Cywilizacja

Rekiny były niezadowolone. Jak wielkie korporacje zniszczyły Donalda Trumpa

Urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych został przez większość mediów odłączony od obywateli. Jego udział w debacie publicznej arbitralnie ograniczono, a jego argumenty – wszystko jedno, czy zasadne czy też naciągane – zostały ocenzurowane.

Ostatnie wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wyznaczyły zupełnie nowy, niepokojący standard relacjonowania wydarzeń politycznych. Walczącego o reelekcję i nielubianego przez większość amerykańskich mediów Donalda Trumpa postanowiono pozbawić głosu.

Gdy podczas powyborczej konferencji prasowej Trump zaczął oskarżać Demokratów o sfałszowanie wyborów, główne stacje telewizyjne po prostu przerwały transmisję, wyjaśniając telewidzom, że prezydent mija się z prawdą. Od tej pory jakiekolwiek sugestie Trumpa i jego sztabu wyborczego odnoszące się do domniemanych fałszerstw były wyciszane, blokowane lub przerywane.

Zrobił tak nawet Neil Cavuto, popularny prezenter sprzyjającej Trumpowi stacji Fox News, który przerwał transmisję z Waszyngtonu, gdy tylko sekretarz prasowa Białego Domu Kayleigh McEnany zaczęła mówić o fałszowaniu wyborów. „To bardzo poważne oskarżenie, na które trzeba mieć dowody” – powiedział Cavuto i zdjął panią sekretarz z wizji.

Również internetowe serwisy społecznościowe – mające być w założeniu platformami swobodnej wymiany myśli i informacji – nie oszczędziły Trumpa. Dotyczyło to w szczególności Twittera, za którego pośrednictwem nieufny w stosunku do mediów Trump zwykł komunikować się ze swoimi wyborcami. Jednak ta ucieczka w media społecznościowe również nie uratowała prezydenta przed cenzurą.

W krytycznych momentach Twitter zaczął blokować wpisy Trumpa, a potem oznaczać je komentarzem, że zawierają „kontrowersyjne” opinie na temat fałszowania wyborów, czyli – w domniemaniu – są niewiarygodne i należy je traktować z dystansem.
Twitter od dawna usuwa wpisy Donalda Trumpa, które uznaje za niezgodne z prawdą lub niebezpieczne. Na zdjęciu tweet prezydenta w czasie manifestacji po śmierci Georga Floyda spowodowanej przez policję. Fot. Robin Utrecht/SOPA Images/LightRocket via Getty Images
W ten sposób ciągle urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych został przez większość mediów po prostu odłączony od obywateli. Jego udział w debacie publicznej arbitralnie ograniczono, a jego argumenty – wszystko jedno, czy zasadne czy też naciągane – zostały ocenzurowane lub zlekceważone jako „kontrowersyjne”.

Swoje zrobił też amerykański zwyczaj ogłaszania triumfatora wyborów przez agencje prasowe i stacje telewizyjne, które – gdy tylko uznano, że Joe Biden ma już wystarczającą przewagę nad Trumpem – uznały zwycięzcą kandydata Partii Demokratycznej.

Jednocześnie rozpoczął się festiwal składania gratulacji Bidenowi, stacje telewizyjne – jak np. CNN – pokazywały widzom listy z nazwiskami tych polityków Partii Republikańskiej, którzy ciągle ociągali się z powinszowaniami dla Bidena. Wszystko po to, aby wywrzeć na nich presję i zmusić do uznania porażki, co oznaczałoby całkowitą izolację Trumpa, także w jego własnym obozie politycznym.

Amerykańskie media tłumaczą, że ich decyzja o wyciszeniu Trumpa wynika z odpowiedzialności i poszanowania reguł. Że nawet prezydent nie może domagać się prawa głosu, jeśli rozpowszechnia nieprawdę i rzuca oskarżeniami bez twardych dowodów. Jednak w ten sposób media przypisują sobie prawo, którego nie mają – ich zadaniem jest bowiem informowanie i relacjonowanie wydarzeń, a nie ich selekcja pod kątem arbitralnie wyznaczanej wiarygodności.

