Historia

Obozowy numer zapisywali na czaszce i kościach. Jak Niemcy podbijali Afrykę

Pierwsze niemieckie obozy koncentracyjne powstały w 1905 r. Przede wszystkim pełniły rolę katorżniczych obozów pracy, gdyż problem z siłą roboczą był od początku jednym z najpoważniejszych. Obozów było pięć. Najgorszą sławą cieszył się ten na Wyspie Rekina.

W ubiegłym tygodniu światowe serwisy informacyjne obiegła sensacyjna wiadomość: w Namibii, w wyborach lokalnych, w regionie Oshana zwyciężył 55-letni Adolf Hitler Uunona. W swoim okręgu zdobył 85 procent głosów. Sukces polityka o takim imieniu nie mógł przejść bez echa, zwłaszcza w Niemczech: zarówno z uwagi na wodza III Rzeszy, jak i Namibii, która w przeszłości była niemiecką kolonią.

W rozmowie z niemiecką bulwarówką „Bild”, która zacytowała brytyjska BBC, Uunona tłumaczył, skąd wzięło się jego zaskakujące imię. Okazuje się, że nadał mu je ojciec na cześć Führera. Jak podkreślał polityk ojciec „prawdopodobnie nie rozumiał, co sobą reprezentował Adolf Hitler”.

W Namibii wpływy kultury niemieckiej są wciąż silne. Około jedna trzecia białych mieszkańców kraju posługuje się językiem niemieckim, a imię Adolf jest tam dość popularne (choć może nie wśród czarnoskórych obywateli). Po zakończeniu II wojny światowej wyemigrowało tam wielu Niemców. W latach 1884–1915 zaś Namibia była kolonią znaną pod nazwą Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia. To tam miały miejsce zbrodnie, które uznawane są za pierwsze ludobójstwo XX wieku.



Sierpień 2018 roku. W luterańskim kościele w Berlinie trwają modlitwy przy trumnie, w której spoczywają zdefragmentowane szczątki nieco ponad 20 niemieckich ofiar sprzed ponad wieku. Obok, w szklanych, przeźroczystych szkatułach umieszczono dwie czaszki oznaczone numerami przez niemieckich „naukowców”, kiedy u progu XX w. trafiły one do berlińskich laboratoriów.

W trakcie nabożeństwa przechodzi obok nich długa procesja. Każdy na chwilę przystaje przy czaszkach. To Namibijczycy, którzy licznie przybyli do Berlina, aby odebrać szczątki swoich przodków, wywiezione przez Niemców po 1908 r.

„Dzisiejsza uroczystość powinna odbyć się w jednym z rządowych, niemieckich budynków, a nie w kościele” – mówi Vekuii Rukoro, prawnik i tytularny przywódca Hererów, zaangażowany w negocjacje w sprawie zwrócenia szczątków państwu namibijskiemu. – „Ludobójstwo. Tak o tamtych wydarzeniach mówimy w domu. Ale świata nie interesuje to, jak my to nazywamy, ale to, jak mówią o tym Niemcy, a oni do tej pory nie mogą ustalić, w jakich słowach chcą nas przeprosić”.
Przed kościołem Namibijczycy, którzy nie weszli do środka, organizują niewielką manifestację; trzymają transparenty z hasłami: „Reparacje teraz”, „Przeproście”. Wszystkim trudno ukryć emocje, wiele osób płacze.

Ludzkie kości w magazynach

W 2018 r. do Namibii powróciło 19 czaszek, 5 pełnych szkieletów oraz trochę fragmentów zakonserwowanej przed wiekiem skóry. To dopiero trzeci raz, kiedy Namibijczykom udało się odzyskać część szczątków swoich krewnych. Wcześniej miało to miejsce w 2011 i 2014 r. Wówczas, łącznie zabrano do Namibii 52 czaszki i trochę kości.

