Rozmowy

Nikt nie wiedział, kto się kryje za jego pseudonimem. Nawet żona, która przynosiła mu plotki potem spisywane w felietonach

Niemcy zatrzymali go wiosną 1940 r. w Warszawie w „łapance”. Gestapowcy przy al. Szucha poczęstowali go koniakiem, kawą i cygarem, obiecali też, że jeśli poczuje się głodny, to zamówią mu obiad – opowiada Lidia Sadkowska-Mokkas, biografka Stanisława Dygata.

TYGODNIK TVP: Telefon był nałogiem Stanisława Dygata?

LIDIA SADKOWSKA-MOKKAS:
Rozmowy telefoniczne to namiętność, nawyk, rodzaj manii. Dzielił się w nich spostrzeżeniami, promował – coś lub kogoś, załatwiał ważne w danym momencie sprawy. Poza tym musiał mieć towarzystwo, słyszeć głos, a nawet oddech drugiego człowieka. Zawiadamiał o nowinkach podanych w Radio Wolna Europa czy dostrzeżonych na łamach zagranicznej prasy, ale i sam był informowany.

Jeśli nie do końca pełnił funkcję nieformalnej agencji prasowej, to z pewnością należał do osób najlepiej rozeznanych w realiach społeczno-politycznych PRL. W szaleńczych, długich rozmowach, których nie przerywał nawet wówczas, kiedy ktoś wpadał z wizytą, najlepiej uwidaczniał swój wulkaniczny charakter.

Polakiem został dopiero w wieku chrystusowym?

Faktycznie… to symbolika? Urodził się jako obywatel francuski – z ojca, Antoniego Dygata, architekta i matki, Jadwigi, de domo Kurowskiej – 5 grudnia 1914 roku w Warszawie. Ale jego rodzinna „mitologia”, od strony taty, sięga nad Sekwanę. Wzmianki o „sprawcy” narodowego zamieszania prapradziadku, niejakim „François Digat”, który – jak malowniczo pisał – „w okresie wojen napoleońskich strumień siły rodnej skierował z Francji do Polski” są nieco legendarne.
Lidia Sadkowska-Mokkas, "Dygat Pan", Wyd. Bellona 2020. Preiemra książki 25 listopada 2020
Mniej mitycznie brzmią relacje o pradziadku Antonim. Ten uczestnik powstania listopadowego przypieczętował polskość rodu żeniąc się z Polką. A wieści o dziadku Ludwiku, absolwencie prawa, walczącym w powstaniu styczniowym, po którym odziedziczy drugie imię oraz zamiłowanie do kolei i kontrolowania punktualności pociągów, są udokumentowane w wielu źródłach.

W patriotycznym domu Ludwika – urzędnika, a potem wicedyrektora rachunkowości w Towarzystwie Kolei Północnych – oraz jego żony Konstancji, we Francji , często znajdowali schronienie emisariusze znad Wisły.

Dziadkowie, co musiało wnukowi imponować, pełnili rolę prawnych opiekunów mieszkającego w przytułku św. Kazimierza Cypriana Kamila Norwida. Konstancja po niespodziewanej śmierci męża, przeniesie się niebawem z synami Antonim i Stanisławem do paryskiej kamienicy, w której mieszka i pracuje przy sztalugach utalentowana Olga Boznańska.

Rodzice pisarza poznają się w Paryżu, gdzie matka przyjechała studiować medycynę na Sorbonie. Studiów nie ukończy, ale zwiąże się z przystojnym absolwentem architektury, z którym niebawem wróci do Polski i któremu urodzi dwoje dzieci: córkę Marię Danutę oraz syna Stanisława Ludwika.

Do prymusów przyszły pisarz nie należał...

Ponieważ nie chciał należeć. Wolał inne osobowościowe stylizacje. Z drugiej strony musiały mu przeszkadzać: presja domu rodzinnego – zwłaszcza ojca – oraz mocno dołujące łatki – nieudacznika, życiowego idealisty, lekkoducha czy lenia.

Droga edukacyjna Dygata była wyboista i kręta. Najpierw poprowadziła go do gimnazjum męskiego Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej przy ul. Klonowej w Warszawie, a po ustawicznym wagarowaniu i powtarzaniu klas, a nawet ucieczce z domu nad Bałtyk – do konwiktu pijarów w podkrakowskich Rakowicach. Szkoły dla niesfornych młodzieńców z dobrych domów, gdzie – w wieku 21 lat – uzyskał maturę.