Można cudze opinie podważać, polemizować z nimi i je komentować, ale tak ostentacyjne pozbawianie prawa głosu czołowego polityka (i głowy państwa) nie mieściło się dotąd w demokratycznych standardach. Pewna granica została więc przekroczona.

Sfrustrowani podejściem do kryzysu

Czy to oznacza, że amerykańskie media stały się już tak silne, że zaczęły samodzielnie kreować politykę i decydować o tym, kto powinien objąć władzę, a kto na nią nie zasługuje? I że – jak to zwykle z amerykańskimi nowinkami bywa – ten standard zawita niebawem do Europy, w tym do Polski?

Odpowiedź na to pytanie jest dość skomplikowana. Bo przecież mediami nie rządzą dziennikarze, nawet ci najbardziej znani, lecz ich właściciele. A zatem to korporacje, wielki amerykański kapitał najwyraźniej postanowił wyłączyć Trumpa z gry. Media były tylko wykonawcą tego planu, choć oczywiście wykonawcą bardzo gorliwym: liberalne poglądy większości dziennikarzy – nie tylko zresztą w Ameryce – nie są przecież żadną tajemnicą.

W połowie kwietnia 2020 roku, gdy na Stany Zjednoczone z impetem runęła pandemia, każdego dnia umierało z powodu koronawirusa ponad trzy tysiące osób, a liczba zakażeń przekroczyła – wydawałoby się wówczas niebotyczne – pół miliona przypadków, wielki amerykański biznes zaczął się poważnie niepokoić. Nie chodziło nawet o samą pandemię, ani o ryzyko gwałtownej zapaści w gospodarce, ale o brak strategii Białego Domu na wyjście z kryzysu.

Neoliberalizm chce zastąpić państwa korporacjami

Brytyjski filozof: Bajecznie bogaci robią sobie niewolników. Globalne siły są coraz potężniejsze, bo kolonizują cały świat.

zobacz więcej
Właściwie to jakaś strategia była, Trump, który nigdy za bardzo nie wierzył w pandemię, zamierzał po prostu ją zignorować i przymierzał się właśnie do rychłego zniesienia większości ograniczeń.

Czołówka wielkich przemysłowców i bankierów uznała plany prezydenta za szalone i samobójcze. Doszli oni bowiem do wniosku, że ignorowanie gwałtownej liczby zakażeń musi doprowadzić Amerykę do wielkiego krachu. Domagali się od Białego Domu nakreślenia rozsądnej strategii walki z koronawirusem, a nie rzucenia wszystkiego na żywioł.

Ostatecznie Trump zorganizował telekonferencję z rekinami z Wall Street, aby dojść z nimi do porozumienia. Niezbyt się udała, ponieważ zwołano ją naprędce i bez żadnego przygotowania. Z tego powodu wielu zaproszonych biznesmenów (w tym prezesi największych banków: JP Morgan, Goldman Sachs oraz Bank of America) w ogóle nie wzięło w niej udziału. Utwierdzili się za to w przekonaniu, że prezydent nie traktuje ich poważnie.

Według relacji liberalnego portalu Politico, uczestnicy narady z prezydentem opuścili ją „sfrustrowani jego podejściem do kryzysu wywołanego przez pandemię”. Zdaniem jednego z nich prezydent zamiast mówić o szybkim uruchomieniu gospodarki, powinien wcześniej zapewnić ludziom poczucie bezpieczeństwa i udrożnić system opieki zdrowotnej. Inni mieli przekonywać Trumpa, że dopiero po pokonaniu wirusa i udzieleniu solidnego wsparcia finansowego firmom, możliwe będzie pełne otwarcie gospodarki.

