Rozmowy

Wyhodowano sporo wściekłych z nienawiści mutantów

W latach 30. i 40. ubiegłego wieku Niemcy narzuciły podbitym państwom Europy postępową wówczas ideologię „czystości rasowej". Co z tego wynikło, wszyscy wiemy. Jaką mamy gwarancję, że tak samo nie skończy się z obecnymi „postępowymi" ideologiami? – pyta plakacista Wojciech Korkuć.

TYGODNIK TVP: Mamy za sobą Marsz Niepodległości 2020. Do udziału w nim wzywał pański plakat. Jak się panu podobały tegoroczne obchody?

WOJCIECH KORKUĆ:
Marsz decyzją prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego został zakazany i zablokowany przez policję. Nie można było dojechać. Ustalenia były inne i policja znowu dopuściła się prowokacji podobnych do tych z 2014 roku. Komuś bardzo zależało, aby się nie udał!

Pana plakat mówił o polskiej wspólnocie. Czy znalazłoby się w niej miejsce dla tych, w których husarz z plakatu uderza mieczem?

Dziwne pytanie. To tylko plakat i pewien skrót myślowy. W swoim przekazie jest raczej obronny, to my jesteśmy atakowani przez skumulowany atak środowisk lewackich. Dla wszystkich w tej naszej Polsce jest miejsce, ale nie wszyscy szanują funkcjonujący porządek, są tacy, którzy chcą go zburzyć. Tolerancja represywna to brak tolerancji i anarchia. Nie można się na to godzić.

Dzięki temu plakatowi wiele osób dowiedziało się o pana twórczości. Co więcej by im pan o sobie powiedział? Kim jest Wojciech Korkuć?

Tak sam o sobie? Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to – ciężko pracującą osobą, która powinna wziąć sobie wreszcie jakiś urlop. To moje pierwsze skojarzenie, a poza tym? Artysta wyzwolony ze środowiskowych presji, za co jest atakowany. A za to, co robię, niektóre media próbują mnie ostatnio po raz kolejny zdyskredytować.
Plakat "Marsz Niepodległości 2020". Autor: Wojciech Korkuć
Dlaczego tak się dzieje?

Środowisko artystyczne, z małymi wyjątkami, jest pod wielką lewacką presją w myśl zasady: kto nie idzie z nami, jest przeciwko nam. Jeśli ktoś wymyka się spod tej presji, nie idzie w tym lewicowym tłumie, to spotyka się ze skumulowanym atakiem i ostracyzmem. To bardzo zabawna sytuacja. Kilka dni temu mieliśmy kolejny przykład tej presji w postaci artykułu „Gazety Wyborczej”, którego tytuł zaczyna się od słów „Nadworny artysta PiS”.

Jest pan nim? Tym nadwornym artystą obecnie rządzącej partii?

Widzę, że pani dała się nabrać. Różne głupoty już na swój temat czytałem. Za śp. Januszem Zakrzeńskim, występującym w roli reżysera w filmie „Miś” mogę powtórzyć: „Ona jest bardzo dobra, ta koncepcja” – o której nie miałem pojęcia. Ale sprawdziłem. Rozmawiałem na ten temat ze znajomym zorientowanym w tych tematach, który stwierdził, że niestety nie jestem na tym dworze w ogóle uwzględniony. Mój rozmówca zdziwił się, podobnie jak ja, bo nie za bardzo wiedział, na jakich zasadach to moje bycie „nadwornym artystą” miałoby się odbywać. Zasugerowałem, skoro już tak o mnie piszą, to może dostałaby mi się na dworze jakaś pracownia z czeladnikami? Ale jakoś się nie zanosi...

Wróćmy na chwilę do środowiska artystycznego. Mówi pan, że jest mocno lewicowe. Skąd taka teza?

To nie teza, to są fakty. W środowisku artystycznym, a zwłaszcza na uczelniach artystycznych, nie odbyła się nawet najmniejsza forma lustracji czy dekomunizacji. Cały czas we władzach wyższych uczelni, ale też szkół średnich, są osoby z epoki PRL-u lub ich nominaci. Kiedyś byli czerwoni, dziś tych kolorów przybyło. Mają szeroko rozpostarty tęczowy żagiel, aby łapać wiatr unijnych grantów i dotacji. A immanentną częścią tych grantów jest neomarksistowska podstawa ideologiczna.