Z uczelniami – podobnie. Studiował „obficie”, jak będzie przyznawał po latach, ale żadnego z trzech kierunków (ekonomii, architektury, filozofii) nie ukończył. Częściej niż na wykładach spotkać go można w modnych lokalach przedwojennej Warszawy.

Pierwsze sukcesy odniósł na korcie?

To prawda, jego zaistnienie na łamach prasy, wiąże się ze sportem. W 1930 roku, po mistrzostwach juniorów w tenisie, na łamach „Przeglądu Sportowego”, kierowanego przez Kazimierza Wierzyńskiego, ukazała się wzmianka: „Na uwagę zasługuje piętnastoletni, świetnie zapowiadający się Dygat”. Poczucia uskrzydlającej i rozpierającej dumy nie zrekompensują mu, jak będzie przekonywał, żadne późniejsze osiągnięcia literackie.

Prowokacja w ubikacji i inne anegdoty z literackich salonów

W Polsce Ludowej chlali wszyscy: od pracownika fizycznego do profesora. W tej sprawie komunistom udało się doprowadzić do równości.

zobacz więcej
Nieobce mu były też inne dyscypliny.

Sportem pasjonuje się od młodości: gra w tenisa, pływa, boksuje w sali YMCA przy ul. Konopnickiej w Warszawie, a w okresie wrocławskim jest nawet członkiem lokalnego klubu pięściarskiego. W stolicy ogląda mecze piłkarskie: na żywo i w telewizji. Satysfakcję sprawia mu poznawanie znanych sportowców, z którymi się przyjaźni. W latach 70. imponuje mu Wojciech Fibak, którego plakat zawiśnie w pokoju willi przy Kochowskiego, w pobliżu innej „świętości” – Marylin Monroe.

Wątki sportowe przemyca w felietonach oraz prozie, by wspomnieć nowelę, adresowaną do młodzieży, „Zwycięstwo będzie za metą” z 1954 roku czy mikropowieść „Disneyland”. Skąd ta fascynacja? Sport jest przejrzysty, wyzwala szczerość. Niesie ze sobą gorycz porażki, ale i radość sukcesu. Okupionego wysiłkiem i pracą.

Uniwersytetami Dygata były kawiarniane stoliki?

Ciągnie go w stronę ludzi osobowościowo barwnych. A takich może spotykać nie tyle w rewirach akademickich, co w Małej Ziemiańskiej przy Mazowieckiej, jak i w Zodiaku przy Traugutta, wokół stolików montowanych przez Gombrowicza. Może nie pojawiał się przy nich regularnie, ale bywał często i przysłuchiwał się dyskusjom oraz rozmowom.

Zaakceptowanie go w pisarskim gronie, pomimo braku literackiego dorobku, ogromnie mu imponowało. Podobnie jak fakt, że kawiarniany maniak i demon Gombrowicz w jego towarzystwie, doświadcza uczucia ulgi. Wychodzi z formy i prowadzi zupełnie „niegombrowiczowskie”, rzeczowe rozmowy.

Myślę, że w atmosferze kawiarnianych stolików, a także w znajomości z autorem „Ferdydurke”, należy szukać fenomenu „niezamierzonych” salonów Dygata. Znajomość z Gombrowiczem, stolikowe „uniwersytety” przełożą się na sposób kreowania literackiego świata, ale również na postrzeganie kwestii narodowych.

Internowanie stało się dlań katalizatorem literackim?

Zatrzymano go wiosną 1940 r. w „łapance” przy Nowym Świecie, pomiędzy Chmielną a Ordynacką. Po wyładowaniu z ciężarówki i sprawdzeniu dokumentów w gmachu gestapo – dawnego Ministerstwa Oświaty i Wyznań przy alei Szucha – nastał, jak wspominał, „prawdziwy Wersal” – „koniak, kawa i cygara, a jeśli poczuje się głodny, są skłonni zamówić nawet obiad”. Germańska precyzja: za każdego Francuza i Anglika wypuszczony z niewoli Niemiec.