Można z tego wnioskować, choć to zapewne tylko przyczynek do wielowątkowej historii porażki Trumpa, że zlekceważenie przez prezydenta walki z pandemią, symbolizowane choćby jego demonstracyjną niechęcia do noszenia maseczki, stało się jedną z głównych przyczyn, które skłoniły wielką finansjerę do ostatecznego opowiedzenia się po stronie Joe Bidena.

Tę hipotezę wspiera do pewnego stopnia również zachowanie samego Bidena, który natychmiast po ogłoszeniu go zwycięzcą wyborów, uznał walkę z koronawirusem za pierwszy cel swojej prezydentury. W swoim przemówieniu powyborczym podkreślił, że nie da się uzdrowić gospodarki, dopóki nie przejmie się pełnej kontroli nad wirusem. Być może to przypadek, ale dokładnie o taką strategię apelowali bezskutecznie do Trumpa najwięksi amerykańscy bankierzy.

Rekiny z Wall Street uznały po prostu, że podejście Trumpa do pandemii zagraża krachem gospodarczym, którego konsekwencje, również dla ich pozycji finansowej, mogą okazać się bardzo poważne. Inaczej mówiąc, przed wielkim kapitałem zamajaczyło widmo społecznej rewolty. A rewolta może uruchomić nieprzewidziane zmiany strukturalne, co – jak wiadomo – zwykle nie sprzyja spokojnemu pomnażaniu majątku.

„Karki” bez majątku

W amerykańskim wielkim biznesie wszystko jest ze sobą splątane i powiązane. Nieprzypadkowo udział 1 proc. najbogatszych Amerykanów w całym majątku USA wynosi aż 40 proc. To oznacza, że niewielka grupka multimiliarderów kontroluje większość kluczowych branż i korporacji. Ich nazwiska, choć często powszechnie nieznane, ciągle powtarzają się w różnych miejscach.
Joe Biden natychmiast po ogłoszeniu go zwycięzcą wyborów, uznał walkę z koronawirusem za pierwszy cel swojej prezydentury. Na zdjęciu nowojorski Times Square 10 listopada 2020. Fot. Noam Galai/Getty Images
Oto drobny przykład. W kwietniowej telekonferencji z prezydentem Trumpem wziął udział James Gorman, prezes zarządu banku inwestycyjnego Morgan Stanley. Co łączy jego bank z firmą doradczą Vanguard, korporacją inwestycyjną BlackRock i gigantem finansowym State Street Global Advisors? Odpowiedź brzmi: Twitter. Wszystkie wymienione korporacje są największymi udziałowcami tego popularnego serwisu społecznościowego, który potem tak chętnie blokował wpisy Trumpa.

BlackRock i Vanguard są również ważnymi akcjonariuszami holdingu AT&T, a ten z kolei kontroluje koncern Warner Media, będący właścicielem stacji CNN. To tylko przykład, ale możemy tak szukać długo. I często, w skomplikowanym łańcuszku spółek, koncernów i prezesów, spotykamy na końcu te same firmy i osoby.

Amerykański wielki biznes – zwłaszcza finansowy – potrafi być bardzo pragmatyczny. Oczekuje od rządzących stworzenia dobrych warunków do pomnażania majątku. Oczywiście biznesmeni mają swoje sympatie, np. prezes wspomnianej korporacji BlackRock Larry Fink jest zadeklarowanym Demokratą, a zmarły niedawno założyciel Vanguarda, John C. Bogle, choć przedstawiał się kiedyś jako Republikanin, publicznie wspierał Hillary Clinton w wyborach 2016 roku.

Czemu wspierał akurat ją? Bo – choć reprezentowała Partię Demokratyczną – to pewnie gwarantowała lepsze warunki dla finansowych rekinów niż wystawiony przez Republikanów Trump. Jeśli dodamy do tego, że amerykańscy politycy są finansowani ze źródeł prywatnych, to szybko zrozumiemy, jak duże znaczenie mają dla nich dobre relacje z wielkim biznesem.

