Kultura

Wróg judaizmu, wielbiciel pięknych pań. Woody Allen niczego nie żałuje

Amerykański reżyser jest zdziwiony furią, z jaką natarły nań wojowniczki spod znaku #MeToo. Przecież napisał tyle wspaniałych ról kobiecych!

Molestował sześciolatkę? Uwiódł córkę swojej wieloletniej partnerki? Kogoś innego takie oskarżenia powaliłyby na deski, dożywotnio wyeliminowały z przestrzeni publicznej. On przetrwał medialną burzę, uniknął procesu i ani na chwilę nie zwolnił tempa, realizując przynajmniej jeden film rocznie.

W dobie triumfującego feminizmu i polowania na pedofilów zarzuty wróciły jak bumerang. Wydawało się że tym razem Allen polegnie: branża odcięła się od reżysera-dewianta, aktorzy przepraszali za występy w jego filmach, co bardziej wrażliwi obiecali nawet zwrot niewielkich (jak to u Woody’ego) honorariów.

Co zrobił nasz bohater? Dowiedziawszy się, że nawet ukochany New York Times miesza go z błotem otworzył szeroko oczy, przetarł okulary i wziął się za pisanie autobiografii. Feministki i moraliści, porzućcie nadzieję - nie jest to spowiedź skruszonego grzesznika.

Kolacja u Romana

Czarna okładka, żadnych zdjęć i rozdziałów, 347 stron dość chaotycznego monologu. Autor, potwierdzając reputację patologicznego gaduły, co rusz wdaje się w dygresje. Jako doświadczony filmowiec wie, że sprawny montaż to połowa sukcesu. Tutaj pracy montażysty (czyli redaktora) jakoś nie widać. Allen wybrał formułę swobodnego przepływu strumienia świadomości.
Rok 1985. Woody Allen, jego ówczesna partnerka Mia Farrow i jej adoptowana córka Soon-Yi Previn, późniejsza żona Allena.Fot. The LIFE Picture Collection via Getty Images
Treść może zaskoczyć, jeśli o twórczym dorobku, sympatiach i fobiach Allena ma się mizerne pojęcie. Pół wieku na świeczniku zrobiło jednak swoje. Fenomen reżysera, który wypisał się z mainstreamu, by zachować niezależność, trafił pod lupę rzeszy wścibskich reporterów, błyskotliwych publicystów, dobrze poinformowanych biografów i kompetentnych krytyków. O sam też nie korzystał z okazji, by siedzieć cicho.

Na szczęście książka pod zwodniczym tytułem „À propos niczego” jest czymś więcej, niż kolejnym wyznaniem miłości do Nowego Jorku, Paryża i nowoorleańskiego jazzu, okraszonym anegdotami i drobnymi niedyskrecjami (polecam opis wizyty w rezydencji Romana Polańskiego na Lazurowym Wybrzeżu). To arcydzieło autokreacji, które mimowolnie odpowiada na kluczowe pytanie: kim jest dzisiaj Allan Stewart Konigsberg, tragik uwięziony w ciele komika?

Zanim jednak dojdziemy do konkluzji, autor zrobi wszystko, byśmy go polubili. Kokietuje od pierwszej strony, twierdząc, że przodkowie, rosyjscy Żydzi, mieli ciekawsze życie. Dziadek - biznesmen z ADHD, ojciec-hazardzista i matka, z zawodu księgowa różnili się charakterami, ale jedno mieli wspólne: kultura mogłaby dla nich nie istnieć. Teatry, kina i biblioteki omijali szerokim łukiem.

Woody jako dzieciak był oczkiem w głowie bliższej i dalszej rodziny, ale i tak wyrósł na neurotyka. Mimo wysokiego ilorazu inteligencji (a może właśnie dlatego?) szkoła była dlań udręką. Ze studiów wyleciał już po pierwszym roku.

Wszystkiemu winna ciotka

Ulubioną lekturą przyszłego kochanka X muzy były komiksy. Za poważniejsze tytuły zabrał się ze względów towarzyskich - próbował poderwać dziewczynę, zachwycającą się utworami Czesława Miłosza. Do dziś zresztą pozuje na ignoranta, którego wszyscy biorą za intelektualistę, gdyż nosi okulary.

