Rozmowy

Polacy zostali sprowadzeni do roli siły roboczej, wciąż wykonują najgorszą pracę

Repatriantom nie zawsze się udaje. Wioleta po przyjeździe do Polski wrosła w środowisko rosyjskojęzyczne. Wśród jej przyjaciół są głównie Rosjanie, Ukraińcy, a nie Polacy. Dopóki żyła babcia, czuwała nad nią. Ale kiedy babci zabrakło, ta rosyjskojęzyczna diaspora ją wchłonęła – o potomkach polskich zesłańców do Kazachstanu opowiada Jerzy Szkamruk, autor filmu „Złączyć się z narodem”.

Do 6 grudnia trwa tegoroczna edycja Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Kino z duszą”. Tym razem ze względu na pandemię „Kino w duszą” przeniosło się do internetu, a festiwal zmienił formułę na spotkania filmowe. Dzięki bezpłatnej platformie, dostępnej na stronie kinozdusza.pl widzowie mogą obejrzeć wiele filmów z poprzednich edycji – Wejście na platformę jest bardzo proste: po wypełnieniu dwupunktowego formularza, otrzymuje się hasło i można rozpocząć filmowy seans. Całkowicie za darmo – zachęcają organizatorzy przedsięwzięcia.

Do internetu przeniosły się też spotkania z twórcami. W sobotę, 28 listopada o godz. 20.00 na festiwalowym Facebooku oraz w serwisie YouTube będzie można śledzić rozmowę z Jerzym Szkamrukiem, którego film „Złączyć się z narodem” w 2018 roku otrzymał Nagrodą Specjalną Dyrektor Festiwalu „Kino z duszą”.
Fot. printscreen/ „Złączyć się z narodem”, reż. Jerzy Szkamruk
TYGODNIK TVP: Pana film „Złączyć się z narodem”, który można oglądać w czasie tegorocznych spotkań filmowych „Kina z duszą”, zaczyna się od cytatu: „Po II wojnie pokonane Niemcy repatriowały 800 tysięcy ludzi. Kazachowie umożliwili powrót do kraju milionowi swych obywateli. Tylko Polska zapomniała o swoich rodakach. Do kraju wróciło ich około sześciu tysięcy”. Sześć tysięcy z ilu? Ilu obywateli Kazachstanu uważa się za Polaków czy polskiego pochodzenia?

JERZY SZKAMRUK: Faktycznie dane, które podaliśmy w filmie były właśnie takie. Tyle że w 2017 roku polski rząd rozpoczął akcję repatriacyjną i w ciągu tego czasu do Polski z Kazachstanu przyjechało jeszcze kilka tysięcy Polaków.

Ale ile osób w Kazachstanie przyznaje się do polskości?

Około 30 tysięcy.

Nie tak wiele. Nieduże miasto powiatowe.

Osób z polskimi korzeniami może być o wiele więcej. Są ludzie z rodzin mieszanych. Wiele osób z rodzin polsko-niemieckich wyjechało do Niemiec. Poza tym w latach 90. Rosjanie zrobili dużą akcję po rozpadzie ZSRR, gdy Polaków z Kazachstanu osiedlali w Obwodzie Kaliningradzkim. Przeniosło się tam wtedy około 2 tys. osób, bo wydawało się im, że to bliżej Polski, więc łatwiej będzie wrócić, a okazało się, że to nie takie proste…

Pan w swoim filmie opowiada o mieszkańcach wioski o nazwie Zielony Gaj, leżącej 50 km od stolicy Kazachstanu, wtedy Astany, która dziś nosi nazwę Nur-Sułtan.

… i o mieszkańcach innej wioski, Kamyszynki.

Jak pan ich znalazł?

To był zupełny przypadek. Jechaliśmy do Kazachstanu robić inny film. Nasz przyjaciel, franciszkanin, misjonarz ks. Paweł Blok zaproponował nam udział w pielgrzymce z Astany do Kamyszynki, która odbywa się raz do roku, ostatniego dnia sierpnia.

Na tej pielgrzymce spotkaliśmy rodzinę Kulikowskich, babcię Lusię Mierzejewską i innych bohaterów naszego filmu. Postanowiliśmy nagrać ich historie, dlatego że wydawały się nam niesamowite. Wie pani, kiedy 4 tysiące kilometrów od kraju, na zabitych wsiach zobaczy się Polaków, którzy są przywiązani do polskości i wiary, to coś człowieka porusza.