W efekcie te środowiska są przesiąknięte nienawiścią do każdego, kto ma inne zdanie. Podobnie jak w latach stalinowskich, zarażają tą nienawiścią młode, chłonne umysły. Wychowani na przekazach „Gazety Wyborczej” i TVN-u, stylizują się na demokratów, ale systemu demokratycznego nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć. Takie tępe betonowe łby – albo my i nasi, albo nie ma demokracji w Polsce.

Widzę, jak odbierane są moje prace, które nie idą w parze z ich wypracowanym, postępowym nurtem, tylko w poprzek tej ideologii. I tak naprawdę nie chodzi o jakość i trafność moich projektów, tylko o to, że nie ćwierkam razem z nimi tych samych melodyjek. A skoro nie jestem z nimi, to wszystko co robię – krytykują.

Jest paru artystów, którzy mają podobne widzenie rzeczywistości do mojego, ale się z tym ukrywają! Niektórzy nawet podsyłają mi swoje plakaty do ekspozycji i mówią wprost, że boją się pod nimi podpisać, bo mogliby za to zostać wyrzuceni z pracy. Maciej Dowgiałło został wywalony z pracy na warszawskiej ASP za to, że ośmielił się namalować obraz na temat katastrofy smoleńskiej. Taka to wolność sztuki na ASP!

Feminizm zdjął z mężczyzn odpowiedzialność

Wielu mężczyzn w Polsce opowiada się za prawem do aborcji. Bo to nie oni przechodzą przez koszmar, jakim jest usuwanie ciąży.

zobacz więcej
Ale tworzyć pan może, więc chyba aż takiej cenzury i braku wolności słowa w Polsce nie ma?

Owszem, ja jestem wolnym, niezależnym człowiekiem i bardzo to sobie cenię. Tworzyć mogę, ale dla wielu osób najlepiej by było, gdybym to robił do szuflady. Oni żadnej wystawy mi nie zaproponowali, bo oni promują tylko swoich, a często to są miernoty artystyczne.

A tych parę osób, które nie są z nimi zblatowane, które mi zrobiły wystawy, jest tak samo sekowanych jak ja, co potwierdza ten artykulik w „Gazetce Wyborczej”. Nie chodzi o cenzurę restrykcyjną z czasów PRL-u, za którą wielu z nich tęskni, ale o miękką cenzurę środowiskową.

Nie jestem związany z żadną partią, tym bardziej nie jestem żadnym artystą partyjnym, jak napisano. Ale temat artystów, którzy należeli do PZPR-u, powinien ktoś w końcu opisać. Skoro o mnie napisano, że jestem „artystą otwarcie partyjnym”, to czemu nie napisano tak o Wilhelmie Sasnalu, który robił plakaty z wizerunkiem Rafała Trzaskowskiego na rzecz kampanii wyborczej, czy projektuje murale z Jackiem Kuroniem?

Dlaczego do artystów partyjnych nie zaliczono Tomasza Lipińskiego, który grał na partyjnych spędach PO i śpiewał: „Jeszcze będzie normalnie...” i brakuje tylko, aby dodał: „Panowie ja wam zawsze wszystko wyśpiewam”?! Dlaczego do artystów partyjnych nie zaliczono takiego artysty, jak Paweł Althamer, który jest zdolny zrobić wszystko na zlecenie postkomunistów?

A artyści ze środowiska aktorskiego: Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn i wielu innych, którzy jawnie udzielają się na partyjnych manifestacjach? Dlaczego oni nie są nazywani artystami partyjnymi?

Albo taka Krystyna Janda, która nie kryje, że jest przesiąknięta nienawiścią do PiS-u. A przecież bez pomocy Lecha Kaczyńskiego nie miałaby prywatnego teatru. Ta niewdzięczność Jandy w tym zakresie jest wybitnie obrzydliwa.

I oni się określają ludźmi kultury. Chyba jej braku...

To jakim pan jest artystą, skoro nie tym na rządowym dworze, i nie partyjnym, i nie prawicowym?

To nie jest moje zadanie, aby sobie tym głowę zaprzątać. Co to za pytanie? Staram się być po prostu sobą. Robić projekty, które mnie interesują i w których się dobrze czuję. A na to trzeba sobie zapracować.

Mam sporo zleceń o charakterze patriotycznym, w których trzeba się wykazać specjalnym wyczuciem. A wbrew pozorom to nie są łatwe tematy. Trzeba uważać, aby nie przesadzić z patosem i uniknąć skojarzeń ze sztampowymi plakatami PRL-u.

