Felietony

Dlaczego Niemcom wolno więcej? Bo mają lepszą „kulturę” niż Polacy?

Możliwe, że pod naciskiem lobby feministycznego przydzielenie unijnych środków na walkę z COVID-19 zostanie uzależnione od tego, czy państwo polskie zalegalizuje usuwanie ciąży.

Przywódcy Polski i Węgier narobili rabanu. Na razie trudno prognozować, jak się zakończy spór o to, czy rozdzielanie funduszy Unii Europejskiej ma formalnie zależeć od enigmatycznie pojętej praworządności w państwach członkowskich wspólnoty. Zaistniała sytuacja jednak pokazuje po raz kolejny, że establishment Starego Kontynentu gotów jest do konfrontacji z podmiotami, które nie zamierzają chadzać na jego pasku.

Przy czym trzeba zauważyć, że dziś w UE kart nie rozdaje jedna opcja polityczna. Widać to wyraźnie w Parlamencie Europejskim. Największą frakcję stanowią w nim chrześcijańscy demokraci. Teoretycznie ich rywalami są dwie inne duże grupy – socjaliści i liberałowie.

Ale w praktyce różnice wewnątrz tej trójki nie mają istotnego znaczenia. Można się o tym przekonać szczególnie wtedy, kiedy trzeba przywołać do porządku europosłów z partii określanych mianem „populistycznych”, „nacjonalistycznych” czy „skrajnie prawicowych”.
Premier Węgier Viktor Orbán w czasie posiedzania władz Unii Europejskiej w Brukseli w październiku 2019 r. Fot. Simon Dawson/Bloomberg via Getty Images
W takich okolicznościach chadecy, socjaliści, liberałowie się konsolidują, żeby dać odpór swoim realnym przeciwnikom zarzucając im sprzeniewierzanie się „europejskim wartościom”, które zostały zdefiniowane w Traktacie o Unii Europejskiej. Wśród nich są: „wolność”, „demokracja”, „równość”, „poszanowanie praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości”.

W tych ogólnikach niby nie ma nic kontrowersyjnego. Niemniej stały się one pałkami ideologicznymi w rękach polityków chcących z UE uczynić prymuskę wdrażania projektów, za którymi stoją lewicowi radykałowie: teoretycy wielokulturowości, ekolodzy czy feministki. To im właśnie udało się ideologicznie skolonizować chrześcijańskich demokratów.

Mamy zatem do czynienia z zabetonowanym układem przypominającym scenę polityczną w niejednym kraju Unii (można tu wymienić choćby Niemcy czy Francję). Prawica, lewica, centrum udają, że coś ważnego je dzieli. Gdy jednak do głosu dochodzi formacja, która może podważyć ich pozycję, wówczas takie zagrożenie je jednoczy. Wygląda to wszystko na demokrację pozorowaną.

Znamienne jednak, że i w głównym unijnym nurcie od długiego czasu odzywają się dysydenci. Tak jest przecież w przypadku premiera Węgier, Viktora Orbána. Jest on liderem Fideszu – ugrupowania, które bądź co bądź należy do europejskiej rodziny chrześcijańsko-demokratycznej. Tyle że nie brak w niej polityków, którzy próbują Węgrów z tego grona wyrzucić. Fidesz bowiem przedkłada węgierskie interesy narodowe nad wytyczne eurokratów, a ci rekrutują się między innymi z kręgów chadeckich. Poza tym Orbán głosi treści politycznie niepoprawne – twierdzi, że chrześcijańska demokracja – w wymiarze aksjologii – koliduje z koncepcją demokracji liberalnej, lansowaną przez europejskie elity. Węgierski polityk wskazuje na przykład, że nie da się pogodzić wspierania roszczeń wysuwanych przez subkulturę LGBT (co czynią dziś czołowi politycy chadeccy w Europie) z obroną tradycyjnego modelu rodziny.

Półtora roku temu enfant terrible francuskiego życia publicznego, pisarz i dziennikarz Éric Zemmour, zgadzając się z Orbánem, skomentował jego stanowisko na łamach miesięcznika „Wszystko Co Najważniejsze” następująco: „To, co na Zachodzie nazywa się demokracją liberalną, jest tak naprawdę oksymoronem – w imię państwa prawa władzę sprawuje tam sędzia, a w imię praw człowieka etniczne, seksualne lub rasowe mniejszości tyranizują większość. W demokracji liberalnej nikt się nie liczy z wolą ludu”.