Trump, choć sam wywodzi się z biznesu, jest w tym środowisku traktowany dość nieufnie jako nuworysz. To nie ta liga. Złamał przy tym reguły gry, odwołując się zbyt często do poparcia zwykłego wyborcy: pogardzanego przez postępowe elity rednecka – „czerwonego karka” – czerwonego od pracy fizycznej na słońcu. Jednak prosty, zwykle konserwatywny w przekonaniach redneck, choć silny liczebnie, nie ma majątku i wpływów. Trump właśnie przekonał się o tym boleśnie.

Prezesi banków dołączyli później

Donald Trump lubił tłumaczyć swoje kłopoty działaniem agentów „głębokiego państwa” („deep state”). „Deep state” to pojęcie oznaczające nieformalną sieć powiązań na styku władzy publicznej i prywatnego biznesu – rodzaj ukrytego centrum dowodzenia, które – za fasadą wolnych wyborów i demokracji – pociąga za wszystkie sznurki w państwie.

Początkowo „deep state” wiązano z kompleksem wojskowo-przemysłowym, którego istnienie zdradził pod koniec swojej prezydentury Dwight Eisenhower. Kompleks wojskowo-przemysłowy miał wpychać amerykańskich polityków na ostry kurs w polityce zagranicznej, aby potem cynicznie zarabiać na kontraktach zbrojeniowych.

Dziś „deep state” nie jest już bezpośrednio łączony z przemysłem, miejsce fabrykantów i generałów zajęła znacznie bardziej wpływowa wielka finansjera oraz gwałtownie rozwijająca się branża nowych technologii.

Jakiego modelu Polski potrzebujemy?

Bądźmy jak niemiecki futbol. Tam zagraniczny piłkarz musi być przynajmniej dwa razy lepszy, żeby zająć miejsce niemieckiego zawodnika w pierwszym składzie. W biznesie wymagajmy dokładnie tego samego.

zobacz więcej
Trump twierdzi dzisiaj, że to właśnie „deep state” chce pozbawić go prezydentury. Brzmi to jak teoria spiskowa. Przeciwnicy Trumpa wyśmiewają jego zarzuty, wskazując, że owi groźni agenci „głębokiego państwa” paraliżujący politykę Białego Domu, to po prostu pojedynczy urzędnicy, którzy przejrzeli szaleńczą politykę prezydenta i próbowali jej przeciwdziałać.

Nie ulega jednak wątpliwości, że zwycięstwo wyborcze Trumpa w 2016 roku było dla amerykańskiego establishmentu szokiem. To nie Trump miał przecież zasiąść w Białym Domu, lecz wywodząca się z tegoż establishmentu i szeroko przezeń promowana Hillary Clinton. Dlatego od chwili objęcia urzędu Trump był niesłychanie mocno zwalczany. Być może nie ma w tym żadnego tajnego spisku, ale takie są fakty.

Warto też zauważyć, że wygrana Trumpa była od samego początku podważana, próbowano nawet uruchomić procedurę impeachmentu. Sugerowano, że za jego zwycięstwem stoją rosyjskie służby, choć nikt dotąd nie znalazł na to twardych dowodów. Bunt, który się wtedy rozpoczął i trwa do dziś, nie miał początkowo podłoża ekonomicznego, amerykańskim postępowym elitom chodziło przede wszystkim o ideologię.

Prezesi największych banków dołączyli później, gdy uznali, że dalsza eskalacja, zwielokrotniona jeszcze przez niedawne rozruchy rasowe i skutki pandemii koronawirusa, grozi destabilizacją całego państwa.