Potem podróż, w całkiem cywilizowanych warunkach, do Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim. Ośmioosobowe pokoje w dawnych salach lekcyjnych, paczki z żywnością i listy otrzymywane od rodziny. Spacery po dziedzińcu niczym po bulwarach w nadmorskich kurortach. Miłość do paryżanki Suzanne, emocjonalne zbliżenie do ojca, który wraz z drugą żoną również został internowany.
Stanisław Dygat i jego maszyna do pisania w roku 1962. Fot. PAP/CAF/Barącz
Rytm dnia odmierzany posiłkami – urastającymi do misterium. A w grudniu 1940 roku likwidacja obozu internowania i powrót do Warszawy. Te przeżycia przetransponuje literacko w „Jeziorze Bodeńskim” – utworze z elementami autobiografii, graniczącym, jak będzie sugerował, z pamiętnikiem. Reminiscencje z okresu internowania pojawią się również w „Karnawale” oraz „Dworcu z Monachium”.

Miał kompleks nieuczestniczenia w wojnie?

Nie tyle kompleks, co świadomość, że jego wojenne losy różnią się od doświadczeń kolegów. A obóz dla internowanych cudzoziemców, w którym się znalazł, gdzie życie płynie monotonnie, ale spokojnie, a chwilami przyjemnie i wesoło, nie ma żadnego odniesienia do miejsc zagłady i obozów koncentracyjnych. Trochę tak, jakby statystował czy grał w zupełnie innym wojennym filmie.

Janusz Minkiewicz w sytuacyjnej „Fraszce na Czesia i Stasia” odniesie się do okupacyjnych losów Miłosza i Dygata, którzy ze względu na posiadanie dokumentów obcych państw (w przypadku przyszłego noblisty litewskiego nawet nie paszportu, ale innego dokumentu ze zdjęciem) mogli poruszać się ulicami Warszawy pewniej i bezpieczniej niż inni.

Wstąpił do partii koniunkturalnie? Oddał legitymację w chwili likwidacji miesięcznika literackiego „Europa”?

Koniunkturalizm czy pragmatyzm to ostatnie określenia pasujące do osobowości Dygata. Szeregi partii (najpierw PPR – potem PZPR) zasilił w okresie łódzkim pod wpływem emocji, chwilowego entuzjazmu, być może atrakcyjności haseł. Ale całe życie źle znosił funkcjonowanie w jakichkolwiek sformalizowanych strukturach.

Zakaz wydania „odwilżowego” pisma „Europa”, stał się pretekstem do pożegnania z rolą towarzysza. Jesienią 1957 roku zwróci legitymację z ulgą, bez żalu, zwłaszcza, że rozwodników z przewodnią siłą narodu każdego dnia przybywało.

Socrealizmu uniknął?

Był genetycznie zaimpregnowany na wszelkie reakcje stadne. „Phobowałem, ale nie pothafiłem” – mówi na spotkaniu autorskim, cudownie przy tym grasejując. Opatrzność nad nim czuwała i „Gorące uczynki”, rzecz o podstępnym działaniu imperialistów we Wrocławiu, drukował jedynie na łamach „Gazety Robotniczej”. Po wyczerpaniu weny twórczej niektóre odcinki dopisywał za autora sekretarz redakcji.

Jeśli nieco wpasowywał się w klimat czasów i odcinał od „mieszczańskich miazmatów” to pięcioaktową komedią „Nowy Świętoszek”. Socrealistyczną parafrazą sztuki Moliera, którą popełnił pospołu z „profesorem socjalistycznej metafizyki” – Janem Kottem.

A za jedyne samodzielne, skażone socrealizmem, książkowe „dzieło” Dygata można uznać zbiorek przypowieści oraz satyrycznych nowel pt. „Wiosna i niedźwiedzie”, którego, szczerze wyznam, nie byłam w stanie doczytać do końca ze względu na „wybitne” walory ideowo-stylistyczne.

Elokwentni aktorzy, sport i rozhisteryzowani pisarze, których ratowała mówiąc, że lud czeka na nich

W latach 60. w kawiarni „Czytelnik” elity intelektualne rozmawiały godzinami o… meczach piłkarskich. Andrzej Dobosz opowiada o tym w 9. odcinku programu „Z pamięci”.

zobacz więcej
Jego miłość do filmu pozostała niespełniona?

Niezupełnie. Cały czas, właściwie od młodości, jego życie zawodowe przeplata się z filmem. Przed wojną pisze dialogi, między innymi dla Jacka Woszczerowicza. W latach powojennych statystuje u Andrzeja Munka, gra epizod w „Spóźnionych przechodniach”, pięciu psychologicznych nowelach filmowych, powstałych na bazie „Pól Elizejskich”. Wystąpi (w duecie z Bohdanem Łazuką!) jako aktor pierwszoplanowy, kreując czarny charakter!, w dyplomowej etiudzie Jerzego Skolimowskiego.