Kim byli ludzie, których doczesne szczątki tak długo leżały w niemieckich laboratoriach i muzeach? Zarówno dzisiaj, jak przed stu laty, jest niemal niemożliwe nazwać ich po imieniu. W Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej, po stłumieniu powstania Afrykanów i zamknięciu znacznej części ludzi w obozach koncentracyjnych, nadawano im numery. Choć nie można odmówić Niemcom skrupulatności w prowadzeniu listy osób zabitych czy zmarłych w obozach z powodu skrajnie złych warunków i ciężkiej pracy, to w zachowanych ewidencjach próżno szukać nazwisk.

Wszędzie widzimy ten sam suchy zapis – numer obozowy i przyczyna zgonu. Po śmierci, ten sam numer zapisywano na czaszce i innych kościach zmarłego, po czym pakowano je do skrzyni i wywożono do Berlina. Proceder ten był tak powszechny, że stał się nawet motywem kartek pocztowych wysyłanych do znajomych i rodziny przez niemieckich turystów i osadników, coraz liczniej przybywających do Południowo-Zachodniej Afryki, aby stworzyć tu „nowe Niemcy”.

Murzyn, który chciał wstąpić do Wehrmachtu

– Niemcy nigdy nie będą w takiej potrzebie, żeby musiały wygrywać wojnę przy pomocy takich jak wy – usłyszał we wrześniu 1939 roku Hans-Jürgen w punkcie werbunkowym w Hamburgu.

zobacz więcej
Jak wiele czaszek, szkieletów, a być może również innych części ciał należących do Namibijczyków wciąż przetrzymują Niemcy? Tego się nie da określić. Być może są to setki, a może tysiące fragmentów.

Jak wiele z nich zniszczono podczas pseudobadań naukowców próbujących udowodnić wyższość rasy aryjskiej nad podludźmi pokroju namibijskich Afrykanów? Tego tym bardziej nie da się już ustalić.

Jak długo jeszcze Namibijczycy będą czekać na zwrot wszystkich szczątków swoich przodków? Niemcy bardzo niechętnie mówią o wszystkim, co związane jest z ludobójstwem dokonanym na ludności Hererów i Nama, trudno zatem oczekiwać, że przyznają, ile namibijskich kości nadal zalega w ich magazynach.

Jednak pomimo upływu lat, Namibijczycy nie zapomnieli, co się wydarzyło. Liczne grono osób – w zależności od koniunktury politycznej – mniej lub bardziej wspieranych przez rząd, nieustannie zabiega o zwrot i godny pochówek wszystkich szczątków, które przynależą do namibijskiej ziemi. To dzięki osobom takim jak wspomniany Vekuii Rukoro, należąca do Hererów działaczka Esther Muinjangue czy tytularny przywódca Nama, Johannes Isaack, pamięć o zamordowanych wówczas ludziach jest wciąż żywa.

Po kupcach przyszli żołnierze

Historia niemieckiej kolonizacji Afryki Południowo-Zachodniej (nazwa Namibia została wymyślona przez pochodzących stamtąd działaczy niepodległościowych i przyjęta przez ONZ dopiero w 1968 r.) rozpoczęła się wraz z Reńskim Towarzystwem Misyjnym, które pojawiło się w Namibii w połowie XIX w.
Rok 1913. Otwarcie luterańskiego kościoła w Lüderitz. Fot.Presse-Illustrationen Heinrich HoffmannVintage property of ullstein bild/ Getty Images
Wbrew swemu powołaniu, misjonarze trudnili się głównie handlem, w krótkim czasie monopolizując rynek i stając się pośrednikami pomiędzy afrykańskimi hodowcami bydła a Brytyjczykami z Kolonii Przylądkowej (obecnie RPA).

Wielu mieszkańców Namibii wymykało stereotypowemu wizerunkowi ówczesnego Afrykanina. Dzisiaj wielu z nich określilibyśmy mianem farmerów; najbogatsi posiadali stada liczące kilkadziesiąt tysięcy sztuk bydła. Wielu posługiwało się językiem angielskim, a niektórzy potrafili czytać i pisać, co w owym czasie nie było powszechne nawet w Europie.

