Rozmowy

Był depresyjny, hipochondryczny i nieco leniwy. Czy jego powieść odnajdzie się w archiwach KGB?

Odstawał od rówieśników, był chłopcem chuderlawym i wątłym, stąd pewnie brak samoakceptacji. Ale zawsze nadrabiał słowem, był podziwiany przez rówieśników za wszelkie talenty i wiedzę – mówi Anna Kaszuba-Dębska, autorka książki „Bruno. Epoka genialna”.

Jej bohater, Bruno Schulz zginął tragicznie w drohobyckim getcie 19 listopada 1942 roku.

TYGODNIK TVP: Jest jeszcze szansa na odszukanie opus vitae Brunona Schulza?

ANNA KASZUBA-DĘBSKA:
Dzieje poszukiwania i rzekomego odnalezienia przez zagadkowe osoby powieści „Mesjasz” mogłyby posłużyć do stworzenia scenariusza filmu sensacyjnego. Zostały dokładnie opisane przez Jerzego Ficowskiego, badacza spuścizny Schulza, który zresztą też mógłby być jednym z bohaterów tego thrillera. Nie raz powtarzano je w licznych publikacjach.

Schulz pracował nad tą powieścią przez kilka lat z przerwami, tyle na ile pozwalały mu codzienne obowiązki nauczycielskie. Przyjaciołom donosił w listach o licznych rozterkach związanych z trudnościami natury organizacyjnej czy psychicznej w tworzeniu tej książki. Niewątpliwie ją pisał, ale czy skończył? Brak jednoznacznej odpowiedzi.

Z przeczytanych i zbadanych przeze mnie listów osób współczesnych pisarzowi i z nim zaprzyjaźnionych wyłaniają się różne relacje. Jest nawet taka, w której autor twierdzi, że Schulz był twórcą nieco leniwym i podawał w wątpliwość ukończenie tego dzieła. Ale wielu miłośników Schulza nadal marzy o odnalezieniu „Mesjasza” i szczerze wierzy, że gdzieś w archiwach KGB, być może pod innym tytułem i nazwiskiem autora, ów tekst jest przechowywany. Wokół tej historii narosły mity, co oczywiście dodaje jej aury tajemniczości. A czy jest szansa, żeby dzieło się odnalazło? Należy mieć nadzieję, wiele schulzowskich wątków paradoksalnie z upływem czasu zostaje rozwikłanych.

Jeśli zaś chodzi o mnie, uważam, że tytułowego „Mesjasza” należy szukać w interpretacji dzieł graficznych Schulza i oczywiście w warstwie literackiej jego opowiadań.

Schulz do literatury wszedł jednak przez „Sklepy cynamonowe”.

Zdecydowanie dotarł tam właśnie dzięki nim, co do tego nie ma dwóch zdań. Stało się to, kiedy był już dojrzałym mężczyzną i ukształtowanym artystą. Jednak niedawno badaczka ukraińska odkryła opowiadanie Schulza pt. „Undula”, opublikowane w jednym z drohobyckich periodyków branży naftowej, ponad dekadę przed premierą „Sklepów cynamonowych”. Rzuca to nowe światło na postrzeganie procesu dojrzewania autora do pisarstwa.
Bruno Schulz (12.07.1892 – 19.11.1942) z Drohobyczem związany był przez całe życie. Fot. Wikimedia
W rubrykę zawód wpisywał: pisarz czy malarz?

Ani jedno, ani drugie. Wpisywał: „nauczyciel”.

W pedagoga przeistoczył się dla chleba?