Nie wiem, na ile mi się to udaje, ale staram się w tym zakresie projektować plakaty, które w inny, nowoczesny sposób opisują, określają szacunek i umiłowanie do Ojczyzny. Są to takie małe cegiełki, działające pozytywnie na rzecz budowy polskiej wspólnoty. Na takim przekazie się skupiam.
Plakat "Hej, Niemcu! Oddaj to, co Twój dziadek ukradł w Polsce. Albo zapłać za to!". Autor: Wojciech Korkuć
To jaka jest ta wspólnota, której poglądy pan reprezentuje i wyraża?

To jest polska wspólnota. Ta wspólnota jest cały czas w budowie i wymaga troski. Jest mocno podzielona niestety, co jest zasługą nie tylko antypolskich polityków, ale też ingerencji innych zewnętrznych wspólnot narodowych, w imieniu których w Polsce zostały zainstalowane koncerny prasowe, telewizyjne, różne fundacje i instytucje.

Każdy obywatel naszego kraju ma, i ja również mam, w dowodzie osobistym godło polskiej wspólnoty i traktuję to godło jako pewne zobowiązanie, aby działać pozytywnie na rzecz tej wspólnoty, którą to godło określa. I częścią tych działań, jakie mnie interesują, oprócz tematów miłych i przyjemnych, jest poruszanie poprzez działania artystyczne tematów niepopularnych, zaniedbanych, czy wręcz tematów tabu. A niestety takie są.

I za tę aktywność jestem mocno tępiony i stygmatyzowany.

Za który z poruszanych przez pana tematów czuje się pan najbardziej tępiony oraz stygmatyzowany?

Jednym z tych tematów jest sprawa należnych Polsce reparacji za II wojnę światową od państwa niemieckiego, czyli sukcesora III Rzeszy. Przedstawiciele państwa niemieckiego, które napadło na Polskę w 1939 roku, wielokrotnie podkreślali swoją odpowiedzialność za tę zbrodniczą wojnę, ale poza słowami niewiele z tej odpowiedzialności wynika. Niemcy zapłacili reparacje za wojnę, jaką wywołali, wielu krajom, a nasz kraj i nasi obywatele są nadal traktowani jak obywatele Europy drugiej kategorii. To szeroki temat.

Moim zdaniem rozliczenie wojny z Niemcami i Austrią (o której nie wszyscy pamiętają) należy zacząć od najprostszej kwestii – zwrotu zrabowanych dzieł sztuki. Bo jak to się dzieje, że dziś przedstawiciele państwa niemieckiego, którzy krytycznie odnoszą się do działań III Rzeszy, nadal przetrzymują u siebie w różnych muzeach i instytucjach państwowych i domach prywatnych nazistowskie łupy zrabowane w Polsce?

Jak to jest, że Niemcy bardzo często się tak gorliwie troszczą o polską praworządność, a sami tolerują u siebie państwowe paserstwo na niewyobrażalną skalę? Dlaczego w Niemczech nadal funkcjonuje dyskryminacyjny dekret Göringa z 1940 roku, który pozbawił Polaków w Niemczech praw mniejszości narodowej i majątku do tej mniejszości należącego?

Tych spraw jest bardzo wiele. To gdzie jest ta praworządność? Niestety, nawet w tak oczywistych kwestiach są w Polsce środowiska, które tę dyskryminację Polaków nadal utrwalają. To jest niebywałe!

A „Gazeta Wyborcza” dumnie robi reportaż, jak grupa „aktywistów” niszczy moje plakaty, które domagają się zwrotu zrabowanych Polsce dzieł sztuki, nazywając te plakaty „antyniemieckimi”. Czyżby „Gazeta Wyborcza” pilnowała w Polsce interesów nazistów?

W co naprawdę wierzą narodowcy

Pod wpływem Kościoła katolickiego endecja odrzuciła etykę egoizmu narodowego.

zobacz więcej
À propos wojny. Wróćmy jeszcze do pana najnowszego plakatu, który promował Marsz Niepodległości. Ktoś może na niego spojrzeć i pomyśleć: „O nie… znowu jakaś wojenka, znowu podżeganie do konfliktu – narodowcy kontra LGBT”. Czemu tak? Nie da się z tej okazji zrobić plakatu poświęconego tylko idei tego święta?

