Kultura

Mistrz kung-fu i cza-czy. Przyjaciel Polańskiego. Jaki był Bruce Lee?

Polski reżyser opisał drobne mankamenty mistrza sztuk walki – był krótkowidzem, ale też plusy – niesamowity refleks: „Któregoś dnia, po jednym z naszych treningów, oparł nogę na zderzaku swojego samochodu i z okularami zsuniętymi na czubek nosa zawiązywał sznurowadło. Postanowiłem wymierzyć mu cios w stopę. Nawet na mnie nie spojrzał: błyskawicznie wyciągnął rękę i złapał mnie za kostkę”. Bruce Lee 27 listopada skończyłby 80 lat.

– Jest przedstawiany jako arogancki dupek, a nie jako ktoś, kto musiał wkładać trzy razy więcej wysiłku, by osiągnąć coś, co innym przychodziło łatwo. Naprawdę czułam się niekomfortowo siedząc w kinie i słuchając ludzi śmiejących się z mojego ojca – powiedziała w jednym z wywiadów Shannon, córka Bruce’a Lee. Jak zaznaczyła, ojciec unikał walki z ludźmi, którzy nie byli profesjonalistami w tym, co on sam robił.

O co dokładnie poszło? Czyje podejście do mistrza ją zirytowało? Winowajcą jest Quentin Tarantino. A dokładniej jedna ze scen jego filmu „Pewnego razu… w Hollywood”, którego światowa premiera miała miejsce w maju ubiegłego roku.

Bruce Lee wyzywa w niej na pojedynek kaskadera, w którego wciela się Brad Pitt. Przy okazji chwali się, że pokonałby samego Muhammada Alego. Walka kończy się zwycięstwem Pitta, zaś mistrz, instruktor i filozof sztuk walki zostaje nie tylko pokonany, ale efektownie rzucony na stojący na planie samochód. To właśnie oburzyło Shannon Lee i sprawiło, że na Tarantino posypały się gromy.


Pytany o jej wypowiedź reżyser odrzekł dość lapidarnie, że jego dzieło to fikcja, ale obrazu Lee nie przerysował.

Nie wymyśliłem zbyt wiele…

– Bruce Lee był trochę aroganckim facetem. Nie wymyśliłem zbyt wiele. Słyszałem, jak mówił takie rzeczy – twierdził Tarantino. Na dowód przytoczył fragment biografii Lindy Lee, czyli żony aktora-mistrza. Miała ona przyznać, że jej mąż chwalił się, że dałby radę pokonać Alego.

– Brad Pitt nie byłby w stanie pokonać Bruce’a Lee, ale grany przez niego Cliff Booth mógłby. Gdy mówię, że mógłby to zrobić, mam na myśli, że jest to postać fikcyjna. W takim wypadku mógłby to zrobić – tłumaczył reżyser i dodał, że w taki właśnie sposób chciał… uhonorować mistrza sztuk walki.

Ten nieokrzesany Tarantino i jego niepoprawne filmy

Jest filmowym erudytą, który nie ma żadnych zahamowań przed cytowaniem i przerabianiem tego, co zrobili inni.

zobacz więcej
Słowa Tarantino jeszcze bardziej zdenerwowały Shannon. – Powinien się zamknąć. To byłoby naprawdę miłe. Może też przeprosić lub powiedzieć: „Szczerze mówiąc, nie wiem, jaki był Bruce Lee. Stworzyłem jego postać w swoim filmie, ale nie należy jej traktować jako odzwierciedlenia tego, jaki był” – odpowiedziała.

– Najbardziej niepokojącą rzeczą w jego odpowiedzi jest to, że z jednej strony chce to przedstawić jako fakt, a z drugiej pozostać w fikcji. Tarantino może pokazać Bruce'a Lee, jak tylko chce. Ale to trochę nieuczciwe, gdy mówi: „No cóż, taki był, ale to fikcja, więc nie przejmujcie się tym zanadto” – ubolewała córka mistrza.