Nie musiał. Pochodził z rodziny, która długo go utrzymywała. Kiedy rozpoczął karierę nauczycielską i podjął pierwszą w życiu pracę miał już 32 lata. Zresztą to stanowisko przez co najmniej rok na niego czekało. Myślę, że ta posada miała w końcu dać mu jakąś stabilność i poczucie dorosłości. Może załatwił mu ją brat, jak szereg innych rzeczy. Na początku, gdy nauczał rysunku chyba nie było aż tak źle, problemy zaczęły się później, kiedy musiał uczyć obróbki drewna czy metalu. Ale z wspomnień uczniów – na przykład Andrzeja Chciuka – wyłania się nauczyciel sprawiedliwy, chętny do pomocy, współczujący i ciekawy ze względu na snucie podczas lekcji niesamowitych opowieści, przykuwających uwagę klasy.

Wcześniej jednak sam był uczniem i szkolną ławkę dzielił z innym prymusem...

… Ze Stanisławem Maczkiem. Przyszły malarz i pisarz oraz przyszły generał broni Wojska Polskiego uczęszczali do elitarnej w Drohobyczu szkoły Cesarsko -Królewskiego Gimnazjum im. Franciszka Józefa. Obaj zdali maturę z wyróżnieniem. Pracując nad biografią, badając źródła, uświadomiłam sobie, że w roku 1910 maturzystów w wielotysięcznym Drohobyczu było zaledwie pięćdziesięciu czterech. Poziom nauczania był niezwykle wysoki. Nauczyciele wpajali uczniom szykującym się do studiów uniwersyteckich, takim właśnie jak Schulz i Maczek, że na tle społeczeństwa galicyjskiego są jednostkami wybitnymi.

Sobowtór Słowackiego i warszawska królowa Madagaskaru

Biografie Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Zuzanny Ginczanki są różne. Ale zbliża je tragizm losów obojga poetów.

zobacz więcej
Dlaczego bohater pani książki porzucił studia architektoniczne?

Od najmłodszych lat Schulz wyrażał się poprzez tworzenie: malował, rysował, podobno rzeźbił, więc marzył o nauce w uczelni artystycznej. W 1910 roku dla obywatela Austro-Węgier naturalnym kierunkiem była Akademia Sztuk Pięknych w Wiedniu, może też w Monachium, gdzie kunszt malarstwa poznawali słynni bracia Gottliebowie, potomkowie właściciela jednej z drohobyckich rafinerii. Schulz pragnął z całego serca być malarzem. Uległ jednak praktycznemu zmysłowi rodziny i za namową starszego brata, który ukończył już Politechnikę Lwowską i rozwijał skrzydła w biznesie naftowym. Bruno podążył jego szlakiem. Bez entuzjazmu rozpoczął naukę w Cesarsko-Królewskiej Szkole Politechnicznej na Wydziale Budownictwa Lądowego. Zaliczył kilka semestrów. Potem przyszedł czas długiej choroby i wybuchła I wojna światowa.

Ale zdobył wykształcenie plastyczne, tyle że eksternistycznie.

Ostatecznie stosowny certyfikat otrzymał w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie z rąk takich sław, jak: Teodor Axentowicz, Wojciech Weiss, Ignacy Pieńkowski i Konstanty Laszczka. To oni zasiadali w komisji egzaminacyjnej i ich podpisy figurują na świadectwie, które uprawniało Schulza do zgłoszenia się do egzaminu nauczycielskiego. Miał już za sobą nieudaną próbę dostania się na ASP w Wiedniu, Natomiast studia w powstałej po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Miejskiej Szkole Sztuk Zdobniczych i Malarstwa im. Wojciecha Gersona w Warszawie uniemożliwiła wojna z bolszewikami.

A czy mógł malarsko zawojować Paryż?