Pytanie jest tendencyjne, z tezą. Dostałem zlecenie na zaprojektowanie plakatu, który będzie w jasny sposób obrazował to, co chce pokazać mój klient. Traktuję to jako normalne zlecenie. Dostaję od klienta wytyczne, sugestie, słucham, jakie warunki ma spełniać ten plakat, jaki ma być jego przekaz.

Moim zadaniem jest zaprojektować według tych wytycznych plakat, który w odpowiedni sposób będzie eksponował i najlepiej podkreślał treści, na których zależy klientowi. Jestem artystą sztuki użytkowej, który szanuje każdego klienta i jego zlecenia. Z projektów, które przygotowałem na Marsz Niepodległości, klient był bardzo zadowolony.

Nie dało się tego klienta przekonać, albo zasugerować mu, żeby podejść do tematu „łagodnie i po przyjacielsku”? Nie skłócać, ale dać już spokój temu środowisku LGBT?

Temat jest ujęty łagodnie i po przyjacielsku. Ale ten plakat nie jest kierowany do środowisk LGBT. To nie ten target. To nie jest plakat zachęcający do udziału w tzw. paradzie równości. On ma zachęcać do wzięcia udziału w Marszu Niepodległości i jest kierowany do polskich patriotów.

Może tej wojny polsko-polskiej mamy już wystarczająco dużo, więc dolewanie oliwy do ognia jest zbędne?

Kolejne dziwne pytanie. Z cyklu: jak pan rozpętał wojnę polsko-polską? Od wielu lat mamy w Polsce próbę implementowania nowej marksistowskiej rewolucji, która ma na celu moralno-obyczajowe zdewastowanie porządku opartego na kulturze chrześcijańskiej.

Proszę sobie poczytać „Tolerancję represywną”, autorstwa jednego z głównych ideologów dzisiejszego elgiebetyzmu, niemiecko-amerykańskiego neomarksisty Herberta Marcuse z tzw. szkoły frankfurckiej. Jego plan stopniowego zniszczenia cywilizacji zachodniej w latach 60. wydawał się naiwną utopią. A plan ten jest właśnie na Zachodzie realizowany.

Idea tolerancji represywnej to rodzaj wykoślawionej tolerancji, która nie toleruje niczego poza samą sobą. Do realizacji tego planu wykorzystuje się skrajnie zdemoralizowane środowiska mniejszości seksualnych, które są traktowane instrumentalnie, podobnie jak robotnicy w czasach realnego komunizmu. Elgiebetyzm, komunizm i nazizm wyrastają z tego samego pnia marksizmu.

Na wtłaczanie społeczeństwom tej ideologii, jako nowoczesnej i postępowej, płyną potężne środki finansowe z Unii Europejskiej, pod opieką i presją państwa niemieckiego. Presja ta jest wywierana na wszystkie państwa Unii Europejskiej.
Plakat "Jesteś wredna, brzydka i leniwa - zostań feministką". Autor: Wojciech Korkuć
W latach 30. i 40. ubiegłego wieku państwo niemieckie też narzuciło podbitym państwom Europy, wówczas postępową ideologię „czystości rasowej”, w której ochoczo brały udział prawie wszystkie państwa na kontynencie. Jak to się zakończyło, wszyscy wiemy. Mechanizm wtłaczania tych postępowych idei jest bardzo podobny.

Zapytam sarkastycznie: czyż nie mamy powtórki z rozrywki? Jaką mamy gwarancję, że dzisiejsze postępowe idee nie zakończą się podobnie jak te z lat 30. i 40. ubiegłego wieku? Bo osoby stygmatyzowane, wykluczane, które nie chcą się dostosować do postępowych, „nowoczesnych” trendów – już są. A pomysły na ich izolację też już są rozważane. Czy czegoś to pani nie przypomina?

My Polacy, po przeżyciu realnego komunizmu, jesteśmy w tym zakresie bogatsi w doświadczenia niż ludzie Zachodu. Powinniśmy w sposób zdecydowany reagować i bronić kraju przed nową formą totalitaryzmu, tym razem w kolorach tęczowych. Ta ideologia jest podstępnie określana walką o prawa człowieka, o prawa kobiet i tolerancję. Jest opakowana w ładne tęczowe kolory, ale jej celem jest dewastacja istniejącego jeszcze porządku i cywilizacji, w jakiej żyjemy.