Kurdupel Polaczek

Łatwo jest wmawiać cechy czy fakty osobie, która nie żyje i nie może się bronić. Czy zatem rzeczywiście Tarantino „zrobił pajaca”, jak uważa Shannon, z bohatera kultowego „Wejścia smoka”?

– Sposób przedstawiania naszych zmarłych bliskich to kwestia drażliwa dla każdego. Córka Lee chce, by o jej ojcu mówiono tylko i wyłącznie godnie, pięknie, by podkreślano jego zalety. Artysta zaś, a takim z pewnością jest Tarantino, ma prawo do swojej wizji danej postaci, czasem lekko ironicznej lub groteskowej – uważa Małgorzata Bulaszewska z Uniwersytetu SWPS, doktor nauk humanistycznych badająca kulturę i zjawiska związane z filmem.

Tłumaczy, że na tym tle często dochodzi do nieporozumień, bo bliscy nadinterpretują intencje twórcy dzieła. Za przykład podaje niedawne kontrowersje związane z książką bratanicy Donalda Trumpa, którą miała zaatakować stryja ubiegającego się o reelekcję na prezydenta USA. – Tymczasem ona – a uważam tak, bo przeczytałam tę książkę – nie atakuje, lecz jedynie stara się zrehabilitować pamięć o swoim ojcu, który zmarł z powodu alkoholizmu. Dopiero w ostatnim rozdziale pisze, że Donald to nie jest dobry kandydat na prezydenta. W przypadku Lee sytuacja jest podobna: córka czuje, że bliscy przejęli spuściznę po nim i bardzo dbają, by nie pojawiła się na niej żadna niepożądana rysa – wyjaśnia dr Bulaszewska.

Shannon Lee zarzuciła przy tym Tarantino rasizm, z którym jej ojciec – jak stwierdziła – walczył długie lata. Małgorzata Bulaszewska jednak nie widzi tych uprzedzeń w „Pewnego razu… w Hollywood”: – Ten film to typowy dla Quentina sposób widzenia świata i jego niedoskonałości. Proszę zwrócić uwagę, jak został przedstawiony Roman Polański, czyli „ten kurdupel, Polaczek”. Tarantino zauważa narzucane ludziom role czy gęby funkcjonujące w społeczeństwie i podkręca je na swój autorski sposób, często bawiąc się konwencją kina gatunkowego. Swoich bohaterów traktuje z ironią i dystansem.
Bruce Lee, grający Kato w serialu telewizyjnym „Zielony szerszeń” (The Green Hornet, 1966-1967), demonstrje trzy podstawowe pozycje w kung-fu, wschdniej sztuce samoobrony. Fot. Getty Images
„Kurdupla Polaczka” i popisującego się swymi umiejętnościami Lee – jak nakreślił ich w filmie Tarantino – łączyło zresztą coś więcej, niż specyficzny „hołd” oddany przez ekstrawaganckiego reżysera. Przyjaźnili się, a mistrz uczył samoobrony zarówno Polańskiego, jak i jego żonę Sharon Tate. Polski reżyser rewanżował mu się nauką jazdy na nartach.

„Na podjeździe prowadzącym do domu Patty Duke [aktorki] urządziliśmy sobie miejsce treningów. Bruce uczył mnie m.in. bocznego uderzenia stopą. Stale mnie namawiał, żebym go niespodziewanie zaatakował. »Nie dam się zaskoczyć – zapewniał mnie – nie zrobisz mi krzywdy, a być może sam się czegoś nauczysz«" – tak o lekcjach z Lee pisał Polański w swojej autobiografii „Roman”, wydanej w 1988 roku.

Poznali się dzięki żonie Polaka – Sharon. Aktorka w 1968 roku w filmie „The Wrecking Crew” grała dziewczynę trenującą karate. To wtedy, jak pisze Polański, w ich życie „wkroczyła nowa postać”.

