Historia

Był rozjuszony jak byk w Pampelunie, ale pożarł go krokodyl od Castro

Dzieliłem szatnię z takimi piłkarzami jak Kiko, Diego Simeone czy Claude Makélélé, a za przeciwników miałem Diego Maradonę, Romário, Bebeto i Emilio Butragueño. Legendarny Johan Cruyff mówił swego czasu, że dobrze byłoby mieć „Kosę” na Camp Nou. Spotykałem na swojej drodze szalonych działaczy, od Mariana Dziurowicza po legendarnego Jesúsa Gila w Atlético Madryt. Czasem bywało śmiesznie, innymi razy trochę strasznie.

Roman Kosecki, rocznik 1966, w kadrze narodowej strzelił 19 goli i był kapitanem reprezentacji Polski, w barwach Legii Warszawa wystąpił w 51 meczach oficjalnych i strzelił 12 bramek, świętował zdobycie dwóch Pucharów Polski oraz Superpucharu Polski. Strzelał gole Barcelonie i Realowi Madryt, występował w półfinale Ligi Mistrzów. Był posłem na Sejm i wiceprezesem PZPN.

„Nadszedł dobry moment, by wreszcie opowiedzieć wszystko od A do Z. Być może zabrzmi to trochę patetycznie, ale chciałem przeżyć to jeszcze raz” – opowiada Dariuszowi Faronowi i Dariuszowi Dobkowi w książce „Kosa. Niczego nie żałuję” , wydanej w serii Biblioteka Przeglądu Sportowego. Roman Kosecki prowadzi nas od Konstancina, przez Warszawę, Stambuł, Pampelunę, Madryt, Nantes, Montpellier, aż po Chicago.

Za zgodą wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. prezentujemy fragment książki, w którym „Kosa” jest zawodnikiem Atletico Madryt (lata 1993-1995; 59 wystąpień, 14 goli), po transferze z Osasuny Pampeluna.



W szponach wielkiego Jesúsa

To wcale nie dobry występ przeciwko Barcelonie przesądził o mojej przyszłości. W 14. kolejce poprowadziłem drużynę do zwycięstwa nad Atlético Madryt, zdobywając jedynego gola. Zaimponowałem działaczom Rojiblancos nie tylko skutecznością. Obrońcy z Madrytu nie cackali się ze mną. Rozcięli mi łuk brwiowy, ale ani przez moment nie pomyślałem o zejściu z boiska.

– Szyj mnie na żywca – rzuciłem do lekarza, a chwilę później znów biegałem po murawie.
Fot. Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o.
Od tamtego meczu regularnie zaczął się pojawiać na Estadio El Sadar wysłannik Rojiblancos. Po sezonie dostałem ofertę z Madrytu. Do Pampeluny przyjechał Miguel Ángel Gil Marín, syn prezydenta, obecnie większościowy udziałowiec klubu. (...) Atlético kupiło mnie za 2,3 miliona dolarów, dzięki czemu stałem się wówczas najdroższym polskim piłkarzem w historii.

Janek Urban odradzał mi przejście na Estadio Vicente Calderón ze względu na legendarnego prezesa klubu Jesúsa Gila. Powtarzał mi, że właściciel jest wariatem i że prędzej czy później się o tym przekonam. Wiedziałem, co się święci, ale nie byłbym sobą, gdybym odpuścił taką ofertę. Chciał mnie naprawdę wielki klub, co łechtało moje ego.

(…) Urban nie mylił się co do Gila – ten facet miał szalone pomysły. Trudno było przewidzieć, co zrobi. Po raz pierwszy wszystkie światła padły na niego już w 1969 roku. W miejscowości Los Ángeles de San Rafael zawalił się dach nad salą bankietową. Zginęło 58 osób, a właścicielem lokalu był nie kto inny, jak Gil. Ekspertyza wykazała prowizorkę budowlaną, Jesús najwyraźniej chciał zaoszczędzić na materiałach. Spędził w więzieniu 18 miesięcy. Tak naprawdę dostał pięć lat, ale ułaskawił go dyktator Francisco Franco. Później nasz prezes opowiadał, że ma trzech idoli: Jezusa, Che Guevarę i właśnie Franco.