Przechwala się, że nigdy nie przeczytał ani strony Dickensa i Virginii Woolf, „Lolity”, „Roku 1984” (ale za to zna powieść napisaną Goebbelsa). Z poczuciem humoru też kiepsko - nie śmieszył go „Dyktator” Chaplina, ze skwaszoną miną obejrzał „Pół żartem, pół serio”. No i nigdy nie widział na scenie „Hamleta”.

Młody Allen chciał zostać kowbojem, agentem FBI albo magikiem. Został satyrykiem. Zaczynał od wymyślania dowcipów dla drętwych nowojorskich celebrytów. Wychowany w Brooklynie, marzył o Manhattanie. Miłością do filmów i radia zaraziła go ciotka Rita.

To uczucie nie od razu zostało odwzajemnione. Nasz bohater źle wspomina komedie „Co słychać, koteczku?” (producent do spółki z gwiazdorami zmasakrował jego scenariusz) i „Casino Royale”, którą nazywa „najgorszym i najgłupszym marnotrawstwem taśmy filmowej w historii kina”. Zdecydował, że odtąd będzie się udzielał tylko w projektach, nad którymi zachowa całkowitą kontrolę. Nie licząc kilku aktorskich skoków w bok, pozostał wierny tej strategii do dzisiaj.

#Metoo działa jak stalinizm? Cóż, czasem miewa oblicze totalitarne

Najmocniejsze oskarżenia, najmroczniejsze brudy. Jak niszczono Woody’ego Allena.

zobacz więcej
Woody przedstawia się jako mizantrop, mało zainteresowany światem i jego szaleństwami. Potrafi jednak być rozbrajający. Sam siebie nazywa gamoniem i „chronicznie niezadowolonym gburem”. Przyznaje, że od komisji wojskowej dostał kategorię „E”.

W kuchni jest bezradny jak małe dziecko. Od komputera trzyma się z daleka, przerastało go też obsługiwanie magnetofonu, aparatu fotograficznego i wszelkich mechanicznych urządzeń (o kierowaniu autem nie wspominając).

Boi się psów i nie toleruje domowych zwierzątek. Denerwuje go szum morza. Jedynym cudem natury, który uznaje jest Central Park. Od jakichś 70 lat gra na klarnecie, regularnie występuje z zespołem jazzowym, lecz upiera się, że nie ma słuchu ani poczucia rytmu.

W cieniu Szymborskiej

Z taką samą (fałszywą?) skromnością Allen wypowiada się o swoim filmowym oeuvre. „Żaden pomysł, który kiedykolwiek miałem, nie zapoczątkuje nowej religii”. Bierze na siebie całą odpowiedzialność za błędy, wystawia laurki współpracownikom. Przyznaje, że w przeszłości cierpiał na megalomanię i próbował zostać drugim Bergmanem albo Czechowem. Dopiero kiedy wrzucił na luz, jego filmy stały się lepsze.

Najwyżej sobie ceni psychodramę „Na karuzeli życia”, która dziwnym trafem nie przypadła do gustu ani krytykom, ani publiczności. Ubolewa, że ktoś inny napisał „Tramwaj zwany pożądaniem”. Na długiej liście ludzi, których podziwia umieszcza między innymi Wisławę Szymborską.

Okularnik z Nowego Jorku jest mistrzem paradoksu. Gardzi show-biznesem, będąc jego częścią. Odżegnuje się od polityki, choć notorycznie udzielał wsparcia demokratom. To paradne, gdy jeden z najbardziej utytułowanych ludzi kina z uporem maniaka powtarza, że ma w nosie nagrody i oklaski. Recenzji Allen ponoć nie czyta, jednak często z nimi polemizuje. Jest zaskakująco pamiętliwy, w autobiografii wypomina różnym ludziom, że pół wieku temu źle go potraktowali czy powiedzieli coś przykrego (nawet jeśli wąchają już kwiatki od spodu).

