Historia

Słyszałem przez wiatr wołanie o pomoc… Tragedia na Masherbrumie

Na wierzchołku ogromna radość. Wyciągam Klimka i łączę się z bazą. Jest godzina 15.30. Zakładamy proporczyki na czekan, robimy zdjęcia. Pogoda jest piękna, tylko dokucza silny, bardzo zimny wiatr. Nad masywem Nanga Parbat gromadzą się piękne wypiętrzone chmury burzowe, pierwsze oznaki zbliżającego się załamania pogody.

„Nie czuję się w żadnym razie mądrzejsza od osób, o których piszę. Szczerze mówiąc, gdyby nie wypadek Wojtka Wróża, który dla nas stał się kroplą przelewającą czarę i który przesądził o naszym odwrocie, mogłabym równie dobrze być kolejna na liście ofiar K2 sezonu 1986” – deklaruje himalaistka Krystyna Palmowska we wstępie do swojej niezwykłej książki „Zaklętym w górski kamień. Tragedie złotej ery polskiego himalaizmu” wydanej nakładem Wydawnictwa Stapis.

Poznajemy wspaniałych, młodych ludzi ogarniętych pasją, pięknych duchem, ambitnych i radosnych – i nie możemy się z nimi zaprzyjaźnić, bowiem giną na następnych stronach. I tak jest w każdym rozdziale; spotkamy tu Wandę Rutkiewicz, Jerzego Kukuczkę, Artura Hajzera, Dobrosławę Miodowicz-Wolf „Mrówkę”, Andrzeja Czoka – choć nie wszyscy zginą w wyprawach opisywanych w tej książce.

Autorka postanowiła – ku rozwadze i przestrodze następnych himalaistów – opisać i zanalizować okoliczności tragicznych wydarzeń z okresu złotej ery polskiego himalaizmu, których była po części świadkiem. Wybrała wyprawy, w których do wypadku doszło nie z przyczyn obiektywnych, a tylko takich, w których dominujące znaczenie miał „czynnik ludzki”. Nie stopniuje emocji, nie ocenia i nie osądza, ale uwzględnia różne punkty widzenia.

W prezentowanym fragmencie ekspedycja Polskiego Klubu Górskiego (PKG) pod wodzą Piotra Młoteckiego atakuje w 1981 roku południowo-zachodni wierzchołek Masherbruma (7821 metrów nad poziomem morza). Pomysłodawcą wyprawy był Marek Malatyński, 34-letni alpinista warszawski z piętnastoletnim stażem wspinaczkowym. Największym „atutem sportowym” wyprawy był Zygmunt A. Heinrich (Zyga), alpinista z Krakowa, który wcześniej aż dziesięciokrotnie osiągał wysokość 8000 metrów. Oni dwaj i Przemysław Nowacki z Warszawy 16 września 1981 roku podejmą próbę ataku.
Krystyna Palmowska „Zaklętym w górski kamień. Tragedie złotej ery polskiego himalaizmu”, Wydawnictwo Stapis.
DECYZJA

Sytuacja wygląda więc następująco: zespół dociera na przełęcz (ok. 7700 m) dopiero o 16.30–17.00 , po prawie 14 godzinach ciężkiego torowania i pokonaniu 900 m wysokości. Są spóźnieni o trzy godziny w stosunku do planu – zakładali, że będą tam o 14.00. Przed sobą mają do pokonania 300 metrów niemal poziomej grani. Trzysta metrów to niby niedużo, ale teren wygląda na bardzo trudny – tzw. żyleta.

Wtedy właśnie Marek wyciąga radiotelefon i dochodzi do dramatycznej rozmowy z bazą, której fragmenty zostały zacytowane na wstępie. Wynika z niej, że alpiniści mają pełną świadomość załamania się ich planu i zastanawiają się nad możliwymi opcjami. Do wyboru są trzy wyjścia: kontynuacja ataku na obrany wierzchołek lub zmiana celu na wierzchołek główny, który wygląda na łatwiejszy, albo rezygnacja ze wspinania i zejście.