Pierwsi niemieccy kupcy i przedsiębiorcy, a zaraz po nich żołnierze pojawili się w Afryce Południowo-Zachodniej w 1887 r. Początkowo, Hererowie i Nama, dwie najbardziej liczące się grupy etniczne w regionie, nie widzieli w nich zagrożenia. Traktowali ich raczej jako kolejnych – po Brytyjczykach – kontrahentów.

Żywym ludziom obcinali dłonie i stopy. Potem je wędzili. Miliony ofiar króla

Urzędnicy pracujący w najważniejszych instytucjach Unii Europejskiej codziennie mijają pomnik zbrodniarza.

zobacz więcej
Szybko okazało się jednak, że Niemcom chodzi o coś znacznie więcej niż handel. Pomimo początkowych sprzeciwów kanclerza Otto von Bismarcka, który nie widział sensu w zakładaniu zamorskich kolonii, pierwsi niemieccy osadnicy zaczęli wykupywać ziemię od pomniejszych przywódców, w zamian obiecując ochronę oraz świeżą dostawę broni prosto z Europy (wśród Namibijczyków używanie broni palnej było powszechne). Bismarck został postawiony przed faktem dokonanym. Po formalnym, potwierdzonym umowami kupna-sprzedaży, przejęciu znacznego kawałka namibijskiej ziemi, Berlin nie miał innego wyjścia, jak oficjalnie stwierdzić, że Afryka Południowo-Zachodnia staje się niemiecką kolonią.

W krótkim czasie we władaniu Rzeszy znalazło się całe wybrzeże, gdzie niemieccy robotnicy szybko rozpoczęli budowę dwóch portów (Lüderitz i Swakopmund). Tereny leżące na wschodzie, aż do granicy z brytyjską Beczuaną (dzisiaj Botswana) uznano ad hoc za należące do Niemiec. Zajęcie interioru było zatem, jak mniemano, tylko kwestią formalną.

Początkowa dobra passa niemieckich urzędników, którzy mamiąc Afrykanów obietnicami (których nie zamierzali później dotrzymywać), kupowali od nich ziemię, skończyła się, kiedy przyszło negocjować z najpoważniejszymi wodzami.

Wódz Hererów, Samuel Maharero oraz wódz Nama, Hendrik Witbooi do końca nie poddali się niemieckiej dominacji. Chociaż przez poprzednie dwie dekady Hererowie i Nama prowadzili ze sobą nieustanne wojny, w obliczu zagrożenia ze strony Rzeszy, w 1882 r. zawarli pokój i wspólnie skupili uwagę na obcym zagrożeniu (wiemy to także z zachowanej korespondencji, którą pomiędzy sobą wymieniali).
Samuel Maharero (1856-1923). Fot. ullstein bild via Getty Images
Obaj przywódcy władali terenami większymi niż obecny obszar Polski, byli właścicielami setek tysięcy sztuk bydła i nawet dzisiaj musielibyśmy uznać ich za milionerów. Wśród biednych Niemców, którzy dopiero pojawili się w Afryce, wzbudzali zwykłą zazdrość. Pozbawienie ich stad, ziemi i wpływów było zatem priorytetowym zadaniem formującej się niemieckiej administracji.

Krótka kariera Göringa

Pierwszym z niemieckich gubernatorów Afryki Południowo-Zachodniej został Heinrich Göring – ojciec przyszłego marszałka III Rzeszy, Hermanna. Jego namibijska kariera nie trwała jednak długo.

Göring starszy czuł do Afrykanów głęboką pogardę i był zdania, że negocjowanie ceny i przejmowanie ziemi na drodze kupna uwłacza państwu niemieckiemu, któremu te tereny się po prostu należą. Niemcy nie dysponowali wówczas siłą militarną, która mogłaby zagrozić tamtejszym mieszkańcom, dlatego Göringiem się nie przejmowano.

