Cywilizacja

W Nowym Jorku cnoty uważa się za grzechy. Policjantów za złoczyńców, przestępców za ofiary

Przez Nowy Jork przechodzi druga fala zachorowań na COVID-19. Jeśli władze zdecydują się na kolejny lockdown, może to być gwóźdź do trumny miasta, uważanego w ostatnich latach za stolicę bogatego, liberalnego świata, swego czasu „pępek” współczesnej cywilizacji. Całej winy za obecną agonię nie można jednak zrzucić na pandemię, koronawirus tylko pogłębił efekty decyzji lewicowego burmistrza Billa de Blasio i wspierającej go rady miejskiej.

W tym tygodniu, dziewięć miesięcy po tym, jak miasto Nowy Jork niemal całkowicie zamknęło się z powodu SARS-CoV-2, gubernator stanu Andrew Cuomo zapowiedział, że ograniczenia mogą wrócić. Liczba wykrywanych zakażeń wzrasta, jest najwyższa od maja i jeśli sytuacja szybko się nie poprawi, ponownie zostanie wprowadzony zakaz sprzedawania posiłków w zamkniętych pomieszczeniach. Dla wielu z 25 tys. nowojorskich restauracji, barów, pubów czy jadłodajni może to oznaczać bankructwo. Kolejny gospodarczy cios dla miasta, w którym zmarło już z powodu COVID-19 – według oficjalnych danych – aż 24,4 tys. mieszkańców.

Uciekło co najmniej 300 tysięcy nowojorczyków

Nie jest różowo. Więcej, gdyby cytować tytuły z ostatniego miesiąca z pierwszej strony „New York Posta” – tej ważniejszej z dwóch nowojorskich bulwarówek, mających jeszcze papierowe wydanie – można by odnieść wrażenie, że w miasto stacza się w chaos znany z filmu „Dżoker”.

„Tory naszych strachów” (cztery osoby wepchnięte w listopadzie na torowisko metra). „Przypalone miasto” (człowiek z miotaczem ognia na dachu autobusu miejskiego). „Radźcie sobie sami” (tytuł po kolejnych, brutalnych atakach w metrze). „Graffiti rozszerza się na metro” (zdjęcia wagonów całkowicie – jak w latach 90. ubiegłego wieku – zamalowanych przez graficiarzy). „Ulica pełna furii” (zdjęcie właściciela restauracji, który nie podporządkował się ograniczeniom, próbującego rozjechać aresztującego go policjanta). Nic dziwnego, że od początku marca, gdy koronawirus z największą siłą zaatakował miasto, tysiące nowojorczyków powiedziało „dość” i wyjechało.

Strach w Nowym Jorku. Koronawirus zatrzymał miasto, które nigdy nie śpi

Szpitale polowe powstają w słynnym Parku Centralnym na Manhattanie, i na kortach tenisowych w Queens, gdzie co roku odbywa się turniej U.S. Open.

zobacz więcej
Ilu się wyprowadziło? Jeśli opierać się na danych amerykańskiej poczty, od marca do końca października tego roku ponad 300 tysięcy mieszkańców złożyło wniosek o zmianę adresu, opuszczając miasto. Ale śmiało można powiedzieć, że liczba porzucających życie w Wielkim Jabłku (jak się popularnie nazywa Nowy Jork) jest większa, bo przecież pod większością adresów mieszkają całe rodziny.

Część przeniosła się do domów wakacyjnych (np. na nowojorskiej wyspie Long Island), inni kupili domy w sąsiednich stanach. Zapotrzebowanie na nieruchomości dla nowojorczyków w New Jersey i Connecticut jest tak wielkie, że spowodowało tam skokowy wręcz wzrost ceny domów, co wcale nie zniechęca kupujących, płacących często gotówką od ręki. Jeszcze inni nowojorczycy wyjechali na Florydę, tradycyjny kierunek dla milionerów i emerytów, kuszącą ciepłym klimatem i… brakiem podatku dochodowego.

Choć owych 300 tysięcy przy liczbie mieszkańców wynoszącej około 8,4 miliona nie wygląda może zbyt imponująco. Ale warto pamiętać, że większość z uciekinierów to mieszkańcy najzamożniejszych osiedli w dzielnicy Manhattan (plus kilka osiedli na Brooklynie), gdzie znajduje się centrum biznesu skupionego wokół Wall Street oraz apartamenty czy domy „bogatych i sławnych”. Oznacza to, że z Nowego Jorku wyjechali głównie ludzie majętni, których było po prostu na to stać.