Wyrafinowane metody

Dążenie do zmiany władzy w obronie partykularnych interesów jakiejś wpływowej grupy lub korporacji nie jest w historii niczym nowym ani wyjątkowym. Przy czym kiedyś stosowano bardziej bezpośrednie metody niż dziś, przykładem mogą być zamachy stanu w Ameryce Łacińskiej finansowane przez amerykańskie koncerny ze słynnym United Fruit Company na czele, czy – sięgając głębiej w przeszłość – wojny opiumowe w Chinach, z których pierwszą wywołała prywatna brytyjska Kompania Wschodnioindyjska.

Również zwycięstwo generalissimusa Francisco Franco w wojnie domowej w Hiszpanii było możliwe nie tylko dzięki wsparciu militarnemu ze strony Włoch i Trzeciej Rzeszy, ale również dzięki szerokiemu strumieniowi pieniędzy płynących od dość konserwatywnych wówczas biznesmenów zza Atlantyku.

Takich przykładów ingerencji finansowanej z prywatnych źródeł można znaleźć w historii znacznie więcej. Przy czym – co warto zaznaczyć – większość tych działań była wspierana, bądź przynajmniej tolerowana przez władze państw, z których wywodzili się prywatni sponsorzy rewolucji, wojen i zamachów stanu. W tym sensie korporacja nie stała ponad państwem, działała bowiem z jego przyzwoleniem lub z jego inspiracji.
Oczywiście pojawia się pytanie, czy i teraz tak jest. Jeśli spojrzeć na przykłady np. chińskiej ekspansji w Azji i Afryce, ukrywającej się za zasłoną inwestycji, to oczywiście tak. Przy czym trzeba tu wziąć poprawkę na fakt, że właściwie wszystkie chińskie korporacje uzależniające obce rządy są kontrolowane przez władze w Pekinie. Zatem – podobnie jak w przypadku np. rosyjskiego Gazpromu – są one po prostu instrumentem polityki państwa.

Nieco inaczej ma się rzecz z prywatnymi koncernami działającymi w warunkach wolnego rynku. Różnica polega na tym, że stosują one nieco bardziej wyrafinowane i rozłożone w czasie metody. Pieniądze nie służą, jak kiedyś, organizowaniu zamachów stanu ani korumpowaniu i uzależnianiu obcych rządów, tak jak ma to miejsce np. w przypadku Chin, ale promowaniu w obcych społeczeństwach pożądanych postaw i treści.

Pomocna jest w tym kultura masowa, media – zwłaszcza elektroniczne, a także rozmaite programy pomocowe i granty rozdawane zaufanym środowiskom. Dzięki temu zmiana dokonuje się niejako oddolnie, a więc w zgodzie z procedurami demokratycznymi. To o tyle istotne, że dziś wielki zachodni biznes pożenił się z zupełnie inną ideologią niż kiedyś. Nie jest jednak tak, że korporacje finansujące zmiany polityczne działają z własnej inicjatywy. Są one nadal instrumentem polityki macierzystych państw, z którymi oprócz wspólnoty pochodzenia łączy je wspólnota interesów – zarówno ekonomicznych jak i politycznych.

Siewcy postępu

Można się zapytać, a jakież to interesy polityczne może mieć wielka korporacja? Otóż kluczem do zrozumienia tych interesów jest zideologizowanie biznesu. Wielkimi koncernami kierują dziś często ludzie, którzy są wychowankami lewicowej rewolucji obyczajowej końca lat 60. Jeżeli nawet sami w niej nie brali udziału, bo urodzili się zbyt późno, to i tak często przesiąkali jej ideologią, choćby podczas studiów na zdominowanych przez lewicową kadrę uniwersytetach.

Dziś na Zachodzie trudno być członkiem elity – również biznesowej – jeżeli nie wspiera się, przynajmniej deklaratywnie, postępowych świętości: praw mniejszości seksualnych, wielokulturowości, genderyzmu itd.

