Felietony

Terynka, antenatka Marty Lempart. Niedole emancypacji

Nieszczęśliwie przystawszy do żyrondystów, przemawia na ich rzecz w ogrodach tuileryjskich, gdzie zostaje pewnego razu poturbowana przez grupę jakobinek. Odtąd słabuje, dowodząc każdym kaszlnięciem, jak zgubne mogą być podziały na lewicy.

Impromptu dla Marty L.



Przyznajmy od razu, że przydomek „terynka”, nawiązujący do sztuki pasztetniczej i nazwy terakotowych foremek, w których sporządza się wyborne przekąski mięsne z bażanta lub łososia, podawane na zimno, nie ma nic wspólnego z rdzeniem jej nazwiska i jest jedynie złośliwą asocjacją. Ale też jak jej nie przezywano! Była już i „Pytią” (w dokumentach kontrwywiadu domu habsburskiego), i „Sisiną” w wierszach Charlesa Baudelaire’a, i Mademoiselle Campinado, kiedy udzielała się jako kurtyzana w przedrewolucyjnym Paryżu, i „żyrondynką” (la girondine) w ustach wściekłych jakobinek; dla nas niech pozostanie Terynką, od nieznacznie tylko przeinaczonej francuskiej wersji jej nazwiska: Théroigne.

Dzisiaj uznano by ją za obywatelkę postępowej Belgii lub zgoła Luksemburga; wówczas, w roku 1762, urodziła się jako poddana biskupa Liège, w wiosce Marcourt. Dzieciństwo ponadprzeciętnie głodne i chłodne: odumarta przez matkę niemowlęciem, podrzucana przez ojca i macochę ciotkom, przez te – innym ciotkom, zdążyła liznąć trochę szycia, pasania krów limburskich i opieki nad niemowlętami. Brana do terminu, porzucona i wystawiana do wiatru, nie mniej miała pecha od Manon Lescaut.
„Portret kobiety” z około 1785 r. – rozpoznany jako portret Anne-Josèphe Théroigne de Méricourt (1762-1817), choć bywał przypisywany Charlotte Corday. Paryż, Muzeum Carnavalet. Autor nieznany, dawniej uważany za obraz Antoine'a Vestiera (1740–1824). Fot. Reprodukcja w: André Foulon de Vaulx, «Antoine Vestier. 1740-1824. Notes and Information », Extract from the Historical and Literary Booklet, Paryż, Émile Paul Publisher, 1901; https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6071340
A jeszcze ci mężczyźni… Najpierw jakiś Anglik nakłonił ją, piętnastoletnią, do ucieczki z domu kolejnej chlebodawczyni. Inny, włoski kastrat Giusto Fernando Tenducci dawał jej lekcje śpiewu po to tylko, by wycyganić od niej wszystko, co zostało jej po Angliku, po 60-letnim markizie de Persan, któremu umilała starość, i z ozdobnego wyszywania cybuchów do fajek. W swoich pasjach wokalnych dotarła za Tenduccim aż do Rzymu: tam skończyły się ludwiki, a górne „cis” zawisło dramatycznie w powietrzu, splatając się z wieściami o rewolcie Stanu Trzeciego w dalekim Paryżu.

Nie bez Terynki takie rzeczy! Anne-Josèphe Théroigne spieszy do Paryża i po raz pierwszy występuje publicznie 17 lipca, w dniu, w którym Ludwik XVI na znak solidarności z ludem przypina trójkolorową kokardę. Terynka przyćmiewa jednak od razu przegranego monarchę, występując w męskim stroju jeździeckim i w okrągłym, męskim kapeluszu. Dotąd kazała się tak namalować bodaj jedna pani du Barry, na portrecie Françoisa-Huberta Drouaisa. Terynkę jednak każdy może podziwiać na żywo, gdy wdziera się na obrady Zgromadzenia Narodowego, przysłuchując się im uważnie. Stroje kazała sobie obstalować trzy: biały, czarny i pąsowy, najchętniej jednak występowała w tym ostatnim, żywo kojarzącym się wszystkim z sangwiną.

Trudno powiedzieć, czy więcej kompetencji w kwestiach rewolucyjnych dawało jej pasanie limburskich stad, czy sukcesy w branży rozrywkowej, ale w Zgromadzeniu Narodowym jest jej tej jesieni pełno; przeprowadza się nawet na rue de Noailles, by mieć bliżej. Rojaliści, oczywiście, strzępią pióra i języki, pomawiając ją o kąpiele już to z połową Zgromadzenia, już to we krwi ofiar, ale Terynka ma to za nic. W styczniu 1790 zakłada „Stowarzyszenie Przyjaciół Prawa”, które stawia sobie za cel propagowanie rewolucyjnego zapału na prowincji. Przemawia na zebraniach klubu kordelierów, kilkukrotnie zagrzewa posłów Zgromadzenia z galerii. Mimo antyarystokratycznego żaru nie wymawia się od nadanego jej przez ulicę dodatkowego członu nazwiska – „de Méricourt”, od francuskiej nazwy rodzinnej wsi.

Kim są panie, które każą wszystkim „wypier…”? Przewodnik po polskim feminizmie

Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?

zobacz więcej
W lecie 1790 postanawia wypocząć w Marcourt / Méricourt. Niestety, wojna już trwa, niespodziewany wypad austriacki zajmuje biskupstwo i Terynce przyjdzie tłuc się w karocy kontrwywiadu aż na krańce Europy, do tyrolskiej twierdzy Kufstein, gdzie zostaje osadzona jako więzień stanu. Książę Wenzel Anton von Kaunitz snadź chętnie czytał prasę rojalistyczną, z której wywnioskował, że luksemburska emancypantka jest zarazem babilońską bestią i inspiratorką wystąpień antydworskich. Dopiero przesłuchujący ją młody oficer i dyplomata François de Blanc zaniepokoił się jej krwotokami, bezsennością i dość splątanymi wizjami, w których Terynka opowiadała o sobie, tańczącej na blankach Bastylii, i doprowadził do jej zwolnienia – nawet bez poręczenia księdza.