Rozmówcą Marka w bazie jest Janusz Lewandowski, który próbuje dodać ducha kolegom na przełęczy – wydaje mu się, że cel jest w ich zasięgu. Marek jest jednak w wyraźnej rozterce, w pewnym momencie zdradza: tu w ogóle główne zdanie – to jest sp… na dół. Wreszcie prosi do telefonu kierownika.


Piotr Młotecki choruje. W tym czasie ma aplikowany zastrzyk, więc rozmowa jest odwlekana, a w końcu prowadzona za pośrednictwem Janusza, który przekazuje informacje między stronami. Stanowisko Młoteckiego, które Janusz powtarza grupie szturmowej, brzmi:

Decyzja zależy od was. Wy to widzicie. Wy wiecie jak wygląda sytuacja. On [czyli Młotecki] nic wam nie może tutaj poradzić, żadnej decyzji nie może podjąć.

Pytanie, co robić, nie przestaje jednak nurtować Marka, wreszcie dochodzi do jeszcze jednej rozmowy, tym razem między kierownikiem wyprawy a Zygą, najbardziej doświadczonym członkiem zespołu. Zyga próbuje przedstawić dramatyzm sytuacji, dając oględnie do zrozumienia, że dalszy atak byłby ryzykowny.

Zyga:

Jesteśmy dosyć zmęczeni, bo od godz. 3-ej bez przerwy ogromny wysiłek, jest wiatr, jest zimno. Ta grań wygląda na wkaszalną, ale dość trudną. (…) Jesteśmy już w stanie dosyć niemiłym, bo wszyscy mamy jakieś dreszcze, bo to i zimno i nic nie jedliśmy od 3.00 czy tam od 1.00. Odbiór!

Młotecki znów uchyla się od zajęcia jasnego stanowiska, powtarzając, że decyzja należy do nich, że on nie jest w stanie pomóc. Po chwili dopiero dodaje:

...jeśli ryzyko jest rzeczywiście duże, ktoś może sobie krzywdę zrobić (…), to oczywiście rezygnujcie.

10 największych dokonań Polaków w historii światowego himalaizmu

Biało-czerwoną flagę, krzyżyk i różaniec wnieśli 40 lat temu na Mount Everest Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Było to pierwsze zimowe wejście na „dach świata”, a to tylko jeden z sukcesów Polaków we wspinaczkach w najwyższe góry Ziemi.

zobacz więcej
W takich okolicznościach zespół decyduje się na podjęcie ataku z marszu, jeszcze tego wieczoru. Próba wspinaczki kończy się jednak szybko, po pokonaniu kilkunastu metrów grani.

Z relacji Zygi:

Marek chce iść na szczyt, ale mówię mu, że jest już 17.40 i do zmroku mamy 1,5 godziny, proponuję zejście na biwak do naszego depozytu w ścianie i ponowienie ataku następnego dnia. Marek mówi: „Zyga, przecież wiesz, że jak zejdziemy to jest to równoznaczne z rezygnacją ze szczytu”. Pytam, co proponuje wobec tego. Biwak.

Asekurowany przez kolegów, schodzę 10 m pod przełęcz w bardzo stromym i głębokim „cukrze” i pod skałami głównego wierzchołka kopiemy jamę w śniegu. O zmroku biwak mamy gotowy. Łączymy się radiotelefonem z bazą i przedstawiamy nasze plany. Jutro, będąc tak wysoko już rano, wejdziemy na oba wierzchołki. Zza grani Chogolisy wschodzi księżyc w pełni. Gotujemy kakao z czekolady i sok pomarańczowy – pełne trzy menażki. Biwak spędzamy w jamie, w płachetkach NRC. Jest zimno, noc się dłuży, ale śpimy trochę, choć sen jest przerywany.

