Felietony

Janem Pawłem II nie raz wycierano sobie usta pełne kłamstw

Część hierarchów wyrosła i wychowała się w peerelowskim systemie, w którym niemal wszystko dawało się „załatwić” – także z sekretarzami partyjnymi, także z funkcjonariuszami SB: i homoseksualną przygodę, i cegły na budowę, i prawo jazdy zabrane za wódkę przy kierownicy.

Kiedy wiosną wzbierała rzeka oskarżeń wobec duchownych o molestowanie seksualne i jego tuszowanie, i kiedy rosły wznoszone przez biskupów mury milczenia, zaczęłam się zastanawiać, jaką tym razem linię pseuddoobrony zaproponują ich specjaliści od wizerunku.

Dlaczego pseudoobrony? I dlaczego „tym razem”? We wrześniu kardynał Stanisław Dziwisz indagowany przez ks.Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego mówił o powołaniu komisji, która miałaby rozstrzygnąć ich – już publiczny – spór o prawdę w sprawie tuszowania czynów przestępczych czy tylko niemoralnych. Ale nic w tej sprawie nie zrobił. Na co czekał?

Miałam nieuchronne skojarzenia – i nie ja jedna zresztą, jak wiadomo z wszelkich mediów – ze sprawą niedokończonej lustracji, zwłaszcza po roku 2007. Wtedy bowiem podjęta została kolejna próba załatwienia tematu.

Gorsząca kauzyperdia

W środowisku akademickim na przykład profesorowie i wykładowcy zostali zobowiązani do składania oświadczeń lustracyjnych. A wiem, o czym piszę, bo byłam wtedy wykładowcą na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Podniósł się potworny rejwach, żeby nie powiedzieć jazgot. Podczas kiedy jedni pracownicy bez problemu (bo go nie mieli!!!) składali oświadczenia, inni budowali taktyki i strategie. Były uchwały senatów uczelni sprzeciwiające się nakazowi oświadczeń lustracyjnych (do dziś zachowałam kopertę z uczelni, w której odesłano mi moje oświadczenie, bo senat już uchwalił, że nie jest potrzebne) i gromkie pokrzykiwania tak zwanych autorytetów moralnych, że oni żadnych oświadczeń składać nie będą, bo jakże to – oni? Przecież są autorytetami!
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski (na zdjęciu z 2010 roku) jest w sporze z kardynałem Dziwiszem. Fot. PAP/Grzegorz Jakubowski
Aż tu nagle, wśród tego krzyku i zamieszania, pojawiło się oświadczenie odpowiednich czynników kościelnych, że uczelnie katolickie są z tego obowiązku wyjęte. Bo w ich przypadku – wyjaśniano – obowiązują ustalenia wynikające z umowy konkordatowej między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską.

Napisałam wtedy, oburzona, w dzienniku „Rzeczpospolita”, że kiedy profesorowie tychże uczelni idą do prezydenta RP po tytuł profesorski (profesor belwederski), to jakośnie obowiązuje ich umowa konkordatowa. Dostałam niezłe cięgi od tych, którzy przedtem mnie chwalili za wsparcie dla konkordatu.


Zaznaczę bowiem, że zawsze byłam – i jestem – zwolenniczką naszego konkordatu. Uważałam, że po upadku peerelowskiego systemu przywrócenie umowy ze Stolicą Apostolska stawia nas na nowo w szeregu państw niezależnie i suwerennie kształtujących swoją politykę zagraniczną. Napisałam wiele tekstów wyjaśniających czytelnikom znaczenie konkordatu. I nigdy nie zmieniłam zdania, ale zasłanianie się nim przy sprawie lustracji uważałam za gorszącą kauzyperdię. Gorszącą tym bardziej, że w wykonaniu duchownych. i to wyższego szczebla.

Co obiecał Kiszczak?

Dlatego teraz, niezależnie od porażającego ciężaru na duszy, byłam bardzo ciekawa, czym się posłużą krętacze i obłudnicy przy sprawie oskarżeń o molestowanie seksualne. Do głowy by mi jednak nie przyszło, że będzie to wizerunek Jana Pawła II, naszego narodowego symbolu i wzorca. Że kardynał Stanisław Dziwisz, jego najbliższy współpracownik, jego oparcie w cierpieniu fizycznym i powiernik w tysiącu spraw, człowiek najwyższego zaufania potraktuje jego pamięć całkowicie instrumentalnie. Że usłyszymy stare i wytarte figury retoryczne, tyle że z nowym imieniem: kto mnie atakuje, ten godzi w obraz JP II, ten niszczy jego wizerunek. Przecież jestem autorytetem, bo z nim pracowałem. Skąd my to znamy?