Gil wiele rzeczy mówił pod publiczkę. Chciał, żeby dziennikarze o nim pisali. Lubił widzieć swoją twarz na okładkach czasopism. Wiedział, jaki klawisz ma nacisnąć, by media tańczyły w takt granej przez niego melodii. Ten facet kochał kontrowersje. Raz, po nieudanym meczu wyjazdowym Atlético, życzył całej drużynie, by zginęła w katastrofie lotniczej. Kiedy indziej proponował, że skoro zespół zawiódł, wszyscy zawodnicy powinni zostać rozstrzelani.

Najbardziej przegiął chyba w 1997 roku, gdy Rojiblancos spotkali się z Ajaksem Amsterdam w Lidze Mistrzów. W składzie holenderskiej ekipy grali między innymi Patrick Kluivert, Tijani Babangida i Mario Melchiot.

Palili kurę, a popiół wcierali sobie w ciało. Rzucali czary. Wciskali fetysze w murawę...

Dla polskich piłkarzy afrykańscy rywale nie należeli do najłatwiejszych.

zobacz więcej
– Wyglądali jak drużyna z Konga. Popatrzyłeś w jedną stronę – czterech czarnych. Spojrzałeś w drugą – pięciu czarnych. Na boisku – kolejnych trzech. Czarni byli wszędzie, jakby byli produkowani przez maszynę do robienia churros. A tak dla przypomnienia, nie jestem rasistą – wypalił w wywiadzie telewizyjnym po meczu. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby coś takiego wydarzyło się dziś!? Wtedy Gil musiał jedynie przeprosić. Działacze Ajaksu odmówili tradycyjnego lunchu przed rewanżem i na tym afera właściwie się zakończyła.

Gdy nasz prezydent był w złym nastroju, atakował wszystkich wokół. Często strzelał na oślep. Jeszcze przed moim przyjściem Atlético grało z Fiorentiną w Pucharze UEFA. Gil musiał znaleźć sobie winnego porażki i tym razem padło na arbitra.

– To pedał. Z dobrego źródła wiem, że Włosi podstawili mu dzieciaka o niebieskich oczach i blond włosach – mówił dziennikarzom prezydent. Tym razem UEFA uderzyła pięścią w stół. Gil przez trzy lata nie mógł uczestniczyć w żadnych imprezach organizowanych przez europejską centralę.

Z sędziami często toczył boje. Gdy po jednym z meczów nie był zadowolony z pracy arbitra, zaapelował do kibiców Atlético, żeby zagłosowali za opuszczeniem ligi przez klub w ramach protestu. Arbitrów nazywał też „członkami mafii”, „prostytutkami” albo „pięciolatkami z rewolwerami w rękach”.

Dom z basenem dla Strejlaua

Gil traktował z góry dosłownie wszystkich. Kiedy jakiś piłkarz albo jego agent wparowywali do gabinetu, żeby wyrazić swoje niezadowolenie, wcale się nie złościł. Wręcz przeciwnie – tylko na to czekał, bo kochał szermierkę słowną. Pamiętam okres, w którym straciłem miejsce w pierwszym składzie drużyny. Poprosiłem Sławka Stoczyńskiego, przyjaciela reprezentującego moje interesy, by pogadał z Gilem. Kumpel zagrał w otwarte karty.

– Panie Gil, sadzać Koseckiego na ławce to tak jak trzymać porsche w garażu.
– A gdzie miejsce na porsche, skoro na boisku mam jedenaście rolls-royce’ów? – zripostował prezydent.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Mimo że ciągle toczył wojenki i dziwacznie się zachowywał, tak naprawdę wszyscy w Atlético go kochali. Był impulsywnym człowiekiem, ale nikt nie mógł mu zarzucić, że nie chciał dla klubu dobrze. (…)