W 1889 r. do Namibii przybył kolejny gubernator Curt von Franҫois, do tamtej pory głównie podróżnik, geograf i od niedawna oficer, a wkrótce twórca Schutztruppe, oddziałów niemieckich wojsk kolonialnych siejących postrach w całej Afryce Południowo-Zachodniej. Franҫois znalazł sposób, jak rozprawić się z niepokornymi Afrykanami. Wiedział, że kiedy złamie Hendrika Witbooia i pokona Samuela Maharero, reszta ludności podda się woli Niemców.

Zabijali ludzi we śnie

Nad ranem, 12 kwietnia 1893 r., grupa 215 niemieckich żołnierzy wkroczyła do wioski Hoornkrans (siedziby Witbooia), zabijając ludzi we śnie. Zginęło 80 osób, 100 zostało rannych, a 70 uprowadzono jako więźniów do Windhuku, gdzie kobiety oddano Niemcom jako niewolnice.
Hendrik Witbooi na zdjęciu z 1904 roku, wykonanym krótko przed śmiercią. Fot. Keystone-France\Gamma-Rapho via Getty Images
Hendrik Witbooi, którego żona i córka zostały uwięzione pisał później: „Nigdy nie sądziłem, że członek białego, cywilizowanego narodu jest zdolny do takich rzeczy. Ale ten człowiek [Franҫois] ograbił mnie. Widziałem, jak zabija małe dzieci przy piersiach ich matek. Zabijał starszych ludzi i kobiety, i mężczyzn. Ciała tych ludzi spalili wewnątrz naszej chaty”.

Przez kolejne dni wioskę równano z ziemią. Od tamtej chwili Niemcy mieli w Witbooiu śmiertelnego wroga, który przez kolejne lata nie dawał im dłuższej chwili wytchnienia. Nama stosowali metody wojny partyzanckiej. Byli świetnymi jeźdźcami, atakowali niewielkimi grupami, zadając maksymalnie dużo szkód, po czym szybko znikali. Niemcy nigdy ostatecznie nie pokonali Nama w bezpośredniej walce.

Nieudolność François w pozbyciu się Nama sprawiła, że w Rzeszy tracił popularność. W styczniu 1894 r. nowym zarządcą został Theodor Leutwein. Jako pierwszy dostrzegł on specyfikę Afryki Południowo-Zachodniej. Zamiast walczyć z Afrykanami – z którymi i tak Niemcy wciąż nie mieli szans – postanowił zaprosić ich do rozmów.

Te potoczyły się raczej niepomyślnie dla Niemców. Ani Hererowie, ani Nama nie mieli zamiaru oddać nawet skrawka własnej ziemi.

Rozkaz ludobójstwa

Tymczasem Niemcy powoli budowali swoją kolonię. Z Rzeszy przybywało coraz więcej osadników. Nowe tereny były rozpaczliwie potrzebne. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, że tubylcy żyją niejednokrotnie w lepszych warunkach od nich. Należało się więc ich pozbyć, a ziemię zagospodarować.

Wtedy narodził się pomysł, aby kwestię Afrykanów rozstrzygnąć na wzór amerykański. Podobnie, jak Stany Zjednoczone utworzyły rezerwaty dla rdzennych mieszkańców Ameryki, tak Niemcy postanowili utworzyć rezerwaty dla poszczególnych plemion. Pierwsze – dla Hererów i Nama – powstały w 1903 r. (później także dla innych, jak Owambo, Damara czy San).

Czarny polski patriota

Ciemnoskóry polski generał kochał ojczyznę i chciał oddać za nią życie.

zobacz więcej
Dla Afrykanów był to koniec świata, jaki znali. Niemcy pozbawili ich ziemi, która stanowiła od pokoleń o ich tożsamości. Pozbawili ich również stad bydła, które stanowiły często jedyne źródło dochodu. Tereny, na których mieli odtąd mieszkać nie nadawały się pod uprawę. Wszyscy wiedzieli, że rezerwaty to wyrok śmierci odłożony w czasie.