W Kazachstanie praktycznie nie ma ludzi niewierzących. 99 proc. społeczeństwa deklaruje się jako wierzący. 75 proc. z nich to muzułmanie, którzy chodzą do meczetów, przeważnie mężczyźni, w przeciwieństwie do katolików. U nas, jak wiadomo do kościoła chodzą przede wszystkim kobiety.

Pozostałe 25 proc. to prawosławni, Żydzi i katolicy właśnie, głównie Polacy. Przez wiarę wyrażają swoją tożsamość. Stąd pielgrzymki, katolickie nabożeństwa, itd. Dla nich to jest sposób na podtrzymywanie więzi, także narodowych. W kościołach, parafiach mogą zademonstrować, kim są naprawdę. Także wobec innych narodowości. Oni są dumni ze swojego pochodzenia.

Kim zatem są mieszkańcy Zielonego Gaju – i dodajmy: to nie jest tłumaczenie z rosyjskiego, tylko oryginalna nazwa wsi. Polska nazwa. Jak się tam znaleźli?

Na „białe niedźwiedzie”. 80 lat temu Sowieci rozpoczęli zsyłki Polaków

Chodzili po wagonach, nosząc pod rękami zmarzłe dzieci, niemowlęta, pytając się czy „zamierszczych rebiat nima”.

zobacz więcej
To potomkowie ludzi, którzy w większości przypadków znaleźli się tu w wyniku „operacji polskiej” NKWD. To była akcja wymierzona w Polaków mieszkających w ZSRR i prowadzona w latach – historycy mówią –1937-1938, ale w rzeczywistości represje zaczęły się już w 1936 roku, a nawet wcześniej.

Skąd się wzięli w ZSRR, z jakich terenów pochodzili?

Najczęściej z terenów I RP, które po wojnie polsko-bolszewickiej na mocy traktatu ryskiego z marca 1921 roku przypadły Związkowi Sowieckiemu. Kiedy zaczęła się „operacja polska”, represjonowani zaczęli być wszyscy Polacy, nawet komuniści. Jedni byli mordowani – Nikołaj Iwanow, rosyjski historyk pracujący w Polsce twierdzi, że taki los spotkał nawet 200 tys. Polaków – inni deportowani na wschód. Szacuje się, że do Kazachstanu, który wtedy był częścią Związku Sowieckiego wywieziono około 200 tys. Polaków.

Kim byli?

Przede wszystkim wywożono tzw. element niepożądany politycznie, czyli ludzi raczej wykształconych, stanowiących elitę w swoim środowisku. Widać to choćby po nazwiskach: Lisowscy, Kozłowscy, Kulikowscy, Mierzejewscy... Na przykład doszukaliśmy się w dokumentach, że dziadek Leokadii Mierzejewskiej, babci Lusi, był inżynierem hutnikiem, który na tereny dzisiejszej Ukrainy przyjechał za pracą.

On i jego rodzina zostali wywiezieni w pierwszej kolejności. Wcześniej zostali pozbawieni dorobku całego życia. Mogli zabrać trochę ubrań, jakieś zwierzęta, jeżeli je mieli. Jechali tygodniami w bydlęcych wagonach, a potem byli wyrzucani na pusty step, gdzie nie było niczego: domów, drzew, zupełnie nic. Wykopali ziemianki, żeby się gdzieś schronić. Potem posadzili drzewa, zasiali zboże. Tak powstał Zielony Gaj.

Dlaczego po tylu latach chcą wyjechać do Polski, której przecież kompletnie nie znają? Leokadia Mierzejewska mówi w pewnym momencie: jedni chcą jechać dla pieniędzy, inni dla języka, tylko ja jedna, stara chciałabym po prostu złączyć się z narodem.

Tak, stąd tytuł filmu.

Rozmawiał pan z wieloma ludźmi, co ich do nas ciągnie?