„Sharon chciała koniecznie, żebym poznał instruktora, który na zlecenie wytwórni dawał jej lekcje. »Będziecie do siebie pasowali« – powiedziała i zaprosiła go na kolację. W ten sposób poznałem Bruce’a Lee” – wspomina Polański.

Z okularami na czubku nosa

I faktycznie przypadli sobie do gustu. Być może rozumieli się tak dobrze dlatego, że obydwaj byli de facto obcy w środowisku Hollywood. Choć akceptowani i zdolni, to jednak wciąż byli ludźmi z zewnątrz.

Polański opisał w swej biografii drobne mankamenty mistrza walki: był krótkowidzem i nosił okulary. Ale zauważył też wielkie plusy: Lee miał niesamowity refleks. Te cechy razem wzięte budziły zabawne sytuacje.

„Któregoś dnia, po jednym z naszych treningów, oparł nogę na zderzaku swojego samochodu i z okularami zsuniętymi na czubek nosa zawiązywał sznurowadło. Postanowiłem wymierzyć mu cios w stopę. Nawet na mnie nie spojrzał: błyskawicznie wyciągnął rękę i złapał mnie za kostkę” – opowiadał Polański.

Co wolno Polańskiemu

Czy sam talent wystarczy, żeby zrekompensować potworne skutki zbrodni?

zobacz więcej
Reżyser przyznał też, że jako nauczyciel jazdy na nartach poniósł porażkę. Bowiem mimo wspomnianego refleksu i płynności ruchów, Bruce Lee nie potrafił utrzymać się na dwóch deskach przypiętych do nóg. Nieumiejętność opanowania takich, prostszych z pozoru sztuk niż władanie nunczako, mistrz nadrabiał – zauważa Polak – urodą oraz łagodnością.

„Mimo licznych przyjaciół, jakich miał w Hollywood, Bruce nie zaspokoił jeszcze swych ambicji aktorskich i reżyserskich. Wytwórnie widziały w nim jedynie czołowego instruktora i eksperta od walk wschodnich. Potrafił uczyć wszelkich form walki bronią i bez broni" – tak wspominał Polański początki kariery chińskiego przyjaciela.

Jak w ogóle doszło do tego, że Bruce Lee pojawił się w Hollywood i otrzymał szansę na spełnienie swojego „amerykańskiego snu”? Owszem, urodził się – nomen omen w roku Smoka 1940 – w USA, w San Francisko, w rodzinie artystycznej. Tak naprawdę nazywał się Lee Jun-fan (angielskie imię Bruce wymyśliła mu niania), imię otrzymał po ojcu Lee Hoi-chuenie, Chińczyku Han, aktorze opery kantońskiej. Matka Grace Ho, Azjatka, była śpiewaczką. Późniejszy idol już mając około trzech miesięcy pojawił się na ekranie – ojciec trzymał go na rękach, grając w dramacie „Kobieta ze złotej bramy” (Golden Gate Girl, 1941).

Jednak gdy miał trzy lata, „Mały smok” (pod tym pseudonimem jest znany w Azji; nadała mu go jedna z dwóch sióstr, miał też dwóch braci) razem z rodzicami przeniósł się do Koulun w Hongkongu (w owym czasie region był w 99-letniej dzierżawie przez Wielką Brytanię, do Chin wrócił ponad pół wieku później, w 1997 roku). Wychowywany był głównie przez matkę. Ojciec, z racji aktorskiego zawodu i operowych występów, był nieustannie w trasie. Sztuki walki były więc sposobem na wychowanie trudnego syna.