Z ulgą witamy świt.


DO SZCZYTU

17 września pogoda jest słoneczna, ale wieje silny i mroźny wiatr. Okazuje się, że Marek ma odmrożone palce u rąk, zaś Przemek palce u nóg – nie był w stanie zdjąć buta.

Pomimo to, około godziny 8.00 wyruszają w kierunku „swojego” szczytu. Zakładają, że zajmie im to trzy godziny. W drodze napotykają bardzo duże trudności techniczne – Zyga jeszcze dwukrotnie, bezskutecznie wzywa do odwrotu.

Fragmenty relacji Zygi:

Ruszam pierwszy, jednak po przejściu kilkudziesięciu metrów zatrzymuję się na ostrzu grani. Gdy dochodzi Marek mówię, że to nie ma sensu, bo grań jest trudna i możemy nie zdążyć z zejściem. Proponuję wejście na wierzchołek główny – łatwiejszy. Marek mówi: „puść mnie na prowadzenie”.
Grań szczytowa południowo-zachodniego wierzchołka Masherbruma. Fot.Zygmunt A.Heinrich
Po jednym wyciągu Marka, prowadzenie przejmuje z powrotem Zyga i to on już do końca będzie szedł pierwszy. Druga próba zawrócenia, podjęta przez Zygę, ma miejsce już około godziny 13.00, po przebyciu 2/3 długości grani:

…trawersuję skośnie w dół przez śnieżne skalne żeberko, aby obniżyć się na pole śnieżne pod skalnymi żebrami, którym można dojść pod szczyt. Okazuje się jednak, że żeberko z drugiej strony jest poderwane skalnym, stromym uskokiem. Wracam więc do Marka i Przemka i proponuję odwrót i wejście na wierzchołek północno-wschodni. Marek mówi: „Zyga, spróbuj przynajmniej wejść na grań, może tam puści”.

Zyga znów ulega. Po kolejnych dwóch godzinach wspinaczki wreszcie dochodzą pod skały szczytowe:

Idąc kilkanaście metrów pod granią, cały czas po stronie lodowca Baltoro, dochodzimy pod szczytowy obelisk południowo-zachodniego wierzchołka. Tu na śnieżnym polu obsuwa się ok. 15 m Przemek, ale Marek wyłapuje go pewnie. (…) Dochodzimy śniegami aż na sam szczyt, obchodząc skalny obelisk.

Na wierzchołku ogromna radość. Wyciągam Klimka i łączę się z bazą. Jest godzina 15.30. Zakładamy proporczyki na czekan, robimy zdjęcia. Pogoda jest piękna, tylko dokucza silny, bardzo zimny wiatr. Nad masywem Nanga Parbat gromadzą się piękne wypiętrzone chmury burzowe, pierwsze oznaki zbliżającego się załamania pogody. Tuż na lewo od północno-wschodniego wierzchołka Masherbruma widać K2 częściowo zasłonięty, ale sam szczyt jest widoczny.


Na wierzchołku spędzają 40 minut, wreszcie zaniepokojona baza ponagla ich do schodzenia.

ZEJŚCIE

Schodzą związani liną, z lotną asekuracją. Zyga prowadzi, Marek wpięty karabinkiem idzie w środku. Początkowo droga biegnie cały czas po stronie Baltoro.

Relacja Zygi:

Góry robią się pomarańczowe, słońce zbliża się do horyzontu. Robi się zimno, gdyż wieje silny wiatr. Gdy już po zachodzie przechodzę przez „przełączkę” obok nawisu na drugą stronę grani stwierdzam, że tam nie wieje. Zapada zmrok, więc chcę możliwie szybko dojść do pętli z karabinkiem [pozostawionej] na skalnej turni. Wspinaczka jest trudna – kilka miejsc IV. Wpinam linę w pętlę i idę śnieżną granią…

Dla himalaisty śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona

Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.

zobacz więcej
Wkrótce potem Przemek, idący jako ostatni, woła do prowadzącego: Zyga wracaj, Marek nie widzi! Jest około godziny 18.30. Sytuacja nagle staje się dramatyczna. W czasie gdy Zyga zawraca, dochodzi do odpadnięcia idącej z tyłu dwójki. Na szczęście Zyga zdołał wcześniej na sztywno zamocować koniec liny na skalnej turni po drugiej stronie grani, w innym razie wszyscy trzej niechybnie spadliby aż na lodowiec po stronie Baltoro.