Tak twierdziły wielbicielki jego działalności plastycznej, mam na myśli pianistkę Marię Chazin i aktorkę Kazimierę Rychterównę, dopingujące go, by odwiedził nadsekwańską metropolię. Zanim latem 1938 roku Schulz dotarł do stolicy Francji, usłyszał od kolegów po fachu np. od Natana Spigla, że warto tam pojechać. Spotkał tam plejadę osobowości paryskiego Montmartru, polskich emigrantów związanych z Ecole de Paris, niemało znajomych m.in. Romana Kramsztyka, Ludwika Lillego. Skądinąd w Paryżu sukcesy malarskie odnieśli inni drohobyczanie: Leopold Gottlieb i Joachim Weingarten. Ten wyjazd na pewno coś w Schulzu zmienił, niemniej międzynarodowego rozgłosu nie zyskał. Może z racji nieśmiałości, a może z powodu pory roku – wpływowi ludzie sztuki akurat urlopowali.
Wspomniała pani I wojnę światową. Czy odcisnęła ona na młodym Schulzu jakieś szczególne piętno?

Znalazł wtedy schronienie w Wiedniu jak niejeden uchodźca z Galicji. To był czas rozwoju, młodzieńczego zachwytu miastem, jego zabytkami i sztuką. Żył dostatnio, bo osiadła tam spora część jego rodziny ze strony matki: przemysłowcy zajmujący się handlem pochodnymi ropy naftowej. Mieszkał w znakomitej dzielnicy, spotykał się z kuzynostwem i przyjaciółmi. Nie znalazłam relacji na temat tego, w jakim stopniu ta wojna się na nim odbiła, lecz z całą pewnością mogę powiedzieć, że traumę w tym czasie spowodowała śmierć ojca, który pozostał w odciętym linią frontu Drohobyczu. Żadne z trójki dzieci Jakuba Schulza nie mogło się z nim pożegnać i towarzyszyć w ostatniej drodze.

Z pani książki wynika, że vita seksualis autora „Sanatorium pod klepsydrą” cechował masochizm i fetyszyzm...

Tak. Według mnie skłonności te stanowiły spuściznę po ukochanym i utraconym ojcu, lecz trzeba też wziąć pod uwagę warunki psychiczne, w jakich przyszło dorastać małemu Bruniowi – tak nazywano go w domu rodzinnym. Inklinacje te koledzy zauważali już w gimnazjum, bo chętnie dzielił się z nimi rysunkami o tematyce masochistycznej. Wydaje mi się, że znaczenie miał tu też proces dojrzewania. W budowie fizycznej odstawał od rówieśników, był chłopcem chuderlawym i wątłym, stąd pewnie brak samoakceptacji. Ale zawsze nadrabiał słowem, był absolutnie podziwiany przez rówieśników za wszelkie talenty i wiedzę.

Malował Tatry, przekładał Szopena na skrzypce. Poeta zbuntowany. Patriota, którego zabili Sowieci

Przyjaciele z poetyckiej grupy dostali się do niewoli. Gałczyński ocalał dzięki wymianie jeńców, został pognany do hitlerowskiego obozu i przeżył… Sebyła pozostał w ZSRR.

zobacz więcej
„Nic, co smutne nie było mu oszczędzone”, więc zainteresował się „tematyką okropnością”? To była autoterapia?

To słowa Józefiny Szelińskiej napisane wiele lat po śmierci Schulza do Ficowskiego. Uważam je za niezwykle trafione. Szelińskiej nie chodziło zapewne o dzieciństwo, śmierć ojca, samobójstwo szwagra czy chorobę siostry – choć to wszystko było częścią drogi życiowej twórcy „Xięgi bałwochwalczej”, podobnie jak trzy wojny i znienawidzona z czasem praca nauczycielska. Raczej miała na myśli stan ducha, w jakim nieustannie się znajdował – cierpiał na silną depresję związaną poniekąd z masochizmem. Chciał to zrozumieć, toteż utrzymywał kontakty z licznymi psychiatrami, ze znakomitymi pionierami w dziedzinie leczenia depresji i schizofrenii. Autoterapią niewątpliwie był świat przedziwnej twórczości literacko-artystycznej.

Częste wizyty w sanatoriach wynikały z rzeczywiście kiepskiej kondycji Schulza czy z hipochondrii?