Chłopak – posłany do katolickiego La Salle College, gdzie zajęcia prowadzili chińscy nauczyciele – nie lubił bowiem szkoły. Wolał włóczyć się po Hongkongu i wdawać w bójki, za które usunięto go o z La Salle i naukę kontynuował w szkole jezuickiej dla chłopców. W wieku 13 lat został pobity przez uliczny gang.
Sztuki walki były dla Lee Hoi-chuena i Grace Ho sposobem na wychowanie ich syna Lee Jun-fana, który nie lubił chodzić do szkoły i wdawał się w uliczne bójki – stał się póżniej znany jako mistrz kung-fu Bruce Lee (na zdjęciu z rodzicami w Hongkongu, późne lata 50. XX w.). Fot. Michael Ochs Archive/Getty Images
Rodzice wpadli na pomysł, by poradzić sobie z kłopotami syna, wysyłając go na lekcje kung-fu. Lee od razu złapał bakcyla. Praktykował styl Wing Chun u legendarnego sifu Yip Mana (na jego biografii bazował film „Ip Man”), którego odwiedzał też po latach.

Ale nie tylko to go pochłonęło. Zainteresował się chińską filozofią, szermierką, boksem i… tańcem. W wywiadach często powtarzał, że ta ostatnia dyscyplina ma ze sportami walki bardzo wiele wspólnego, głównie, jeśli chodzi o koordynację nóg i płynność ruchów. W 1958 roku Lee został mistrzem tanecznym w turnieju latynoamerykańskiej cza-czy w Hongkongu. Stworzył nawet specjalny zeszyt do cza-cz, w którym zapisał ponad setkę kroków tego tańca.

Umiejętności walki dawały mu przewagę w ulicznych walkach, ale też ciągnęły w złą stronę. Mając 18 lat wstąpił do gangu ulicznego o nazwie „8 Tygrysów Junction Street”. Popadał w konflikty z policją. W końcu rodzice postanowili wysłać go do Stanów Zjednoczonych.

Atrapa człowieka, w którą można było bić

Rodzice chcieli go wyrwać ze środowiska i mieli nadzieję że w Ameryce skończy szkołę średnią, a potem studia. Chłopak wybrał filozofię na Uniwersytecie Waszyngtońskim w Seattle, a w wolnych chwilach dorabiał jako instruktor kung fu. Najpierw udzielał lekcji tylko Azjatom, ale wieści o dobrym nauczycielu rozeszły się tak szybko, że klientów było coraz więcej. Lee zdecydował, że otworzy własną szkołę sztuk walki – Jun Fan Gung-Fu Institute.

Rozwijał swój biznes i otwierał kolejne placówki w amerykańskich miastach, w tym w Los Angeles. Opublikował książkę poświęconą chińskiej sztuce walki i współpracował ze znanymi w USA mistrzami, m.in. Edem Parkerem (kenpō karate) i Jhoonem Rhee (taekwondo).

W 1964 roku wziął ślub z poznaną jeszcze w Seattle Lindą Emery, z pochodzenia Szwedką, choć jej rodzice nie byli z tego zbytnio zadowoleni. Rok później przyszedł na świat ich syn Brandon, a trzy lata po nim urodziła się córka Shannon.

Hollywood samo się cenzuruje. Dla Pekinu. Za pieniądze

„Top Gun”, „Piratów z Karaibów”, „Mission Impossible”, „Bohemian Rhapsody”… Te filmy zmieniono dla Chińczyków.

zobacz więcej
Bruce postanowił nie tylko inwestować w swoją firmę, ale stworzył i doskonalił swój własny styl walki, czyli Jeet Kune Do. Chciał, by jego sztuka była prosta i skuteczna. Stworzył połączenie Wing Chun, który skupiał się na samoobronie i kontrataku na ciosy przeciwnika, karate tradycyjnego, judo oraz kick-boxingu. Dziś uważa się, że styl Lee był bazą dla popularnego dziś MMA – mieszanych sztuk walki.

Wiadomo tylko o jednym Polaku, który był bliskim uczniem Lee. Staszek – bo tak każe się nazywać – opowiadał w reportażu radiowej Trójki „Uczeń smoka” o swoim spotkaniu z mistrzem i miejscu, w którym uczył swej techniki: – Mieściło się w garażu. Stała w nim atrapa człowieka, w którą można było bić i kopać. Lee zszedł po czerwonych schodkach do tego garażu i się przedstawił.