Zyga relacjonuje:

Gdy byłem ok. 4–5 m od „przełączki”, obydwaj polecieli. Lina na szczęście zaczepiła się na śnieżnym żeberku tak, że spadli około 10 m śnieżnym zboczem, z którego wystawało kilka kamieni. Ja również obsunąłem się kilka metrów, jednak byłem wpięty karabinkiem. Podczas naszego upadku lina ścięła nawis i tylko przypadkowe zaczepienie jej o śnieg uchroniło nas przed wahadłem na całą długość liny.

W rezultacie Zyga znajduje się w pobliżu wspomnianej „przełączki”, wpięty do liny, obciążonej przez Marka i Przemka. Jednak ich położenie jest dużo gorsze niż Zygi. Po dłuższym, około dziesięciometrowym locie, wiszą na bardzo stromym śnieżnym stoku, podtrzymywani przez linę i wołają o pomoc.

Relacja Zygi:

Słyszałem przez wiatr wołanie Przemka – „Zyga chodź do nas”, zrozumiałem, że spadł mu rak. Wołałem do nich, żeby podeszli w górę, bo na drugiej stronie nie ma wiatru (…). Nie mogłem zejść do nich wpięty w linę, bo mogła wyskoczyć ze śnieżnego żeberka i groziło nam duże wahadło. Byłem zmarznięty i na zejście do nich wprost bez asekuracji nie miałem odwagi.

Tak więc Zyga, chociaż jest w pobliżu partnerów, to ze względu na przebieg liny, charakter terenu i zapadające ciemności, nie jest w stanie do nich dotrzeć.

Przemek nawoływał – „Zyga chodź do nas”, ja natomiast do nich „chodźcie, lina będzie na sztywno, będzie dobry biwak”. Stałem tam ponad godzinę. Zimno było nie do zniesienia. Całkowicie przewiany, przemarznięty decyduję się przejść na drugą stronę grani. (…) Łączę się z bazą, jest godz. 20.30, wypadek był o godz. 18.30–19.00, a więc już 2 godz. stoję na tym zimnym wietrze. Z bazy proszą, abym próbował dotrzeć do nich.(…)

Tuż pod „przełączką” wykopuję dołek w śniegu i tam, gdy się trochę rozgrzałem siadam, to znowu wstaję i wołam do chłopaków, aby próbowali podejść do mnie. Po mojej stronie grani świeci księżyc. Wydaje mi się, że słyszę ich rozmowy. Dziwię się, dlaczego nie odpowiadają na moje pytania. Czas leci wolno, wiem że nie mogę zasnąć.

I tak przetrwałem noc.
Na szczycie południowo-zachodniego wierzchołka Masherbruma: Przemysław Nowacki (po lewej) i Marek Malatyński. Za nimi K2 i główny wierzchołek Masherbrumu. Fot.Zygmunt A.Heinrich
18 WRZEŚNIA

O świcie Zyga przedostaje się na drugą stronę grani:

Nad ranem księżyc świecił już przez cirrusy, a horyzont był zamglony, jednak po wschodzie słońce wyjrzało na jakiś czas. Gdy się rozgrzałem, przeszedłem przez „przełączkę”.

Przemek i Marek leżeli nieruchomo na śnieżnym zboczu. Bez asekuracji, idąc przodem do stoku z czekanem i młotkiem, doszedłem do nich. Byli zamarznięci.

