Felietony

Marsz Niepodległości i Strajk Kobiet. Policyjny slalom między skrajnościami

Jeżeli po analizie wypadków z 11 listopada środowiska narodowe okażą się skompromitowane, to obrona kościołów – ledwie przez nie zainicjowana – może się skończyć. Sami księża stanowczo podziękują, już wcześniej Episkopat zdawał się być zakłopotany niespodziewanym sojusznikiem. A wtedy co nas czeka? Tańce na ołtarzu? Jeżeli policja będzie nadal tak po staroświecku rycerska wobec „zdenerwowanych” kobiet, to kto wie.

Od 22 października, kiedy to Trybunał Konstytucyjny wypowiedział się na temat aborcji eugenicznej w pejzaż ulic polskich miast wrosły na stałe żywe ścianki, czy jak kto woli, zastawki. Murki te są złożone z policjantów w pełnym uzbrojeniu właściwym oddziałom zwartym policji.

Pomiędzy tymi ściankami lub na ich tle porusza się tłum animowany przez feministki przeciwne jakimkolwiek ograniczeniom aborcji. Bo nie tylko o aborcję eugeniczna, która stała się nielegalna w wyniku orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego tu chodzi. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, czyli absolutna bezkarność radykalizuje protesty. Szybko do żądania aborcji eugenicznej doszły aborcji na życzenia, refundowanej antykoncepcji oraz in vitro.

Pojawiły się inne postulaty, 10 procent budżetu państwa na służbę zdrowia, wyrównania strat spowodowanych COVID- 19 wszystkim, którzy je ponieśli (to, że jakoś są wyrównywane, to mniejsza) ,a w ogóle to rząd ma się podać do dymisji, wyznaczono termin, który nieubłaganie minął.

Po terminie ultimatum dla rządu postanowiono osobno odwołać Ministra Edukacji Narodowej, zwolnionego już przecież z całym rządem. Pod MEN głoszone były postulaty, wszystkie na wyrost, bo minister bardzo krótko jest na stanowisku i niewiele zdążył zdziałać. Uderza chęć usunięcia seksistowskich treści z lektur szkolnych. To znaczy wszystkich lektur. Przy wnikliwie genderowym czytaniu, to nawet Konopnicka może przepaść.
Aktywistki strajku kobiet w Warszawie 26 października 2020. Fot. Jaap Arriens/NurPhoto via Getty Images
Postulaty demonstrujących nie wydawały się tak ważne jak najważniejszy, że wszyscy i wszystko ma wypie...ć, czyli iść precz. Partię rządzącą trzeba natomiast je...ć, czyli nie mieć o niej dobrego zdania. Na protestach przeważali bardzo młodzi ludzie, przy czym kobiety - „moje ciało, mój wybór” - nie stanowiły wcale większości, ale szły na czele, skrzykiwały i organizowały.

Stopnia nienawiści do państwa i ładu społecznego nie mogły wyrazić najbardziej nawet radykalne żądania z repertuaru feministycznego, nawet ogólnie opozycyjnego. Stąd niespotykana dotąd na polskich ulicach wulgarność. Wszystko miało... iść precz.

Zgromadzenia bezprawne i niebezpieczne

Anarchistyczny gniew łączył się z anarchistyczną radością bycia przeciw i kto mi co zrobi. No właśnie. W sytuacji obostrzeń epidemiologicznych takie zgromadzenia są po prostu niebezpieczne, a także bezprawne. Policja informowała o tym demonstrantów przez megafony, za czym nie poszły żadne działania. Skoro tak, to wkur....e kobiety zaczęły utrudniać ruch uliczny w różnych częściach Warszawy. Dopiero po tym, gdy spowodowały wiele korków policja zaczęła troskliwie wynosić z jezdni na niej siedzących, co media sprzyjające protestom nazywały używaniem siły.

Którejś niedzieli „kobiety” (tak trzeba pisać, bo nie same kobiety) postanowiły opowiedzieć o aborcji na życzenie i innych żądaniach podczas mszy świętych w kościołach. Kilka mszy przerwano, wiele kościołów pomazano sprayem. Opozycyjna posłanka wyznała, że nie dokonała przecież apostazji i ma prawo jako członkini Kościoła. Ma prawo podczas czytania Ewangelii stanąć przed ołtarzem z plakatem o treści nie mającej nic wspólnego z treścią czytania, porządkiem mszy i nauczaniem Kościoła. Wraz z małżonkiem państwo byli ochotniczymi, ale nieproszonymi koncelebransami nabożeństwa religii o zasadach tylko im wiadomych. To się działo w Toruniu.