Pierwsi zbuntowali się Hererowie. 80 tysięcy ludzi skupionych wokół Samuela Maharero wypowiedziało Niemcom wojnę. Rozkaz Maharero brzmiał, aby zabijać tylko mężczyzn, przede wszystkim żołnierzy. Niemniej w niemieckiej propagandzie utrwaliły się obrazki, w których żądni krwi Hererowie rzucają się na bezbronną Niemkę, zdzierając z niej białą suknię.

Dla cesarza Wilhelma II było to stanowczo za wiele. Leutwein został odsunięty od podejmowania decyzji. Do Afryki Południowo-Zachodniej wysłano Lothara von Trothę, zaprawionego w walkach z tubylcami, który przed laty tłumił powstanie bokserów w Chinach oraz powstanie Hehe w Tanganice.

Trotha, który wszelkich kolorowych ludzi zwykł określać jako Untermenschen (podludzie), nie miał zamiaru popełniać błędów swoich poprzedników, chcąc ostatecznie pozbyć się uciążliwych czarnych. Miał ku temu sposobność, gdyż w Namibii wylądowało właśnie kilkanaście tysięcy niemieckich żołnierzy.

Samuel Maharero wiedział, że walka nie będzie równa, gdyż wśród dziesiątek tysięcy Hererów, większość stanowiły kobiety i dzieci. Pozostawienie ich w wioskach oznaczało pewną śmierć. Jedynym wyjściem była ucieczka z rezerwatu na północny-wschód, w stronę brytyjskiej Beczuany.

Uciekano z całym dobytkiem. Kobiety, dzieci i starsi przodem, za nimi wojownicy, raz po raz uderzający na Niemców. Do większego starcia doszło na płaskowyżu Waterberg. Po kilku godzinach walk (Niemcy używali lekkiej artylerii i karabinów maszynowych), Samuel Maharero zdecydował o dalszym wycofywaniu. Kontynuacja bitwy nie miała sensu ze względu na zbyt duże straty.
Niemieccy żołnierze z Schutztruppe w czasie tłumienia rebelii. Rok 1904. Fot. ullstein bild/ullstein bild via Getty Images
Kiedy udało się dokonać wyłomu w siłach wroga, Hererowie ruszyli w stronę pustyni Kalahari. Nie było już odwrotu – za nimi maszerowały oddziały Schutztruppe. Czy Trotha od początku planował zepchnąć Hererów na pustynię, aby tam umarli z głodu i pragnienia? Wszystko na to wskazuje. W rozkazie wydanym przed bitwą dał jasno do zrozumienia, że w tej walce chodzi o zagładę wszystkich Hererów. Tego zdania był też kanclerz Bernhard von Bülow.

Hererowie znaleźli się w potrzasku. Pustynia została otoczona przez niemieckie wojska, a każdy Afrykanin, który znalazł się w zasięgu strzału karabinu ginął. Obstawiono wszystkie ujęcia wody oraz drogi. 2 października 1904 r. Trotha wydał odezwę, określaną w literaturze jako „rozkaz ludobójstwa” (Vernichtungsbefehl), w której skazywał na śmierć wszystkich Hererów, którzy nie opuszczą niemieckiej kolonii.

Swój morderczy marsz przez pustynię Hererowie nazwali „szlakiem łez”. Tysiące z nich umarło z braku wody. Ludzie próbowali się ratować, pijąc bydlęcą krew. Wielu popadło w szaleństwo, tracąc nadzieję na ocalenie. Nielicznej, półtoratysięcznej grupie na czele z Samuelem Maharero udało się dotrzeć do Beczuany. Po kilku miesiącach na pustyni, w styczniu 1905 r. Trotha otrzymał rozkaz z Berlina, aby Hererów nie zabijać, lecz brać jako jeńców.