To oni nam nie dają spokoju, to oni próbują ingerować w każdy element naszego życia. Przykłady tego barbarzyństwa mieliśmy ostatnio na polskich ulicach. Musimy się przed tym bronić. I mój plakat jest również na ten temat.

Rozumiem, że nawiązuje pan do ostatnich wydarzeń w Polsce i protestów w sprawie wyroku Trybunały Konstytucyjnego dotyczącego aborcji?

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego był tylko pretekstem do próby wszczęcia rebelii, aby na karkach naiwnych nastolatek parę cwanych osób zbiło kapitał polityczny, a były też pomysły na obalenie demokratycznie wybranego rządu. To bardzo dobry przykład, aby się zorientować, kto chce sięgnąć po władzę w wyniku tęczowej rewolucji. Wszyscy widzieli to uliczne chamstwo i barbarzyństwo, starych agentów SB i ludzi przesiąkniętych nienawiścią.

Ale w tych protestach biorą udział również, a może przede wszystkim, dojrzałe kobiety, osoby pełnoletnie, więc chyba wiedzą, co robią i o co walczą.

Takie ośrodki medialne, jak te z ulicy Czerskiej i Wiertniczej oraz media niemieckie zainstalowane w Polsce, zdążyły swoimi przekazami do tej pory wyhodować sporo wściekłych z nienawiści mutantów. Tu nie chodzi o prawa kobiet. To tylko pretekst, żeby poprzez rebelię przejąć władzę.

Wracając do tego pana plakatu, jeszcze raz zapytam: po co nam ta kolejna wojenka? Nie lepiej było iść w myśl idei „zło dobrem zwyciężaj”?

Pani źle czyta ten plakat. Wojenkę to kto inny ostatnio ogłosił. Ten plakat to ostrzeżenie przed nadchodzącym zagrożeniem, ale też uhonorowanie rocznicy Bitwy Warszawskiej. 100 lat temu obroniliśmy Europę przed bolszewicką hordą, teraz mamy powtórkę w postaci tęczowych, „podstępnych” przebierańców i ten plakat właśnie do tego nawiązuje.

Dla Niemców początek wojny to wciąż 22 czerwca 1941

Wolfgang Templin: W NRD nastąpiło zbiorowe rozgrzeszenie z nazistowskiej przeszłości. Tyle, że rozgrzeszano tylko tych, którzy uznali komunistyczną wykładnię dziejów.

zobacz więcej
A skąd pomysł na uhonorowanie na tym plakacie Andrzeja Pityńskiego?

Andrzej Pityński, który zmarł 18 września 2020 roku, to wybitny polski rzeźbiarz, autor wielu ważnych pomników patriotycznych, znajdujących się w Polsce i USA. Motyw husarza mściciela z Doylestown bardzo pasuje do tego plakatu, to rodzaj hołdu dla tego artysty.

On też był uważany za artystę, którego lubi obecna władza.

Kawaler Orderu Orła Białego, na który w pełni zasłużył. To ważna postać dla polskiej wspólnoty i wybitny współczesny artysta.

A te literówki w jego nazwisku, które pojawiły się na plakacie to przypadek, czy zamierzone działanie?

Znowu dziwne pytanie... Oczywiście, że to przypadek i niedopatrzenie wynikające ze zmęczenia. Plakat został wysłany do akceptacji i niestety nikt nie zauważył literówek. To problem techniczny, który się czasem zdarza, jak się robi sporo projektów w tym samym czasie. Literówki się koryguje i jest po sprawie.

To dla kogo pan głównie pracuje?

Nie mam pod tym względem ograniczeń. Podejmuję się realizacji różnych tematów. Sprawa jest otwarta. Chętnie współpracuję z ludźmi, którzy mają szeroki horyzont widzenia rzeczywistości i którzy poza własnymi zagadnieniami starają się robić coś dla polskiej wspólnoty.

A według pana sztuka współczesna musi się opierać na kontrowersji, czy może jednak bazować na czymś wypośrodkowanym, łagodnym i również zostać zauważona?

Wszystko zależy od tematu. W sztuce plakatu kontrowersja to jeden z elementów w arsenale środków wyrazu. Nie wszystkie tematy się do tego nadają. Trzeba to robić rozważnie i uważać, aby nie przekroczyć pewnej granicy tej kontrowersji.

Dzieli pan swoje prace na te kontrowersyjne, i te użytkowe?