Razem z chłopakami z Atlético wybieraliśmy się czasem na miasto. Mieliśmy swoją ulubioną dyskotekę w centrum Madrytu. Pojawiały się tam gwiazdy Realu, a także ludzie ze świata biznesu czy popkultury. Jesús Gil miał w klubach nocnych swoje „wtyczki”. Gdy tylko gdzieś wchodziliśmy, pracownicy informowali go, że przyszedł taki czy inny zawodnik. My jednak zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Powstały legendy, jak to Gil wyciągał Koseckiego z dyskotek. Skwituję to w ten sposób, że jednak parę razy zwialiśmy ludziom prezydenta…

(…) Najważniejsze, że trener Atlético Jair Pereira nie miał pretensji. Stawiał na mnie w kolejnych meczach sparingowych i byłem szykowany do pierwszego składu na inaugurację sezonu. Tymczasem przeciwko Logroñés nie znalazłem się nawet na ławce. Mecz wypadał zaledwie trzy dni przed starciem z Anglią na Wembley. Ciągle walczyliśmy o awans do mistrzostw świata w USA, a ja miałem po raz pierwszy zostać kapitanem reprezentacji Polski w meczu o punkty. Nie mogłem zostawić chłopaków przed tak ważnym spotkaniem. Postanowiłem, że polecę na kadrę, ale Atlético chciało, bym w trakcie zgrupowania zagrał w lidze.

W sprawę zaangażował się sam Jesús Gil. Andrzej Strejlau napisał w swojej książce, że szef Rojiblancos chciał przekupić Polski Związek Piłki Nożnej. Gil zaproponował, żeby nasza reprezentacja rozegrała mecz z Atlético w Madrycie, a zysk zostałby podzielony na pół. Uczestniczyłem w rozmowie prezydenta klubu ze Strejlauem jako tłumacz.

– Powiedz trenerowi, że przyleci po ciebie mój samolot. Wsiadasz, grasz 45 minut z Logroñés, wracasz i jeszcze tego samego dnia jesteś z powrotem na zgrupowaniu reprezentacji Polski.
Strejlau tylko pokręcił głową.
– Powiedz trenerowi, że go zatrudnię, jak wyrzucę obecnego szkoleniowca.
– Roman, to nie powinno się tak odbywać. Zasady są jasne. Nie pozwolę żadnemu piłkarzowi opuścić zgrupowania.
– Powiedz trenerowi, że dam mu dom z basenem i piłkarzy, jakich tylko zechce. Wszystko!
Roman Kosecki podczas meczu reprezentacji Polski z Norwegią na Stadionie Miejskim w Poznaniu, w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata 1994 w Stanach Zjednoczonych. Polacy przegrali 0:3. 12 października 1993 r. Fot. PAP/Aleksander Dunin Kęplicz
Nic z tego. Skończyło się na tym, że w Londynie przegraliśmy 0:3, zaś po powrocie do Madrytu musiałem odcierpieć swoje na ławce. Nie żałowałem jednak tej decyzji. A niebawem cała Hiszpania miała się przekonać, że „Kosa” w rezerwie się marnuje.

Błogie uczucie zemsty

FC Barcelona była wtedy niesamowicie silna. Zaledwie rok wcześniej wygrała Puchar Mistrzów, a przed sezonem 1993/94 wzmocniła się jeszcze Romário. Brazylijczyk wyróżniał się kocimi ruchami, szarżował jak puma, a do tego miał nieprawdopodobną technikę. Michael Laudrup podawał zewnętrzną częścią stopy nad głowami obrońców, a zarazem patrzył gdzie indziej. Wtedy nie znano jeszcze pojęcia „no look pass”, Duńczyk mógłby je opatentować. Do tego José Mari Bakero, Pep Guardiola, Ronald Koeman czy Albert Ferrer. (…) Niestety, do przerwy Katalończycy byli wyraźnie lepsi, w efekcie czego przegrywaliśmy 0:3 po trzech golach Romário. Czuliśmy wielki wstyd, najchętniej zapadlibyśmy się pod ziemię, a tu jeszcze w szatni pojawił się Gil. Gdyby istniało urządzenie mierzące gęstość atmosfery, zabrakłoby skali. Prezydent nigdy nie przychodził do nas w przerwie meczu. Spodziewaliśmy się więc, że zaraz wszystko będzie fruwać. Tymczasem Gil zareagował zupełnie inaczej.