Potwierdziła to ankieta przeprowadzana przez Manhattan Institute w lecie wśród nowojorczyków zarabiających co najmniej 100 tys. dolarów rocznie. Wykazała, że 44 proc. rozważało wyprowadzkę z miasta, powołując się na rosnące koszty utrzymania i brak bezpieczeństwa. Co dla miasta oznacza kolejne problemy: kurczenie się grona ludzi płacących wysokie podatki. Wszystko to w czasie, gdy pandemia skutecznie zrujnowała budżet miasta – załamały się zakładane przychody.

Także inne dane wskazują, że przyszłość Nowego Jorku nie jawi się dobrze. Szkoły publiczne straciły co najmniej 31 tys. uczniów (3,4 proc. ogółu). Agencja MTA zawiadująca miejskim transportem (metro, autobusy, pociągi podmiejskie) planuje ograniczenie o ok. 40 proc usług i zwolnienie ponad 9 tys. pracowników, jeśli nie otrzyma 12 mld dolarów pomocy od rządu federalnego.
Protest przed budynkiem w Nowym Jorku, w którym mieszkanie ma prezes Amazon Jeff Bezos, przeciwko traktowaniu pracowników przez firmę. Amazon potroił podobno zyski w trzecim kwartale tego roku, a pracownicy magazynów firmy twierdzą, że nie zapewniono im odpowiedniej ochrony zdrowia ani minimalnych podwyżek płac. 2 grudnia 2020 r. Fot. PAP/EPA/Justin Lane
Sektor finansowy (ponad 181 tysięcy zatrudnionych i 15 miliardów dolarów w płaconych podatkach, co stanowi 18 proc. przychodów podatkowych całego stanu Nowy Jork i 6 proc. przychodów Wielkiego Jabłka) stracił co najmniej 7,3 tys. miejsc pracy. A może być jeszcze gorzej, bowiem duże firmy zapowiadają przeprowadzki na cieplejszą i kuszącą mniejszymi podatkami Florydę. Tym bardziej, że zdominowane przez Demokratów parlamenty stanów New Jersey i Nowy Jork chcą opodatkować transakcje finansowe, aby do ich budżetów trafiło kolejnych dziesięć miliardów dolarów.

Pandemia spowodowała także daleko idące zmiany w pracy biurowej: wiele firm zezwala swoim pracownikom na pracę z domu, co zwalnia ich z konieczności podróżowania na Manhattan. Bo, jak napisał jeden z obserwatorów, „jaki sens podróżować godzinę, aby zamienić jeden ekran komputerowy na inny”. Takie wymuszone „wyludnienie” najdroższej dzielnicy Nowego Jorku wywołało już reakcję łańcuchową: liczba wolnych biur i apartamentów na Manhattanie wzrosła do 72 tys., rok temu było ich 30 tysięcy. Ucierpiały też tysiące barów, restauracji i kafejek, utrzymujących się z jedzących lunch czy biznesowe obiady specjalistów z Wall Street.

Obostrzenia związane z koronawirusem zamknęły również na długie miesiące teatry Broadwayu (dają pracę 96,9 tys. ludzi, przynosząc gospodarce 15 mld dolarów rocznie), co uderzyło w okoliczne sklepy i inne atrakcje turystyczne, jak muzea. To wszystko nie może pozostać bez wpływu na finanse miasta Nowy Jork. W tej sytuacji agencja Moody’s obniżyła rating Nowego Jorku: o jeden stopień ocenę ogólną zobowiązań miasta (do Aa2) i długu zabezpieczonego środkami (do Aa3 ). Dług wynosi już 116 miliardów dolarów, a przecież burmistrz kończący za rok kadencję musi poradzić sobie w tym samym czasie z 9 miliardami deficytu budżetowego.

Rosną przestępczość i poczucie bezkarności

Jednak największym problemem zdaje się być rosnąca przestępczość. – Chciałbym przekazać lepsze wiadomości na temat przestępczości z udziałem broni palnej, ale wygląda na to, że skończymy rok najgorszym wynikiem od 14 lat – oświadczył we wtorek szef nowojorskiej policji (NYPD) Dermot Shea.