Po jej powrocie w styczniu 1792 roku Paryż klęczy Terynce u stóp: w klubie jakobinów opisuje swą habsburską niedolę, zwieńczona zostaje tytułem „Amazonki wolności” i rychło zaczyna przemawiać na rzecz powołania kobiecego batalionu obrony stolicy. Bezsenna, szkarłatnooka, rozwiesza własnoręcznie malowane plakaty i zachęca śledziarki z Fabourg Saint-Germain do robienia szablą. Nieco to konfunduje obywatela Maksymiliana de Robespierre’a, który po raz pierwszy daje do zrozumienia, że Terynce przydałoby się trochę spokoju.

Tymczasem jednak wybuchają niepokoje 10 sierpnia 1792 i trzydziestoletnia walkiria żywo angażuje się w kamieniowanie więźniów-rojalistów na Place Vendôme, choć nie jest prawdą, jakoby osobiście odarła ze skóry dziennikarza François-Louisa Suleau; to znów ta burbońska propaganda. Dość się jednak zasłużyła, by otrzymać od dzielnicy „koronę obywatelską” w uznaniu zasług w walce z tyranią.

Od jesieni 1792 Terynce coraz silniej dokuczają bóle głowy, nie przestaje jednak uczestniczyć we wszelkich zgromadzeniach publicznych w swoim nieco wytartym już stroju do konnej jazdy i z drewnianym pałaszem. Przemawia, skanduje, wykrzykuje na rzecz wolności, nieraz z nadmiaru zapału doznając drgawek, które gaszą dopiero okłady z octu i obietnice rychłego rozprawienia się z kontrrewolucją. Mówią, że sam Kamil Desmoulins raz pożyczył jej grzebień.
Théroigne de Méricourt. Fragment gwaszu braci Lesueur, Muzeum Carnavalet, Paryż. Fot. http://parismuseescollections.paris.fr/fr/musee-carnavalet/oeuvres/theroigne-de-mericourt-en-habit-d-amazone , Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=80799024
Nieszczęśliwie przystawszy do żyrondystów, przemawia na ich rzecz w ogrodach tuileryjskich, gdzie zostaje pewnego razu poturbowana przez grupę jakobinek; odtąd słabuje, dowodząc każdym kaszlnięciem, jak zgubne mogą być podziały na lewicy.

Jesienią 1794 została przyjęta z rozpoznaniem „obłąkania” do domu dla nieszczęśników w Faubourg Marceau. W 13 lat później przeniesiono ją stamtąd do najwybitniejszego XIX-wiecznego szpitala psychiatrycznego, La Salpêtrière. W pierwszych latach po przybyciu okazywano ją jeszcze, za pieniądze, utytułowanym ciekawskim, jak do zachrypnięcia śpiewa „Marsyliankę” lub domaga się krwi panów i prałatów; w ostatnich latach miłosiernie zamknięto ją w izdebce wyłożonej słomą, skąd duch jej pospieszył na rewolucyjne blanki 9 lipca 1817; w Paryżu od trzech lat władał z łaski Kongresu Ludwik XVIII.

Terynka zachowała małe chambre de bonne w pamięci zbiorowej. Przez pierwsze pół wieku księża straszyli jej losem w kazaniach niemal równie często, jak opisem ostatnich chwil Woltera, który miał jakoby, na znak ostatecznego upadku, „pić wodę z urynału”. Mylili ją zresztą zwykle z młodymi damami, które najmowano w dniach paryskich obchodów święta Istoty Najwyższej, by siadały na zdesakralizowanych ołtarzach, możliwie wysoko unosząc trzewiki.

Z czasem zapomnieli o niej kaznodzieje – pamiętała tylko Sarah Bernhardt (jednoaktówka), Charles Baudelaire („Kwiaty zła”), Kazimierz Brandys w „Wariacjach pocztowych”, no i ceniona akademiczka Suzanne Desan, która poświęciła jej dłuższą, genderologiczną pracę w tegorocznym wiosennym numerze „Journal of Modern History”. Nikt nie powiedział małej, zagubionej, przekazywanej z rąk do rąk i spragnionej poklasku menadzie, że sukcesu nie zapewni jej ani szkarłatny strój do konnej jazdy, ani najodważniejsze nawet symbole wyszywane na cybuchach do fajek.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: „Amazonka rewolucji francuskiej” Théroigne de Méricourt (1762–1817). Grawerowanie według obrazu Auguste'a Raffeta. Fot. Flickr, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=18004478
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościół nam narzuca kodeks moralnego zamordyzmu?
To nie wypełnianie religijnego Prawa, lecz łaska Boża zbawia człowieka. Może on ją przyjąć lub odrzucić.
Felietony Najnowsze wydanie
Być
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Dystans
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Z czego się śmieją autorytety z Facebooka?
Każdy ma prawo być sobą w swojej wiosce i w swoim miasteczku, i ma prawo stanowić o życiu tej społeczności.
Felietony Poprzednie wydanie
Dlaczego Niemcom wolno więcej? Bo mają lepszą „kulturę”?
Germański nacjonalizm pod maską praworządności.