Sam plakat jest sztuką użytkową. Kontrowersja nigdy nie jest celem samym w sobie. Jeśli może pomóc w przekazie, to można ją stosować, ale nie jest to żadną regułą. Trudno o jakąś większą kontrowersję w tematach festynów ekologicznych czy koncertów jazzowych. Plakat wtedy jest rodzajem zaproszenia, zachęty, aby jak najwięcej osób przyszło na festyn np. w Dzień Ziemi, na festiwal Sztuka Ulicy.

Często plakat ma zachęcać do kupna biletu na koncert lub np. spektakl teatralny. Jeśli jest tam miejsce na jakąś kontrowersję, to się ją stosuje, ale tak, aby ludzi przede wszystkim nie zniechęcić. Trzeba to robić inteligentnie.

À propos przekraczania granic – piszą, że Korkuć rzadko gloryfikuje, częściej atakuje, siejąc nienawiść. Nie lepiej „zionąć miłością”?

To teza ze wspomnianego wcześniej artykułu z „Gazety Wyborczej”. Skala nieprawdziwych informacji, jakie zawarto w tym tekście, jest porażająca. Nie wiem, czy to efekt niechlujstwa, czy dyletanctwa tego niby dziennikarza, niejakiego Witolda Mrozka. To przykład potwierdzający upadek tej gazety.
Plakat "Festiwal teatru Jana Klaty". Autor: Wojciech Korkuć
Jest w tym tekście wiele sprzeczności. Wymieniona w artykule dr Zofia Smełka-Leszczyńska zachwyca się przekazem plakatu z wizerunkiem prezydenta Andrzeja Dudy, dostrzegając w tym wizerunku elementy boskości, których zresztą tam nie ma, ale ona je tam widzi, razem z innymi zaletami. Wygłasza mały panegiryk na mój temat i trudno w kontekście tej wypowiedzi moją twórczość nazywać „sianiem nienawiści”.

W tekście nie wspomniano też, że moja firma City Poster nie zarobiła ani grosza na ekspozycji tych plakatów. A nietrudno sprawdzić, że ogólnopolską kampanię bilbordową plakatów wyborczych prezydenta Andrzeja Dudy, a właściwie dwie jego kampanie zorganizowała firma AMS, która należy do... tego samego koncernu co „Gazeta Wyborcza”! Zgarnęli za to sumkę z wieloma zerami... i te pieniążki im nie śmierdzą.

Wyjątkowym kłamstwem jest przypisanie mi autorstwa plakatu na temat uchodźców oraz plakatu „31% lesbijek i 25% pederastów gwałcących dzieci...”, z którymi nie miałem nic wspólnego.

Dyrdymały o moich rzekomych związkach z „prawym skrzydłem PiS” trudno mi komentować, bo nawet nie wiedziałem, że takie „skrzydło” w ogóle istnieje.

Dalej: nigdy nie nasyłałem policji na panią Milenę Rachid-Chehab. Wręcz przeciwnie – to ona napisała na mnie donos do ratusza, domagając się usunięcia moich plakatów. A pan dziennikarzyna Mrozek, który tak się przyczepił do mojej literówki na plakacie, zrobił babola w nazwisku tej dziennikarki: ona jest Chehab a nie Chebab! I co pajacu teraz powiesz? Bo jego literówki nikt do tej pory nie poprawił.

Manipulacji w tym artykule jest więcej. Do artykułu jest dołączone moje zdjęcie w koszulce z napisem „G… prawda” i to jest najlepszy komentarz do tego artykułu.

Stąd ten happening z koszulką z literami z czcionki „Gazety Wyborczej” oraz napisem „G… prawda”?

Ta koszulka pojawiła się podczas otwarcia wystawy plakatów mojego profesora z ASP Mieczysława Wasilewskiego w siedzibie „Gazety Wyborczej” na Czerskiej, a której ja, jako firma City Poster, byłem sponsorem.

W tym samym czasie, kiedy był wernisaż, Roman Pawłowski opisał mnie w „Gazecie Wyborczej” w artykule pod tytułem „Ksenofobia straszy z plakatów”. Przypisał mi plakat, którego nie projektowałem. Nie sprawdził, że nie ma na nim moich podpisów, a ja się na swoich plakatach zawsze podpisuję z imienia i nazwiska.

Pana Pawłowskiego to jednak nie interesowało, on mi to autorstwo przypisał, więc zrobił „g… prawdę”. I ja tą koszulką zaprotestowałem przeciwko tej manipulacji, która jest teraz na nowo powtarzana.