W Poznaniu zakłócających mszę było więcej, pojawiły się okrzyki uniemożliwiające dalszą celebrę. W Warszawie atakowana była figura Chrystusa przed kościołem Zbawiciela przy Krakowskim Przedmieściu. Próbowano owinąć ją tęczową flagą, nie pierwszy raz zresztą. Co o tyle dziwne, że obywatele, których postulaty wyraża tęczowa flaga nie potrzebują prawa do aborcji, o których wywalczenie podobno chodziło na początku protestów.

Konkordat zawarty pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Watykanem zapewnia stronie kościelnej swobodę kultu religijnego. Ponadto obowiązujący w Polsce Kodeks Karny w artykule 195 paragraf 1 stanowi: „Kto złośliwie przeszkadza w wykonywaniu aktu religijnego kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”

Starcia z policją budują legendę Katalonii jako ofiary hiszpańskiej opresji. Dobry marketing separatystów

Są głośni, skuteczni i zdeterminowani. Gotowi też zapłacić każdą cenę – nawet wbrew większości społeczeństwa – za niepodległe katalońskie państwo.

zobacz więcej
Następny artykuł, 196, mówi: „ Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”

Naturalnie znajdzie się adwokat dowodzący, że zasłanianie wiernym celebransa podczas mszy świętej kartonem nie było złośliwe, albo wrzaski w kościele podczas mszy nie obrażają niczyich uczuć religijnych, bo oczywiste jest, że każdy katolik idąc do kościoła podświadomie oczekuje antyreligijnego happeningu. Znajdzie się taki adwokat, ale trzeba mu dać szansę.

O co chodzi w państwie prawa

Osobami bez immunitetu z opisywanych zdarzeń powinna zająć się policja. O ile wiadomo dotąd się nie zajęła, choć z wydarzeń są filmy. Figury Chrystusa z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie ostatnio – bo za pierwszym razem było inaczej - też nie obroniła policja tylko grupa modlitewna.

Po tak obiecującym początku, innego dnia duża grupa wkur..., czyli zdenerwowanych na wszystko udała się pod warszawski kościół św. Aleksandra. A tu niespodzianka – na schodach do głównego wejścia już dyżurowała młodzież narodowa. Policji z początku nie było. Po jakimś czasie przybyła i – jak to się mówi w komunikatach policyjnych – oddzieliła kordonem obie grupy.

Ściana stworzona z policjantów ośmieliła demonstrację. „Kobiety” zaczęły się zbliżać. Z filmów z wydarzenia na długo pozostaje w pamięci delikatna (z wyglądu) dziewczyna, która zza kordonu policyjnego zachęcała obrońców kościoła do ssania policyjnych pał i są to jedyne słowa jako tako cenzuralne z jej ekstatycznego monologu.

Demonstranci dotychczasowe doświadczenia z policją mieli jak najlepsze. Tym razem policja oszczędnie użyła gazu, wystarczyło. Po zniechęceniu napastników nie było żadnych dalszych działań policji, legitymowania najbardziej aktywnych itp.

Dalsze ubogacanie liturgii Kościoła katolickiego przez zdenerwowane „kobiety” może być utrudnione. Po wieczorze pod św. Aleksandrem powstała Straż Narodowa, pomóc chronić świątynie obiecała „Solidarność” i inne środowiska. Formująca żywe ściany i nic poza tym policja nie będzie potrzebna. Tylko czy o to chodzi w państwie prawa?

Sami swoi

Nie zawsze tak było, że policja tak dalece „unika zadrażnień”. Ci sami policjanci potrafili inaczej. W 2013 roku Marsz Niepodległości rozpoczął się pamiętną bitwą pod „Cepelią” i rozwiązaniem z jej powodu marszu tuż przed jego początkiem.