Wieści o walkach Niemców z Hererami dość szybko dotarły do Nama. Hendrik Witbooi zdecydował o kolejnej, a czuł, że być może ostatniej, batalii z kolonizatorem. Nama byli w nieco lepszej sytuacji, gdyż kobiety i dzieci od jakiegoś czasu nie mieszkały już na terenie Afryki Południowo-Zachodniej, lecz w obozach dla uchodźców w Kolonii Przylądkowej. Nie musieli się więc obawiać o ich życie.

Kontynuowano zatem wcześniejszą, sprawdzoną taktykę wojny podjazdowej. Walki przedłużały się.
Berlin był coraz bardziej zniecierpliwiony przedłużającą się wojną w kolonii. Trotha robił, co mógł. Dopiero w październiku 1905 r. Schutztruppe udało się zmusić Nama do przyjęcia bitwy w polu. Doszło do niej nieopodal wioski Vaalgras na południu Namibii. W trakcie starć śmierć poniósł przywódca, Hendrik Witbooi (do dzisiaj uważany za jedną z najwybitniejszych postaci w historii Namibii). To załamało morale części oddziałów, które wkrótce się poddały. Inne walczyły przeciwko Niemcom przez kolejne trzy lata.

Jak się wkrótce okazało, eksterminacja wszystkich zbuntowanych Hererów i Nama wybiega poza logistyczne możliwości administracji niemieckiej w Namibii, o czym z ubolewaniem do kanclerza Bülowa pisał gen. Alfred von Schlieffen (znany bardziej jako autor tzw. „planu Schlieffena”), który zresztą od początku mocno wspierał Trothę.

Śmiertelność – 75 proc.

Pierwsze niemieckie obozy koncentracyjne powstały w 1905 r. w Afryce Południowo-Zachodniej. Przede wszystkim pełniły rolę katorżniczych obozów pracy, bowiem problem z siłą roboczą był od początku jednym z najpoważniejszych niemieckiej administracji w Namibii. Było ich pięć – w Windhuku (stolica), w Okahandja i Karibib, gdzie zajmowano się głównie rolnictwem oraz w miastach portowych, Swakopmund i Lüderitz. W tym ostatnim obóz wybudowano, na leżącej u brzegów miasta, Wyspie Rekina. Cieszył się on najgorszą sławą i był przeznaczony głównie dla Nama jako najbardziej niepokornych.
Warunki panujące w obozach były skrajnie złe. Wszyscy, bez względu na płeć, wiek i stan zdrowia zmuszani byli do wycieńczającej pracy, głównie przy budowie infrastruktury, na polach, w portach, a nawet używano ich jako koni pociągowych do ciągnięcia kolei wąskotorowej. Na porządku dziennym były gwałty na Afrykankach, które „wypożyczano” jako służbę domową.

W ciągu pierwszych kilku miesięcy pobytu w obozach, umierało 40 procent więźniów. Niemal wszyscy ginęli zanim minął rok. Ale ponieważ cały czas potrzebowano nowych rąk do pracy, kolejne transporty z ludźmi przybywały regularnie.

Niemcy zdawali sobie sprawę z warunków, w jakich żyją więźniowie, lecz każda propozycja poprawy ich losu była natychmiast odrzucana. „Wysoka śmiertelność tych ludzi jest w długofalowym interesie Niemiec” – pisał w liście do Departamentu Kolonii Hans Tecklenberg, zastępca gubernatora Afryki Południowo-Zachodniej.

Obóz w Lüderitz zamknięto w kwietniu 1907 r. Śmiertelność na Wyspie Rekina wyniosła ponad 75 procent. Jednak nawet ci, którzy ocaleli, nie zostali wypuszczeni na wolność. Przez kolejne lata przetrzymywano ich w izolacji, w prymitywnych więzieniach w centralnej Namibii. Ostatnich uwolniły dopiero wojska południowoafrykańskie, które wkroczyły do Afryki Południowo-Zachodniej podczas I wojny światowej.

Ostatni obóz zlikwidowano w styczniu 1908 r. z okazji urodzin cesarza Wilhelma. „Nowe Niemcy na afrykańskiej ziemi” stały się faktem.