Oni po prostu czują się Polakami. Wrócić do Polski to było marzenie ich rodziców, dziadków. Mają świadomość, że to nie Kazachstan jest ich ojczyzną, ale Polska. Względy ekonomiczne mają oczywiście duże znaczenie, dlatego że potomkowie Polaków bardzo często są w Kazachstanie na niższych szczeblach drabiny społecznej. 95 procent potomków zesłańców wciąż pracuje w kołchozach. W ZSRR nie pozwalano im się uczyć. Łatwiej było się wykształcić Kazachowi czy Niemcowi niż Polakowi. Stąd nie ma wśród nich tak wielu lekarzy czy inżynierów.

Pamiętam, jak swego czasu ówczesny marszałek Senatu Stanisław Karczewski chciał do Polski ściągnąć ze Wschodu lekarzy. I z Kazachstanu przyjechało kilkanaście osób. To bardzo przykre, gdy potomkowie inteligencji, ludzi wykształconych, zostali sprowadzeni do roli siły roboczej, która wykonuje najgorszą pracę.
Leokadia Mierzejewska Fot. printscreen/ „Złączyć się z narodem”, reż. Jerzy Szkamruk
Dlaczego dziś nie mogą się uczyć? ZSRR nie istnieje, represje dawno ustały, a stolica Kazachstanu, jak pan pokazał w filmie, sprawia wrażenie bardzo nowoczesnego miasta.

Ale tylko stolica i może jeszcze Ałmaty, poza tym reszta to step i kilka post-sowieckich brzydkich miast. Ale najważniejsze jest to, że u Kazachów od wieków dużą rolę odgrywają rodziny. Ludzie należący do ważnych rodów pomagają sobie nawzajem, troszczą się o siebie, a jak ktoś jest poza klanem, ten ma ciężko. Nie można się więc dziwić, że Polacy chcą jechać do Polski, gdzie czeka ich lepsze życie. Tu mogą się dokształcić, wysłać dzieci do lepszej szkoły...

Mówi pan: lepsze życie. Czy na pewno? To są przecież ludzie, którzy ani sami, ani ich rodzice, a często nawet dziadkowie na oczy Polski nie widzieli. Nie znają języka, zwyczajów, często nawet mentalność mają różną od naszej.

Szczątkową znajomość języka najczęściej jednak mają, bo w domach zwykle była książeczka do nabożeństwa, często modlili się po polsku, ale rzeczywiście nie mówią w sposób komunikatywny. I to jest duża trudność. Ukraińcom na przykład ze względu na podobieństwo języka ukraińskiego, łatwiej się nauczyć polskiego, a Polakom z Kazachstanu, których pierwszym językiem jest rosyjski – trudniej. Muszą zaczynać od początku, a na dodatek są to często dojrzali już ludzie, którzy mają po 40, 50 lat.

… Którzy, jak pan powiedział, nie mają szczególnie wysokiego wykształcenia.

Ale mają na tyle inteligencji, żeby chcieć się uczyć. A już młode pokolenie, ci, którzy przyjeżdżają tu na studia, radzą sobie bez żadnego problemu. Do dziś mamy kontakt z rodzinami, które przyjechały do Polski – do Lubina, Białegostoku czy Polic – i one się bardzo szybko zasymilowały ze społeczeństwem polskim. Okazali się świetnymi pracownikami.

Mam nagrane wywiady z tymi ludźmi. Dzieci świetnie się uczą, mało jest przypadków, żeby się źle uczyły. Myślę, że to kwestia jednego pokolenia, gdy ci ludzie na dobre wrosną w naszą kulturę. Na pewno my jako społeczeństwo będziemy z nich mieli duży pożytek.

Przekonuje pan, że wszystko idzie świetnie.

Na pewno są osoby, którym się nie powiodło, ale to są wyjątki. Naprawdę, jeden na sto. Zdarzało się, że ktoś sobie nie radził i wrócił do Kazachstanu, ale po kilku miesiącach znów był w Polsce.

No dobrze, ale w pańskim filmie ważną bohaterką jest wnuczka pani Lusi Mierzejewskiej – Wioleta Kozłowska do Polski przyjechała jako nastolatka. Zaczęła się uczyć w liceum dla Polaków ze Wschodu w Warszawie, potem poszła na studia. Odniosłam wrażenie, że ta dziewczyna jest w Polsce niezwykle samotna, że realizuje nie swoje marzenie, tylko babci, która przez całe życie chciała „złączyć się z narodem”.