– Panowie, spokojnie. Nie możecie strzelić gola, ale macie sytuacje. Dacie radę. Jestem z wami.

Poskutkowało. Wyszliśmy na drugą połowę rozjuszeni jak byki podczas święta w Pampelunie. Niedługo po przerwie Ferrer zagrał niedokładnie do Koemana, przejąłem piłkę, wpadłem w pole karne i wykorzystałem sytuację sam na sam z Zubizarretą. Trybuny eksplodowały z radości. W końcu zdobyłem pierwszą bramkę na Estadio Vicente Calderón.

Parę minut później Koeman znowu przekonał się o mojej szybkości. Holender biegał, jakby ciągnął walizkę, więc gdy pomknąłem środkiem pola, mógł ratować się tylko faulem. Do bramki było ze 30 metrów. Do rzutu wolnego podszedł Pedro i atomowym strzałem posłał piłkę tak mocno, że Zubizarreta spóźnił się z interwencją. „Qué golazo de Pedro! Sensacional!” – wykrzyczał hiszpański komentator, a my wiedzieliśmy, że mamy Barcelonę w garści.

„Czaruś” Roberta Lewandowskiego i inni. Budzi ich szelest banknotów i przyjemnie tuli do snu

Kibice są wściekli. Media sugerują szwindel. Sport na tym traci, ale ktoś zarabia.

zobacz więcej
W końcówce z boiska wyleciał nasz pomocnik Pirri Mori, który pyskował sędziemu. Na szczęście było wtedy już 3:3. Po dalekim podaniu naszego bramkarza Ferrer znowu „obsłużył” mnie świetnym podaniem. Nie mogłem tego zmarnować. Oddałem mocny strzał lewą nogą w prawy róg, a zanim piłka zatrzepotała w siatce, ruszyłem w kierunku trybun. Kibice zbiegli na sam dół, żeby cieszyć się razem ze mną.

Ostatnie słowo także należało do nas. Gdy rywale rzucili się z pretensjami do sędziego o niepodyktowanie jedenastki na Romário, dostałem piłkę na 30. metrze od swojej bramki. Szybko znalazłem się pod polem karnym rywali, zagrałem do José Luisa Caminero i Zubizarreta skapitulował po raz czwarty.

Na koniec transmisji komentator powiedział piękne słowa: „Nagrajcie sobie ten mecz na wideo, a kasetę schowajcie do szuflady. Gdy będziecie mieć zły humor, włączcie sobie to nagranie. Dobry nastrój wróci!”. Po końcowym gwizdku kamery pokazały Jesúsa Gila, który chyba pierwszy raz w życiu miał łzy w oczach.

Pokonanie słynnego „Dream Teamu” miało swój smak. Rozpierało mnie błogie uczucie zemsty. (…)

Kosa za krokodyla

Pierwszy sezon w Atlético zakończył się dla mnie bardzo pechowo. W ostatnim meczu, przeciwko Rayo Vallecano, rywal zmiażdżył mi kość jarzmową. Bolało jak cholera. Straciłem nawet przytomność, ale mogło skończyć się gorzej, gdyby przeciwnik trafił mnie w skroń. Musiałem przejść operację, a gdy wyszedłem ze szpitala, prezydent wezwał mnie do gabinetu. Atlético skończyło sezon dopiero na 12. miejscu. Choć z dziesięcioma golami byłem drugim strzelcem zespołu, wiedziałem, że stać mnie na więcej. Myślałem więc, że Gil zjedzie mnie z góry na dół. Tymczasem on po raz kolejny zaskoczył.

Łączy nas piłka. Dzieli Boniek

Człowiek, o którym źle mówić nie wolno.

zobacz więcej
– Zapraszam cię na tydzień z całą rodziną do Marbelli. Masz wszystko opłacone.