Tworzy dialogi (m.in dla Stanisława Barei) oraz scenariusze. A jego poetycko-egzystencjalne mikropowieści przenoszą na ekran wybitni reżyserzy, by wspomnieć „Pożegnania” Wojciecha Jerzego Hasa czy „Jowitę” Janusza Morgensterna, nakręconą na kanwie „Disneylandu” i wyświetlaną nie tylko w kraju, ale również w USA – w Nowym Jorku w kinach przy prestiżowej Piątej Alei!

Należy wspomnieć, co prawda nie ekranową a teatralną, realizację „Jeziora Bodeńskiego” w reż. Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Małym. Do filmowej wersji tej powieści podchodzą: Stanisław Wohl w 1958 roku i – dwa lata później – Has. Oba scenariusze uznano za „nudne i nieciekawe”, a dzieło za wybitnie „antyfilmowe”. Dopiero Januszowi Zaorskiemu udaje się w 1985 roku przenieść „Jezioro” na ekran. Dygatowi nie powiedzie się tylko, pomimo starań i wyjazdów do Szwajcarii, z najbardziej „pechowym” adaptacyjnie utworem – „Podróżą”.

Changement des dames. To celna ocena pierwszego małżeństwa?

To kolorowa wersja Minkiewicza, choć jej wiarygodność potwierdzał naoczny świadek uczuciowej krzyżówki – Ryszard Matuszewski. Zgodnie z jego relacją wydarzenie miało miejsce w 1943 roku w Kazimierzu nad Wisłą i przebiegało w pogodnej atmosferze, przy aprobacie całej czwórki.

Minio związał się z „Kropką”, Jadwigą Gosławską, a Dygat „wziął” sobie Dziunię Nawrocką. O zamianie partnerek miał zadecydować fakt, że ta ostatnia typem urody kojarzyła się z Clarą Bow – gwiazdą kina niemego, uosobieniem seksu lat dwudziestych, w której swego czasu Dygat namiętnie się podkochiwał.

Czemu związek z Nawrocką się rozpadł?

Rodził się w trudnych warunkach podczas okupacji, a po wojnie pojawiły się inne problemy: brak stabilizacji życiowej i zawodowej, nieustanne zmiany adresów, pobyty w różnych miastach, niekończące się kłopoty finansowe, opieka nad dzieckiem. Zwyczajność codzienności, którą pomimo chaosu trzeba mądrze i planowo zarządzać. Myślę, że na nietrwałość pierwszego małżeństwa wpłynął niefrasobliwy stosunek do życia oraz pewna niedojrzałość obojga.
Teatr Telewizji, rok 1959, spektakl "Podróż" Stanisława Dygata w reżyserii Stanisława Wohla. Na zdjęciu Gustaw Holoubek i Kalina Jędrusik. Fot. TVP/ Zygmunt Januszewski
Oczywiście poza fascynacją i oczarowaniem Dygata Kaliną Jędrusik. Nigdy jednak nie zerwał kontaktu z pierwszą żoną. Sądzę, że ze względu na osobowościowe predyspozycje nawet gdyby miał dziesięć żon, z każdą potrafiłby ułożyć sobie przyjazne, w miarę poprawne relacje.

Zawiódł w roli ojca?

To przestrzeń newralgiczna i pytanie raczej do córki, która na ten temat wielokrotnie się wypowiadała. Sądzę, że na jego ojcostwie w znacznym stopniu zaważyły osobiste traumy z przeszłości: rozwód rodziców i opuszczenie domu przez Antoniego.

Ale, jak wynika ze wspomnień Magdy, to głównie ojciec w pierwszych latach życia, zapewniał jej poczucie stabilizacji. Zabezpieczał finansowo, kupował praktyczne i niepraktyczne prezenty, przynosił filmowe pisemka, chodził do kina na repertuar nie zawsze dostosowany do wieku dziecka. Odbierał ze szkoły, wyjeżdżał z córką czy też przywozi ją z wyjazdów. Na pewno starał się sprostać roli taty.

Ale „wychowywał” z rozpędu, raczej z powinności niż z chęci. Spontanicznie, bez planu. Był ojcem takim, jakim potrafił być. Z bliska lub na odległość, o czym świadczą zabawne w treści, bardziej koleżeńskie niż ojcowskie listy przesyłane z Ameryki. Relacje rodzic-dziecko są zazwyczaj trudne. A obdarowany szczodrze syndromem wiecznego chłopca, sam przecież nie zamknął definitywnie okresu dzieciństwa i młodości.