Rzeczywiście, Wiolecie się nie do końca udało. W Polsce wrosła w środowisko rosyjskojęzyczne. Wśród jej przyjaciół są głównie Rosjanie, Ukraińcy, a nie Polacy. Dopóki żyła babcia, czuwała nad nią. Ale kiedy babci zabrakło, Wioleta nie miała motywacji i ta rosyjskojęzyczna diaspora ją wchłonęła.

Polska w sercu i w modlitwie. Ciężkie losy kazachstańskiej Polonii

Dopiero w ostatnich latach sytuacja naszych rodaków się poprawia.

zobacz więcej
A więc tak, są i takie przypadki. Czasami się nie udaje, jak to w życiu. Ale zdecydowanie więcej jest przykładów optymistycznych. Trzy córki państwa Kulikowskich poradziły sobie bez większych problemów, wykształciły się na księgowe, byłem na weselu jednej z nich.

A za kogo wyszła za mąż ta panna Kulikowska? Za Polaka z Kazachstanu?

Nie, za Polaka z Polski, bankowca. Z tego, co wiem, są szczęśliwi. O tym, jak córki Kulikowskich sobie radzą, świadczy też to, że rodziców do Polski sprowadziły same, nie korzystając z programu rządowego, nie przez ośrodki adaptacyjne. Same znalazły im mieszkanie, wyrobiły dokumenty. A rodzice mieli już ponad 60 lat, byli na emeryturze.

Oczywiście przez dwa, trzy lata nie było im łatwo. Bo nie jest łatwo przenieść się z domku w małej wiosce do miejskiego bloku. Ale się udało. Zaczęli tu nowe, normalne życie, mają pracę.

Wspomniał pan o ośrodkach adaptacyjnych. Co to takiego? Jak wygląda ten powrót do domu? Na początku mówiliśmy, że Niemcom szybko udało się sprowadzić 800 tysięcy ludzi.

Niemcy popełnili jednak błąd, który do dziś skutkuje tym, że ci ludzie nie do końca się zintegrowali ze społeczeństwem niemieckim. Swoich repatriowanych umieścili w obozach przejściowych, gdzie przybysze przede wszystkim mieli się nauczyć języka niemieckiego. Bo i dla nich największym problemem był język. Niemcy z Kazachstanu po prostu nie mówili po niemiecku, zwłaszcza że wielu z nich pochodziło z rodzin mieszanych: żona Rosjanka, mąż Niemiec, albo dzieci, które pokończyły rosyjskie szkoły.

Po czasie okazało się jednak, że skupienie w jednym miejscu tylu ludzi z tego samego środowiska powoduje, że oni zamiast uczyć się niemieckiego, między sobą mówią po rosyjsku. I nawet dzisiaj, po tylu latach, mają problemy z integracją.

W Polsce sprawa wygląda inaczej. Mamy dwa ośrodki adaptacyjne w Pułtusku i Środzie Wielkopolskiej. Znam dobrze ośrodek w Pułtusku: pracują tam niezwykle życzliwi ludzie, którzy dbają o to, żeby naszych rodaków jak najszybciej przysposobić do życia w Polsce. Pokazują im nasze zwyczaje, uczą historii, pilnują, żeby repatriantów lokować w miarę możliwości jak najbliżej nas, Polaków, pomagają znaleźć mieszkanie czy pracę.

Czy ten program cały czas trwa?

Tak, ale teraz jest mocno ograniczony z powodu pandemii koronawirusa. Z tego, co wiem w tym roku przyleciała jedna grupa do Środy Wielkopolskiej. Właśnie teraz pod koniec listopada przylatuje kolejnych 170 osób, właśnie do Pułtuska.

Ale muszę to podkreślić: cały program repatriacyjny nie byłby możliwy bez pani Aleksandry Ślusarek, prezes Związku Repatriantów RP, która od 30 lat zabiega o powrót tych ludzi do domu. Naprawdę wykonuje kawał dobrej i potrzebnej roboty. Bo to są tacy sami Polacy jak my, a często nawet bardziej patriotyczni niż my tu, w Polsce. Ściągnięcie ich do kraju to po prostu nasz obowiązek.
Koronawirus faktycznie pokrzyżował wiele planów. Także „Kina z duszą”. Miał być festiwal, a jest retrospektywa. Ale dzięki temu można jeszcze raz obejrzeć pański film.