W młodości miał problemy z płucami, tak jak ojciec i brat. Było zatem wskazane wyjeżdżać do uzdrowisk: Karlsbadu, Kudowy, Krynicy albo bliżej, do Truskawca. Mieszczańskie rodziny w kurortach bywały regularnie. Także później zdrowie u Schulza szwankowało, niemniej hipochondria nie była mu obca.

Rolę koła ratunkowego pełnił jego brat?

Izydor Schulz to osoba nietuzinkowa. Lulu, jak mawiali o nim bliscy, był starszy od Brunia aż o jedenaście lat. Pracował w drohobyckim magistracie, przyczyniając się do rozbudowy i unowocześniania miasta. Z powodzeniem działał w biznesie naftowym, gdzie wujowie (bracia i kuzyni matki) piastowali wysokie, intratne stanowiska. Prezesował licznym spółkom związanym z petrochemią, kursował między Warszawą a Lwowem i utrzymywał krewnych. Był szalenie pomysłowy i chyba trochę romantyczny, zachwycił się kinem i zakładał je w wielu miastach Polski – w Warszawie Corso na ul. Wierzbowej 9 i Nirwanę na Mokotowskiej 75. Kiedy nagle umarł, Bruno pożegnał go słowami: „Był to niewielki człowiek, ukochany przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli, ewangelicznej wprost dobroci, młody, elegancki, pełen powodzenia i na szczycie świetnej kariery – był jedną z głównych figur polskiego przemysłu naftowego.”
Strzały Kupidyna trafiły w serce Brunona Schulza dwukrotnie.

Co najmniej dwudziestokrotnie! Z relacji kolegów szkolnych wiadomo, że zakochiwał się bardzo często, ale niestety były to uczucia nieodwzajemnione. Moim zdaniem, na podstawie znanych do tej pory archiwaliów i relacji, Schulz naprawdę zakochany w kobiecie był tylko raz. Za to ze szczerą wzajemnością! Myślę tu o relacji twórcy z pisarką, poetką i filozofką Deborą Vogel. Niestety ani narzeczeństwo, ani ślub nie doszły do skutku, lecz przyjaźń pozostała do końca. Oboje umarli w tym samym 1942 roku.

Oficjalną narzeczoną Schulza była Józefina Szelińska. Obdarzyła go niesamowitą troską, opieką i miłością, lecz nie jestem pewna, czy on postępował podobnie. Ten związek nie przetrwał próby czasu.

Jego mentorką, nie tylko pisarską, była Zofia Nałkowska.

Zawdzięcza jej debiut literacki i przyjaźń, a nawet chwilowe, obopólne zauroczenie. Pisarka opisuje ich relacje w pamiętnikach. Ceniła jego intelekt, wysublimowane posługiwanie się słowem i twórczość graficzną. „Sklepami cynamonowymi” była zachwycona, uważała je za nowatorskie na tle ówczesnej literatury polskiej.

A z czego wynikała jego wolta religijna?

Z pragmatyzmu. Jego narzeczona była katoliczką. Występując z gminy żydowskiej, mógł wziąć z nią ślub cywilny. Gdyby nie ten fakt, pozostałby w gminie, choć nie był religijnym Żydem. W synagodze zdarzało mu się, jak twierdziła Szelińska, bywać raz do roku – w najważniejsze święto Jom Kippur (Pojednania) – być może aby poczuć własne dziedzictwo i dać upust tradycji. Schulz nie dokonał konwersji, choć prasa pomyłkowo o tym donosiła. Pozostał bezwyznaniowcem, co rodziło sporo problemów natury administracyjnej.

Politykę omijał?

Na pewno się nią interesował. Raczej unikał jednoznacznego przyporządkowania do jakiejś opcji. Widział w życiu straszne rzeczy, w młodości krwawe rozruchy po wyborach miejskich, potem uciekał przed niszczycielskim frontem Wielkiej Wojny, obserwował narodziny nazizmu, komunizmu, bał się, chociaż udawał, że nie zauważa brutalizacji świata. Napisał eseje o Józefie Piłsudskim, co świadczy o uznaniu i szacunku dla tej postaci.