Nie wynika to zawsze z rzeczywiście wyznawanych poglądów. Właściciele wielkich koncernów jeszcze w latach 70. zaczęli stopniowo wchodzić w rodzaj symbiozy z postępowymi buntownikami. Byli gotowi wspierać ich postulaty i finansować ich działalność, ponieważ odwracali tym samym uwagę od problemów ekonomicznych. Walka o równouprawnienie mniejszości seksualnych lub rasowych rozpalała społeczne emocje i była całkowicie niegroźna dla interesów wielkiego kapitału, bo odsuwała na daleki plan spory pracownicze i płacowe.

Biznes, Kreml i Holokaust. Kim jest Mosze Kantor?

Trafił na doroczną listę „50 najbardziej wpływowych Żydów” na świecie. Obok Romana Abramowicza i Jewgienija Kasperskiego.

zobacz więcej
Jednak wielu biznesmenów z najwyższej półki, zwłaszcza działających w nowych branżach i w mediach – jak choćby założyciel Microsoftu – Bill Gates, jest dalekich od cynizmu burżuazyjnych klanów starej daty. Tacy jak Gates nie tylko nie kryją swoich postępowych poglądów, ale wręcz postrzegają ich promocję w kategoriach misji lub moralnego obowiązku i są gotowi przeznaczać w imię przebudowy świata wielkie sumy.

Symbolicznym przykładem „siewcy postępu” jest często demonizowany przez konserwatywną prawicę amerykański spekulant giełdowy George Soros. Pomimo ukończenia 90 lat, Soros przy pomocy założonej przez siebie fundacji Open Society (OSF) nieustannie próbuje zmieniać świat na lewicową modłę.

To on wraz z amerykańskim milionerem irlandzkiego pochodzenia Chuckiem Feeney'em, Fundacją Billa i Melindy Gatesów oraz Fundacją Forda sfinansował skuteczną kampanię na rzecz zliberalizowania prawa aborcyjnego w Irlandii. Według szacunków irlandzkich działaczy pro-life, amerykańskich milionerów kosztowało to co najmniej kilkanaście milionów euro.

Soros był również aktywny w Rosji. Do dziś jest tam pamiętany z tego, że w 1998 roku dał publicznie do zrozumienia, że państwo rosyjskie jest niewypłacalne, co przyśpieszyło krach finansowy i doprowadziło ostatecznie do załamania rządów prezydenta Borysa Jelcyna. Nic dziwnego, że od tamtej pory nie jest tam mile widziany.

Zwłaszcza jeśli dołoży się do tego obsesję Putina na punkcie „kolorowych rewolucji” na Ukrainie, w Gruzji i w Azji Środkowej, będących – w opinii prezydenta Rosji – jedynie przymiarką do pozbawienia go władzy. Putin podejrzewa, że Soros jest narzędziem amerykańskiego establishmentu, który przy pomocy finansowanych szczodrze organizacji pozarządowych próbuje wywołać w Rosji tumult.

Dowodzić miałoby tego poparcie Sorosa udzielone w 2003 roku Micheilowi Saakaszwilemu podczas tzw. rewolucji róż w Gruzji (choć potem Soros wycofał się ze wspierania gruzińskiego prezydenta), czy aktywność finansowanych przez miliardera organizacji w trakcie Majdanu na Ukrainie. Z tego też powodu Putin w 2015 roku zakazał organizacjom finansowanym przez Sorosa działalności na terenie Rosji.

Podczas poprzedniej kampanii prezydenckiej w USA Soros miał stać za wieloma kampaniami dezinformacyjnymi i protestami skierowanymi przeciwko Donaldowi Trumpowi. A w marcu 2017 roku ujawniono, że administracja Baracka Obamy przekazywała z budżetu dotacje dla lewicowych środowisk, którym patronował Soros. Sześciu republikańskich senatorów oskarżyło fundację Sorosa o działania przeciw rządom niektórych państw sojuszniczych, a także o próby ingerowania w ich sprawy wewnętrzne (chodziło m.in. o Macedonię i Albanię).
Przed wyborami na Węgrzech w 1918 roku FIDESZ wywiesił plakaty, na których George'owi Soroszowi towarzyszyli (w domyśle: zależni od niego) politycy opozycji. Fot. Adam Berry / Getty Images
Soros – jak się zdaje – był dla Demokratów wygodnym narzędziem w promowaniu liberalnej ideologii, kimś w rodzaju wodza liberalnych „zielonych ludzików”, których celem jest przenikanie do opiniotwórczych kręgów w „niedojrzałych” lub „nieprawomyślnych” państwach i wpływanie na ich politykę, tak aby spełniała postulaty zachodniej liberalnej lewicy.