– Był osobą uprzejmą, choć widać było, że jest człowiekiem zdecydowanym. Mówił dosyć głośno i dobitnie, ale był towarzyski i bardzo chętnie wyjaśniał to, o co się go poprosiło. Bruce Lee był dobrym nauczycielem – wspominał.

Staszek zapamiętał Lee jako człowieka szczupłego, niskiego i w okularach. Dopiero, gdy zdjął koszulę, okazało się, że jest bardzo umięśniony. – Był nieludzko szybki, sprawny. Tak szybki, że mógł z odległości trzech metrów zabrać komuś monetę z dłoni, nim ten ktoś tę dłoń zdążył zamknąć – dodawał.

Według niego Lee śmiał się, że 80 proc. chińskich sztuk walki jest bez sensu. Miał mówić o nich, że to „takie raz, dwa, trzy cza-cza-cza”. – Czyli takich, które do niczego nie prowadzą i nic nie dają – wyjaśniał Staszek i wspominał motto przekazane mu przez mistrza: – Nalegał, by doznawać pustki umysłu i z tej pustki stosować techniki walki.

Szofer zielonego Szerszenia

Pokazy sztuk walki, które organizował Bruce sprawiły, że zainteresowało się nim amerykańskie środowisko filmowe. – W tym Long Beach Nationals, gdzie Lee pokazał między innymi swoje autorskie uderzenie. Polega ono na tym, że stojąc w bliskiej odległości od przeciwnika wymierza mu cios w klatkę piersiową i tym ciosem powala. Koordynacja ruchów wraz z okrzykiem wręcz hipnotyzują widza – opowiada dr Bulaszewska.
Był nieludzko szybki i sprawny. Na zdjęciu Bruce Lee demonstruje cios kopnięciem, wymierzany w podskoku. Fot. Michael Ochs Archives/Getty Images
– Przy czym ten cios wykonywany jest niezwykle szybko. Na tyle szybko, że nie można wyłapać całego na kamerze rejestrującej ruch z prędkością 24 klatek na sekundę. Aby ten cios, a dokładnie jego elementy widz mógł zobaczyć, cały ruch rejestruje się z prędkością 32 kl/s. Cios nosi nazwę „one-inch punch”. Innym popisowym numerem na zawodach były pompki wykonywane na dwóch palcach ręki – oddaje.

To właśnie na jednym z takich pokazów Lee poznał stylistę Jaya Sebringa, który przedstawił go producentowi telewizyjnemu – Williamowi Dozierowi. – Ten ostatni zachwycił się przede wszystkim szybkością Lee i obsadził go w serialu telewizyjnym „Green Hornet” (1966). Lee gra tam pomocnika, a dokładnie szofera „zielonego Szerszenia” – Kato i tak zaczyna się popularność aktora. Choć jest młody, przystojny i zdolny, nie może liczyć na produkcję, w której sztuki walki grałyby ważną rolę i w której zagrałby główną rolę – wyjaśnia Małgorzata Bulaszewska.

Powód był prozaiczny: Ameryka nie była gotowa na Azjatę w roli głównej. Owszem, Bruce miał po tej produkcji, utrzymanej na antenie tylko jeden sezon, kolejne propozycje. Ale były to stereotypowe role, pokazujące Azjatów w niezbyt dobrym świetle.

Wpadł więc na pomysł stworzenia serialu o samotnym mnichu z klasztoru Shaolin, który trenuje sztuki walki. Producenci z Warner Bros mu przyklasnęli i od razu zaczęli realizować scenariusz. Główną rolę zagrał jednak nie Bruce Lee, ale David Carradine. Dla aktora film „Kung Fu” (1972 – 1975), bo taki tytuł nosiła produkcja, był przepustką do sławy.