Jak przetrwał okupację sowiecką?

Psychicznie – bardzo źle. Wraz z jej nastaniem udało mu się zdobyć pracę w utworzonej przez Sowietów szkole, bo polskie zlikwidowano. W tym czasie stał się jedynym żywicielem domu – na utrzymaniu miał schorowaną starszą siostrę, jej dorosłego syna oraz sędziwą kuzynkę. Okupanci wykorzystywali go do malowania portretów Stalina, ilustrował też „Bolszewicką Prawdę”. Malował, rysował, robił to, co umiał najlepiej, choć słał także rozpaczliwe listy do Lwowa w poszukiwaniu jakiejś posady. Usiłował odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Raz zatrzymało go NKWD. Innym razem ptaki zapaskudziły wielki portret Stalina jego autorstwa – a on nie krył satysfakcji z tego faktu.

W tamtym czasie oazą stało się dlań środowisko artystów związanych z malarzem Markiem Zwillichem i malarką Anną Płockier, tzw. borysławskie zagłębie artystyczne. Bywał u nich, lubił spędzać czas z młodymi, rozmawiali, wygłupiali się, tyle mogli.

Baczyński z Wołynia

Według poety Zygmunta Jana Rumla, na Kresach było miejsce dla wielu kultur.

zobacz więcej
Potem przyszła okupacja niemiecka. Schultz zginął tuż przed ucieczką z getta.

Uważam, że jedynym pewnym faktem jest to, iż został zamordowany na ulicy drohobyckiego getta przez hitlerowca 19 listopada 1942 roku. Po zbadaniu archiwów, okazuje się, że przyjęta przez Ficowskiego wersja tych wydarzeń jest jedną z kilkudziesięciu, które zostały zapisane w relacjach świadków. Różnią się one od siebie diametralnie, a czasem są wręcz niedorzeczne. Ta śmierć w pamięci osób, które przetrwały tamten straszny czas, zakodowana została na różne sposoby. Ktoś komuś coś powiedział, ktoś sobie coś dopowiedział. Schulz był w tragicznym stanie fizycznym i psychicznym. W pomoc w ucieczce z getta byli zaangażowani jego przyjaciele, w tym Nałkowska. Ale on bardzo długo zwlekał z decyzją o opuszczeniu najbliższych. Miał przygotowane „aryjskie” dokumenty i kryjówkę. Nie zdążył....

Upływ czasu otwiera możliwość weryfikacji spuścizny artysty?

To może dziwne, co powiem, ale tak, bowiem technologia i cyfryzacja sprawiają, że dostęp do archiwów z miesiąca na miesiąc jest coraz łatwiejszy. Z pozycji własnego laptopa można zanurzyć się w czasopismach sprzed stu lat, wertować zdigitalizowane listy ukryte niegdyś w archiwach bibliotek czy muzeów. Należy, więc uważnie czytać i szukać.

– rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Anna Kaszuba-Dębska jest malarką, graficzką, ilustratorką, reżyserką filmów animowanych i reklam. Autorka książki „Kobiety i Schulz”. Materiały do biografii Schulza zbierała przez ponad dekadę.
„Bruno. Epoka genialna”, publikacja wydana nakładem wydawnictwa Znak
Bruno Schulz (12.07.1892 – 19.11.1942) był najmłodszym dzieckiem Jakuba Schulza, kupca bławatnego z Drohobycza. Z miastem pisarz związany był przez całe życie. Uczył się w drohobyckim gimnazjum, w 1911 r. zdał tu maturę, a w 1924 roku podjął pracę nauczyciela rysunków i kierownika wydziału robót ręcznych (wtedy już przemianowanym na państwowe gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły).