Bunt elit

Do tej pory tego rodzaju praktyki omijały Stany Zjednoczone. Ameryka była zbyt potężna, aby pozwalać komukolwiek z zewnątrz na ingerencję we własną politykę. Owszem, bywało odwrotnie, to Amerykanie, zarówno prywatne korporacje jak i wspierające je państwo, wtrącali się niekiedy w cudze sprawy, próbując sterować politycznymi wyborami innych krajów.

Novum obecnej sytuacji polega na tym, że podobnej strategii użyto w wewnętrznych rozliczeniach. Amerykańskie elity zbuntowały się przeciwko prezydentowi, aby po trwającej cztery lata kampanii doprowadzić go do porażki wyborczej i zmusić do odejścia. Do elit stopniowo dołączył wielki biznes, którego czołowi przedstawiciele uznali, że dalsze rządy Trumpa mogą doprowadzić do utraty kontroli nad sytuacją, wywołać krach i zagrozić w ten sposób ich finansowym interesom.

To specyficzne wotum nieufności wielkich korporacji wobec Trumpa było – obok kryzysu wywołanego pandemią – prawdopodobnie czynnikiem przesądzającym o jego szansach wyborczych.

Amerykański biznes, szczególnie ten nowej generacji, z pewnością nie jest politycznie ambiwalentny. Dopóki jednak obie głównie partie Ameryki ciążyły ku politycznemu centrum, sympatie przedsiębiorców nie miały większego znaczenia. Zmieniło się to radykalnie wraz z pojawieniem się Trumpa i gwałtownym spolaryzowaniem amerykańskiej polityki.

Dziś wszystko wskazuje na to, że odnowiony w tych wojennych warunkach sojusz postępowej ideologii z wielkim kapitałem okazał się dla Trumpa zbyt trudny do pokonania.

– Konrad Kołodziejski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest doktorem nauk społecznych i publicystą
Zdjęcie główne: Stacja Fox News przerwała transmisję z Waszyngtonu, gdy sekretarz prasowa Białego Domu Kayleigh McEnany zaczęła mówić o fałszowaniu wyborów. „To bardzo poważne oskarżenie, na które trzeba mieć dowody” – powiedział prezenter i zdjął panią sekretarz z wizji. Fot. Chip Somodevilla/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Lew, Archanioł i odwieczny tryzub. Ukraina szuka herbu
Na obrazoburczym rysunku anioł stoi w dresach i z butelką piwa pod tarczą z napisem „Obmin waljut”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Geniusz, demon i „Ręka Boga”, którą Diego Maradona upokorzył sam...
Czy Diego stał się ikoną właśnie przez swoją pogruchotaną, ludzką naturę? Czy jest ikoną przez to, że tyle w nim było zła, głupoty, które przenikały się z talentem?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ubrali nas w bezkształtne namioty. Rewolucja japońskiej gwardii
Długo przed nimi w Europie pojawiło się kimono.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Handel dziećmi, bronią i prochami. Ciemna strona sieci
Przestępcy i terroryści od dawna komunikują się via Dark Web.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksplozja popularności konserwatywnego Twittera
Na Parlerze konta mają dzieci Trumpa: Ivanka (dołączyła 12 listopada, obecnie 452 tys. śledzących) oraz Donald junior (104 tys.).