Bardzo się cieszę, że mogę pokazywać tu film, bo to wyjątkowy przegląd. Każdy z filmów, jak nazwa festiwalu wskazuje, naprawdę ma duszę. Miałem możliwość obejrzeć kilka dokumentów i jestem pod ich ogromnym wrażeniem. To w większości filmy o tematyce społecznej opowiadające o ludzkich sprawach, troskach, ale takich głębszych, siedzących właśnie w duszy.

Bardzo polecam filmy na portalu „Kino z duszą”. Mam nadzieję, że ten festiwal będzie jeszcze długo funkcjonował i że za rok wróci do kina, bo nie za wiele jest miejsc, gdzie można pokazywać filmy dokumentalne. To szczególny gatunek. Na filmach dokumentalnych nie da się zarobić, trzeba do nich raczej dołożyć. Ale gdyby było więcej możliwości pokazywania filmów, które opowiadają o czymś ważnym, więcej takich festiwali jak „Kino z duszą”, to być może młodzi ludzie chętniej sięgaliby do historii.

Dlaczego mieliby bardziej się interesować historią? Kiedy zmarła babcia Lusia, pojechaliśmy z kamerą na jej grób. Na tym cmentarzu jest kilkaset takich grobów, w całym Kazachstanie dziesiątki tysięcy. Ale za dziesięć, dwadzieścia, może za pięćdziesiąt lat one przestaną istnieć. Step je przykryje, trawa zarośnie. I nikt nie będzie pamiętał o Polakach, którzy zawsze chcieli wrócić do ojczyzny. Myśmy o nich też dawno zapomnieli. Dlatego warto o nich przypominać.

Kiedy zrealizowaliśmy nasz film, nie skończyliśmy na festiwalach, tylko dzięki pomocy różnych instytucji pokazujemy go w szkołach, domach kultury, byliśmy z nim na Litwie, gdzie mieszka ludność polska. W sumie odbyło się około 150 pokazów. Wszędzie film spotykał się z życzliwością, ze wzruszeniami. Niektórzy odnajdywali w nim część historii własnych rodzin.

Wiele osób chciało się zatroszczyć o naszych bohaterów i innych Polaków z Kazachstanu, pomóc im. Ale najbardziej utkwiła mi w pamięci recenzja kilkunastoletniego chłopaka z Pułtuska, który napisał: „Nie lubię oglądać filmów dokumentalnych, ale ten mi się bardzo podobał”.

– rozmawiała Beata Zubowicz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Jerzy Szkamruk jest reżyserem, scenarzystą i producentem. Autor filmów „Historia Chopina – opowiada Ian Gillan” i „Benedykt Polak – Wielcy odkrywcy”.
Zdjęcie główne: Wioleta Kozłowska. Fot. printscreen/ „Złączyć się z narodem”, reż. Jerzy Szkamruk
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Bezdomni szefowie warsztatu ślusarskiego, stolarni, pizzerii...
Produkują ławki, kosze na śmieci, przystanki autobusowe. Uprawiają warzywa, a włoski kucharz Iwo sprzedał im know-how swojej kuchni.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Dzikie zwierzęta otoczyły nas w tajdze syberyjskiej, a w Iranie...
Ida Nowakowska: Powierzam swoje życie Panu Bogu i Jego decyzjom.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Jak przebrać wołowinę za sarninę. Tajniki dawnej polskiej kuchni
Ptaki uznawano za mięso lepsze z tego powodu, że to zwierzęta będące bliżej nieba - nawet, jeśli są nielotami.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Kozioł ofiarny wygnany z cyfrowej wspólnoty
Blokując profile odchodzącego prezydenta USA portale społecznościowe chciały się przypodobać nowej władzy.
Rozmowy wydanie 8.01.2021 – 15.01.2021
Disneyland z podgrodziami? Kraków powinien być czymś więcej
Hostel dla osób LGBT i radykalna feministka na stanowisku prezydenckiego pełnomocnika zamiast wizji rozwoju miasta.