Kliki homoseksualne w Kościele są jak kolonia pasożytów

Niektórzy biskupi bardziej zasługują na miejsce w więzieniu niż na zaszczytne awanse.

zobacz więcej
A to, że nie on jeden tak postępuje, nie zmienia tu nic, a nawet jeszcze pogarsza sprawę. Co do innych hierarchów, wobec których krążyły podejrzenia o niecne czyny – niektórych wreszcie wycofano z pierwszego szeregu, innych sam Pan Bóg wycofał – także stosowano argumenty, że przecież pracowali z papieżem. W sprawie abp. Juliusza Paetza – w której, czego możemy być już dzisiaj pewni, ówczesny ks. Stanisław Dziwisz odegrał wyjątkowo niechlubną rolę – też tak mówiono: że przecież pracował w Watykanie, cieszył się zaufaniem papieża, więc jak tak można....

Te argumenty miały działać na opinię publiczną – i to jest właśnie najgorsze. Uważano opinię publiczną za bezmyślną masę i imieniem Jana Pawła II wycierano sobie usta pełne kłamstwa i plugastwa.

Forma bezosobowa – wycierano, wycofano – jest o tyle uzasadniona, że działania były podejmowane i zbiorowo, i zakulisowo. W ostatnich dniach, kiedy kardynał Dziwisz sam się pogrążał, unikając odpowiedzi – nawet w telewizyjnym wywiadzie z Piotrem Kraśką, który zapewne sam, jak w dawnych czasach, zaaranżował – pogłębiało się poczucie, że wciąż wierzy on, że wszystko się jeszcze załatwi.

To jest, niestety, jeden z kluczy do rozwiązania zagadki zachowania i jego, i kilku innych hierarchów: wszystko przecież można „załatwić”.

Przecież hierarchowie ci wyrośli i wychowali się w peerelowskim systemie, w którym niemal wszystko dawało się załatwić – także z sekretarzami partyjnymi, także z funkcjonariuszami SB: i homoseksualną przygodę, i cegły na budowę, i prawo jazdy zabrane za wódkę przy kierownicy.
Rok 1991. Spotkanie prezydenta Lecha Wałęsy z biskupem Alojzym Orszulikiem. Fot. PAP/Teodor Walczak
To jest miejsce na opowiastkę – czy raczej ponurą relację – którą uczęstował mnie pewien ksiądz, może właśnie wtedy, w 2007 roku, po konkordatowo załatwionej sprawie lustracji profesorów w koloratkach.

Otóż, siedzą sobie starsi wiekiem – więc działający w czasach PRL – biskupi i debatują, co dalej z tą potworną sprawą lustracji. Jeden z nich zwraca się z wyrzutem do obecnego wśród nich, dziś już nieżyjącego, bp. Alojzego Orszulika, bardzo aktywnego w przygotowaniach do Okrągłego Stołu: „A mówiłeś nam, że Kiszczak obiecał, że wszystko spali”. Wstrząśnięta spytałam, czy to dowcip lustracyjny. – Ależ nie, pani Basiu! – usłyszałam.

Na tym właśnie polega dramat. Na ich poczuciu, że wszystko da się załatwić, wszystko zakryć, wszystko przepchnąć: z Kiszczakami, z generałami, z sekretarzami i innymi aktywistami. I że to dla dobra Kościoła! Wielu z nich tak myśli do dzisiaj. Zapewne kardynał Stanisław Dziwisz także. Nie zauważyli, że z opinią publiczną nic nie da się dzisiaj załatwić.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: 23 października 2004 roku. Audiencja Jana Pawła II dla 40 tys. włoskich skautów. Z prawej osobisty sekretarz Ojca Świętego, arcybiskup Stanisław Dziwisz. Fot. ANSA/EPA/PAP/Filippo Monteforte
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościuszko da nam przykład, jak robić filmy mamy?
Najmniejszy przejaw antynazistowskiego oporu doczekał się w Niemczech swojej opowieści. Dobrych Niemców mamy też w „Pianiście” Polańskiego czy „Liście Schindlera” Spielberga.
Felietony Najnowsze wydanie
Otwórzcie drzwi kościołów
Złodzieje byli, są i będą. A świątynie są po to, aby ludzie tam mogli wejść w każdej chwili.
Felietony Najnowsze wydanie
Pochodzenie
Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Na ulicach
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Tylko prawica bezobjawowa może istnieć w nowym świecie lewicy
Lewicowy radykał w roli bezstronnego badacza „faszystów”.