Co miał pomyśleć i jak zareagować prawdziwy mistrz kung-fu, Azjata i pomysłodawca? Lee od początku kariery musiał walczyć o równe prawa w Stanach, bez względu na pochodzenie etniczne. Uczył Azjatów, białych, czarnoskórych – każdego, kto chciał.
Bruce Lee był aktorem, producentem, scenarzystą i reżyserem „Drogi smoka”. Walczył w niej z białym bandytą, którego zagrał Chuck Norris. Fot. Concord Productions Inc./Golden Harvest Company/Sunset Boulevard/Corbis via Getty Images
Ale za to co robił, krytykowali go nie tylko biali Amerykanie. – W China Town miał wielu przyjaciół-krytyków, którzy nie chcieli, by nas blade twarze uczył kung-fu. To wynikało z tego, że nacierpieli się dużo. Starali się emigrować, byli źle traktowani. Ta pamięć im została – mówił Staszek w programie radiowej Trójki.

Pierwsza klątwa

Po porażce z filmem „Kung Fu” Lee postanowił wrócić do Hongkongu. Tu jego rola w serialu „Green Hornet” była już na tyle znana, że zyskał rzesze fanów oraz nowych uczniów. Wpływ na to miała również bardzo poważna kontuzja, której doznał podczas treningu w 1970 roku. Przez rok Lee był przykuty do wózka inwalidzkiego, ale dzięki wytrwałej rehabilitacji i hartowi ducha wstał i… wrócił do sztuk walki.

– Często to właśnie tę kontuzję postrzega się jako pierwszą klątwę w życiu Lee. Tak zaczyna powstawać legenda niestrudzonego wojownika, który ćwiczy nie tylko ciało, ale i ducha – zauważa dr Bulaszewska.

Producent filmowy z wytwórni Golden Harvest Raymond Chow zaangażował go do głównych ról w swoich filmach. Powstawały kolejne produkcje z udziałem mistrza, takie jak „Wielki Szef”, „Wściekłe pięści” czy „Droga smoka”, w której Lee był aktorem, producentem, scenarzystą i reżyserem. I w której ściera się z białym bandytą (!) Chuckiem Norrisem – ich walka w Koloseum wprawiła fanów w zachwyt i zapisała się w historii kina akcji. To wszystko sprawiło, że do Bruce’a ponownie odezwał się Warner Bross. Propozycja, którą otrzymał aktor, jest nie do odrzucenia: rola w kultowym do dziś filmie „Wejście smoka”.
„Zdjęcia kręcono w Hongkongu. Wielu statystów było członkami lokalnych chińskich gangów. Kilku z nich wyzywało w przerwie między ujęciami Bruce’a Lee na pojedynek. Legenda głosi, że nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze” – pisze Leszek Żukowski w tekście „Ostatni taniec Bruce’a Lee” na portalu Newonce Sport.

Prace na planie szły tak dobrze, że nikt nie spodziewał się nadchodzącej tragedii. Podczas pracy na planie, w maju 1973 roku lekarze wykryli u Lee obrzęk mózgu. Mimo problemów ze zdrowiem, aktor szybko wrócił na plan. Martwego mistrza kung-fu znaleziono 20 lipca w apartamencie aktorki Betty Ting Pei. Zgon – jak się okazało – nastąpił na skutek obrzęku mózgu wywołanego nadwrażliwością na jeden ze składników leku przeciwbólowego, który podała mu aktorka.

Najsłynniejszy film Bruce’a Lee miał premierę sześć dni po jego śmierci. „Wejście smoka” stało się jedną z najbardziej kasowych produkcji, która zarobiła ponad 200 milionów dolarów.

„Pewnego popołudnia poszedłem sam na »Wejście smoka« Bruce'a Lee. Przed kinem kłębił się tłum – film miał olbrzymie powodzenie, ale Bruce, który właśnie zmarł w Hong Kongu na wylew, już nigdy miał się tego nie dowiedzieć. Widziałem w tym trafny komentarz do obyczajów Hollywood i przeznaczenia w ogóle. Pamiętam beznadziejne wysiłki Bruce’a, żeby się przebić na ekran, pamiętam, jak napisał mi w liście: »Gdyby kiedyś przyszła ci ochota zrobić głęboki film o sztuce walk wschodnich...«. Teraz już nie żył, a producenci, którzy tak długo traktowali go z pogardą, zgarniali miliony” – tak wspominał ów sukces Polański.