W latach 20. zaczął pisać, początkowo do szuflady. W 1933 r. zadebiutował w „Wiadomościach Literackich” opowiadaniem „Ptaki", które zwróciło uwagę warszawskich literatów . Zaczął korespondować z Zofią Nałkowską, dzięki której wydał „Sklepy cynamonowe”. Pierwszy znany utwór Schulza „Noc Lipcowa” z 1928 r., został jednak opublikowany dopiero w 1936 r. w tomie „Sanatorium pod Klepsydrą”.

Twórczość Schulza – zarówno plastyczna, jak i pisarska – to opowieść o jego własnych słabościach, obsesjach, pasjach i kompleksach.

Po zajęciu Drohobycza przez wojska sowieckie we wrześniu 1939 r. Schulz nadal pracował jako nauczyciel. Latem 1941 roku do Drohobycza wkroczyli Niemcy. Jesienią utworzyli getto. Schulz dostał się „pod opiekę” gestapowca Feliksa Landaua – malował dla niego obrazy i porządkował skonfiskowane przez Niemców księgozbiory. Landau uchodził za jednego z bardziej okrutnych i bezwzględnych esesmanów, ale Schulza chronił. Artysta malował jego portrety, wykonał też w jego willi malowidła ścienne – ściany sypialni synka Landaua pokrył ilustracjami bajek. Potem dostał rozkaz namalowania fresków w szkole jeździeckiej SS oraz w siedzibie Gestapo.

Przyjaciele Schulza w Warszawie, Zofia Nałkowska, Tadeusz Sturm de Sztrem, starali się wydostać go z getta. W lecie 1942 roku przesłali mu fałszywe, „aryjskie papiery”, ale semicki wygląd Schulza wykluczał samodzielne podróżowanie. Do Drohobycza miał więc pojechać żołnierz AK i przewieźć go do Warszawy.

19 listopada 1942 roku przeszedł do historii drohobyckiego getta jako czarny czwartek. Tego dnia postrzelony został jeden z Niemców. Esesmani przeprowadzili akcję odwetową – przechadzali się po ulicach getta i strzelali do Żydów. Wśród ofiar był Schulz. Zginął około 100 metrów od swego pierwszego domu rodzinnego przy drohobyckim Rynku.

W getcie Schulz rozdawał swoje prace znajomym, licząc na to, że któryś z pakietów rękopisów i rysunków ocaleje. Po wojnie poszukiwania prac artysty prowadził pisarz i badacz twórczości Schulza Jerzy Ficowski. Udało się mu odnaleźć sto kilkadziesiąt listów i kilkaset rysunków Schulza. Zaginęły jednak opowiadania, dzienniki, tysiące listów, duży esej o krytyce literackiej, bruliony z różnymi fragmentami i pomysłami pisarskimi, a także nie ukończona powieść „Mesjasz”, która miała być najważniejszym dziełem Schulza.

– na podst. PAP
Zdjęcie główne: Fragment obrazu Bruno Schulza "Spotkanie. Młody chasyd (autoportret) i dwie kobiety" (1920 r. olej). Fot. PAP Andrzej Rybczyński
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Półkopek był srebrny, tymf mało warty, a złotym płacimy od 1924
Bank Polski powstał jako instytucja prywatna, niezależna od administracji państwowej. Historia pieniądza i bankowości.
Rozmowy Najnowsze wydanie
U nas inwencja reżysera sprowadza się do wywołania skandalu
Antoni Libera: Wielka literatura nie polega na choćby najcelniejszej myśli czy prognozie. Polega na pięknie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Alergie wypełniły niszę zwolnioną przez choroby zakaźne
To cena płacona za „westernizację” modelu życia. Nie mamy gdzie nauczyć się, „kto swój, a kto wróg”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Czym cap odstraszał zarazę?
Wszystko leczyło laudanum, czyli opium zmieszane z winem w wersji dla kobiet, lub z wódką – dla panów.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Modlą się ze mną łąki. W góralskiej gwarze
Co jest najlepsze na uroki? I czym jest pijowecka, madziar, albo śtajerek?