Czy kontrą do tych kontrowersyjnych pana prac jest seria „Fenomeny Kultury Polskiej”? Tam pokazuje pan swoje łagodne oblicze?

Tam są plakaty gloryfikujące. Chylę nisko czoło przed postaciami, które przedstawiłem na tych plakatach. One wzbudzają zachwyt u odbiorców. Zwłaszcza, że zostały stworzone również w wersji animowanej. W tej formie można je oglądać na stronie www.FenomenyKP.pl

Marsz Niepodległości i Strajk Kobiet. Policyjny slalom między skrajnościami

Nie wiadomo kto i w jakiej sytuacji musi przestrzegać prawa, a kto nie musi.

zobacz więcej
A ten plakat „Jesteś homo – OK. Nie spedalaj nieletnich” to też łagodny przekaz?

Przekaz jest odpowiedni. Ten plakat powstał w kontekście tego, co działo się 10 lat temu na dworcu Warszawa Centralna, o czym Sylwester Latkowski zrobił film.

To również protest przeciwko pseudoedukacji seksualnej, którą chcą nam narzucić środowiska LGBT. Tylko rodzice mają prawo i dają gwarancję, że w tych delikatnych i bardzo osobistych sprawach dziecko nie zostanie skrzywdzone. Żaden edukator seksualny LGBT czy psycholog nie daje takiej gwarancji. To jest plakat antypedofilski.

Co ma pan do zarzucenia psychologom? Wielu z nich jednak pomaga dzieciom…

Zależy w jakich sprawach. A słyszała pani o popularnym, znanym psychologu Andrzeju Samsonie, który okazał się pedofilem? Mi wystarczy jeden taki przykład, aby przestrzegać rodziców przed tego typu „poradami”.

W każdym stadzie zdarza się jakaś czarna owca, wyjątek od reguły.

To mi wystarczy, żebym im nie ufał. Pamiętam, jak go wszyscy inni celebryci bronili. Były apele Jacka Santorskiego, że to niemożliwe, a jednak okazało się, że był pedofilem. W tak delikatnej sprawie, jaką jest seksualność dziecka, nigdy w życiu bym z pomocy takiej osoby nie skorzystał.

Nie powiedziałem, że wszyscy psycholodzy to pedofile, ale osobiście bym nie ryzykował, korzystając z ich usług. Sam poznałem skorumpowanych psychologów dziecięcych, którzy kłamali w żywe oczy w sądzie pod przysięgą.

Ja znam wielu, którzy potrafią pomóc i nie mają takich rzeczy na sumieniu.

Pani nic nie musi, ja też nie. Każdy z nas może pozostać przy swoim spojrzeniu na tę kwestię. Możemy się różnić.

To prawda. Tu się z panem zgodzę. A wracając do sztuki, woli pan wystawiać swoje prace w galeriach, czy na mieście?

Kiedyś zdecydowałem się na to, że będę eksponować swoje plakaty w przestrzeni publicznej, bo nigdzie nie mogłem ich prezentować. Byłem wykluczany za poglądy. Postanowiłem więc sam zorganizować ekspozycję plakatów.

To w sumie jest często jedyna opcja nie tylko dla mnie, ale też dla innych artystów, plakaciarzy, czy studentów. Takie treści, jakie tworzę, czyli niewygodne, kontrowersyjne nie miałyby szans na przebicie się do opinii publicznej w inny sposób. Nikt by ich nie wystawił, nikt nie zrobiłby kampanii upominającej się chociażby o te reparacje od Niemiec.

Jak wygląda pana proces twórczy? Jak te prace powstają?

Różnie to bywa. Jeśli klient zamawia plakat, proszę go o wytyczne. Jeśli ich nie ma, to szukam pomysłów intuicyjnie, robię jakiś jeden projekt, od którego wychodzę i potem rodzą się następne. Klient wybiera ten, który najbardziej mu pasuje. Tych projektów do wyboru robię często bardzo dużo. Ważne, aby wyrobić się w terminie. Artysta zawodowiec od dyletanta różni się tym, że zawodowiec wykonuje zlecenie na określony czas.
Plakat "Dzień Ziemi 2005". Autor: Wojciech Korkuć
Ma pan swoich ulubionych artystów-plakacistów?

Jestem wychowany na tzw. polskiej szkole plakatu – Waldemar Świerzy, Rosław Szaybo, Franciszek Starowieyski, Henryk Tomaszewski, Jan Młodożeniec, Jan Lenica, Roman Cieślewicz.