Prawie 40 milionów bezrobotnych. Jak tsunami COVID-19 zmiata gospodarkę USA

Już niemal 27 milionów Amerykanów, w tym 6 mln dzieci, straciło ubezpieczenie zdrowotne. Największe światowe supermocarstwo cofnęło się do lat 30. XX wieku, gdy Wielki Kryzys pożarł 25 proc. miejsc pracy w USA.

zobacz więcej
Według policyjnych danych, od początku 2020 roku do poniedziałku 7 grudnia odnotowano 1 433 strzelaniny oraz 1 756 postrzelonych osób – prawie dwa razy więcej niż w roku poprzednim. Dokonano 426 morderstw (w zeszłym roku 305). To liczba mała w porównaniu z latami sprzed rządów burmistrza Rudolfa Giulianiego (radykalnie ograniczył przestępczość od połowy lat 90. XX wieku), kiedy to w mieście mordowano 1-2 tysiące ludzi rocznie, jednak dziś New York City w tej statystyce zbliża się do „stolicy przestępczości” w USA – Chicago (727 morderstw, o 233 więcej niż w 2019 r.). Do tego dochodzi wzrost liczby rabunków i innych przestępstw.

Burmistrz de Blasio próbuje od dawna przekonywać, że większa przestępczość jest wynikiem „wielkiego sztormu”, jaki nawiedził miasto pod postacią pandemii wraz z jej gospodarczymi i społecznymi konsekwencjami, jednak nawet podległy mu szef policji lekko zdystansował się do swego szefa. – Możemy starać się zmniejszyć liczbę osadzonych w więzieniach, ale niearesztowanie nikogo, pozwalanie, aby nikt za nic nie odpowiadał – nie tędy droga. Musimy znaleźć rozsądne rozwiązanie – mówił Shea.

Chodzi o to, że od początku burmistrzowania de Blasio – wcześniej pełniący urząd rzecznika praw obywatelskich miasta Nowy Jork – popiera łagodniejsze traktowanie przestępców. Został wybrany na pierwszą kadencję w 2013 r., postulując zakończenie – jako dyskryminacyjnej – policyjnej praktyki „zatrzymuj i rewiduj”, jednego z fundamentów działania policji za Giulianiego (zagrożeni w każdej chwili zatrzymaniem i rewizją przestępcy, przestawali nosić przy sobie broń, co znacznie zmniejszało liczbę przestępstw z jej użyciem). Zakończył też politykę przymusowego odsyłania bezdomnych z ulicy do przytułków, połączoną z zakazem spania w miejscach publicznych.

Wsparty przez Demokratów na poziomie stanowym, de Blasio w 2019 r. przeprowadził dwie reformy, które szczególnie przyczyniły się do wzrostu przestępczości: podniósł z 16 lat do 18 wiek, od którego za przestępstwo sprawca odpowiada jak dorosły oraz zaproponował regulacje właściwie eliminujące stosowanie poręczenia majątkowego (kaucji) wobec aresztowanych. Gdy latem Amerykę zalała fala protestów po śmierci z rąk policjantów George’a Floyda, burmistrz Nowego Jorku wyraźnie solidaryzował się z antypolicyjnymi emocjami ulicy. Wsparł nie tylko protesty przeciw „policyjnej brutalności”, ale także decyzję rady miejskiej o obcięciu budżetu NYPD i zakaz stosowania przez policjantów przyduszania w trakcie zatrzymań podejrzanych.
Peron metra na Brooklynie, 7 grudnia 2020 r. Metropolitian Transportation Authority (MTA), agencja obsługująca transport publiczny w Nowym Jorku, szacuje swój deficyt na 16,2 mld dolarów (13,4 mld euro) do 2024 r., z powodu gwałtownego spadku liczby pasażerów, spodowanego pandemią koronawirusa. Fot. PAP/EPA/Justin Lane
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Od wprowadzenia reform przestępczość i atmosfera bezkarności w Nowym Jorku zaczęły rosnąć. Jak napisano w komentarzu „New York Post”, „zbyt wielu przestępców, zwłaszcza członków gangów ulicznych, chodzi po ulicach”, bowiem eliminacja kaucji spowodowała, że „nawet wielokrotni przestępcy są wypuszczani na wolność niemal natychmiastowo”. Z kolei podwyższenie wieku karalności „jak dorosły” jest wykorzystywane przez gangi, które „rekrutują nastolatków” do dokonywania przestępstw, za które „starsi mogą otrzymać o wiele bardziej surowe wyroki”.

Znany socjolog miejski, prof. Joel Kotkin już na początku pandemii napisał artykuł „Koniec Nowego Jorku”, w którym nakreślił znaczące zmiany, jakim podlega miasto pod rządami de Blasio. Według Kotkina działania burmistrza, choć startował on pod hasłem zasypania podziału na „dwa Nowe Jorki”, de facto „przyspieszyły proces rozpadu tkanki socjalnej miasta”. „Działania de Blasio dotyczące policji przyczyniły się do zauważalnego wzrostu przestępczości, w tym także w metrze. O ile cię tam nie dopadnie wirus, bardzo możliwe, że uda się to rabusiowi” – napisał socjolog.