W 2004 r. „Wejście smoka” zostało wpisane na listę filmów tworzących dziedzictwo kulturalne Stanów Zjednoczonych i przechowywanych w Bibliotece Kongresu.

Syn Lee poszedł jego drogą i grał w filmach akcji. W 1993 odrzucił propozycję zagrania swojego ojca w filmie „Smok: historia Bruce’a Lee”. Zginął w tym samym roku, postrzelony na planie filmu „Kruk”, który – jak w przypadku ojca – wszedł na ekrany po śmierci Brandona, w 1994 r.
Matka mistrza kung-fu Grace Ho, żona Linda, dzieci Brandon i Shannon świętują Dzień Bruce'a Lee – sześć lat po jego śmierci, w 1979 roku w Los Angeles. Obok 25-letni już Brandon Lee, na trzy lata przed śmiercią (zmarł w wyniku postrzału w 1993 roku). Fot. Michael Ochs Archive oraz Barry King/WireImage via Getty Images
Jak Presley i Monroe

Jak wytłumaczyć fenomen Bruce’a Lee? Dlaczego na całym świecie zachwycano się tym, jak walczy, a dzieci na podwórkach wielu krajów bawiły się w „bruslizm” i próbowały naśladować ciosy mistrza?

– Z tych samych powodów, dla których Marylin Monero czy Elvis Presley stali się ikonami popkultury – uważa dr Bulaszewska i wylicza: – Mamy młodego, w sile wieku mężczyznę, który właśnie zaczyna odnosić sukcesy, staje się sławny. Jest postacią charakterystyczną w przemyśle filmowym, także dlatego, że jest inny niż większość aktorów. Nagle umiera. Ta śmierć, trudna do wytłumaczenia i tajemnicza, niejako „pomaga” stworzyć jego legendę. Zdawałoby się, że młody człowiek w pełni sił będzie sprawny fizycznie jeszcze bardzo długo, aż tu nagle podczas kręcenia dubli traci przytomność i kilka dni później umiera. Trudno nie porównać tego właśnie do śmierci Marylin, czy Elvisa.

Na pytanie, co sprawiło, że stał się postacią kultową nie tylko w świecie filmu, ekspertka odpowiada: – Pokora oraz poświęcenie. Lee na każdym kroku pokazywał, z jak wielką dyscypliną trenuje i jak wielkie poświęcenie jest gotów ponieść dla tego sportu. Sztuki walki były dla niego niemalże całym życiem. Dowodem na to było nie tylko tworzenie kolejnych szkół, w których mogli ćwiczyć jego podopieczni, ale też stworzenie własnego stylu walki. To było stuprocentowe działanie w myśl zasady: ćwiczenie czyni mistrza.

– Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Bruce Lee w filmie „Wejście smoka” w reżyserii Roberta Crouse'a, 1973. Fot. Fotos International / Archiwum Zdjęcia / Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Polański kazał mu ufarbować włosy i znęcał się nad nim na planie
Reżyser posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
Kultura Poprzednie wydanie
Był uważany za obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym...
Grzegorz Brzozowicz wspomina Krzysztofa Krawczyka.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Burza nad szkołami aktorskimi. Przemoc czy metoda edukacyjna?
Oburzają się na Dejmka i Holoubka, że przeklinali w pracy, a nie mają nic przeciw dzisiejszym przekleństwom lewicowych aktywistów.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Kartka od Judasza
Kogo przepraszał, kogo zapewniał o swej miłości? Usprawiedliwiał się, czy brał na siebie całą winę i wzywał pomsty na swoją głowę?