Trzeba jednak też wziąć pod uwagę, że kontekstem zawetowania przez Polskę i Węgry budżetu UE są bezpośrednie stosunki międzypaństwowe. W Unii sporo do powiedzenia mają Niemcy. Są one w ramach wspólnoty mocarstwem, a w dodatku teraz sprawują w UE prezydencję. W przeszłości politycy niemieccy wielokrotnie występowali w roli mentorów pouczających rządy w Polsce i na Węgrzech.
Jeśli chodzi o nasz kraj, to między innymi padał zarzut łamania praworządności poprzez upolitycznienie trzeciej władzy. Tak było choćby w roku 2017, kiedy toczyła się batalia o ustawę dotyczącą Krajowej Rady Sądowniczej i Sądu Najwyższego.

Warto tu przypomnieć opublikowany w tamtym czasie w serwisie Deutsche Welle wywiad z niemiecką prawniczką, ekspertką Rady Europy, Anne Sanders. Rozmowa ta może nasunąć niepokojący wniosek, że dla naszych sąsiadów zza Nysy Łużyckiej i Odry nie ma jednolitych standardów jeśli chodzi o to, jak ma funkcjonować system prawny u nich, a jak w innych krajach.

Sanders powiedziała, że w Niemczech sędziów na szczeblu federalnym mianuje odpowiednia komisja, w skład której wchodzą parlamentarzyści Bundestagu i ministrowie landów (krajów związkowych). To oni wybierają kandydatów, których później mianuje minister sprawiedliwości.

Potem prawniczka stwierdziła, że nie jest zaskoczona, kiedy polski rząd argumentuje, iż wprowadza reformę sądownictwa na wzór przepisów obowiązujących w Niemczech. Czy to jednak oznacza, że Sanders przyznała rację politykom sprawującym władzę w Polsce? Nic podobnego, wręcz przeciwnie. Dlaczego?

Oto wyjaśnienie: „System obowiązujący w Niemczech obowiązuje dłużej i dlatego wypracował sobie taki mechanizm kontroli i równowagi, który pozwala sędziom zachować niezależność w ich pracy. Ponadto w Niemczech jest coś takiego co można nazwać kulturą niezależności. Żaden polityk w Niemczech nie powie, że jakiś sędzia o poglądach politycznych zbieżnych z linią partii, którą ów polityk reprezentuje, ma podejmować decyzje zgodne z wolą większości. W każdym razie taki przypadek nie jest znany”.

W zacytowanym fragmencie uwagę przykuwa szczególnie pewne pojęcie. Chodzi o „kulturę niezależności”. To ona rzekomo stanowi przywilej, na mocy którego mianowanie sędziów przez ministra sprawiedliwości w Niemczech nie jest upolitycznieniem sądownictwa, a w Polsce – jest.
Czy jednak może być tak, że w jakimś kraju prawnicy arbitralnie orzekają o tym, że ich naród cechuje „kultura niezależności”, a inne narody – nie? Jak nazwać ferowanie takich wyroków? Czy nie jest to przejaw nacjonalizmu – i owszem, ukrytego, bo nałożona została na niego maska troski o praworządność w państwach Unii? Są to pytania, które w związku z budżetowym wetem Polski i Węgier, okazują się bardzo aktualne.

A biorąc pod uwagę bieżące awantury nad Wisłą w kwestii prawa do aborcji, można sobie łatwo wyobrazić sytuację, w której na przykład pod naciskiem lobby feministycznego w Brukseli, przydzielenie unijnych środków na walkę z pandemią COVID-19, zostanie uzależnione od tego, czy państwo polskie zalegalizuje usuwanie ciąży. Praworządność wówczas okazałaby się tylko kolejną pałką ideologiczną w katalogu „europejskich wartości”.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Parlament RFN. W Niemczech sędziów na szczeblu federalnym mianuje odpowiednia komisja, w skład której wchodzą m.in. parlamentarzyści Bundestagu. To oni wybierają kandydatów, których później mianuje rząd - a konkretnie minister sprawiedliwości. Fot. Sean Gallup/Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościół nam narzuca kodeks moralnego zamordyzmu?
To nie wypełnianie religijnego Prawa, lecz łaska Boża zbawia człowieka. Może on ją przyjąć lub odrzucić.
Felietony Najnowsze wydanie
Być
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Dystans
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Z czego się śmieją autorytety z Facebooka?
Każdy ma prawo być sobą w swojej wiosce i w swoim miasteczku, i ma prawo stanowić o życiu tej społeczności.
Felietony Poprzednie wydanie
Od lewackiej obsesji do chuligańskiej bezkarności. Jak się w tym...
Masowe używanie ognia, huku i dymu 11 listopada to nie jest estetyka obywateli świętujących Niepodległą.