Druga żona okazała się najważniejszą osobą jego życia?

„Bóg kocha ludzi, bo ich stwarza” – pisał w „Jeziorze Bodeńskim”. Pragnął być demiurgiem, kreatorem, a Kalina chciała być stwarzana. Miała w tym względzie o wiele większy potencjał od Nawrockiej. Myślę, że nie tyle spotkały się, co zderzyły ze sobą dwie fascynujące osobowości. Byli sobie przeznaczeni, ale i na siebie skazani. To miłość, a potem przyjaźń głęboka, chociaż, jak relacjonowali obserwatorzy, niełatwa i burzliwa. Zaryzykuję twierdzenie, że trudna w równym stopniu dla obojga. Lecz równocześnie niepowtarzalna i barwna.

„Rajskie ptaki PRL-u” – coś prawdy jest w tym z pozoru banalnym wyrażeniu. A zresztą, bez wchodzenia w rolę psychologa małżeństw, każdy intensywnie przeżywany związek intelektualno-emocjonalny pomiędzy kobietą oraz mężczyzną jest zjawiskiem, fenomenem.

Oboje ignorowali 6. przykazanie dekalogu?

Łamali je świadomie, za obopólną zgodą i akceptacją swoich obiektów zauroczeń. Różnica wieku, głód świeżych wzruszeń, odmienne temperamenty, możliwości, potrzeby, narastające problemy zdrowotne. Nie chciałabym trywializować czy spłycać tematu, ponieważ – co starałam się pokazać poprzez odniesienia do kreacji kobiet w utworach, wypowiedzi prasowe, relacje przyjaciół, a przede wszystkim konkretne personalne wskazania fascynacji obojga – to problem złożony. Stokroć gorsza od zdrady fizycznej byłaby dla Dygata zdrada emocjonalna, a takiej w jego małżeństwie – małżeństwach – nie było.

Najpopularniejszy tygodnik Peerelu, czyli twierdza poczciwych cyników

Eile starał się lawirować, lecz w okresie bierutowszczyzny poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa.

zobacz więcej
Kiedy redakcja „Zwierciadła” poprosi go o wytypowanie kobiety życia, nie wskaże na żadną z żon, piosenkarek, urodziwych aktorek, sportsmenek czy panieneczek-pensjonareczek, w których się podkochiwał i do których pisywał ckliwe liściki, a stwierdzi, że na ten obraz składać się musi wiele pań, które w życiu mężczyzny dużo znaczą lub znaczyły. Bo miłość to „idea”, potencja, nieustannie ta sama, zmieniają się wyłącznie „podmioty”. Nie można jej też zawężać wyłącznie do erotycznych spełnień.

Czy potrafił kochać? W liście do Kazimierza Kutza, już jako wprawiony w manewrach miłosnych pięćdziesięciopięciolatek, napisze w kontekście kolejnego zauroczenia, że może prawdziwymi miłościami były te niespełnione, do gwiazd amerykańskiego kina. Stwierdzi, że jako egocentryk, potencjalnie czuje wstręt do tego, by należeć do kogoś poza sobą. A z erotyzmem i „tymi sprawami” z powodzeniem mógłby stać się bohaterem farsy, dramatu czy tragedii. A niekiedy czuje się, jak postać żywcem wyjęta z prozy Dostojewskiego.

W Annę Tarczyńską (Dygat przez czasem używał takiego pseudonimu – red.) przeistoczył się dla chleba? Bo w felietonistę chyba nie z tej przyczyny?

Postać aktorki-publicystki Anny Tarczyńskiej, syntezy i wypadkowej wielu postaci, przybrał raczej dla intrygi, zabawy prasowej, pragnienia wyjawienia prawdy o ludziach, chęci poirytowania środowiska teatralnego Warszawy, a może lepiej „Warszawki”. Z rozczarowania i gorzkiej świadomości, że zanurzony w zakulisowych gierkach teatr coraz bardziej oddala się od sacrum. Mistyfikacja prawie doskonała, bo, jak twierdził Marian Eile, w redakcji „Przekroju” nikt nie wiedział, kto jest autorem tekstów. Przez długi czas nie orientować się miała również dostarczycielka teatralnych plotek Kalina.

Przygodę z Tarczyńską zakończył pierwszy zawał serca, który przeszedł w 1963 roku. A w felietonach mógł dzielić się wynikami obserwacji. Wyrażać krytycyzm do ówczesnej rzeczywistości, dać upust bakcylowi złośliwości, zademonstrować pisarski pazur. Jak również odradzać się w pracowitości, w przedłużających się w nieskończoność przerwach, pomiędzy kolejnymi utworami. I, co oczywiste, regularnie inkasować dziennikarskie honoraria.