To my jesteśmy panami

Kolonia kwitła. W 1912 r. Niemcy odsłonili w Windhuku pomnik konny niemieckiego żołnierza Schutztruppe ku czci wszystkich poległych w walce z Afrykanami.

„Czcigodny żołnierz kolonialny ogłasza światu, że to my jesteśmy panami tego miejsca, teraz i na zawsze” – mówił gubernator Theodor Seitz, odsłaniając monument.

Pomnik symbolizujący ujarzmienie kolonii stanął w miejscu byłego obozu koncentracyjnego, w centralnym miejscu stolicy.

Napoje energetyczne, traktory, dzikie zwierzęta. Polskie firmy podbijają Afrykę

Wciskanie przez białych towarów drugiej kategorii Afrykańczycy traktują jak kolonializm.

zobacz więcej
Krótko trwała niemiecka chwała w najważniejszej kolonii Rzeszy. Wraz z wybuchem I wojny światowej, Afrykę Południowo-Zachodnią zajęły wojska południowoafrykańskie i brytyjskie. W wyniku postanowień traktatu wersalskiego z 1919 r., Niemcy zostali pozbawieni wszystkich zdobyczy kolonialnych, jednak pamięć o dawanej potędze i sentyment do Namibii jest wciąż żywy.

Namibia jeszcze przez długi czas nie mogła cieszyć się wolnością. Po II wojnie światowej stała się, de facto, częścią RPA, która wprowadziła na jej terytorium system apartheidu. Niepodległość uzyskała dopiero w marcu 1990 r.

Hererowie i Nama byli ofiarami ludobójczej polityki niemieckiej w Afryce Południowo-Zachodniej. Działania kolonizatora trwale odbiły się na ich tożsamości, zaburzyły rytm, w którym funkcjonowali od pokoleń. Straty ludzkie dwóch największych plemion Namibii nie zostały odbudowane do tej pory. Liczba ludności Nama w 1904 r. szacowana była na 20 tys. Do roku 1908 przeżyło 13 tys. osób (35 procent poniosło śmierć). Z kolei, przed rokiem 1904 całkowitą populację Hererów określa się na 80 tys. Na początku 1908 r. w Namibii pozostało ich zaledwie 16 tys., co oznacza, że zginęło 80 procent plemienia.

Zanieczyszczona niemiecka krew

Wraz ze wzrostem liczby osadników w Afryce Południowo-Zachodniej, niemiecka administracja kolonii stanęła przed jeszcze jednym poważnym problemem. Okazało się, że wielu Niemców, zamiast szukać żon wśród młodych Niemek (sprowadzonych specjalnie w tym celu z Rzeszy), wiązało się z afrykańskimi kobietami. Mieszane związki stawały się coraz bardziej powszechne, a liczba urodzonych w nich dzieci niebezpiecznie rosła (nie przysługiwało im niemieckie obywatelstwo).

Chcąc uniknąć dalszych „ekscesów” i zmusić niemiecką ludność do płodzenia małych – i legalnych – Aryjczyków, w 1905 r. wprowadzono zakaz mieszanych małżeństw, a wkrótce unieważniono wszystkie dotychczas zawarte. Ci, którzy nie opuścili swoich rodzin, zostali skazani na utratę dobytku i społeczny ostracyzm.

W samej Rzeszy był to początek badań nad rasą. Oficjalnie mówiono, że krew tubylcza jest skażona rasowo, a intymne związki z Afrykanami zanieczyszczają krew niemiecką. Po raz pierwszy publicznie dyskutowano o pojęciach takich jak czystość rasowa, mieszanie ras, wstyd rasowy, ludzie mieszanej rasy.