Do swoich korzeni nasz bohater ma stosunek ambiwalentny. W jego twórczości stale pojawiają się wątki żydowskie. Pozwala sobie na dowcipy, które w innych ustach mogłyby uchodzić za antysemickie.

Z drugiej strony - deklaruje ateizm i wrogość do religii, zwłaszcza do judaizmu. Z uciechą wspomina, że już w dzieciństwie obżerał się wieprzowiną i owocami morza. Ów lekki ton znika, gdy Allen opowiada o wieloletniej przyjaźni, zakończonej banalnym sporem o pieniądze i okolicznościach, w jakich rozstał się z Mią Farrow.

Od idola do potwora

Autobiografia jest zadedykowana Soon-Yi. „Jadła mi z ręki, a potem zauważyłem, że brakuje mi ramienia”. Od 25 lat są parą, od 22 małżeństwem i w tym czasie nie spędzili osobno żadnej nocy.
Woody Allen, „À propos niczego”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2020
Woody daje do zrozumienia, że to ona jest szefem. Żarty żartami, lecz Allen rzeczywiście jest przekonany o przewadze kobiet nad mężczyznami. Z komedii „Wszystko co powinniście wiedzieć o seksie, ale boicie się zapytać” wyciął ostatni epizod. Grał w nim pająka, pożeranego przez partnerkę natychmiast po kopulacji.

Swoje pierwsze małżeństwo (ze studentką filozofii) nazywa pomyłką. Druga żona, aktorka Louise Lasser, była zabawna, lecz psychicznie niestabilna i biedny Woody czuł się jak w kolejce górskiej. Potem prywatnym życiem reżysera zawładnęła Diane Keaton (mimochodem przechwala się, że zaciągnął do łóżka także jej dwie siostry). Na ekranie z reguły pokazywał się w towarzystwie atrakcyjnych pań, co wlewało nadzieję w serca widzów ustępujących urodą Robertowi Redfordowi.

Mii Farrow, która omal nie stała się jego Nemezis, Allen poświęca sporo miejsca. Twierdzi, że zbyt łatwo przeszedł do porządku dziennego nad faktem, że wszystko ich różniło. Wypomina swojej ekspatologiczną rodzinę, rozwiązłość, wyrachowanie i znęcanie się nad adoptowanymi dziećmi. Tylko o aktorskich umiejętnościach Mii jest dobrego zdania. Spędzili 13 lat razem, ale mieszkali osobno.

Z Soon-Yi zaczął się zadawać, gdy była już dorosła, zaś związek z jej macochą wszedł w fazę uwiądu - tłumaczy Woody. Pomysł, że napastował seksualnie sześcioletnią Dylan zrodził się w umyśle wściekłej i mściwej kobiety. Twórca „Zeliga” mimo zapewnień, że nie dba o reputację, ruszył do kontrataku. Wydał górę pieniędzy na prawników, poddał się nawet testowi na prawdomówność. Wojna zakończyła się remisem, on nie został postawiony w stan oskarżenia, jej sąd powierzył opiekę nad dziećmi. Farrow chciała zniszczyć karierę Allena, tymczasem zniszczyła własną.

Skandal na nowo rozbudził zainteresowanie filmami znerwicowanego okularnika. Duszny melodramat „Mężowie i żony” stał się kasowym przebojem. Tłumy waliły do kin, by z wypiekami na twarzach tropić aluzje do rozstania reżysera i jego gwiazdy (daremnie, gdyż scenariusz powstał zanim Mia znalazła nagie fotki Soon-Yi w mieszkaniu Woody’ego).

Druga fala tsunami uderzyła, gdy pełnoletnia już Dylan potwierdziła fakt molestowania w telewizyjnym wywiadzie. Z obrazem płaczącej kobiety nikt nie wygra, w oczach milionów Amerykanów Allen w jednej chwili stał się infamisem. Zablokowano premierę jego nowego filmu. W Hollywood prawie nikt nie bronił reżysera „Zbrodni i wykroczeń”.