Czemu relegowano pisarza z ZLP?

Za niestosowanie się do paragrafów 11. i 13. statutu, czyli nieuiszczanie składek. Karencja trwała dwa lata – od 8 września 1961 do 20 marca 1963 roku. Kutz twierdził, że Dygat miał problemy z rozróżnianiem nominalnej wartości pieniędzy i wydawał więcej niż posiadał. Z zachowaniem płynności finansowej będzie krucho nawet po osiągnięciu jako takiej stabilizacji. W jego teczce osobowej, zachowanej w archiwum ZLP, znajduje się kilka podań o pożyczki. Z tego, co udało mi się ustalić, nie wszystkie zdążył spłacić.
Kadr z filmu "Mój ojciec Staś" w reżyserii Andrzeja Dudzińskiego z roku 2014, na zdjęciu Magdalena Dygat-Dudzińska z ojcem Stanisławem Dygatem. Fot. TVP
Kiedy i jak powstał oraz gdzie funkcjonował czołowy salon „Warszawki”? Kto tam bywał?

W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych na Mokotowie – ul. Fryderyka Joliot-Curie 7 m. 21 – w dwupokojowym mieszkaniu trzypiętrowego bloku osiedla Wierzbno. Progi „czegoś” pośredniego między salonem artystycznym a klubem towarzyskim, gdzie „miło traci się czas”, mogą przekroczyć ludzie utalentowani i intrygujący. Gospodarz czasami wysyła bileciki, dzwoni osobiście lub prosi kogoś o przyprowadzenie.

W gronie zauważanych, wszyscy, którzy w danym momencie znajdują się na topie: sportowcy, filmowcy, plastycy, aktorzy, reżyserzy, pisarze, dziennikarze, muzycy. Zachowuje się przy tym jak rasowy kibic. Chce widzieć rozwój człowieka. Zyskać potwierdzenie, że nie pomylił się w wyborze. Kiedy okazuje się, że wymaga od bywających więcej niż oni od siebie, odsuwa ich. Pozostawia poza orbitą swoich wpływów.

Największą zaletą miejsca była nieprzewidywalność, improwizowanie. Od sylwestra 1972 roku kolejny „salon” Dygatów zaczyna funkcjonować w willi u zbiegu ulic Kochowskiego i Kossaka – na Żoliborzu. Wydaje się, że ten przy Joliot-Curie pomimo typowo peerelowskich standardów, był bardziej kreatywny i artystowski.

Jak długo oplatała pisarza sieć esbeckiej pajęczyny?

Od lat 60. i pierwszego pobytu w USA w ramach stypendium Fundacji Forda. Oczywiście można wskazać fazy szczególnie intensywne, na przykład po podpisaniu „Listu 34” czy w okresie Marca ‘68, lecz także momenty złagodzenia. Inwigilacja dotyczy zarówno spotkań (m.in. w Czytelniku i SPATiF-ie), wyjazdów krajowych oraz zagranicznych, jak i rozmów telefonicznych.

Pod koniec rządów Gomułki SB podjęła próby zdobywania informacji od „figuranta”. Zdarzyły się momenty, kiedy autor „Rozmyślań przy goleniu” naiwnie wierzy, że to rodzaj wciągającej gry, a on – niczym James Bond znad Wisły – zdoła przechytrzyć system.

W 1971 r. pisarzowi zostaje założony kwestionariusz osoby rozpracowywanej. Na celowniku, szczególnie represyjnych działań SB, znajdzie się Dygat po podpisaniu w 1976 r. „Memoriału 101” (skierowanego do Sejmu PRL w sprawie zmian w konstytucji). Wówczas rusza rozpracowanie operacyjne o kryptonimie „Stan”. Mnóstwo notatek, szyfrogramów, pism pomiędzy wydziałami „bezpieki” na terenie całego kraju. Wszędzie tam, gdzie pojawia się prywatnie lub na spotkaniach autorskich. Śledzenie wzmianek w prasie oraz przechwytywanie korespondencji.

Trwają zakusy na pozyskanie stałego informatora, na kontakt operacyjny typuje się (nieskutecznie) m.in. lektorkę języka angielskiego. Kilka dni przed śmiercią pisarza funkcjonariusz rozpracowujący obserwuje willę przy Kochowskiego i udaje się na komendę milicji, w której obwodzie zamieszkuje Dygat.