A to oznacza powrót do bezprawia z lat 80. i początków 90. XX wieku. Sam przeżyłem szok, gdy będąc na nowojorskim Times Square – głównym deptaku, zwanym także „skrzyżowaniem świata” – w dzień powszedni o godzinie szóstej rano spotkałem kolegę, który chwilę wcześniej szczęśliwie uniknął odbitej rykoszetem kuli w ulicznej strzelaninie dwie przecznice dalej. Takie sceny o tej porze i w tym miejscu nie zdarzały się przez ostatnie ćwierć wieku…

Na lewo marsz!

Wydaje się, że po latach prosperity Nowy Jork pada ofiarą własnego sukcesu. Przez osiem lat swoich rządów burmistrz Giuliani ograniczył przestępczość, przygotowując miasto – a zwłaszcza Manhattan – pod gospodarczy boom. Jego następca, Michael Bloomberg, przez dwanaście lat wdrażał projekt „luxury city” – w ramach ekskluzywnego miejsca dla bogaczy znalazły się najlepsze części miasta, zamieszkane przez elity, czyli głównie Manhattan z częścią Brooklynu. Bogactwo tam skumulowane miało pociągnąć w górę pozostałe, biedniejsze dzielnice.
Przewrócony kosz na śmieci w zajezdni autobusowej na Brooklynie w Nowym Jorku, 7 grudnia 2020 r. Pandemia COVID-19 ma też ogromne skutki ekonomiczne, Nowy Jork stoi w obliczu ogromnego deficytu budżetowego, a stopa bezrobocia w mieście w październiku wyniosła 13,2 procent. Fot. PAP/EPA/Justin Lane
Zamiast tego, nastąpiła dalsza gentryfikacja: najbogatszy 1 procent mieszkańców zarabiał tyle, ile wynosi 40 proc. dochodów wszystkich nowojorczyków. Manhattan zawsze był jednym z najgorętszych rynków nieruchomości w Ameryce, a w ostatnich latach dołączył do niego Brooklyn (właściwie część Williamsburg i Greenpoint). Jednak jeszcze przed pandemią pojawił się problem: połowa bogatych apartamentów wybudowanych od 2015 r. pozostawała niesprzedana. Jak pisał tygodnik „The Atlantic”, Manhattan zamienił się w miejsce, gdzie „przytułki dla bezdomnych są pełne, a ekskluzywne wieżowce puste”.

Nieprawdopodobny wzrost bogactwa elit przyczynił się do politycznego wzrostu lewicy. Po burmistrzach prawa i porządku (Giuliani) oraz biznesu (Bloomberg), de Blasio to typowy przedstawiciel „kawiorowej lewicy”, skupionej raczej na polityce tożsamościowych niż realnej poprawie życia klasy średniej i ubogich. Wyraźnie na lewo przesunęła się też rada miasta.

Nie jest przypadkiem, że to właśnie w Nowym Jorku, w dzielnicy Queens, w 2018 r. narodziła się nowa gwiazda lewicy w Ameryce, 31-letnia dzisiaj kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez. Popularna w Ameryce AOC, ma wielkie ambicje polityczne, a popierani przez nią kandydaci dostali się do Kongresu w Waszyngtonie i stanowej legislatury – w przyszłym roku będą kandydowali do nowojorskiej rady miejskiej i być może ktoś z nich będzie się ubiegał o urząd burmistrza NYC. O ich programie najlepiej świadczy nazwa partii, do jakiej należy Ocasio-Cortez: Demokratyczni Socjaliści Ameryki (Democratic Socialists of America).

Kraj podzielony równo na pół. Obie połówki się nie znają i czują do siebie odrazę

Republikanie kontrolując Senat, będą w stanie blokować działania administracji Bidena.

zobacz więcej
Zdarzają się głosy rozsądku. „Żyjemy w mieście, gdzie wszystko jest do góry nogami: to co złe, jest uważane za dobre. Policjanci są przestępcami. Przestępcy ofiarami. Cnoty są uważane za grzechy” – napisał radny miejski Robert Holden w „New York Post”. Tekst przywołuje sukcesy polityki „wybitych szyb” z początku lat 90. XX wieku, polegającej w skrócie na tym, że policja skupiała się na drobnych wykroczeniach i przestępstwach, aby zapobiegać tym większym, popełnianym przez rozzuchwalonych przestępców (każda wybita szyba musi być w ekspresowym tempie wstawiona, a nabazgrane graffiti zamalowane).