Cały Gil. Nigdy nie wiesz, czy będzie chciał cię zastrzelić, czy zaproponuje darmowe wakacje. Oczywiście zaakceptowałem jego ofertę. Prezydent Atlético był wtedy burmistrzem miasta, a tak naprawdę jego panem i władcą. W Marbelli, tak jak w gabinetach na Vicente Calderón, też nikt nie wiedział, co mu nagle strzeli do głowy. Krążą historie, że gdy był w złym humorze, chodził po mieście i… wyzywał prostytutki oraz bezdomnych. Kiedyś prezes klubu z Composteli powiedział, że mieszkańcy Marbelli są głupcami, skoro wybrali Jesúsa na burmistrza. Gil ruszył na niego z pięściami i wyprowadził cios, wywołując kolejny skandal. (…)

Ja też w końcu podpadłem prezydentowi. W rundzie wiosennej sezonu 1994/95 w jednym z wywiadów Gil powiedział, że jego koń biega szybciej niż piłkarze. Rzeczywiście miał pięknego białego rumaka, z którym – jak głosi legenda – dyskutował godzinami o futbolu i konsultował dymisje trenerów. Po skandalicznych słowach Gila odpowiedziałem na łamach mediów, że zapraszamy konia na trening. „Założymy mu koszulkę i będzie strzelał gole” – zaproponowałem.

Stwierdziłem ponadto, że Gil nie atakuje tylko swojego konia i nowego krokodyla. Nie wiem, czy to ostatnie szczególnie go nie dotknęło. Prezydent dostał ponoć zwierzę od samego Fidela Castro. Wtedy gad mierzył tylko 40 centymetrów, ale za parę miesięcy miał urosnąć do siedmiu metrów. Gil opowiadał, że nieposłusznych piłkarzy będzie mu rzucał na pożarcie. Pewnie wyobrażał już sobie, jak Furia – tak nazwał swojego ulubieńca – pałaszuje Koseckiego, ale zanim do tego doszło, musiał oddać gada. Krokodyl był z gatunku tych pod ochroną, sprawą zainteresował się Światowy Fundusz na rzecz Przyrody i Gil nie miał wyboru. Rozstanie nastąpiło z wielką pompą – przy okazji meczu z Barceloną w Pucharze Króla. Prezydent przyniósł krokodyla na stadion i przekazał go odpowiednim służbom.

Gdy zażartowałem z jego zwierzaków, Gil nie wytrzymał.
– Kosecki, qué pasa? Co się dzieje? To ja mam gadać, ty masz grać!
– Prezesie, ale my przecież chcemy jak najlepiej.
– Eh, polaco, polaco…

Dostałem jeszcze od Gila na łamach mediów: „Nie obchodzi mnie, co mówi ten matoł. Ten głupiec… Jak mogę bardziej kochać zwykłego najemnika od konia? Co on pokazał w Atlético? Gdzie są jego gole? Niech bierze swoje pieniądze i wraca do Polski. Im szybciej odejdzie, tym lepiej”.

– Dariusz Faron, Dariusz Dobek

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Publikacja za zgodą wydawcy, tytuł i śródtytuły od redakcji.
Zdjęcie główne: Dla Romana Koseckiego szef Atlético chciał przekupić Polski Związek Piłki Nożnej.
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Historia niezłomności i kolaboracji aktorów od czasów okupacji
Chłopcy z konspiracji strzygli i chłostali zdrajców podczas spektaklu, na oczach publiczności.
Historia Najnowsze wydanie
Totalna inwigilacja
Czy żyliśmy w Ubekistanie? Nasza rodzina na pewno.
Historia Poprzednie wydanie
„Podobno są jatki, gdzie z ludzi robią kiełbasy”. Mięso w PRL-u
Skazano za nie na śmierć. Było powodem strajków w 1970, 1976 i lipcu 1980 roku.
Historia Poprzednie wydanie
Kołacz Kaufmana. Polska miała sięgać aż po Ren
To był plan zagłady Niemiec: rozbiór ziem i sterylizacja 48 milionów ludzi.
Historia wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Na odsiecz Finom! Wojna zimowa a sprawa polska
Gdyby Helsinki czekały na pomoc aliantów, zostałyby na lodzie.