A skąd w ogóle pomysł, by się plakatami zająć?

Już w szkole podstawowej mnie zainteresowały. Wolałem robić plakaty na konkurs o piciu mleka, o myciu zębów czy straży pożarnej, niż odrabiać lekcje. Dostawałem za te prace sporo nagród w szkole podstawowej, i w liceum, i na studiach też. Teraz w życiu dorosłym też dostałem parę nagród... ale tego w artykule w „Gazecie Wyborczej” nie ma. Bo cel napisania tego gniota jest inny...

Czuje się pan za swoją pracę doceniony również finansowo?

Jeśli klient zamawia, to raczej coś płaci. Na chleb i benzynę jeszcze mam. Ale bez przesady. Dementuję różne manipulacje, że mam jakieś przywileje na „rządowym dworze”. Co do stypendium, które otrzymałem, to przecież powszechnie dostępna procedura. Każdy może złożyć wniosek i dostać takie stypendium. To żadna rewelacja. Nie widzę w tym nic niezwykłego. Ogłoszono konkurs „Kultura w sieci”, został złożony wniosek. Podobnie zrobiło ok. 2 tys. firm i instytucji. Stąd wziął się projekt Fenomeny Kultury Polskiej.

Zasiada pan w powołanej przez obecną władzę Radzie Muzeum przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Czym się pan tam będzie zajmował?

Będę paprotką na parapecie. Nic innego nie mogę na razie zrobić. Zostałem o przyjęcie nominacji poproszony przez ministerstwo, a ministrowi się nie odmawia. Rada jest ciałem doradczym i nie ma większego wpływu na działalność muzeum. Jestem niestety dokooptowany do grupy osób o lewicowych, neomarksistowskich poglądach. Przysłuchuję się, obserwuję i też doradzam. Jak będzie trzeba, to będę alarmował!

To jak się panu żyje w dzisiejszej Polsce?

Radzę sobie, ale czasami lepiej, czasami gorzej. Polska to mój kraj, to moja ojczyzna. Innej nie mam. Trzeba robić wszystko, aby Polska była Polską!

– rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Plakat "Jazz bez granic 2001". Autor: Wojciech Korkuć
Wojciech Korkuć (ur. 1967) jest plastykiem, plakacistą, absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych oraz Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jego prace były wyróżniane w „European Design Annual”, magazynie „Print” i amerykańskim konkursie „Creativity". Był laureatem głównej nagrody w konkursie na najlepszy kalendarz „Vidical'98", zdobywcą nagrody specjalnej „New Moment" w konkursie reklamy Kreatura w roku 1999. Twórca studia projektowego „Korek Studio” oraz zajmującej się ekspozycją plakatów firmy City Poster, współtwórca stowarzyszenia Ruch Higieny Moralnej.
Zdjęcie główne: Wojciech Korkuć pozuje przed wejściem do budynku policji w październiku 2014. Artysta został wezwany na komendę na przesłuchanie w związku z plakatem "Achtung Russia" , który pojawił się na ulicach polskich miast. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy zostali sprowadzeni do roli siły roboczej
Kiedy 4 tysiące kilometrów od kraju, na zabitych wsiach zobaczy się ludzi przywiązanych do polskości i wiary katolickiej, to coś człowieka porusza.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zbudował średniowieczny zamek w XXI wieku
Powódź odkryła na tym terenie tajemnicze tunele. Czy były tajnymi przejściami z grodu obronnego? O warownych tradycjach regionu świadczą nazwy miejscowości: Gródek, Stróżna, Podegrodzie czy Stróże.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nikt nie wiedział, kto się kryje za jego pseudonimem. Nawet...
Śmierć pisarza w raporcie SB podsumowano stwierdzeniem: „zaniechanie wrogiej działalności”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Założyciel oaz, teolog wyzwolenia od reżimu i pokus
W Auschwitrz miesiąc przeżył w bunkrze, w którym potem zginął o. Kolbe. Komuniści zamknęli go w celi, w której „za Niemca” przeżył nawrócenie, czekając na wykonanie wyroku śmierci. Ks. Jerzy Blachnicki, ofiara SB.
Rozmowy wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Czy jego powieść odnajdzie się w archiwach KGB?
Już w gimnazjum dzielił się z kolegami rysunkami o tematyce masochistycznej – mówi autorka biografii Brunona Schulza.