Podpadł dyrektorom fabryki snów, gdy bojkotował Oscary i wzgardził członkostwem w Akademii Filmowej. Pojawiły się też zarzuty, że ignoruje czarnoskórych aktorów. Oto i odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek, dumnie deklarujący, że nigdy nie patrzy wstecz, nagle zmienił zdanie i zabrał się za pisanie autobiografii. Odrzucana przez kolejnych wydawców, po ukazaniu natychmiast trafiła na szczyty list bestsellerów.

Co wolno Polańskiemu

Czy sam talent wystarczy, żeby zrekompensować potworne skutki zbrodni?

zobacz więcej
Ostatni żywy klasyk

Allen jest zdziwiony furią, z jaką natarły nań wojowniczki spod znaku #MeToo. Przecież napisał tyle wspaniałych ról kobiecych! Przypomniały mu się czasy, gdy w „Figurancie” grał ofiarę polowań na czerwone czarownice. Ironizuje, że bycie pariasem ma swoje zalety, a w ostateczności - jak to literat - będzie tworzył do szuflady.

Nerwus z Manhattanu przetrwał nagonkę, gdyż od dawna funkcjonuje na obrzeżach systemu. W ojczyźnie uchodzi za autora, na którym trudno zarobić. Coraz częściej kręci filmy w Europie, bo tu łatwiej jest mu zdobyć fundusze na produkcję, zaś moraliści wywierają mniejszy wpływ na opinię publiczną.

1 grudnia Allan Stewart Konigsberg skończy 85 lat. Sądząc po rodzicach, ma szansę na długowieczność. Prawie niczego w swym życiu nie żałuje. Jak każdy trefniś, jest pesymistą. Przypomina pomnik, stojący w ustronnej parkowej alejce. Wandale nie zdołali go obalić, lecz z wolna porasta mchem. Dorastał w epoce, gdy kino znajdowało się na każdym rogu ulicy, bilety były śmiesznie tanie, zaś między seansami publikę zabawiali muzycy i parodyści. Radio od rana do nocy grało jazz.

Współcześni komicy wydają się Allenowi zbyt wulgarni. Muzyka, której słucha dzisiejsza młodzież, też go raczej nie porywa. W sierpniu skończył zdjęcia do komedii „Rifkin’s Festival”, we wrześniu pokazał ją w San Sebastian. Koneserzy już ostrzą sobie zęby, albowiem Woody bawi się cytatami z „Ośmiu i pół” Felliniego, „Julesa i Jima” Truffauta, „Anioła zagłady” Buñuela oraz „Siódmej pieczęci” Bergmana. Zwiastun epatuje banalnym odkryciem: życie przypomina film. „Czasem jest komedią, czasem dramatem, innym razem romansem, ale zawsze tajemnicą”.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Pomnik Woody'ego Allena w hiszańskim Oviedo. Fot. Oscar Gonzalez/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Brytania rozwydrzonych i brutalnych możnych
Mordy, egzekucje i gwałty są na porządku dziennym. Na drogach grasują bandyci. Nowa powieść Kena Folletta szturmuje szczyty list bestsellerów.
Kultura Najnowsze wydanie
Mistrz kung-fu i cza-czy. Przyjaciel Polańskiego. Bruce Lee
Uczył reżysera samoobrony, a ten rewanżował mu się nauką jazdy na nartach. „Wejście smoka” miało premierę już po śmierci mistrza, „a producenci, którzy tak długo traktowali go z pogardą, zgarniali miliony” – wspominał Polański.
Kultura wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Mord pośród malin zaskakująco żywotny
To jest świat prawdziwie odjechany, gdzie śmiech miesza się z przerażeniem.
Kultura wydanie 30.10.2020 – 6.11.2020
W Narodowym: o strasznym łańcuchu pokoleń
Piotr Zaremba: Czy przywoływanie klasycznego już scenariusza filmowego Ingmara Bergmana ma sens dziś – w obliczu pandemii, która niszczy wszystkim życie?
Kultura wydanie 30.10.2020 – 6.11.2020
400 iniekcji i prześwietlenie. Pacjentka z Jasnej Góry
Zastrzyki czy wlewki? Wosk czy klej? Jak podtrzymać „zdrowie” cudownego obrazu?