Przemek leżał, wisząc na końcu liny na wznak, a Marek wpięty karabinkiem w linę leżał, mając głowę opartą o Przemka. Czekan Marka leżał ok. 1 m poniżej, natomiast Przemek swój miał na pętli. Obaj mieli po jednym raku zrzuconym tak, że zęby były z boku buta. Nie stwierdziłem obrażeń głowy.


Otrząsnąwszy się z szoku, po zabezpieczeniu ciał, Zyga podejmuje schodzenie w kierunku przełęczy. W tym czasie pogoda załamuje się na dobre – mgła, pada śnieg. Po jednym ze zjazdów lina się klinuje i Zyga nie może jej ściągnąć, więc decyduje się ją zostawić. Ostatnie kilkadziesiąt metrów idzie więc bez asekuracji. Na przełęczy, w miejscu niedawnego biwaku może wreszcie zagrzać sobie coś do picia.

Dalsza droga do namiotu położonego 900 m niżej przebiega już w gęstej mgle. Ślady, początkowo widoczne, znikają zasypane śniegiem. Podczas próby przekroczenia jednej z napotkanych szczelin, obrywa się jej górna warga i Zyga spada na plecy:

Stok jest tak stromy, że od razu koziołkuję i o hamowaniu czekanem mowy nie ma. Spadam myśląc, że nie mam żadnych szans na ocalenie; lecę w powietrzu i w cudowny sposób ląduję na stromym stoku nie doznając obrażeń.

Zyga ma niesamowite szczęście, wychodząc prawie bez szwanku z trzystumetrowego upadku:

Jestem dziwnie spokojny. Szalikiem owijam sobie pokrwawioną głowę i rozpoczynam zejście. Czuję ból w kolanach, zwłaszcza w prawej nodze, ale mogę schodzić. Jest mgła, widoczność niewielka a mimo to znajduję Klimka, futerał od teleobiektywu, a w końcu swój plecak z filmami i aparatami ze szczytu (…). Natrafiam na kolejną szczelinę. Siadam na śniegu i zjazdem przeskakuję na dolny płat, tam hamuję czekanem… Nie trafiłem na właściwą drogę i wchodzę między seraki dolnego uskoku. Podczas chwilowego przejaśnienia w dole widzę namiot IV obozu, zaczynam nawoływać. Słyszę czyjeś wołanie i widzę, że jest ktoś przy namiocie.

Ten ktoś to Grzegorz Siekierski, który czekał tu od dwóch dni.

– Krystyna Palmowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Publikacja za zgodą wydawcy, tytuł od redakcji.
Zdjęcie główne: Przemysław Nowacki (po lewej) i Marek Malatyński na szczycie południowo-zachodniego wierzchołka góty Masherbrum. Fot.Zygmunt A.Heinrich
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Bohater tak wyjątkowy, aż niemożliwy. Więc ogłoszono, że sypał
Najnowsza historia jest w Polsce bieżącą polityką.
Historia Najnowsze wydanie
„Pamiątki” po Hitlerze. Kłopot czy biznes?
Aligator Führera zdechł rok temu w moskiewskim zoo mając 84 lata. Wypchano go i umieszczono w Muzeum im. Darwina.
Historia Najnowsze wydanie
KGB na tropie Jana Pawła II
Sowieckie służby szybko zrozumiały, jakie zagrożenie dla systemu komunistycznego może stanowić pontyfikat papieża Polaka.
Historia Najnowsze wydanie
Stanął przeciw Piłsudskiemu i nie zamierzał się patyczkować
Gen. Rozwadowski rozkazał „użyć bomb i karabinów maszynowych celem całkowitego rozproszenia nieprzyjacielskich oddziałów”
Historia Najnowsze wydanie
Idę po swoją kulę w brzuch
Słychać było pojedyncze wystrzały z AKS-74: to nasi dobijali rannych duszmanów. Duszmani też nie brali komandosów do niewoli.