Pod pawilonem „Cepelii” jacyś chuligani, pewnie kibole, zaczęli rzucać kamieniami w policjantów, którzy kordonem zastawili czoło marszu. Wybuchały petardy, niosły się dymy. Stojąca w Alejach Jerozolimskich tuż przed wejściem na rondo Dmowskiego kolumna ONR, wbrew przedwojennej legendzie, stała półtorej godziny nieruchomo. Jeżeli nie oni, to kto? Internet prawdę powie przy stosownej cierpliwości.
Policjanci usuwają uczestników proaborcyjnej demonstracji blokujących Al. Zygmunta Krasińskiego w Krakowie 26 października 2020. Fot. Omar Marques/Getty Images
Rzucali i dymili zamaskowani osobnicy, niektórzy z szalikami Legii. Dużą ilość odtworzeń miał klip, na którym jeden z „kiboli” po rzuceniu tego, co miał rzucić, podchodzi do szeregu policyjnego i tarcze się przed nim rozsuwają. Na innych filmach zamaskowani zza kordonu dołączali do innych zamaskowanych stojących naprzeciwko niego.

Walka trwała, sami swoi. Marsz się nie dał rozwiązać i dostał zgodę na przejście. Za dużo ludzi widocznie widziało specyficzną taktykę bitwy pod „Cepelią”.

Idący w marszu w stronę placu Konstytucji potykali się niekiedy o równo i zachęcająco ułożone piramidki kostki brukowej, na skraju chodnika po prawej stronie ulicy Marszałkowskiej. W czasie tego samego marszu zwarta grupa narodowców (?) zaatakowała niedaleki squat. Po krótkiej bitwie na kamienie grupa postanowiła wrócić w szeregi Marszu. Straż Marszu nie chciała ich wpuścić, ale udało im się przerwać kordon Straży.

Policja nie była zainteresowana chuligaństwem w centrum miasta. Grupa ta i podobne w następnych latach przyprawiały uczestnikom Marszów Niepodległości gębę faszystów, a temu nie należało przeszkadzać.

Trykanie w tarcze

W 2011 roku policja także była bardzo aktywna. Trasa Marszu Niepodległości była zaplanowana od placu Konstytucji do ronda Dmowskiego. Na wysokości ulic Hożej i Wilczej roztarasowała się „ Kolorowa Niepodległa”, czyli lewica coś świętująca byle przeciw Marszowi. Policja stanęła kordonem u wylotu Marszałkowskiej na plac Konstytucji uniemożliwiając rozpoczęcie Marszu. Po jakimś czasie Marsz zrobił na placu w tył zwrot i poszedł ulicą Waryńskiego, potem w lewo do placu Unii Lubelskiej, w dół do Belwederskiej i skierował się na plac Na Rozdrożu.

Na placu Konstytucji pozostał kordon policji broniący wejścia w Marszałkowską i kilkudziesięciu osobników, którzy próbowali go przerwać, niektórzy z nich z godną podziwu determinacją trykali głowami w mur tarcz policyjnych jak barany. Dla wszystkich mediów te „baranki” to był Marsz Niepodległości. Prawdziwy Marsz szedł nieplanowaną trasą bez asysty ani jednego policjanta.

Po kilkudziesięciu minutach zajść, czyli trykania w tarcze, z ul. Koszykowej wyszła policja i położyła kres zamieszkom, już tak pięknie sfilmowanym. Wkrótce najaktywniejsze „barany” leżały na Koszykowej czekając na transport na komisariaty. Można? Można.

W 2011 roku na pl. Na Rozdrożu spłonął wóz transmisyjny TVN-u. Gdy doszedł tam Marsz z Alei Szucha wyjechała, dotąd nie widziana na trasie policja rozdzielając uczestników i przez megafony rozwiązując Marsz, który i tak miał być tam rozwiązany przez organizatorów.

Policja w USA znacznie częściej zabija białych

1200 Amerykanów ginie rocznie w wyniku interwencji policji. Wśród nich jest 250 czarnoskórych, w tym tylko 17 nieuzbrojonych.

zobacz więcej
Ktoś podpalił samochód TVN. Cierpliwi mogli odszukać w internecie szerokie ujęcie płonącego samochodu, uciekających podpalaczy i stojący nieruchomo kilka metrów od pożaru szereg kilkunastu policjantów. Spalony wóz poszedł medialnie na konto Marszu Niepodległości. Co do spalonej budki strażniczej przed ambasadą Rosji, to sprawę wyjaśnił swego czasu wysoki urzędnik ówczesnej władzy w podsłuchanej rozmowie.

Od 2015 roku, kiedy zmienił się dysponent polityczny policji, Marsze Niepodległości nie przynoszą już nośnych medialnie incydentów. Poza jednym, chyba zeszłorocznym, gdzie rozdmuchano do absurdu przemarsz kilkunastu osobników z krzyżem celtyckim i napisem „Biała siła” na transparencie. Organizatorzy nie dopilnowali.