Miał talent, brakowało mu szczerości. Okazał się lepszym filmowcem niż literatem

Był stalinowskim pryszczatym, sławiącym budowy socjalizmu i nową władzę, później ciężko to odchorował. Ale pisząc o tych doświadczeniach zawsze krył się za maskami, portretując ludzi pozbawionych pamięci.

zobacz więcej
Inwigilację kończy ocierająca się o groteskę adnotacja, sporządzona dzień po ceremonii pogrzebowej, 4 lutego 1978 roku. Wieńczy ją konkluzja: „zaniechanie wrogiej działalności”.

Dlaczego wycofał nazwisko z ekranizacji „Trędowatej” i wykadrowano go z telewizyjnej retransmisji festiwalu w Opolu?

To pierwsze stanowiło plon nieporozumień dotyczących utworu, jak pisał, o „dużym napięciu romantycznym”. Nie mógł pogodzić się z faktem, że Jerzy Hoffman nie uwzględnił efektów jego wizji powieści Heleny Mniszkówny w scenopisie. Reżyserowi nie podobało się dryfowanie scenariusza w stronę pastiszu. Uznał, iż w kreacyjności Dygat posunął się za daleko.

W oficjalnym oświadczeniu, opublikowanym na łamach „Filmu” pisarz zażądał wycofania nazwiska z czołówki obrazu. Zrzekł się tantiem, pomimo przewidywań, że ekranizacja okaże się kasowa. „Trędowata” popsuła relacje nie tylko z Hoffmanem, ale i z Kutzem. Bo to on, jako szef zespołu filmowego „Silesia”, poprosił przyjaciela o współpracę scenariuszową przy tej produkcji.

A o wyeliminowaniu Dygata z telewizyjnej transmisji, kiedy jako przewodniczący konkursowego jury Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu ogłaszał werdykt komisji, wspomina kompozytor Adam Sławiński, cytowany przez Dariusza Michalskiego, biografa Kaliny Jędrusik. Zwróciłam na to uwagę, ponieważ ta sytuacja rzuca światło na relację pisarza z Januszem Wilhelmim.

Dopowiedzmy: notablem uchodzącym wówczas za wszechwładnego w kinematografii, dziś demonizowanym. Za najbliższego druha Dygata uchodzi Tadeusz Konwicki.

To „trudna” przyjaźń. Wieloletnia, od początku lat 50., kiedy Konwickiego w okolicach placu Na Rozdrożu zaczepił „ogromny pan ubrany w długi zielony brezentowy płaszcz” (Dygat), wypytując między innymi o produkcyjniak „Przy budowie”. Potem odwiedziny w Trójmieście, wędrowanie, czy lepiej lewitowanie, w przestrzeni sopockiego „trójkąta bermudzkiego”, świadkowanie Tadeusza na drugim ślubie kolegi, mnóstwo spędzonych godzin w jego kawalerce przy ul. Wiktorskiej, a potem kolejnych mieszkaniach, przy stoliku w Czytelniku, wspólne wakacje w Chałupach i Kazimierzu, wyjazdy na targi książki, wypady na stadion Legii, wizyty w siedzibie ZLP przy Krakowskim Przedmieściu.

Obopólne zauroczenia twórczością, podziwy. I codzienny, niekończący się „proceder telefoniczny”, wzajemne przeżywanie oraz komentowanie świata. Sukces filmu „Jowita”, do którego pisząc scenariusz przyczynił się autor „Małej apokalipsy”. A następnie zupełnie niespodziewanie – dwie znaczące rysy. Pierwsza – po ukazaniu się, w kwietniu 1976 roku, „Kalendarza i klepsydry” – „łże dziennika” Konwickiego, gdzie Dygat został sportretowany jako monstrum. Nastały miesiące, uciążliwej zapewne dla obu, ciszy przed pogodzeniem.
Wieczor autorski Towarzystwa Opieki Nad Zwierzetami, TVP, rok 1974. Na zdjęciu Jerzy Waldorff i Stanisław Dygat, Fot. TVP / Zygmunt Januszewski
A w grudniu 1977 r. rysa druga, kolaudacja „Palace Hotel” – adaptacji powieści „Dworzec w Monachium” – filmu zrealizowanego w zespole „Pryzmat”, gdzie Konwicki pełnił funkcję kierownika literackiego. Na pewno brak reakcji kolegi podczas ataków kolaudantów przeżył Dygat dotkliwiej niż wydanie „Kalendarza...”.