Holden, reprezentujący 30. okręg wyborczy z osiedli Maspeth i Ridgewood (zamieszkany nota bene przez znaczącą społeczność polonijną), przypomina, że wykorzystując filozofię „wybitych szyb” burmistrz Rudolf Giuliani oraz jego ówczesny szef policji Bill Bratton doprowadzili do „dwudziestu lat królowania ładu i porządku” i uczynili z Nowego Jorku „najbezpieczniejsze z wielkich miast na świecie”. Teraz – pisze radny, który ostatnio zbliżał się do konserwatystów i republikanów, ale nadal rozważa start w przyszłorocznych prawyborach kandydata Partii Demokratycznej na urząd burmistrza – „wróciliśmy do starych, dobrych czasów napadów z użyciem śrubokręta w metrze, które Bratton wyeliminował dziesiątki lat temu”, a także „nie zatrzymujemy pasażerów na gapę, przeskakujących przez barierki w metrze, sprawdzając czy nie są poszukiwani lub nie mają przy sobie nielegalnej broni”.


Przyszłość Nowego Jorku zależy rzecz jasna w dużej mierze od decyzji politycznych, a niestety nic nie zapowiada zmiany kursu. Wielkie Jabłko jest zdominowane przez polityków Partii Demokratycznej i to pewnie oni rozstrzygną wiosną, kto zostanie wybrany za rok na nowego burmistrza (de Blasio nie może startować ze względu na kadencyjność). Na to, żeby wybrano kogoś pokroju Giulianiego, albo nawet bardziej umiarkowanego Republikanina, w Nowym Jorku mimo wszystko jest chyba jeszcze… za dobrze.

Jak zauważył prof. Kotkin, aby miasto wyszło z obecnego kryzysu, potrzebna jest silna, nowojorska klasa średnia. Problem w tym, że inaczej niż przy odrodzeniu miasta pod koniec lat 80. czy po zamachach z 11 września 2001 r., dzisiaj jest ona „mniejsza, słabsza, pod większą presją”. „Co najważniejsze, klasa średnia nie ma oparcia w rządzącej Partii Demokratycznej, która jest zajęta rozstrzyganiem sporów pomiędzy związkami zawodowymi pracowników miejskich, zawodowymi ideologami a super bogaczami” – napisał socjolog. Nadzieje na wydobycie miasta „z głębokiej dziury” wiąże z lokalnymi społecznościami etnicznymi, które mają „unikatowy wkład w kulturę” Nowego Jorku. Profesor spisał swoje spostrzeżenia pod koniec marca, a w grudniu są aktualne jeszcze bardziej.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Kobieta wrzeszczy na policjantów z Nowego Jorku, pilnujących wejścia do restauracji Mac's Public House podczas wiecu przeciwko miejskiemu zakazowi spożywania posiłków w pomieszczeniach, w celu kontroli rozprzestrzeniania się koronawirusa. Lkaol znajduje się w części miasta z wysokim wskaźnikiem pozytywnych testów na COVID-19, ale jgo właściciel ogłosił, że jest to „strefa autonomiczna” i ignoruje przepisy dotyczących pandemii. Został na krótko aresztowany. 2 grudnia 2020 r. FOT. PAP/EPA/Justin Lane
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy potomkowie chłopów nadal jęczą pod butem panów?
Warto się zdecydować, czy polski lud niósł ze sobą błogosławione egzorcyzmowanie kultury szlacheckiej czy naganną brutalność.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Geny kreatywności. Co nas różni od szympansa i neandertalczyka?
Stał się być może bardziej kreatywny w swoich prapraprawnukach. W nas.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Sto lat podzielonej Irlandii. Czy skutkiem brexitu będzie terror?
Partie katolickie odrzuciły propozycję udziału w zespole przygotowującym obchody rocznicy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Otworzyli albumy i pudła ze starymi gazetami, odkryli rodzinne...
Miałam nadzieję, że nowi mieszkańcy zobaczą, że to miejsce ma swoje życie, swoją tożsamość i historię, z której można być dumnym – mówi autorka wystawy.
Cywilizacja wydanie 23.04.2021 – 30.04.2021
Panie i panowie w sporcie. A co z transseksualistami?
Organizm mężczyzny, bez względu na to kim się on czuje, i jakie wybrał sobie imię, będzie produkował określone dawki testosteronu.