimirowicz nigdy nie zapomina, że ktoś go uraził.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nauczycielom wygodniej jest mówić o Sumerach niż o bezpiece
Historia – obok kultury i języka – tworzy wspólnotę.
Rozmowy wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Kto był gwiazdą jednego sezonu? Kto trafi do podręczników?
Poczet polityków III RP.
Rozmowy wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Bosonoga dziewczynka, która została gwiazdą
Znała gwarę góralską. W powstaniu była łączniczką, nosząc córkę w plecaku.