Kolaudacja „Palace Hotel”, skądinąd filmu wyjątkowo kiepskiego i zafałszowanego, przyczyniła się do przedwczesnego zgonu autora „Na pięć minut przed zaśnięciem”?

W pewnym sensie można powiedzieć, że to wydarzenie przechyliło szalę. Zwłaszcza dla człowieka po ostrych epizodach kardiologicznych, od lat zmagającego się z chorobą wieńcową. „Palace Hotel”, długometrażowy debiut reżyserski Ewy Kruk, to rzeczywiście film nieudany, kompozycyjnie pęknięty, chociaż powstały na podstawie dobrej prozy.

Posiedzenie, w czasie którego Dygat bronił młodej reżyserki, a przy okazji został personalnie zaatakowany, odsłaniało meandry polityki kulturalnej państwa. Zarzuty o antypolski wydźwięk produkcji, sugestie o wyzuciu z uczuć patriotycznych, na co szczególnie był uwrażliwiony, a nawet przeczulony, bolały. A przede wszystkim, jak się miało wkrótce okazać, przyniosły tragiczne w skutkach reperkusje.

Sytuacji nie złagodził pisany w emocjach, w styczniu 1978 roku, list do ówczesnego szefa resortu kultury Józefa Tejchmy. Ministra, dodajmy, nie do końca wpasowanego w system, a w dodatku tuż przed dymisją.

– rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Lidia Sadkowska-Mokkas jest polonistką i dziennikarką, licencjonowanym przewodnikiem po Warszawie. Autorka książek „Przystanek Warszawa. Subiektywny przewodnik literacki” (2014), „Warszawa skamandrytów” (2016), „Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy” (2017) oraz „Dygat Pan” (2020).
Janusz Minkiewicz:

Fraszka na Czesia i Stasia

Staś szedł z Czesiem Warszawą
i Cześ rzecz do Staszka:
– Polska – bracie – rzecz wielka!
Staś przytaknął: – I ważka!

Czesio westchnął: – Ba...Polska!
I znów dalej mówili:
Staś, że w Polsce najlepiej,
Cześ, że w Polsce najmilej.

I te myśli o Polsce
wnet ich dalej powiozły:
O Polakach zaczęli,
kto jest dobry, a kto zły…

Staś, o sobie, że owszem,
Cześ, że on też jest dobry…
Staś: – A kto lepszy Polak:
Cześ, Kiepura czy Chrobry?

Staś okropnie się wzrusza,
Cześ we łzach cały tonie,
Aż buchnęło im z gardeł:
– Hej, kto Polak, a kto nie?!

I znów jęli o Polsce
z taką gwarzyć tkliwością,
że im cały ten dialog
stanął w gardle (pols)kością.

Wówczas, widząc w ich twarzach
piętno Polski wyryte,
chytry szkop podszedł do ich:
– Ausweis – charknął – Ich bitte!
Lecz to ich nie speszyło,
bo wyjęli zza bluzki:
Cześ – swój paszport litewski,
Staś – swój paszport francuski...
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy zostali sprowadzeni do roli siły roboczej
Kiedy 4 tysiące kilometrów od kraju, na zabitych wsiach zobaczy się ludzi przywiązanych do polskości i wiary katolickiej, to coś człowieka porusza.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zbudował średniowieczny zamek w XXI wieku
Powódź odkryła na tym terenie tajemnicze tunele. Czy były tajnymi przejściami z grodu obronnego? O warownych tradycjach regionu świadczą nazwy miejscowości: Gródek, Stróżna, Podegrodzie czy Stróże.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Założyciel oaz, teolog wyzwolenia od reżimu i pokus
W Auschwitrz miesiąc przeżył w bunkrze, w którym potem zginął o. Kolbe. Komuniści zamknęli go w celi, w której „za Niemca” przeżył nawrócenie, czekając na wykonanie wyroku śmierci. Ks. Jerzy Blachnicki, ofiara SB.
Rozmowy wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Wyhodowano sporo wściekłych z nienawiści mutantów
Zostałem dokooptowany do grupy neomarksistów. Będę paprotką na parapecie – mówi plakacista Wojciech Korkuć.
Rozmowy wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Czy jego powieść odnajdzie się w archiwach KGB?
Już w gimnazjum dzielił się z kolegami rysunkami o tematyce masochistycznej – mówi autorka biografii Brunona Schulza.