Ciała ludzi, którzy setkami umierali w niemieckich obozach w Namibii, trafiały (często zdefragmentowane, gdyż najczęściej zwłokom obcinano głowy) na uniwersytety, do laboratoriów i muzeów w całych Niemczech.
Mapa Namibii. Fot. Print screen mapy Google
Ich kości, szczególnie wielkość czaszek, które skrupulatnie mierzono, miały być niezbitym dowodem na niższość rasy czarnej. Retoryka stosowana przez niemieckich „naukowców” w pierwszych latach XX w., nie różniła się niczym, od tego, co znamy z czasów, kiedy do władzy w Niemczech doszła NSDAP.

Sprawiedliwość?

Działacze społeczni oraz potomkowie Hererów i Nama od dawna walczą o powrót wszystkich szczątków swoich krewnych z Niemiec oraz zadośćuczynienie zbrodni. Negocjacje na poziomie rządowym z Berlinem rozpoczęły się w 2015 r.

Niemcy przez wiele lat nie przyznawały się do masowej zagłady Afrykanów. Wydarzenia sprzed ponad wieku relatywizowali nie tylko politycy, ale również historycy (nie tylko z Niemiec), którzy ludobójstwo określali jako „wypadek wojenny”. Przez wiele lat, do 2015 r. słowo „ludobójstwo” nie pojawiło się zresztą w żadnym wystąpieniu niemieckich polityków. Dotąd zresztą Namibijczycy nie doczekali się skruchy.

Oprócz wyrazów żalu, Namibijczycy domagają się od Niemiec reparacji, lecz to w Niemczech niemal temat tabu, od lat zbywany milczeniem. Część niemieckich polityków twierdzi, że ich kraj wystarczająco wiele zainwestował w Namibii po roku 1990 i nie jest jej winny nic więcej. Nie o taką rekompensatę chodzi jednak potomkom ofiar ludobójstwa.

Wydawało się, że w sprawie reparacji może dojść do porozumienia w tym roku. W sierpniu 2020 r. Niemcy zaproponowały Namibii zadośćuczynienie (używając dlań określenia „zagojenie ran” zamiast „reparacji”) w kwocie… 10 mln euro. Prezydent Namibii, Hage Geingob odrzucił tę sumę jako nie do zaakceptowania. Rażąco niska cena za śmierć dziesiątek tysięcy ludzi oburzyła wszystkich Namibijczyków, ale nie zgasiła optymizmu niemieckich negocjatorów, którzy przekazali mediom, że mimo wszystko liczą na porozumienie z rządem w Windhuku. To raczej szybko nie nastąpi.

Namibia jest wciąż bardzo młodym państwem. Wydarzenia z początku XX w. są jednym z najtragiczniejszych, ale również najbardziej wyrazistych elementów współtworzących dziedzictwo tego wciąż formującego się narodu.

– Anna Szczepańska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: W 2018 r. do Namibii z Niemiec powróciło 19 czaszek, 5 pełnych szkieletów oraz trochę fragmentów zakonserwowanej przed wiekiem skóry ludzi, którzy stracili życie w czasie tłumienia przez kolonistów powstań ludów Herero i Nama. Fot. Adam Berry/Getty Image
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Jak pomogliśmy wygrać II wojnę światową. Polscy geniusze techniki
Polski wynalazca wygrał proces i wywalczył ogromne odszkodowanie za bezprawne wykorzystanie opatentowanego przez niego peryskopu.
Historia Najnowsze wydanie
Francja rozbita. Wielka ewakuacja polskich żołnierzy
Sikorski wierzył we Francję ślepo i bezgranicznie.
Historia Najnowsze wydanie
PRL miał być drugim Kuwejtem. Ropa w Karlinie
To był największy pożar szybu naftowego w Europie.
Historia Poprzednie wydanie
Zieloni powstańcy, zielony gaz
Tuchaczewski pokonał „bandytów” bronią chemiczną, egzekucjami, głodem, obozami koncentracyjnymi dla dzieci (matki wyły, by dopuszczono je do trzylatków).
Historia Poprzednie wydanie
Brytyjczycy uważali ich za psychopatów. Rozprawa była bezwzględna
Żadna rewolta nie budziła takiego przerażenia jak Mau Mau.