Sięgnięto po tradycje

Po 2015 roku ustały prowokacje tajniaków, ale do Marszu i przed i po tej dacie przyłączają się różne „baranki” najczęściej o proweniencji kibicowskiej. Przez ostanie pięć Marszy organizatorom udało się utrzymać ich w ryzach.

Przykłady aktywności policyjnej jako kontrast do bierności wobec zdenerwowanych „kobiet” zakończyć można słynną akcją „Widelec”, która miała miejsce w tych samych czasach, co wspomniane Marsze do 2015 roku.

W 2008 roku w Warszawie na stadion „Polonii” szła grupa kibiców „Legii” na mecz pomiędzy tymi klubami. Policja otoczyła i zatrzymała bardzo sprawnie 752 kibiców Legii jeszcze przed stadionem. Rozumieć należy, że to była prewencja, bo gdyby legioniści weszli na stadion „Polonii”, to by się dopiero działo. Dla sądu przemieszczanie się ulicą to jednak za mało na wyrok, więc trzeba było na komisariatach wymuszać biciem jakieś obciążające zeznania. Sięgnięto po tradycje Urzędu Bezpieczeństwa – bicie w pięty, ściskanie jąder, upokorzenia, przysiady nago, sadzanie na pałkach na sztorc. Procesy, które nastąpiły po tych „śledztwach” przyniosły lawinę uniewinnień i odszkodowań. Jak na demokratyczne państwo prawa, gigantyczny skandal, ale bez znanych opinii publicznej konsekwencji.

Od „Widelca” do tworzenia tła dla oszalałej anarchistycznej rebelii, to slalom pomiędzy skrajnościami. Że też zdenerwowane „kobiety” nie robią sobie jeszcze selfie na ściankach z policyjnych tarcz? Policja nie budzi zaufania. Nie chodzi o to, żeby nie było wolno krytykować rządzących, a nawet ich „dymisjonować” w powodowanych frustracją komunikatach i na transparentach. Nie wiadomo kto i w jakiej sytuacji musi przestrzegać prawa, a kto nie musi. Komu jeszcze „kobiety” nie dadzą spać w nocy, przed jakim urzędem się położą i jakie obszary państwa ulegną anarchizacji, a jakie tylko trudnościom.

Przyjdzie wiosna

Jeżeli po analizie wypadków na ostatnim Marszu Niepodległości organizatorzy, czyli środowiska narodowe, okażą się skompromitowane, to obrona kościołów – ledwie zainicjowana – może się skończyć. Sami księża stanowczo podziękują, już przed Marszem Episkopat zdawał się być zakłopotany niespodziewanym sojusznikiem.
Płonący wóz transmisyjny TVN na Placu Na Rozdrożu w Warszawie podczas Marszu Niepodległości w 2011 roku. Fot. PAP/Leszek Szymański
A wtedy co? Tańce na ołtarzu? Czy może gdzieś liturgię przejmie „biskup” z sitkiem na głowie? Jeżeli policja będzie nadal tak po staroświecku rycerska wobec „zdenerwowanych” kobiet, to kto wie.

Dysponujący policją politycy może chcą wykazać, że nie są jednak „po złej stronie historii”. Dla myślących tymi kategoriami i tak tam są, żeby nie wiem co robili i czego nie robili. Może jest to strategia, żeby anarchia się wyszumiała, przecież kontrolujemy sytuację, a niedługo zrobi się zimno. Jednak po zimie na pewno przyjdzie wiosna.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Policja na warszawskim Dworcu Stadion podczas Marszu Niepodległości 11 listopada 2020. Fot. Aleksander Kalka/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Czy Kościuszko da nam przykład, jak robić filmy mamy?
Najmniejszy przejaw antynazistowskiego oporu doczekał się w Niemczech swojej opowieści. Dobrych Niemców mamy też w „Pianiście” Polańskiego czy „Liście Schindlera” Spielberga.
Felietony Najnowsze wydanie
Otwórzcie drzwi kościołów
Złodzieje byli, są i będą. A świątynie są po to, aby ludzie tam mogli wejść w każdej chwili.
Felietony Najnowsze wydanie
Pochodzenie
Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Na ulicach
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Tylko prawica bezobjawowa może istnieć w nowym świecie lewicy
Lewicowy radykał w roli bezstronnego badacza „faszystów”.